Reklama

Na pielgrzymich trasach do Fatimy

2017-10-31 14:00

Ks. Jan Twardy
Edycja przemyska 45/2017, str. 4

Ryszard Nowak
Procesja świata w Fatimie

W roku 100-lecia objawień fatimskich pielgrzymi archidiecezji przemyskiej wyruszyli na pielgrzymkę do Fatimy. Pielgrzymka prowadziła drogami sanktuariów Europy.

Przewodnikami duchowymi pielgrzymów byli bp Stanisław Jamrozek i sześciu kapłanów: Janusz Kowal, Marek Kowalik, Marian Koźma, Waldemar Murdzek, Wacław Socha, Jan Twardy. Znaczną grupę tworzyło siedem sióstr zakonnych: dwie służebniczki starowiejskie: s. Zofia Jaremko, s. Krystyna Kulpa; pięć felicjanek: s. M. Wirginia Krzeszowiec, s. M. Brygida Mazurek, s. M. Tobiasza Piskorz, s. Cypriana Pobiarzyn, s. M. Aniela Szafran.

Białe Morza

Nawiedziliśmy najpierw sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie na Białych Morzach, aby uczestniczyć w niedzielnej Mszy św.

Sprawowało ją wielu kapłanów pod przewodnictwem bp. Stanisława Jamrozka, który wygłosił bogatą w treść homilię. Można powiedzieć, że św. Jan Paweł II – Pielgrzym zjednoczony z Maryją, przez pośrednictwo Księdza Biskupa pobłogosławił nas na drogę do Fatimy. Zapragnęliśmy naśladować świętego Papieża.

Reklama

La Salette

Przewodniczka, pani Sabina Zychowicz, z wielką erudycją, szczegółowo opowiadała nam o państwach, miejscach pielgrzymkowych i związanych z nimi objawieniach. Po nocnym czuwaniu w autobusie, następnego dnia byliśmy w La Salette. Wzruszające opowiadanie o dwu pastuszkach, którzy na wysokości około 1800 m n.p.m. zobaczyli Matkę Bożą, pobudziło nas do modlitwy pokutnej za siebie i grzeszników całego świata. Można powiedzieć, że Matka Najświętsza udała się w góry, aby tam na osobności się wypłakać, gdyż ludzie licznymi grzechami obrażają Jej Syna. Dlatego kaznodzieja zachęcał pielgrzymów, aby płakali nad sobą, bliźnimi i całym światem, w którym wiele zła płynie z grzesznej natury człowieka, jego słabości, a także ze złej woli. Umocnieni słowem ks. Marka Kowalika, po Mszy św. porannej i śniadaniu wyruszyliśmy w doliny, na autostradę, jadąc do Carcasonne. Wypadek samochodu ciężarowego na trasie spowodował, że nie zwiedziliśmy średniowiecznego miasta.

Lourdes

Późnym popołudniem zobaczyliśmy światowe sanktuarium Matki Bożej Niepokalanej w Lourdes. Wzruszył nas Różaniec ze światłami, odmawiany w różnych językach podczas procesji po wielkim placu przed bazylikami. Bliski każdemu był śpiew „Po górach, dolinach” z wielokrotnym „Ave Maria!". Msza św., Droga Krzyżowa, kroczenie śladami życia św. Bernadety wypełniły kolejny dzień pielgrzymki. Umocnieni Eucharystią, sprawowaną w grocie objawień NMP Niepokalanej, wyposażeni w wodę z cudownego źródła opuściliśmy miejsce wielu uzdrowień. Są tu liczne znaki obecności Boga, Jego działania w tym świętym miejscu. Maryja ciągle wzywa ludzi do modlitwy różańcowej i pokuty za grzechy. Wzorem odpowiedzi na to wezwanie jest niezwykle pokorna św. Bernadeta, która służąc Maryi, doznała wielu przykrości, doświadczyła cierpienia i upokorzeń, ale za wszystko dziękowała Bogu i Matce Najświętszej.

Oviedo

Od maryjnego Lourdes udaliśmy się do Hiszpanii, do Pana Jezusa, do Jego świętej chusty (całunu), jest ona przechowywana w katedrze w Oviedo. Nie namalowała jej ręka ludzka, podobnie jak Całunu Turyńskiego. Wymowne jest podobieństwo twarzy Chrystusa utrwalonej na tej chuście i na prześcieradle grobowym Pana Jezusa; ta sama grupa krwi. Oddając cześć świętej relikwii z Oviedo, umocniliśmy naszą wiarę w mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa.

U św. Jakuba

Z kolei Pan Jezus poprowadził nas do swojego Apostoła Jakuba, męczennika za wiarę. Bazylika św. Jakuba w Santiago de Compostela to szczególne miejsce święte nawiedzane w ciągu wieków przez niezliczone rzesze pielgrzymów. Tu wiodły pielgrzymie ścieżki z całej Europy, a także z innych kontynentów. Znamienne jest palenie przez pielgrzymów szat – przepoconych, przemokłych, pokrytych brudem i kurzem. Po tej czynności pielgrzymi przywdziewali na siebie nowe szaty, bo przez modlitwę i pokutę stali się nowymi ludźmi (Kol 3,10), przyoblekli się w Chrystusa (Rz 13, 14; Ga 3, 27; Ef 4, 24). Nasi pielgrzymi uczynili to wcześniej przez spowiedź i ducha pokuty, a podczas każdej Mszy św. przyjmowali Komunię św.

Fatima

Umocnieni świadectwem wiary św. Jakuba, jego wstawiennictwem u Boga udaliśmy się do Fatimy. Portugalia to piękny, górzysty, malowniczy kraj: białe domy pod czerwoną dachówką, zadbane kościoły. Wreszcie cel pielgrzymki został osiągnięty – śnieżnobiała bazylika NMP z wysoką wieżą, rozległym placem. Z ciepłym przyjęciem i pełnym stołem spotkaliśmy się w hotelu sióstr dominikanek. Głębokie uczucia wzbudził w nas Różaniec ze światłami i nocna procesja po rozległym placu. Stąd płynie światło wiary na cały świat, natchnienie do organizowania dni fatimskich w wielu parafiach. Częściej bierzemy do rąk różaniec, aby błagać o miłosierdzie dla siebie i bliźnich, dla całego świata. Poranna Msza św. w Bazylice, razem z pielgrzymami z Warszawy i z innych miejsc, wzmocniła w nas miłość do Jezusa i Maryi. Nawiedzenie wioski i domu, w których urodziły się Hiacynta, Franciszek i Łucja, kroczenie ich ścieżkami, Droga Krzyżowa pozostawiły niezapomniane przeżycia. Część pielgrzymów wyruszyła do leżącego nad Atlantykiem Nazaré, aby nawiedzić kościół z cudowną figurą Matki Bożej, zaczerpnąć morskiego powietrza oraz zamoczyć nogi w chłodnej wodzie.

Wędrowna kaplica

Nasz autobus stawał się wędrowną kaplicą – modlitwę inspirował bp Stanisław Jamrozek, prowadził ją sam i inni pielgrzymi. Autobus był też domem rodzinnym, w którym słyszało się wiele pogodnych słów, opowiadań i śpiewów. Bardzo miłą atmosferę stwarzał bp Stanisław, który pogodą ducha, bezpośredniością zjednał sobie serca wszystkich pielgrzymów. To były rzeczywiście piękne i niezapomniane dni. Duchowe więzi pogłębiło popielgrzymkowe spotkanie w domu zakonnym sióstr służebniczek starowiejskich w Przemyślu.

Objawienia maryjne uczą nas z wiarą przyjmować objawienie Boże, które przyniósł ludzkości Jezus Chrystus. Nie poszerzają jednak tego ostatecznego objawienia, ale je potwierdzają. Przez sześć dni uczyliśmy się modlitwy i ducha pokuty od prostych, pokornych i wiarygodnych dzieci. Ich przykład podnosił nas na duchu, pobudzał do naśladowania i prowadzenia innych do Boga. Każdy z nas głębiej zrozumiał i przyjął słowa Chrystusa: „Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieckim” (Mt 18).

Tagi:
pielgrzymka Fatima 100‑lecie objawień fatimskich

Uzdrowiony Lucas odwiedzi Szczecin

2018-07-25 11:42

Ks. Robert Gołębiowski
Edycja szczecińsko-kamieńska 30/2018, str. 1

Archiwum sanktuarium
Sanktuarium Dzieci Fatimskich w Szczecinie

Nieustannie trwamy w zamyśleniu i medytacji nad treścią orędzia fatimskiego. Przybliżaliśmy je sobie bardzo szczegółowo w ubiegłym roku jubileuszu stulecia objawień chociażby poprzez Misje Fatimskie, które odbyły się w każdej parafii archidiecezji, a także jako historyczne wydarzenie w postaci konsekracji sanktuarium Dzieci Fatimskich w Szczecinie-Załomiu z wierną kopią Kaplicy Objawień z Fatimy. Czekają nas kolejne ważne chwile podbudowujące znaczenie promieniowania łask z Fatimy.

Z pewnością wszyscy Czytelnicy słyszeli o niezwykłym cudzie, który dokonał się w Brazylii i wpłynął na wyniesienia na ołtarze dwójki fatimskich pastuszków. W kanonizacji w Fatimie wziął udział 10-letni Lucas Maeda de Oliveira wraz z rodzicami z Brazylii, cudownie uzdrowiony za wstawiennictwem Franciszka i Hiacynty. Bawiący się z siostrą sześciolatek wypadł w domu swojego dziadka przez okno z wysokości siedmiu metrów, odnosząc poważny uraz głowy. W związku z tym, że w trakcie wypadku dziecko utraciło część materii mózgowej, zespół medyczny stwierdził, że nawet jeśli poszkodowany przeżyje, to pozostanie w stanie wegetatywnym lub będzie niepełnosprawny umysłowo do końca życia. Tymczasem trzy dni po wypadku lekarze stwierdzili, że sześciolatek jest w pełni zdrowy i wypisali go ze szpitala. 2 lutego 2017 r. inny zespół medyczny orzekł, że przypadek należy uznać za niewytłumaczalny z naukowego punktu widzenia. Rodzina uzdrowionego dziecka ujawniła, że w trakcie akcji ratunkowej ojciec sześciolatka przyzywał pomocy Matki Bożej Fatimskiej oraz błogosławionych Hiacynty i Franciszka. W nocy po wypadku rodzina chłopca modliła się o jego zdrowie. W tej samej intencji modliła się również jedna ze wspólnot zakonnych sióstr klauzurowych.

Uzdrowiony chłopiec wraz z rodzicami będzie gościem 44. Szczecińskich Dni Katechetycznych w Szczecinie, które odbędą się w murach Wydziału Teologicznego US w dniach 31 sierpnia – 1 września 2018 r. oraz, co najistotniejsze, będzie uczestniczył w pierwszej rocznicy konsekracji sanktuarium Dzieci Fatimskich 9 września 2018 r. O bliższych szczegółach jeszcze dokładniej poinformujemy, a obecnie idąc za prośbą kustosza ks. kan. Marka Maciążka, bardzo serdecznie zapraszamy archidiecezjan o zaplanowanie czasu na pątniczą wizytę w tym jedynym na świecie sanktuarium, gdzie oddawany jest szczególny hołd dzieciom fatimskim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Idę po śmierć, idę po życie

2018-11-28 11:01

Z ks. Piotrem Pawlukiewiczem – słynnym rekolekcjonistą, zmagającym się z ciężką chorobą – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 18-20

Ks. Piotr Pawlukiewicz to jeden z najbardziej znanych polskich rekolekcjonistów.
Na spotkania z nim przychodzą wielkie rzesze wiernych. Znany jest również z niedzielnych kazań podczas Mszy św. transmitowanej przez Polskie Radio. W wyjątkowym wywiadzie dla „Niedzieli” opowiada o swojej chorobie, o tym, jak przygotować się na śmierć, i dlaczego warto dążyć do świętości

youtube

KRZYSZTOF TADEJ: – „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” – to tytuł najnowszej Księdza książki. Dlaczego tak wysoko stawia Ksiądz poprzeczkę? Nie lepiej powiedzieć: „Czyń więcej dobra” lub po prostu: „Bądź lepszy”?

KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ: – Wysoko to nie znaczy ponad ludzkie możliwości. Co to znaczy być świętym? Jeśli ktoś myśli, że święty to ten, kto nie popełnia błędów, że to chodzący ideał, to rzeczywiście za wysoko stawiam poprzeczkę. Ona będzie nieosiągalna nawet dla papieża. Ale dla mnie święty to ten, kto dąży do świętości. Małymi krokami – dwa centymetry na godzinę, milimetr na rok. Idzie do świętości, a jak się cofnie, upadnie, zgrzeszy, to z pokorą podejmuje decyzję, żeby nadrobić stracony dystans. Wraca na poprzednią drogę, mozoli się, żeby osiągnąć łączność z Chrystusem.

– Czym zatem jest świętość?

– Świętość to wybór. Nieraz młodzież pyta: „Po co się spowiadać?”. „Po co się spowiadać, skoro i tak zgrzeszę, upadnę, zawiodę w różnych sytuacjach? Po co się spowiadać, skoro ciągle wracam do grzesznego życia?”. Zawsze odpowiadam: nasze decyzje dotyczą tego, na co mamy wpływ; tego, co możemy wybrać.

– Co dokładnie ma Ksiądz na myśli?

– Każdy z nas ma zaplanowany dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Mniej więcej wiemy, co będziemy robili w tym dniu, czy coś dobrego, czy złego. Nikt nie wie, czy popełni zło np. w 2054 r. Nie wiemy, co będzie się działo w dalszej przyszłości. Odpowiadamy za to, nad czym mamy władzę. Jeśli ktoś pyta: „Po co się spowiadać, skoro znów zgrzeszę?”, to ja pytam, czy planuje grzech. Jeśli planuje, to rzeczywiście jest kiepsko. Jeśli natomiast w dniach, nad którymi mamy władzę, nie planujemy grzechu, to w tym momencie stajemy się święci. W pełnym znaczeniu tego słowa.

– Kiedyś, mówiąc o świętości, opowiadał Ksiądz o filmie, którego bohaterem był Gandhi...

– Jest w tym filmie scena, jak Hindusi idą do fabryki. Angielska policja wali ich pałkami po głowie. Potem stojące kobiety obmywają im rany, a oni na nowo ustawiają się w kolejkę i idą do fabryki. I znowu dostają w głowę, i znowu kobiety obmywają im rany, i tak w kółko. To jest symbol naszej drogi do nieba. Szatan daje nam po głowie, a Kościół robi opatrunek. Opatruje sakramentem, Eucharystią, miłością bliźniego. Potem szatan znowu daje nam po głowie i Kościół znowu nas leczy. Świętym nie jest ten, kto siedzi obok i krytykuje: „I co ci to da?”. Świętym jest ten, kto uporczywie zmierza do Pana Boga. Spójrzmy na Piotra. Dlaczego był święty? Przecież nic nie umiał, nic mu nie wyszło oprócz jednego. Oprócz wracania do Pana Boga. Wielu ludzi jest pysznych. Wstydzą się spowiedzi. Wychodzą na ring tylko wtedy, gdy wiedzą, że wygrają. A jeśli mają cień podejrzenia, że mogą przegrać, to nie podejmują w ogóle walki. Ja zachęcam do walki.

– Nieraz słyszymy, że człowiek, który grzeszy, nie będzie szczęśliwy. To dlaczego ludzie grzeszą?

– Bo to jest na początku bardzo atrakcyjne. Dlaczego jeszcze? Ludzie są pyszni, pokazują płytką dumę, nieraz pokazują, „kim to ja nie jestem”. I wadzą się z samym Bogiem. Kiedyś zapytano żebraka przed katedrą w Warszawie, ile dziennie zarabia. Odpowiedział, że w niedzielę do dwustu złotych. Pytający był zdumiony: „Jak to?! Pan tak sobie tylko siedzi i zarabia aż dwieście złotych? To przecież niesamowite!”. Żebrak odpowiedział krótko: „Bo ludzie są głupie!”. No i my grzeszymy dlatego, że też jesteśmy „głupie”. Wydaje nam się, że obietnica diabła to jakaś superoferta, coś nadzwyczajnego. A kończy się jak zwykle: płaczem, łzami, wyrzutami sumienia i uświadomieniem sobie własnej głupoty.

– W najnowszej książce pisze Ksiądz, że wiele osób jest niezadowolonych. I dzieje się tak bez względu na to, co mają i czym się zajmują. Ciągle coś nam przeszkadza. To jak znaleźć szczęście? Zaakceptować życie takie, jakie jest? Jeśli np. widzimy coś złego w Kościele, to mamy się nie odzywać, tylko kochać Kościół bez względu na to, co się w nim dzieje?

– Kiedy podczas rejsu ktoś nagle krzyknie, że w okręcie jest dziura, to raczej wszyscy rzucą się do roboty pod kierunkiem kapitana, żeby mieć szansę wyjść z tego cało. Mamy kochać Kościół takim, jaki jest. Nigdy nie był doskonały. Zawsze byli w nim grzesznicy, bo Kościół jest szpitalem. Człowiek, który grzeszy, jest w szpitalu. Jest chory i znajduje pomoc. Nieraz słyszę: „Tamten facet chodzi do kościoła, a przecież grzeszy. Wieczorami kłóci się z żoną”. Odpowiadam: „Ale jakby nie chodził do kościoła, to może by ją zabił?”. Ja, gdybym codziennie nie chodził do kościoła, na pewno byłbym gorszy, niż jestem, na pewno trochę bym rozrabiał. Kościół nas leczy. Pan Jezus jest ordynatorem, Matka Boża – pielęgniarką.

– Wróćmy do tych osób niezadowolonych z życia. Czy można znaleźć szczęście już teraz? W miejscu, w którym żyjemy, i w warunkach, w których się znajdujemy?

– Oczywiście. Kiedyś czytałem wspomnienia jednej z więźniarek z Ravensbrück. Napisała, że nigdzie nie spotkała tak wspaniałych ludzi jak tam – życzliwych, pomocnych, z otwartym sercem. Mówiła o swoich towarzyszkach, że to aniołowie chodzący po ziemi. Tam więźniarki pomagały sobie nawzajem. Gotowe były oddać za siebie życie. I chwaliły Boga za dobro, które przekazywał przez ich serca.

– Nie zawsze łatwo odnaleźć szczęście. Ktoś np. dowiaduje się, że jest chory na nowotwór, ma przerzuty i zostało mu kilka miesięcy życia. Jak ma odnaleźć szczęście?

– Wszystko zależy od tego, czy ta osoba jest przygotowana na śmierć. Każdy z nas ma się przygotowywać do tej chwili. Godzina śmierci jest najważniejsza, bo w niej dokonamy ostatecznego wyboru. Wybierzemy szczęście albo, nie daj Boże, piekło. Niektórzy pójdą do piekła z własnej chęci, z własnej woli na złość Panu Bogu. Tak Go nienawidzą. Nienawiść zatruwa człowieka. Człowiek nieraz z nienawiści potrafi cierpieć tylko po to, żeby innemu zadać ból.

– Wróćmy do człowieka, który się dowiedział, że ma nowotwór.

– Człowiek powinien być przygotowany, że może stać się inaczej, niż sobie tego życzymy. Gdy składamy życzenia, często słyszymy: „wszystkiego najlepszego”, „niech ci się wiedzie”, „powodzenia”, zdrówka, zdrówka, a przede wszystkim zdrówka”. Trzeba być przygotowanym, że może być inaczej, i życzyć ufności Chrystusowej. Kiedyś mój kolega ksiądz opowiadał, że w dzieciństwie, kiedy jechał rowerem, ciężarówka przycisnęła go do krawężnika. Przewrócił się z wielkim hukiem, rozbił kolano i zapłakany wrócił do domu. Mama spytała, o czym myślał, gdy ta ciężarówka na niego jechała. Była przekonana, że usłyszy o mamusi i tatusiu. Ale tak nie odpowiedział. To są chwile, kiedy trzeba myśleć o Bogu. Gdy spotyka nas takie nieszczęście jak nowotwór, myślmy o Bogu.

– Pojawiają się pytania: „Dlaczego ja? Skoro Bóg jest wszechmogący, może mi przecież pomóc; dlaczego nie pomaga?”. Czy są dobre odpowiedzi na takie pytania?

– Oczywiście, można znaleźć odpowiedź. Zależy to od konkretnej sytuacji. W niejednym domu nastąpiły zgoda, pojednanie, otwarcie oczu na coś, czego się wcześniej nie dostrzegało, tylko dlatego, że ktoś z pokorą przyjął śmierć. Takie osoby mogą zrobić dużo dobrego. Dostały oręż do czynienia dobra. A śmierć przecież i tak kiedyś nastąpi.

– Śmierć, która niczego nie kończy. Można powiedzieć: Idę po śmierć, czyli idę po życie?

– Życie się nie kończy, ale się zmienia. Idę po śmierć, idę po życie. Tak, to dobre określenie. Na pogrzebie mówi się o człowieku, który umarł. Ale przecież to my umieramy, a on żyje. Ilu rodziców, ojców, matek bierze dzisiaj Biblię do ręki i rozmawia z dzieckiem o zmartwychwstaniu? Posłużę się przykładem. Na dworcu kolejowym możemy zobaczyć tunel. Na peronie ptak dziobie okruszki. Mógłby wlecieć w ten tunel i znaleźć dużo jedzenia. Ale się boi. My też tak żyjemy. Nasze okruszki to samochód, DVD, komputer. Dziobiemy, a ciasny tunel prowadzi do życia wiecznego. Tylko że młodzi ludzie wiedzą jedno: liczy się kasa. Jedyną powszechną ideologią w Polsce jest materializm praktyczny. My tu sobie rozmawiamy, a tymczasem w Polsce odbywa się, powiedzmy, kilka tysięcy rozmów o pieniądzach. Jak mało mam kasy, jak bardzo potrzebuję kasy, gdzie można więcej zarobić...

– Co Ksiądz mówi tym, którzy tylko o tym myślą?

– Puknijcie się w głowę! Wjechaliście w ślepą uliczkę. Ona jest bajecznie kolorowa, śliczna, ale na końcu okaże się, że jest ślepa. Nie zaprowadzi nikogo do szczęścia. Godzinami mogę opowiadać o ludziach, którzy teoretycznie powinni być nieszczęśliwi, a jednak jest inaczej. Ostatnio np. fotografowano siostrę zakonną, która ma sto lat. Szukano oblicza starego człowieka na okładkę książki. Siostra zapytała, o czym jest ta książka. Usłyszała, że o ludziach starych, smutnych, chorych. Podziękowała. „To nie dla mnie i nie o mnie”. Miała pokój w sercu. Była szczęśliwa.

– Był Ksiądz kiedyś kapelanem w szpitalu. Widział, jak ludzie odchodzą z tego świata. I przyszła ta chwila, kiedy to Księdza dotknęła choroba. Jak to Ksiądz przeżywa?

– Na razie raczej z humorem. Nie załamuję się. Lubię rozmawiać z Panem Bogiem po wojskowemu, chociaż nigdy w wojsku nie byłem. Wyobrażam sobie, że Pan Jezus mówi o chorobie: „Pawlukiewicz, masz nowego przyjaciela”. Odpowiadam: „Tak jest!”. I żyję dalej.

– Boli?

– Bólu nie czuję. To ograniczenie ruchowe, brak koordynacji. Przewróciłem się już może z 30, 40 razy.

– Czyli żartów nie ma?

– Bywa niebezpiecznie. Jak upadam, np. ze schodów, to myślę, żeby jakoś ręce pochować i przyjąć ciałem ciężar uderzenia.

– To choroba Parkinsona?

– Tak.

– Można ją zatrzymać?

– Można ją spowolnić i to się w dużym stopniu udaje. Ale po jakimś czasie zawsze sunie do przodu. Pół milimetra, centymetr, ciągle dalej.

– Kiedy Ksiądz się zorientował, że jest poważnie chory?

– W 2007 r. Przy goleniu zadrżała mi ręka. Nie mogłem precyzyjnie dotykać maszynką twarzy. Potem był problem z wyciągnięciem chusteczki do nosa albo portfela z kieszeni. Z trudem myłem zęby. Ale jeszcze wtedy były to drobne dolegliwości. Teraz jest inaczej. Szukam jednak pozytywnych stron. Jestem wzruszony opiekuńczością sióstr zakonnych, kapłanów, ludzi świeckich. Przychodzą, pytają, czy w czymś mi pomóc, czy dokądś podwieźć, coś kupić. Te codzienne doświadczenia kontrastują z obrazem polskiego kleru, który ostatnio przedstawił jeden z reżyserów. Ja widzę codziennie inny świat i jestem nim pozytywnie zaskoczony.

– Czy boi się Ksiądz śmierci?

– Teraz nie (uśmiech). Siedzimy sobie w miły jesienny wieczór. Miło się rozmawia, jest przyjemnie. Ale jak przyjdzie lekarz i powie, że to już koniec, to pewnie będę zazdrościł tym, którzy będą mogli oglądać następne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie też tym, którzy dostaną nowy sprzęt muzyczny, taki idealny, bezszumowy... Wiem jednak, że Pan Bóg pokaże mi w niebie wiele fantastycznych rzeczy, o których na ziemi nie mamy pojęcia. Oczywiście, jeśli znajdę się w niebie, o co Boga pokornie proszę.

– Mówi Ksiądz, że każdy powinien przygotować się do śmierci. A Ksiądz jak to robi?

– Dużo myślę o śmierci, o przemijaniu. Dwa miesiące temu umarła moja mama. Widziałem ją przez całe moje życie, czyli prawie przez 60 lat. Przyglądałem się, jak żyła, byłem blisko w chorobie, kiedy umierała. I bardzo realnie spojrzałem na siebie. Mam prawie 60 lat, jestem chory. Oczywiście, można jeszcze pracować, funkcjonować, ale trzeba realnie oceniać sytuację i przygotować się na ten moment. Przygotować – to znaczy wypełnić swoją misję na maksa. Zrobić to, co zostało do zrobienia i co można zrobić przy wszystkich ograniczeniach. Tak, aby potem stanąć jak szeregowiec przed Generałem i usłyszeć od Niego słowa: „Dobrze, synu. Wiele uczyniłeś dobrego i wielką dostaniesz nagrodę w niebie”.

– Liczy Ksiądz na cud? Przecież wiele osób doświadczyło cudu.

– Kiedy o tym myślę, mówię sobie: „To byłby numer!”. Podchodzę do wszystkiego z humorem. Na początku, gdy lekarze stwierdzili, że to choroba Parkinsona, pojechałem do sióstr zakonnych na rekolekcje. Laseczką się podpierałem, żeby się nie przewrócić. Na spotkaniu po skończonych rekolekcjach słuchaczki wymieniały poglądy: które nauki się podobały, które mniej. Ze zdumieniem usłyszałem od 90 proc. zakonnic, co zrobiło na nich największe wrażenie: to, że ks. Pawlukiewicz o lasce zmagał się przy ołtarzu, żeby czegoś nie wylać, bo ręka mu drżała. Potem pojechałem na zamknięte rekolekcje do studentów i usłyszałem to samo. Wtedy dopiero można się było załamać! Trochę się buntowałem, no bo jak to, nie podziwiają moich słów, wygłaszanych mądrości, tylko podziwiają laskę, którą się podpieram, żeby nie wylądować na ziemi? Skandal! (śmiech).

– Bywają chwile depresji?

– Kiedyś miałem złe dni. Pomyliłem tabletki i zajrzała mi w twarz perspektywa domu starców. Marzyłem wcześniej, że jak będę ociężały, to kupię sobie jakiś fajny, duży telewizor. Tak na koniec. A potem przepiszę go jakimś biednym dzieciom. A tu po lekach nastąpiło jakieś nagłe załamanie zdrowia i perspektywa, że już nie zdążę zrobić nawet tego i wyląduję w domu księży emerytów. A tam łóżko i pampersy.

– Czy w takiej sytuacji inaczej przeżywa się życie? Czy jest się bliżej Boga?

– Cieszę się, że Bóg uchronił mnie od postawy buntu. Od stawiania pytań, dlaczego, i mówienia: „przecież dobrze żyłem”.

– Powróćmy na koniec do najnowszej książki. Jakie jest jej najważniejsze przesłanie?

– Chcę przekazać wszystkim: gryź, kop, szalej, ale wracaj. Wracaj do Pana Boga. Na różne sposoby. Możesz żebrać, płakać, prosić o spowiedź, ale jednego nie zaniechaj. Wróć do Kościoła, wróć do Pana Boga. Konfesjonały są otwarte codziennie, za darmo. Nie czekaj na koniec życia, bo nie wiesz, kiedy nastąpi. Zacznij wracać. Już teraz.

– Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Kościół częstochowski wzbogacił się o 124 lektorów

2018-12-16 21:29

Kleryk Zbigniew Wojtysek

Beata Pieczykura/Niedziela
Nowi lektorzy

III niedziela Adwentu to niedziela radości, bo święta Bożego Narodzenia są coraz bliżej. W tym roku dla naszej archidiecezji była to „podwójna radość”. Właśnie 16 grudnia Kościół Częstochowski wzbogacił się o 124 lektorów. Uroczystej Mszy św. abp Wacław Depo w kościele seminaryjnym przy ul. Barbary 41.

Ową radość tak odczuwał Kuba – jeden z nowo pobłogosławionych lektorów: „Do świąt Bożego Narodzenia jeszcze ponad tydzień, ale my już teraz bardzo mocno czujemy bliskość Jezusa. Szczególnie spotkaliśmy go dzisiaj. Powiedział nam, że nas kocha i dał nam szczególne zadanie: być Jego świadkiem i głosić Jego Słowo”.

Zobacz zdjęcia: Nowi lektorzy

Ks. abp Wacław Depo, zwracając się do lektorów podczas homilii, mówił: „Jesteście Bogu potrzebni, żeby Chrystus przez was mówił do ludzi, żeby ludzie nie błądzili w ciemnościach, ale budowali swoje życie na prawdzie Bożej”. Na koniec rozważania dodał: „Proszę razem z Wami, aby Maryja, Matka Chrystusa i Matka Kościoła przybliżała Was każdego dnia do swojego Syna”.

W trakcie obrzędu Arcybiskup pytał: Czy chcesz pełnić funkcję lektora w zgromadzeniu liturgicznym, aby przez to służyć Kościołowi i przyczyniać się do jego wzrostu? Czy chcesz gorliwie rozważać Słowo Boże i być świadkiem Chrystusa w codziennym życiu? Po każdym z pytań padło jednogłośne: „Chcę”. Tym jednym słowem stu dwudziestu czterech ministrantów wyraziło gotowość do bycia lektorami. Odpowiedzią na nią była modlitwa błogosławieństwa oraz znak otrzymania z rąk Arcybiskupa księgi Pisma Świętego. Wspólnej modlitwie towarzyszyli święci patroni ministrantów: Stanisław Kostka, Alojzy Gonzaga, Jan Berchmans, Dominik Savio, których relikwie, znajdujące się tego dnia w kościele seminaryjnym, „spoglądały” na nowych lektorów.

Uroczysta Eucharystia była zwieńczeniem rekolekcji, które kandydaci na lektorów przeżyli w Archidiecezjalnym Centrum Duchowości w Olsztynie. Jak je spędzili? Paweł - tak relacjonuje ten czas: „Rekolekcje pokazały mi, że najważniejsze w byciu lektorem jest być blisko Jezusa. Uświadomiłem sobie, że Jezus potrzebuje mnie i mojego głosu, aby inni mogli o Nim usłyszeć”. Lektorów do przyjęcia tak ważnej funkcji w zgromadzeniu liturgicznym przygotowali podczas ćwiczeń duchowych ks. Paweł Wróbel i ks. Michał Zimny – diecezjalni duszpasterze ministrantów. Pomagali im w tej posłudze również klerycy z naszego seminarium.

Ks. Paweł Wróbel zapytany o podsumowanie dwóch turnusów rekolekcji (poprzedni odbył się w dniach 30 listopada - 2 grudnia), których owocem jest łącznie 245 nowych lektorów powiedział: „Był to wspaniały czas, w trakcie którego wielu młodych mężczyzn na wezwanie Jezusa odpowiedziało „Tak”. Dziękuję wszystkim księżom, którzy prowadzili kursy lektorskie w poszczególnych dekanatach oraz duszpasterzom, troszczącym się o lektorów, aby mogli uczestniczyć w rekolekcjach. Jestem też wdzięczny rodzicom za ich pomoc i wsparcie dla swoich synów. Nade wszystko dziękuję lektorom: to dzięki Wam Słowo Boże będzie rozbrzmiewać w kościołach naszej archidiecezji”.

Rekolekcje dla kandydatów tej grupy (dla dekanatów: koziegłowski, myszkowski, blachowieński, mykanowski, porajski, truskolaski, brzeźnicki, gorzkowicki, kodrąbski, pajęczański, św. Lamberta w Radomsku, Najświętszego Serca Pana Jezusa w Radomsku, rozprzański, sulmierzycki, krzepicki, mokrski, osjakowski, Najświętszej Maryi Panny Pocieszenia w Wieluniu, św. Wojciecha w Wieluniu i praszkowski) odbyły się w dniach 14-16 grudnia. Prowadzili je ks. Paweł Wróbel i Michał Zimny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem