Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Prekursorzy dobrej zmiany

2017-12-06 11:51

Ze Sławomirem Siwkiem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 50/2017, str. 36-37

O społeczno-politycznej aktywności Kościoła w stanie wojennym i aktualności programu Prymasowskiej Rady Społecznej z lat 80. XX wieku ze Sławomirem Siwkiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – 12 grudnia 1981 r. do późnych godzin nocnych obradowała na swym pierwszym posiedzeniu Prymasowska Rada Społeczna. Zupełnie nie spodziewano się tego, co miało za chwilę nastąpić...?

SŁAWOMIR SIWEK: – Mało tego, zastanawiano się nad kształtem – jak się zdawało – całkiem realnego porozumienia strony społeczno-kościelnej z rządem, nad projektem stworzenia Rady Porozumienia Narodowego. Prymasowska Rada Społeczna miała być świeckim pomostem w porozumieniu między Kościołem i Solidarnością a władzą. Zamysł jej powołania powstał 4 listopada 1981 r., po „spotkaniu trzech” – Lecha Wałęsy, Wojciecha Jaruzelskiego i abp. Józefa Glempa – a więc na miesiąc przed stanem wojennym. Pierwszym jej dokumentem – opracowywanym jeszcze przed ogłoszeniem stanu wojennego i omawianym na tymże posiedzeniu – były „Tezy Prymasowskiej Rady Społecznej w sprawie ugody społecznej”, które ostatecznie zostały przyjęte przez Radę 5 kwietnia 1982 r.

– Tymczasem władza, jakoby także dążąca do porozumienia i do ostatniej chwili deklarująca gotowość ugody, wbija nóż w plecy...

– ...i nawet internuje kilku członków rady. Mimo to, a może niejako na przekór wszystkiemu, prymas Glemp nie zawiesza jej prac; postanowiono nadal pracować nad tym samym dokumentem. Kościół, jak zawsze, głosił potrzebę ugody społecznej.

– Wtedy budziło to nawet pewne oburzenie w kręgach solidarnościowych: o jakim porozumieniu z władzą można jeszcze mówić, skoro ona oszukuje?

– Rzeczywiście, można powiedzieć, że gen. Jaruzelski zachęcając prymasa Glempa 4 listopada do pracy nad formułą porozumienia, najwyraźniej oszukiwał, ponieważ decyzje o stanie wojennym były już wtedy podjęte. Mimo wszystko Prymas po 12 grudnia nie zatrzymał prac nowo utworzonej rady i zaczął długi marsz, który miał się skończyć dopiero w 1989 r. przy Okrągłym Stole. Ta determinacja brała się z przekonania, że władza bez porozumienia ze społeczeństwem nie będzie w stanie wyciągnąć kraju z kryzysu, który wciąż postępował. Prymas Glemp doskonale zdawał sobie sprawę, jak bardzo niepewni jutra są rządzący Polską. Dokument nie wszędzie spotkał się z aprobatą, ale istotne było to, że Tymczasowa Komisja Koordynacyjna NSZZ „Solidarność” przyjęła go za podstawę swego działania.

– Jaką wiedzę mieli Prymas Polski oraz biskupi o rzeczywistym stanie ówczesnej polskiej polityki i zamiarach rządu?

– Dość konkretną, np. to, że planowane jest wprowadzenie stanu wojennego, dotarło do Kościoła już na początku 1981 r. Na samym początku lutego sekretarz generalny Episkopatu, późniejszy arcybiskup Bronisław Dąbrowski, rozmawiał z Kazimierzem Barcikowskim, członkiem Biura Politycznego KC PZPR, współprzewodniczącym Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, który ujawnił, że stan wyjątkowy może być wprowadzony już 9 lutego... Sekretarz Episkopatu natychmiast poinformował o tym żyjącego jeszcze wtedy prymasa Stefana Wyszyńskiego. Od tego czasu toczyła się swoista gra między Kościołem a władzą, aby jednak nie doszło do najgorszego. Chodziło o stępienie ostrza spodziewanych represji; Kościół za wszelką cenę próbował doprowadzić do jakiegoś drugiego – po porozumieniach sierpniowych – porozumienia władzy ze społeczeństwem.

– A to był tylko miraż...

– Niestety, tak. Prymas Glemp ani przez chwilę nie zakładał, że wszelkie pertraktowanie z rządem nie ma żadnego znaczenia. Zresztą gen. Jaruzelski z całą swoją powagą zapewniał, że liczy się ze zdaniem Kościoła, że dążenie do porozumienia ze stroną społeczno-kościelną ma ogromne znaczenie, że od niego zależy przyszłość i pomyślność Polski. Dlatego doszło do owego spotkania 4 listopada, zwanego spotkaniem ostatniej szansy. A przecież już wtedy czołgi grzały silniki, wszystko było rozpisane... I mało tego, w czasie listopadowego posiedzenia Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu wspomniany Kazimierz Barcikowski po cichu ujawnił ks. Alojzemu Orszulikowi, że właśnie rozdano broń członkom partii.

– Trudno więc mówić, że stan wojenny był dla hierarchów Kościoła wielkim zaskoczeniem...

– Bo nim nie był, jednak do końca była nadzieja, że można go odwlec w nieskończoność, stępić jego ostrze, a może nawet uniknąć.

– Dlaczego jednak Kościół w jakiś sposób nie ostrzegał Polaków przed taką możliwością?

– Kierując się roztropnością, starał się nie dolewać oliwy do ognia. Oceniając postępowanie Kościoła w tamtych czasach, nigdy nie należy zapominać – a szczególnie nie powinni o tym zapominać katolicy – że pragnienie uspokajającego porozumienia między władzą a społeczeństwem wynikało z samej istoty Kościoła. Pamiętajmy, że stałą linią postępowania polskiego Kościoła po II wojnie światowej była ochrona narodu przed wciąż spodziewanym i możliwym rozlewem krwi. Pamiętajmy, że kard. Wyszyński odrzucił możliwość pójścia drogą węgierską, nie stanął na czele powstania w 1956 r. Jego następca, prymas Glemp, także robił wszystko, aby krew się nie lała, co bardzo dobitnie podkreślił w kazaniu 13 grudnia 1981 r., za które wówczas był tak emocjonalnie krytykowany. Dziś wiemy, że miał rację.

– Był krytykowany – zwłaszcza w czasie stanu wojennego – za „przesadną ugodowość”, pojawiały się wręcz oskarżenia o kolaborację ze znienawidzoną władzą.

– W najmniejszym stopniu nie zasługiwał na tę krytykę i oskarżenia. Wówczas bardziej stosowna byłaby dyskusja, jaka droga byłaby najlepsza w tamtej sytuacji, także geopolitycznej... Dziś już dobrze wiemy, że po stronie zarówno władz, jak i części Solidarności była chęć doprowadzenia do rozlewu krwi. Ekstremalne grupy partii i komunistycznej policji politycznej parły do ostrej, ostatecznej konfrontacji z Solidarnością. A po stronie opozycji dała o sobie znać przemożna chęć obalenia komunizmu drogą rewolucji; Jacek Kuroń z więzienia słał apel o potrzebie tworzenia oddziałów partyzanckich i szykowania się do powstania. To padało na podatny grunt, bo i tzw. zwykli ludzie – a zwłaszcza młodzież – po 13 grudnia byli gotowi na bój z komuną. Prymas starał się gasić ten pożar. W maju 1982 r. w czasie posiedzenia Prymasowskiej Rady Społecznej uzasadnił tę swoją „ugodową” postawę następująco: „W kraju mamy do czynienia z szukaniem ekstremów i dążeniem do ostrego zwarcia, nie ma odpowiedzi na temat, kto właściwie wysyła młodzież na ulice. Robotnicy wygrali, zamykając się w zakładach pracy, wypychanie młodzieży na ulice to efekt radykalizmu... Czy chodzi o model węgierski z 1956 r.? Prymas na czele szturmujących tłumów, 20 tys. osób zginie i będzie spokój...”. Prymas Glemp – podobnie jak prymas Wyszyński – zdecydowanie odrzucał taką ewentualność, dlatego nieustannie podejmował inicjatywy różnych rozmów z władzą. Nigdy nie przestał spokojnie i rzeczowo rozmawiać o tym, co dla Polski najważniejsze.

– A ci, którzy wówczas tak pomstowali i namawiali Kościół do bardziej jednoznacznego zaangażowania się przeciw władzy komunistycznej, po 1989 r. poszli z nią zgodnie pod rękę budować swoją III RP...

– I zaczęli nawet jawnie wojować z Kościołem, oskarżać o wtrącanie się do polityki, tak samo jak przedtem zachęcali do tegoż wtrącania się... Ci ludzie klękali przed hierarchami – byłem świadkiem takiej sceny – przysięgali, że przenigdy nie wystąpią przeciwko Kościołowi, a już 2 lata później prowadzili frontalny atak przeciwko wprowadzaniu religii do szkół...

– 4 lutego 1982 r. prymas Glemp napisał list do gen. Jaruzelskiego. W jakim celu?

– Głównym celem tego listu-apelu do władzy było wezwanie do uspokojenia sytuacji, czego znakiem byłoby uwolnienie internowanych i przywrócenie Solidarności jako legalnej organizacji społecznej. Trzeba tu podkreślić, że do napisania tego listu zainspirował Księdza Prymasa sam Ojciec Święty Jan Paweł II. Nieprawdą jest, że – jak tego chcieli ówcześni krytycy prymasa Glempa – istniała zasadnicza różnica między Prymasem a Papieżem w podejściu do sytuacji w Polsce. Udało mi się odnaleźć notatkę ze spotkania Ojca Świętego – jedynego w Polsce, drugie odbyło się w Rzymie – z Prymasowską Radą Społeczną, na którym Papież wyraża poparcie dla wszystkich dotychczasowych działań oraz postawy prymasa Glempa. A było to w 1987 r., kiedy już się zaczynały ciche rozmowy przygotowawcze do Okrągłego Stołu. Warto tu zaznaczyć, że oprócz rozmów i negocjacji Kościoła z władzą przez całą dekadę lat 80. ubiegłego wieku trwała merytoryczna praca prymasowskiej Rady nad programem dla Polski.

– Jaka wówczas – około połowy lat 80., kiedy Polacy zaledwie przeczuwali koniec komunizmu – była wizja Polski zarysowywana przez Kościół?

– Nie było, oczywiście, żadnej gotowej propozycji urządzenia Polski według jakichś nierealnych wyobrażeń. Moim zdaniem, prymas Glemp po prostu wychodził z założenia, że trzeba spokojnie otwierać coraz szersze pola dla aktywności społeczeństwa, dla katolików. I właśnie merytoryczne opracowania Prymasowskiej Rady Społecznej doprowadziły do tego, że już w stanie wojennym pojawiła się konkretna koncepcja pomocy dla rolnictwa w postaci specjalnej fundacji rolniczej. W maju 1982 r. powstał bardzo szczegółowy program pt. „Propozycje Prymasowskiej Rady Społecznej w sprawach społeczno-gospodarczych”, który wskazuje drogi wyjścia z zapaści w poszczególnych sektorach gospodarki i życia społecznego Polski.

– To taka podpowiedź, z której ówczesne władze, rzecz jasna, nie zamierzały skorzystać?

– To raczej inspiracja dla przyszłej władzy, dla nowej Polski. To był fundament dla późniejszych negocjacji przy Okrągłym Stole... Kościół nie zapominał o potrzebie kształtowania nowych elit politycznych dla nowej, niekomunistycznej przyszłości – powstał np. Klub Myśli Politycznej „Dziekania”. Tego rodzaju „dywersyjne”, lecz całkiem jawne działania były możliwe dzięki temu, że Ksiądz Prymas i biskupi nie przerywali rozmów z władzą, nawet gdy narażali się na społeczną krytykę i niezrozumienie. Ksiądz Prymas tworzył parasol nad aktywnością społeczną, także nad zdelegalizowaną Solidarnością miejską i wiejską.

– Gdy przegląda się dziś materiały z obrad Prymasowskiej Rady Społecznej, nie sposób nie odnieść wrażenia, że są one projekcją „dobrej zmiany” – zespół ekspertów powołanych przez prymasa Glempa definiował te problemy Polski i Polaków, które już wtedy wymagały pilnego rozwiązania. Można powiedzieć, że dopiero teraz, po trzech dekadach „wolnej Polski”, doczekały się one realizacji?

– Rzeczywiście, te dokumenty jako żywo opisują niemal dokładnie dzisiejszą sytuację, chociaż były tworzone 30 lat temu. I tak np. dokument „Problemy wychowania w Polsce w roku 1990” to ni mniej, ni więcej, tylko szkic dzisiejszej reformy szkolnictwa... Warto też wymienić dokumenty pt. „Przywrócenie godności i wartości pracy” oraz „Katolicy wobec kryzysu ekologicznego”, a przede wszystkim opracowanie „Emigracja młodych Polaków”. Znajdujemy w nim opis problemu emigracji lat 80., co – niestety – natarczywie kojarzy się z podobnym, lecz znacznie bardziej gospodarczo odczuwalnym zjawiskiem masowej emigracji młodych Polaków w III RP. Prymasowscy eksperci już wtedy wskazywali, jak bardzo to szkodliwe dla przyszłości kraju.

– Tyle że i wtedy, i później te oraz wszystkie inne wskazówki były ignorowane, nawet wówczas, gdy rządzący deklarowali przywiązanie do Kościoła...

– To prawda, w tym przypadku chodzi o odrzucanie nauki społecznej Kościoła, która – tu w postaci konkretnych ekspertyz Prymasowskiej Rady Społecznej – mogłaby stanowić gotowy „fundament ideowy” dla różnych działań społecznych i politycznych, który jednakże okazał się nie do zaakceptowania przez dominujące lewicowo-liberalne siły polskiej transformacji.

– Było, minęło?

– Niekoniecznie. Uważam, że dzisiejsi prawicowi politycy, deklarujący szacunek dla nauczania Kościoła, powinni jednak zadać sobie trochę trudu i sięgnąć po te, niestety, zapomniane dokumenty Prymasowskiej Rady Społecznej, choćby tylko po to, aby zrozumieć aktualność i przydatność społecznej nauki Kościoła. Bo faktem jest, że dziś ani w Polsce, ani w Europie nie ma już prawdziwych partii chrześcijańsko-demokratycznych, które wprost mogłyby się do niej odwoływać i ją realizować w praktyce politycznej. Z pewną nadzieją można powiedzieć, że rządząca dziś Polską Zjednoczona Prawica do pewnego stopnia – choć może tylko bezwiednie – kieruje się nauką społeczną Kościoła.

Sławomir Siwek, publicysta, polityk, w latach 80. XX wieku doradca w Sekretariacie Episkopatu Polski, poseł na Sejm I kadencji, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy, członek zarządu TVP (2006-09), od 2010 r. prowadzi Fundację Solidarna Wieś. Jest wiceprzewodniczącym Rady Programowej TVP.

60-lecie pracy duszpasterskiej chrystusowców w Brazylii

2018-06-28 10:24

Leszek Wątróbski
Edycja szczecińsko-kamieńska 26/2018, str. II

Z ks. Kazimierzem Długoszem SChr, przełożonym prowincjalnym Prowincji pw. Matki Bożej Niepokalanie Poczętej w Ameryce Południowej, rozmawia Leszek Wątróbski

Leszek Wątrówski
Procesja w Rosario. Ks. Kazimierz Długosz SChr, pierwszy z prawej

Leszek Wątróbski: – Jak wyglądały pierwsze lata pracy chrystusowców w Brazylii?

Ks. Kazimierz Długosz Schr: – Druga wojna światowa oraz sytuacja polityczna po jej zakończeniu spowodowały, że chrystusowcy na kontynent południowoamerykański mogli przybyć dopiero na początku 1958 r. Pierwszym był tu ks. Czesław Czartoryski. Kilka miesięcy później przybyli także: ks. Stanisław Nowak, ks. Zygmunt Supieta i pomagający obecnie w parafii Władysławowo ks. Józef Wojda, który na 1000--lecie chrztu Polski wybudował w Carlos Gomes, będący do dziś dumą wiernych, olbrzymi kościół. Zresztą każdy z tych pionierów wpisał się pięknie w historię duszpasterstwa polonijnego w Brazylii. W następnych latach przybyli kolejni misjonarze i mimo trudnych warunków, w jakich przyszło pracować, zgromadzenie otworzyło niższe seminarium duchowne, prowadziło kursy i obozy dla polonijnej młodzieży oraz w myśl wskazówek Założyciela zaangażowało się w duszpasterstwo Kościoła lokalnego. Pierwsi chrystusowcy, wychowani na lekturze ks. Ignacego Posadzego „Drogą Pielgrzymów”, kiedy stanęli na ziemi brazylijskiej, z pewnością przeżyli rozczarowanie. Ich wyobrażenie o Brazylii w jakiś sposób rozmijało się ze zmienioną w ciągu tych kilkudziesięciu lat rzeczywistością. Jednak jako chrystusowcy byliśmy i jesteśmy zawsze pełni miłości wobec tutejszej Polonii oraz Kościoła, któremu służymy życiem i pracą duszpasterską. W latach 1958-2018 w Prowincji pw. Matki Bożej Niepokalanie Poczętej w Ameryce Południowej posługę duszpasterską pełniło łącznie 85 chrystusowców pracujących w Argentynie, Brazylii i Urugwaju. U stóp Patronki naszej Prowincji, Maryi Niepokalanie Poczętej, składamy naszą ufność oraz konsekrację zakonną i posługę. Ona jest światłem na drogach życia i posługiwania w Kościele na Ziemi Krzyża Świętego, na kontynencie nadziei, jak św. Jan Paweł II nazywał Amerykę Łacińską!

– Czym dzisiaj zajmują się chrystusowcy w Brazylii?

– W ostatnich latach ze względu na potrzeby duszpasterskie w innych krajach wielu kapłanów, odpowiadając na sugestię przełożonych, opuściło naszą prowincję i podjęło wyzwanie duszpasterskie, służąc rodakom w innych częściach świata. Zestarzała się też Polonia południowoamerykańska, a wraz z nią zestarzeli się także i jej duszpasterze. Dziś naszą opieką otaczamy już czwarte, piąte, a nawet szóste pokolenie tych, którzy opuścili Ojczyznę. Jednak mimo upływu tylu pokoleń ciągle widoczny jest proces odnawiania ducha polskiej pobożności i pogłębiania się świadomości etnicznej. W wielu wspólnotach polonijnych, w których wykładnikiem polskości nie jest już język przodków, księża z Towarzystwa Chrystusowego, odpowiadając na zapotrzebowanie wiernych i korzystając z dostępnych im środków, pomagają utrzymać formy pobożności, zwyczaje i tradycje pielęgnowane przez naszych imigrantów. W tym celu prowadzone są audycje radiowe, funkcjonują strony internetowe, gazetki parafialne, opracowania naukowe i periodyki oraz prowadzone są kursy języka polskiego. Prowincja zaangażowana jest też w promocję kontaktów naukowych, współpracuje z uniwersytetami w Polsce w dziedzinie badań naukowych oraz wymiany kulturalnej. W rzeczywistości latynoamerykańskiej znakiem czasu, obok pracy w potomkami polskich emigrantów, jest także realizacja przez kapłanów Ustaw, które jako drugie zadanie zgromadzenia określają szerzenie wśród wiernych znajomości Mszy św. jako centrum życia chrześcijańskiego oraz dbałość o liturgię. Prowadzone przez chrystusowców parafie w Brazylii są bez wątpienia pod tym względem wzorem.

– Czym różni się praca duszpasterska w Brazylii od pracy w innych krajach świata?

– W porównaniu z posługą księży z Towarzystwa Chrystusowego pracujących w innych częściach świata duszpasterstwo na kontynencie południowoamerykańskim posiada inne uwarunkowania i charakter. Praca prowadzona jest głównie w powierzonych nam parafiach terytorialnych. Stąd też zasadniczo całe duszpasterstwo prowadzone jest w języku miejscowym. Innym wyróżniającym nas czynnikiem jest także zróżnicowane pod względem położenia geograficznego wymagające od misjonarza posiadania dobrej umiejętności prowadzenia samochodu po trudno przejezdnych drogach. Inną charakterystyką jest liczba obsługiwanych kościołów filialnych. Do największej obsługiwanej przez nas w Brazylii parafii, oprócz kościoła w liczącym ok. 30 tys. mieszkańców mieście, należy 60 kościołów filialnych w interiorze. Pracuje tam 3 księży, wśród nich ks. Józef Wojnar, obchodzący w tym roku jubileusz 60-lecia święceń kapłańskich. Ksiądz Józef jeszcze do niedawna był proboszczem tej parafii. To właśnie dzięki jego poświęceniu i pracy parafialna świątynia została gruntownie przebudowana i jest teraz jednym z najładniejszych, obsługiwanych przez naszych księży kościołem. Warto podkreślić, że miejscowość ta dzisiaj nosząca nazwę Quedas do Iguaçu, pierwotnie zwana była Jagodą. Nazwa została wzięta od imienia zmarłej kilka lat temu najmłodszej córki marszałka Józefa Piłsudskiego. Był to wyraz wdzięczności naszych emigrantów za rolę marszałka w odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Podobnie swego czasu uczynili nasi rodacy w Argentynie, nadając jednemu z miast nazwę Wanda, czyli imię innej córki wielkiego Polaka. W tej ciekawej i równocześnie złożonej mozaice chrystusowcy pracujący w Ameryce Południowej starają się realizować charyzmat zgromadzenia, który został im powierzony przez Założyciela. W parafiach, gdzie znaczny procent wiernych jest pochodzenia polskiego, zakonnicy z równym zaangażowaniem i szacunkiem odnoszą się także do przedstawicieli innych narodowości.

– W 1982 r. Ksiądz Prowincjał wstąpił do Towarzystwa Chrystusowego...

– Święcenia kapłańskie otrzymałem 16 maja 1989 r. Po dwóch latach pracy w Polsce (Szczecin-Zdroje i Sarbia) zostałem skierowany do Brazylii. Początkowo posługiwałem jako wikariusz w Balsa Nova-PR (1992). Następnie byłem kapelanem polskich marynarzy w Santos-SP i Paranaguá-PR (1993-94), wikariuszem w Campo Largo-PR i Ijuí-RS (1994-95), proboszczem w Capo Ere-RS i równocześnie rektorem kościoła polskiego w Barao de Cotegipe-RS i kapelanem Polaków w Erechim-RS (1995-97). Proboszczem w Cruz Machado-PR (1997-2004), gdzie za mojej administracji przebudowaliśmy znacznie, powiększając kościół parafialny oraz wybudowaliśmy kilka kościołów filialnych i centrów duszpastersko-katechetycznych. W latach 2004-10 pełniłem posługę proboszcza w Mallet-PR. Od 1995 do 2010 r. prowadziłem radiowe programy polonijne w Erechim-RS, Getúlio Vargas-RS, Uniao da Vitória-PR i Mallet-PR. Wraz z Urzędem Miasta Kielce organizuję w Polsce kursy historii tradycji i kultury dla rodaków z Brazylii. Funkcję przełożonego prowincji Towarzystwa Chrystusowego w Ameryce Południowej pełnię od roku 2010. W październiku 2016 r. zostałem mianowany na drugą kadencję – tzn. do roku 2022.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

W czym tkwi siła Różańca?

2018-07-19 07:23

Salve TV

- Kilka lat temu rozpocząłem moją przygodę z modlitwą różańcową i zaprosiła mnie do tego Maryja, jak do wszystkich dobrych rzeczy - mówił Piotr Chomicki z Fundacji Holy Mary Team.

Bożena Sztajner/Niedziela

- Różańca też trzeba się nauczyć. Do kontemplacji trzeba dojrzeć - dodaje.

- Koncepcja "Siły różańca" była taka, żeby z innej strony pokazać Różaniec, nie jako modlitwę, która jest tylko bronią. To modlitwa, która jest kontemplacją, poznawaniem Pana Boga, która jest przybliżaniem się do Pana Boga, łączenie się z Panem Jezusem przez Maryję - podkreśla.

- Pan Bóg nie potrzebuje spektakularnych materiałów, bo sam jest spektakularny i zaprasza nas do tego, żebyśmy w tym przypadku zrobili materiał o prostym przekazie, w dobrej jakości - dodaje.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem