Reklama

Niezwykły rządca

2017-11-29 10:28

Ks. Adrian Put
Edycja zielonogórsko-gorzowska 49/2017, str. IV

Reprodukcje: ks. Adrian Put
Ks. Szelążek w otoczeniu pierwszych wychowanków gorzowskiego seminarium

65 lat temu rządy w Ordynariacie Gorzowskim objął ks. inf. Zygmunt Szelążek. – Zasługuje na beatyfikację tak samo jak zmarły w opinii świętości jego następca sługa Boży bp Wilhelm Pluta. Z natury był bardzo delikatny, pokorny i dobry – powiedział o nim wybitny wrocławski historyk Kościoła ks. prof. Józef Swastek. Ks. Wenancjusz Bobrowicz zeznał z kolei, że ekshumowane ciało ks. Szelążka było prawie nienaruszone

Kim był ten niezwykły człowiek, który wielką diecezją gorzowską rządził w latach 1952-56? Był to czas niezwykle trudny dla Polski i Kościoła. Bóg jednak daje swojemu Kościołowi odpowiednich pasterzy na trudne lata. Tak było i w tym przypadku.

Pierwsze lata

Ks. Zygmunt Szelążek, wikariusz kapitulny i administrator ordynariatu gorzowskiego, przyszedł na świat 16 kwietnia 1905 r. w Płoskirowie w woj. podolskim. Gimnazjum ukończył w Tarnopolu. Formację do kapłaństwa odbywał w seminarium we Lwowie. Po trzech latach studiów został skierowany na dalszą formację do Rzymu, gdzie studiował na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Po powrocie do ojczyzny uzyskał magisterium z teologii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i w 1932 r. przyjął święcenia kapłańskie. Pracował jako prefekt w Niższym Seminarium Duchownym we Lwowie, a następnie jako katecheta i administrator parafii. Po wojnie w 1946 r. przybył do Tychowa na teren koszalińskiego. W następnym roku został konsultorem diecezjalnym i prefektem w Niższym Seminarium Duchownym w Słupsku. 26 lutego 1952 r. został wybrany rządcą ordynariatu gorzowskiego. Rządy objął 15 marca tegoż roku, a 12 maja otrzymał kościelne uprawnienia od prymasa do samodzielnego kierowania ordynariatem.

Z myślą o kapłanach

Choć sam nigdy nie otrzymał święceń biskupich, to jednak ks. Szelążek może być nazwany prawdziwym ojcem kapłanów. Na pierwszy rok jego rządów przypadało wielkie wydarzenie. W 1952 r. pierwszy rocznik seminarium gorzowskiego otrzymał święcenia kapłańskie. I choć w tej sprawie korzystał z mądrości i przezorności swoich poprzedników, to jednak otrzymane dary mocno pomnożył.

Reklama

Zwrócił się z gorącym apelem do wszystkich biskupów polskich i wyższych przełożonych zakonnych, aby zechcieli podzielić się duszpasterzami z ordynariatem gorzowskim. O skali tej akcji może świadczyć fakt, że w 1952 r. na terenie gorzowskim pracowało 448 księży, a w 1955 było ich już 556. Nawet uwzględniając w tym święcenia własnych wychowanków seminaryjnych, widać, jak wielką była udzielona wówczas pomoc.

Powiększająca się liczba duszpasterzy i pojawienie się nowo wyświęconych księży spowodowało, że należało uregulować wzajemne obowiązki i prawa pasterzy. Ks. Szelążek opracował i wydał w tej sprawie specjalny regulamin, który określał wzajemne relacje wikariusza i proboszcza.

To jemu także zawdzięczamy, że dawne opactwo w Paradyżu stało się siedzibą gorzowskiego seminarium. Wobec ciągle powiększającej się liczby kleryków w Wyższym Seminarium Duchownym ks. Szelążek postarał się, by od księży salezjanów przejąć budynki klasztoru w Paradyżu. Po niezbędnych adaptacjach umieszczono w nich w 1952 r. pierwsze roczniki seminarium, czyli tzw. Wydział Filozoficzny WSD w Gorzowie.

Pojawiające się nowe zastępy kapłańskie na niwie Pańskiej nie przysłaniały problemu choroby i starzenia się tych księży, którzy do naszej diecezji przybyli z różnych stron Polski. A kapłanów potrzebujących pomocy było z każdym rokiem coraz więcej. W czasach, gdy władze komunistyczne nie godziły się na ubezpieczenia zdrowotne, rentowe i emerytalne duchownych, ustanowił w ordynariacie gorzowskim istniejącą do dziś Wzajemną Pomoc Kapłańską, czyli system wewnętrznego ubezpieczenia wzajemnego księży naszej diecezji. Dla tych najbardziej chorych i potrzebujących opieki ustanowił pierwszy Dom Księży Emerytów naszej diecezji w Rokitnie.

Zatroskany o liturgię

Na ogromnym obszarze ordynariatu gorzowskiego ludności autochtonicznej było bardzo niewiele. Zdecydowana większość przybyła z różnych stron przedwojennej Polski. Wyrwani z własnych ojcowizn i parafii musieli na nowo nauczyć się życia w obcym terenie. Znakiem stabilizacji były świątynie katolickie. Tu jednak okazało się, że choć zdecydowana większość ludności Pomorza Zachodniego, Środkowego i Ziemi Lubuskiej była wyznania katolickiego, to jednak te same pieśni śpiewano na trochę inne melodie albo bardziej czczono św. Kazimierza lub św. Andrzeja Bobolę.

Służba Boża sprawowana na tak wielkim obszarze wymagała szczególnej pieczy pasterskiej. I tu właśnie objawiła się wielka troska ks. Szelążka o sprawy liturgii. Ustanowił Diecezjalną Radę Liturgiczną, Diecezjalną Komisję Obrzędów Liturgicznych, Diecezjalną Komisję Sztuki Kościelnej, Diecezjalną Komisję Muzyki i Śpiewu Kościelnego. W okresie swoich rządów diecezją gorzowską zwizytował zdecydowaną większość parafii. Praktycznie wszędzie udzielał sakramentu bierzmowania. A warto pamiętać, że często było to bierzmowane udzielane po raz pierwszy po wojennej zawierusze.

Troszczył się mocno, by w każdej parafii dwa razy w roku, na Adwent i Wielki Post, odprawiano rekolekcje święte.

Warto przeczytać

W roku 65. rocznicy objęcia rządów nad ordynariatem gorzowskim przez ks. Szelążka otrzymaliśmy wspaniałą niespodziankę. Na lokalnym runku wydawniczym ukazała się niezwykła książka autorstwa ks. Rafała Mocnego pt. „Życie i działalność pastoralna wikariusza kapitulnego ks. Zygmunta Szelążka w Gorzowie Wlkp. (1952-1956)”, Zielona Góra 2016. Ks. Mocny specjalizuje się w historii Kościoła na Ziemiach Zachodnich po II wojnie światowej. Jest duszpasterzem akademickim w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą, a także współpracownikiem naukowym Polsko-Niemieckiego Instytutu Badawczego.

Książka wydana przez Agencję Wydawniczą „PDN” to bardzo sumienna i wnikliwa analiza życia oraz rządów w ordynariacie gorzowskim, które podejmował ks. Szelążek. Z lektury książki poznamy bliżej lata młodzieńcze, okres formacji seminaryjnej i pierwsze lata kapłaństwa ks. Szelążka; jego działalność na Ziemiach Zachodnich do roku 1952; zapoznamy się szczegółowo z okresem rządów w Gorzowie na stanowisku wikariusza kapitulnego, a także poznamy działalność najważniejszych instytucji diecezjalnych pod kierownictwem ks. Szelążka. Książka pozwoli nam przyjrzeć się bliżej duchowieństwu gorzowskiemu tamtych lat, a także przygotowaniu młodych ludzi do pracy duszpasterskiej. Nie zabrakło także najważniejszych centrów życia religijnego naszej diecezji. Publikacja kończy się rozdziałem poświęconym działalności duszpasterskiej ks. Szelążka po roku 1956 do swojej śmierci w Szczecinie w 1982 r. Po tę książkę po prostu warto sięgnąć.

***

Po odwilży październikowej w Polsce można było ustanowić dla ordynariatu gorzowskiego pierwszego w dziejach biskupa. 6 grudnia 1956 r. ks. Szelążek przekazał rządy na ręce delegata biskupiego bp. Teodora Benscha ks. Władysława Sygnatowicza. Poprosił o urlop, a po nim objął probostwo w parafii pw. Świętej Rodziny w Szczecinie. Zmarł w Świnoujściu 30 lipca 1982 r.

Tagi:
ks. inf. Zygmunt Szelążek

Centrum nędzy w środku Europy

2018-07-17 13:10

Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 29/2018, str. 22-25

Z youtuberem Vonskym – twórcą dokumentu pt. „Projekt Lunik” – rozmawia Tomasz Winiarski

Vonsky

TOMASZ WINIARSKI: – Jak reagowali ludzie, którym mówiłeś, że wybierasz się w tak nietypowe miejsce? Nie miałeś obaw, że pakujesz się w kłopoty?

VONSKY: – Od początku traktowałem podróż do Luníka na równi z podróżą do miejsc typu Donieck, Ługańsk, Syria czy fawele w Brazylii. Bałem się straszliwie, a szczególnie o sprzęt. Wiele z moich obaw się nie sprawdziło, ale może to dzięki podwojonej ostrożności? Jakoś daliśmy radę bez strat materialnych, nikt nas nie pobił, niczego nam nie zniszczono. Ale to pewnie dlatego, że też byliśmy „grzeczni” i oprowadzała nas osoba „z wewnątrz”, chociaż obawialiśmy się, że Marian – nasz przewodnik może mieć przez to w lokalnej społeczności problemy, że z nami trzyma. Ale chyba nic takiego, poza kilkoma tekstami w jego stronę, nie miało miejsca.

– Na Twoich zdjęciach owiany złą sławą Luník IX, czyli największe romskie getto w Europie, wygląda niemalże jak strefa działań wojennych...

– I właśnie tak to sobie wyobrażałem przed przyjazdem. Na miejscu emocje pozostały, ale z czasem ochłonąłem i zacząłem się przyzwyczajać do tej rzeczywistości. Oczywiście, z naszej perspektywy, osób wychowanych w dobrobycie, nie da się przyzwyczaić do bezdomności czy ulicznego stylu życia. To nie nasza bajka, ale poznać i odkryć to od środka jest doświadczeniem bardzo otwierającym głowę na wiele życiowych aspektów. Przede wszystkim doceniasz to, co masz. Został jeszcze jeden blok do wyburzenia, który się sypie. W całym bloku żyje może 5 rodzin. Jego stan jest tragiczny, rzekomo przez to, że Romowie wyjmowali zbrojenia budynku, które potem sprzedawali. Wszędzie gruz i śmieci. Reszta bloków wygląda trochę lepiej, ale też są w opłakanym stanie. Przede wszystkim dużo pleśni i wilgoci. Mieszkańcy mówią, że niektóre pokoje na zimę w ogóle barykadują, bo nie da się w nich wysiedzieć przez brak ogrzewania i problemy z pleśnią i wilgocią.

– Jak przyjęli Was miejscowi? Zdobyliście ich zaufanie? Co sprawiło Wam najwięcej trudności?

– Dzieci, z którymi piątego dnia graliśmy na blokowisku w piłkę, pierwszego dnia pokazywały nam noże i środkowe palce. Nie było to łatwe, ponieważ poprzednie grupy filmowe czy telewizyjne nie zostawiły najlepszego wrażenia. Mieszkańcy Luníka czują się jak małpy w zoo. Telewizje obiecywały poprawę po nagraniu swojego materiału. Obiecywano Romom, że państwo się nimi zajmie, że im pomoże. Rozdawano różnym rodzinom pieniądze za to, żeby wystąpiły przed kamerą lub żeby pokazały im swoje mieszkania. Nadal uważam, że należałoby zostać tam jeszcze dłużej, żeby zdobyć jeszcze większe zaufanie oraz więcej materiałów filmowych. Poznać więcej ludzi i ich historie. Generalnie zawarliśmy kilka znajomości i jeśli tam wrócimy, to raczej będziemy mile widziani.

– Gdzie nocowaliście? W dzielnicy Luník panują tragiczne warunki sanitarne – mieszkańcy są odcięci od prądu i wody. Nie jest łatwo tam przetrwać. Powszechne są też różnego typu choroby, np. wszawica i zapalenie wątroby.

– Zamieszkaliśmy w ośrodku Salezjanów, gdzie warunki są porównywalne do typowych hosteli. Ok. 50 m od najbliższego bloku, w którym prawie w ogóle nie ma wody, prądu i ogrzewania. Pokój z widokiem na Luník – wtedy najbardziej doceniasz nawet najmniejsze udogodnienia. Mieszkańcy Luníka nie mają łatwo i rzeczywiście borykają się z bardzo wieloma problemami. Wszawica, szczególnie wśród dzieci, jest widoczna i powszechna. My na szczęście nic nie złapaliśmy, chociaż księża pracujący na Luníku sami wspominali, że raz na jakiś czas coś się zdarzy. Jeden z bloków, w którym byliśmy, był odłączony od wody. Woda działa tylko przez parę godzin po dwa razy dziennie w piwnicy. Nie wszyscy się też szczepią.

– Osiedle Luník powstało w latach 70. ubiegłego wieku i z założenia miało być zamieszkałe głównie przez rodziny policjantów i wojskowych. Jak to się stało, że dzisiaj wegetują tutaj wyłącznie bezrobotni Romowie, a dzielnica stała się symbolem skrajnej patologii społecznej?

– Luník IX był jednym z bardziej prestiżowych osiedli swego czasu. Jak widać, Romowie nie wpisywali się we wzór idealnych sąsiadów i wystarczyło zaledwie jedno pokolenie, aby sprawić, by reszta lokatorów innych narodowości wyprowadziła się z osiedla. Romowie mają w swoim zwyczaju posiadanie rodzin wielodzietnych, a więc szybko stali się na Luníku zdecydowaną większością. Okazuje się, że przymusowa integracja i cały projekt komunis-
tycznych władz Czechosłowacji nie wypaliły. Chyba nie jest ciężko zgadnąć dlaczego.

– No właśnie, czyli to wina nieudanego projektu komunistycznych władz, który polegał na przymusowej integracji społeczności romskiej?

– Myślę, że wszyscy się zgodzimy z tezą, iż jest to nieudany eksperyment przymusowej integracji i ingerencji systemowej w prywatne życie ludzi. Ale jako reporterowi ciężko mi postawić dokładną diagnozę.

– Bezrobocie w dzielnicy Luník IX wynosi niemalże 100 proc. Nędza, brak pracy i perspektyw – to idealny przepis na wzrost przestępczości. Wy natomiast przyjechaliście tam z drogim sprzętem fotograficznym... Naprawdę udało się wrócić bez strat?

– Oficjalne statystyki mówią o niemalże zerowej przestępczości. Nieoficjalnie – wiadomo. Jest tak, ponieważ bycie kapusiem nie jest czymś mile widzianym na Luníku IX. O sprzęt bałem się bardzo, ale obyło się bez żadnych strat. Uprzedzono nas, że na dwa dni przed naszym przyjazdem przyszły dla mieszkańców Luníka pieniądze z socjalu. A oni te pieniądze trwonią w pierwszym tygodniu na imprezy i alkohol. No i właśnie chodziło o to, żeby uważać na ludzi pod wpływem. Czy to alkoholu, czy innych używek, ponieważ mogą być agresywni.

– Czy władze Słowacji podejmują w ogóle jakieś kroki mające na celu np. aktywizację zawodową tych ludzi? Podobno system zasiłków socjalnych oraz widmo windykacji zniechęcają Romów do podjęcia pracy zawodowej. Jak to wygląda?

– Temat Luníka IX jest tematem każdej samorządowej kampanii wyborczej Koszyc, a temat Romów sam w sobie jest tematem kampanii parlamentarnej. Pomysłów było wiele – m.in. nagrody dla romskich kobiet, które poddadzą się sterylizacji. A dzień przed wyborami politycy przyjeżdżają na Luník z kiełbasą wyborczą w formie darmowych worków z ziemniakami. Pokojowa Nagroda Nobla dla osoby, która rozwiąże ten problem społeczny.

– Kierowcom autobusów miejskich, którzy kursują na trasie zahaczającej o getto, władze płacą specjalne premie finansowe za pracę w warunkach podwyższonego ryzyka. Czy faktycznie jest tam aż tak niebezpiecznie?

– Nie powiedziałbym, żeby Romowie chcieli zagrozić kierowcom – są bardziej nieprzychylni wobec gapiów, którzy przyjeżdżają zrobić kilka zdjęć, lub wobec ekip telewizyjnych. Telewizje z zagranicy dużo naobiecywały, że ich materiały wideo pomogą tej społeczności itp. Generalnie Romowie z Luníka nie chcą się czuć jak fotografowane małpy w cyrku. W Internecie są zdjęcia, jak autobus linii 11 wygląda od środka, i rzeczywiście jest w opłakanym stanie.

– Jest w opłakanym stanie, bo władze nie chcą inwestować w tę społeczność, czy ze względu na to, że niszczą go romscy pasażerowie?

– Akurat tego nie wiem, może na tej linii kursują starsze autobusy, a może zdewastowali je Romowie?

– Czy dla słowackiej policji ta część Koszyc również stanowi strefę „no-go”, do której wolą się nie zapuszczać?

– Słowacka policja raczej nie traktuje zgłoszeń na Luník IX poważnie, aczkolwiek my sami byliśmy świadkami interwencji. Ale może wytłumaczę dla jasności: jedna karetka była eskortowana przez dwa radiowozy. Na samym osiedlu znajduje się komisariat policji. Raczej nie nazwałbym tego miejsca mianem strefy „no-go” dla policji, choć faktem jest, że raczej niechętnie przyjmują zgłoszenia.

– Czy zaryzykowałbyś stwierdzenie, że na Luníku panuje bezprawie? Samosądy?

– Raczej nie.

– Na miejscu działa katolicki zakon ojców salezjanów. Na czym polega pomoc, która za ich sprawą dociera do romskiej społeczności w Koszycach?

– Ich pomoc opiera się na kilku filarach. Przede wszystkim jest to ewangelizacja i zjednoczenie z Bogiem – 80 proc. mieszkańców Luníka IX uważa się za katolików. Życie w wierze to z założenia życie uczciwe, dobre i pracowite, więc są to dobre podstawy wychowawcze zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Kolejne takie filary to wychowanie młodzieży, pomoc w znalezieniu pracy, praca z takimi rodzinami. Za darmo lub za małą opłatą można w ośrodku uprać także swoje ubrania. Salezjanie robią naprawdę bardzo dobrą robotę.

– Czy obok organizacji katolickich na miejscu pomaga ktoś jeszcze?

– Są wolontariusze z miasta, ale nie chcieli z nami rozmawiać i ciężko mi zdefiniować, na czym polega ich pomoc. Mają na Luníku swoje biuro.

– Wspominałeś, że władze wyburzają kolejne budynki, których stan grozi zawaleniem. Zmniejsza się też liczba mieszkańców Luníka. Jaka jest zatem przyszłość tego miejsca?

– Z tego, co mówił starosta Luníka IX, wynikało, że planuje wybudowanie czterdziestu nowych mieszkań dla rodzin, które bardziej się starają i wychodzą na prostą. Mimo tego liczba mieszkańców rzeczywiście spada. Bardzo możliwe, że za kilka lat to miejsce będzie zupełnie inne niż teraz. Już się zmieniło, od kiedy byliśmy tam po raz pierwszy w lutym, a kolejny raz w maju.

– Co jest tak naprawdę przyczyną katastrofy, która kryje się pod nazwą „Luník IX”? Zawinił system czy może chodzi o kulturowe uwarunkowania społeczności cygańskiej?

– Romowie obecnie żyjący na Luníku IX mają mało wspólnego z kulturą cygańską, którą znamy. To jest kwestia pokoleniowa i tego, że całe to miejsce jest skupiskiem patologii, która jest dziedziczona. Tym ludziom po prostu brakuje przykładu, motywacji. W większości to nie jest tak, że oni deklarują: „Nie chcemy być jak reszta białych Słowaków”. Oni nie mają nic przeciwko, ale po prostu z jakiegoś powodu im się nie chce. Brakuje perspektyw.

– Myślisz zatem, że istnieje recepta na jakąkolwiek poprawę sytuacji tych ludzi? Dostrzegasz światełko w tunelu tej beznadziei?

– O to samo zapytaliśmy ks. Pavla, ale nie dostaliśmy jasnej odpowiedzi. Ciężko jest przewidzieć losy Luníka IX, gdyż jest to także temat debaty politycznej. Subiektywnie patrząc, duża część tych ludzi nie jest z natury zła. Po prostu mieli brak szczęścia urodzić się w takim miejscu. Największa nadzieja jest w młodych, ponieważ starych drzew się nie przesadza, a to dorośli powinni zadbać o to, aby kolejne pokolenia nie dziedziczyły ich niedoli.



Zapraszamy do odwiedzenia kanału "Vonsky Channel" na YouTube, gdzie znajduje się więcej ciekawych materiałów, nie tylko o Luniku IX

Obejrzyj film: Vonsky Channel
CZYTAJ DALEJ

Reklama

W intencji powołań

2018-07-23 10:42

Beata Pieczykura

W niedzielę 22 lipca kapłani z dekanatu św. Antoniego w Częstochowie błagali Najwyższego Kapłana i Wiecznego Kapłana o świętość kapłanów oraz nowe powołania kapłańskie i zakonne.

Beata Pieczukura/Niedziela

W „Modlitwie serc i stóp kapłańskich w intencji powołań” pielgrzymowali z kościoła pw. św. Antoniego z Padwy do świątyni pw. Zesłania Ducha Świętego.

Zobacz zdjęcia: W intencji powołań
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem