Reklama

Virtuti Militari w czasach pokoju

2017-12-13 11:06

Leszek Cichobłaziński
Niedziela Ogólnopolska 51/2017, str. 42-43

Oleg Doroshin/fotolia.com

Na temat konieczności posiadania armii, choć przecież wydawane na nią pieniądze można przeznaczyć na lepsze cele: oświatę, ochronę zdrowia, kulturę itp., napisano i powiedziano już wiele. Można przytoczyć znane maksymy, np. wywodzącą się ze starożytnego Rzymu: „Si vis pacem, para bellum” (Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny), albo nowszą – „Każde społeczeństwo utrzymuje armię. Jedno własną, inne cudzą”. Rachunek wskazuje, że utrzymywanie własnej armii jest tańsze

Obie maksymy wskazują, że lepiej mieć armię – i to w miarę dobrą – niż jej nie mieć. Są to argumenty racjonalne, żeby nie powiedzieć: pragmatyczne. Ale czy tylko do tego można się ograniczyć?

Cnoty heroiczne

Gdyby tak było, to – jak mawiają niektórzy postmoderniści – cnoty heroiczne: odwaga, gotowość do poświęceń na rzecz wspólnoty, wierność – powinny odejść do lamusa, ponieważ we współczesnej Europie nie ma zagrożeń militarnych. Dzisiaj należy akcentować przede wszystkim cnoty służące rozwojowi ekonomicznemu: pracowitość, oszczędność itp., tak jakby te 2 rodzaje cnót wzajemnie się wykluczały. A przecież się nie wykluczają.

Czy jednak czyn zbrojny nie jest już nikomu potrzebny? Oby nie był, ale do tego właśnie potrzebne jest wojsko – jego istnienie samo w sobie jest czynem zbrojnym społeczeństwa, któremu służy, a które je utrzymuje wielkim wysiłkiem. W okresie międzywojennym Polska wydawała na armię ok. 1/3 swojego budżetu. Dzisiaj – relatywnie więcej niż bogatsze państwa Europy Zachodniej. Czy są to pieniądze wyrzucone w błoto, skoro mimo wojny na Ukrainie nikt nie wierzy, aby wielki brat zadarł z NATO, do którego Polska należy?

Reklama

Tak czy inaczej, takie stawianie kwestii sprawia, że na utrzymanie armii patrzy się z perspektywy ekonomicznej, czyli kosztów. Czy opłaca się mieć armię? Takie podejście połączone z uzawodowieniem armii sprawia, że bycie żołnierzem staje się zawodem jak każdy inny. Obywatel płaci podatki i więcej go wojsko nie interesuje. Pewnie by zapomniał o jego istnieniu, gdyby nie defilada raz w roku. Podobnie do sprawy podchodzą wojskowi. Po pracy, poza jednostką, zdejmują mundur i w zasadzie przechodzą do cywila – do następnego dnia. Dziś trudno jest spotkać na ulicy wojskowego w mundurze.

Wojsko i społeczeństwo

Więź wojska ze społeczeństwem powinna być jednak dużo silniejsza. Można wskazać nawet na potrzebę ducha wojskowego w społeczeństwie. Żeby wyjaśnić tę kwestię, należy odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: Czym jest państwo, którego wojsko jest bardzo istotnym elementem? Państwo jest emanacją woli zbiorowej społeczeństwa, ale państwo powinno także mieć przywódców, którzy swą wolą wytyczają kierunki rozwoju, potrafią kierować zbiorowym wysiłkiem dla dobra wspólnego.

Jeden z wybitnych światowych historyków (zresztą dość Polsce życzliwy), pisząc o odzyskaniu niepodległości w 1918 r., stwierdził, że walka Legionów Piłsudskiego nie miała dla niepodległości większego znaczenia, ponieważ inne narody Europy Środkowej żadnych legionów nie miały, powstań nie robiły, a niepodległość i tak uzyskały, np. Czechosłowacja. Po prostu takie były wtedy tendencje.

Pewnie Polska też by powstała jako odprysk po upadłych imperiach, ale jakiej wielkości? Może właśnie Czechosłowacji albo Estonii? Właściwie większość ziem, zwłaszcza położonych nieco dalej od Warszawy i Krakowa, trzeba było wywalczyć, i to nieraz krwawo. Prawdziwy sprawdzian przyszedł w czasie wojny z bolszewicką Rosją, której przywódcy nazywali nowe państwo nad Wisłą „bękartem traktatu wersalskiego”, a sąsiedzi znad Sprewy – „państwem sezonowym”. To właśnie zwycięstwo w tej wojnie dało Polsce prawo istnienia, było swego rodzaju aktem założycielskim. „Polska nie powstała w Wersalu, bo gdyby to traktat dał jej życie, to jakiś inny traktat mógłby to życie jej odebrać. (...) teoria odbudowy państwa, głosząca, że to na konferencji paryskiej przywrócono Polskę do życia, jest błędna; dopiero w roku 1920 ukazała się Polska, umocniona i utwierdzona w swoich granicach i prawach, narodziła się dopiero wtedy – w ogniowej próbie” (Krzysztof Tyszka-Drozdowski, „Atletyka woli. Historiozofia polskiej rewolucji konserwatywnej”. W: „Arcana”, nr 133-134, s. 179).

O jedności wojska i społeczeństwa w wojnie z bolszewikami mogą świadczyć nie tylko masowy napływ ochotników w krytycznych chwilach lata 1920 r., ale także powszechny udział wszystkich grup społecznych (z wyjątkiem komunistów), wszystkich stanów i mniejszości narodowych w budowaniu umocnień polowych, o czym pisali z uznaniem zagraniczni korespondenci. Mobilizacja społeczeństwa była wtedy powszechna. Mieszkańcy Częstochowy pamiętają opowieści starszych członków rodzin o tym, jak w święto Wniebowzięcia Matki Bożej tłumy przed jasnogórskim Szczytem leżały krzyżem i modliły się o zwycięstwo na przedpolach Warszawy.

Wojsko w czasach pokoju

Czy w czasach pokoju taka jedność społeczeństwa z wojskiem też jest potrzebna? Wydaje się, że tak, a lata II RP są tego dobrym przykładem. Często słyszy się opinie, że Polacy potrafią się mobilizować tylko do walki, a do zorganizowanego pokojowego wysiłku nie są zdolni. Polska historia temu przeczy. Tacy wielcy polscy menedżerowie i działacze gospodarczy, jak minister Eugeniusz Kwiatkowski czy prezydent przedwojennej Warszawy Stefan Starzyński, zanim podjęli się swoich cywilnych funkcji, byli oficerami Wojska Polskiego i walczyli o niepodległość kraju m.in. w Legionach Piłsudskiego. Ich wojskowe doświadczenie stało się nieocenione podczas budowy ekonomicznej niezależności Polski.

Co prawda polski wysiłek zbrojny nie wystarczył w czasie II wojny światowej na uratowanie suwerenności, ale pamięć o nim pomogła przetrwać czasy komunizmu. Legenda Monte Cassino i Powstania Warszawskiego była żywa także podczas zrywu Solidarności, kiedy Polskie Radio emitowało od 30 lipca do 4 października 1981 r. audycję „Dni walczącej stolicy”. Wszyscy popierający Solidarność w tamtym czasie instynktownie wyczuwali, że nawet pokojowa walka wymaga odwołania się do wartości heroicznych, których uosobieniem byli warszawscy powstańcy. Niewiele ponad 2 miesiące od zakończenia audycji zapadła noc stanu wojennego. Trudno by ją było przeżyć bez przypomnienia wysiłku powstańców 1944 r.

Cnoty militarne i cnoty czasu pokoju nie są sobie przeciwstawne, są komplementarne. Młodzi ludzie z „Zośki” i „Parasola” byli bohaterami nie z wyboru, lecz z konieczności. Prawie wszyscy w czasie okupacji chodzili na tajne uczelnie, co też było bohaterstwem, bo groził za to obóz koncentracyjny. Ci, którzy przeżyli, od razu podjęli pracę i naukę, ale w większości trafili do więzień albo do dołów śmierci. Przykładem jest Jan Rodowicz ps. Anoda, żołnierz „Zośki”, ciężko ranny w powstaniu, które cudem przeżył ewakuowany przez Wisłę w ostatniej chwili. Po wojnie student architektury, chciał odbudowywać stolicę. Aresztowany i zamordowany przez komunistów. Muzeum Powstania Warszawskiego w 2011 r. ustanowiło nagrodę jego imienia, którą wyróżniani są „powstańcy czasu pokoju”. Przyznawana jest w 2 kategoriach: za postawę życiową stanowiącą wzór do naśladowania dla młodych pokoleń oraz za wyjątkowy czyn.

Po 42 latach od zakończenia II wojny światowej papież Jan Paweł II mówił podczas homilii wygłoszonej na Westerplatte w 1987 r.: „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje «Westerplatte». Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można «zdezerterować»”.

Tagi:
wojsko

Terytorialsi w Ostrowcu Świętokrzyskim

2019-04-10 10:28

Marian Kałdon
Edycja sandomierska 15/2019, str. VI

W Ostrowcu Świętokrzyskim ponad 300 żołnierzy 10. Świętokrzyskiej Brygady Obrony Terytorialnej złożyło wojskową przysięgę. Liturgicznej części przewodził bp Krzysztof Nitkiewicz. Nowa formacja wojskowa nosi imię Eugeniusza Gedymina Kaszyńskiego ps. Nurt

Archiwum autora
Terytorialsi podczas przysięgi na ostrowieckim Rynku

Jak informuje ks. Tomasz Lis, rzecznik Kurii: – Uroczystość rozpoczęła się Mszą św. w sanktuarium Miłosierdzia Bożego, której przewodniczył bp Krzysztof Nitkiewicz. Wraz z nim Eucharystię koncelebrowali kapelani wojskowi oraz księża z Dekanatu Ostrowiec. We wspólnej modlitwie wzięli udział: Anna Krupka, wiceminister sportu i turystyki, Agata Wojtyszek, wojewoda świętokrzyski, Andrzej Bętkowski, marszałek województwa świętokrzyskiego, parlamentarzyści ziemi świętokrzyskiej, władze miejskie, płk Artur Barański, dowództwo i żołnierze z 10. Świętokrzyskiej Brygady Obrony Terytorialnej i innych formacji wojskowych, poczty sztandarowe instytucji państwowych, mieszkańcy miasta, rodziny żołnierzy zaproszeni goście – informuje ksiądz rzecznik.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dłonie, które uczą miłości

2019-04-22 18:04

Anna Skopińska

Blask i ciepło

Maria Niedziela
o. Anastazy Pankiewicz

I pokazuje mi siebie w ludziach i znakach, które – tak myślę – są znakami od niego. Więc najpierw siostry antonianki i klasztor przy ul. Janosika. Choć pierwszym i pamiętającym o. Anastazego Pankiewicza był ten przy Mariańskiej 3 – niedaleko miejsca, w którym wzniósł szkołę, klasztor i kościół. S. Agnieszka, z którą rozmawiam, pamięta jeszcze tamto miejsce i dom, bo tam właśnie zaczynała swoją zakonną drogę. W zakonie, który utworzył. Po to, by charyzmatem wspierały życie, dzieci poczęte, te już narodzone, by służyły tym najsłabszym. Ale spotykam też s. Zytę – ona wstąpiła do zgromadzenia dokładnie 60 lat temu – w roku, gdy zostało ono oficjalnie zatwierdzone. Starsza zakonnica, kobieta, ma niezwykły uśmiech i ciepło bijące z oczu. I jest tak po ludzku niezwykle piękna. Pytam, czy nie żałuje. „Nie” - odpowiada. I robi to z takim przekonaniem, że aż coś ściska za gardło. Bo już wiem, co daje jej ten blask.

W kaplicy sióstr jest płaskorzeźba o. Pankiewicza. A przy nim cierniowa korona, czyli Dachau. W klasztorze jest też jego portret. Od sióstr słyszę, że to jedno z wierniejszych odwzorowań. Siostry prowadzą w Łodzi Dom Samotnej Matki. I pewnie o to chodziło przyszłemu błogosławionemu. O tę służbę najmniejszym i najsłabszym. I choć to daleko od dawnej Mariańskiej – obecnie to skrawek zieleni pomiędzy ul. Wojska Polskiego a Akademią Sztuk Pięknych – to w klasztorze sióstr po raz pierwszy spotkałam o. Pankiewicza. Właśnie w tych kobietach, których powołaniem to, o co zabiegał.

Zawsze zostaje ślad

Na cmentarzu na Dołach było już trudniej. Ale to tam został ten mały ślad. Gdy 2 lutego 1940 r. o. Anastazy Pankiewicz został wyrzucony z budynku klasztoru, mógł wyjechać z Łodzi. Nie zrobił tego. Nie zabiegał o swoje życie. Zamieszkał w małym pokoju w domku Bronisława Gralińskiego – kierownika pobliskiego cmentarza. Naprzeciw była kaplica. W niej raz w tygodniu odprawiał Mszę św. - w niedzielę. Codzienne eucharystie sprawował w swoim pokoju. Dziś budynek kierownika cmentarza jeszcze stoi. Ale już nie jest ten sam. - wszystko wyremontowane, obłożone styropianem, otynkowane, w środku nie ma nawet skrawka starej ściany – słyszę od przebierających się tu grabarzy – gdyby przyszła pani kilka lat temu... – mówią. Ale nie przyszłam... Z roboczego podwórka dostrzegam jednak, że nie każdy ślad jest zatarty. Do malutkiego domku dobudowano niższą oficynę a gzyms pomiędzy starym i nowym dachem po prostu zamalowano białą farbą. Jako jedyny fragment nie został zaklejony, wyrównany. Pewnie trudno było tam dotrzeć. A może to uśmiech o. Anastazego? Do tego domku siostry przynosiły mu jedzenie. W 2007 roku w łódzkim klasztorze antonianek zmarła s. Bonawentura, która wędrowała z ul. Mariańskiej właśnie tu, by ich założyciel miał co jeść...

W kaplicy, choć wybudowanej w 1934 roku, nie ma za to nic z tamtego czasu. Na froncie są jednak tablice pamiątkowe. Z nadzieją podchodzę – jedna poświęcona harcerzom, którzy w latach 1942 - 1943 prowadzili tu tajną drukarnię, jest upamiętnienie angielskiego lotnika, niezłomnych.... A on? Od 2 lutego do 6 października odprawiał tu Msze św. Z tego cmentarza został zabrany do więzienia śledczego przy Sterlinga, stąd poszedł do Dachau... Nikt tego nie wie. Te tysiące ludzi przemierzających ścieżki, cmentarne alejki, przechodzących na drugą stronę ul. Smutnej, nie zdają sobie sprawy, że to była droga którą nie raz pokonał o. Pankiewicz. I że nie ukrywał się tutaj. Adres podawał jako oficjalny, miał pozwolenie na odprawianie niedzielnej Mszy św. Nie uciekał, nie drżał o swoje życie. Zaufał. - to taki człowiek? Nie wiedziałyśmy, że był tak blisko... - mówią trochę speszone panie z kwiaciarni.

Na górce

Najważniejsze jego dzieło. Klasztor, kościół św. Elżbiety Węgierskiej i szkoła. „Na górce”. Gimnazjum, które pracę zaczęło w 1937 roku dziś także tętni życiem. Przed placówką, która w części jest też klasztorem łódzkich bernardynów, stoi pomnik o. Pankiewicza. Błogosławionego. Musi mijać go każdy, kto tędy przechodzi. Idąc do szkoły, kościoła, czy skracając sobie drogę do szpitala. Tu tu objawił się cały talent, i całe powołanie bernardyna. Temu miejscu oddał całe serce. Doglądał tu każdej kładzionej cegły, każdego detalu. Był z ludźmi. Jego historię znają bardzo dobrze uczniowie szkoły., Jest przecież ich patronem. I pewnie to taki Boży palec, że naprzeciw kompleksu bernardynów powstał szpital dziecięcy, z onkologią i trudnymi oddziałami. Że nieopodal siostry salezjanki prowadzą ochronkę bałucką. On rzucił tu światło, zapalił iskrę. I ta po dziś dzień promieniuje.

Mam co jeść

Kolejne miejsce to kościół św. Piotra i Pawła. W tej świątyni poświęcił stacje drogi krzyżowej. Do starej, pamiętającej jeszcze czasy o. Anastazego, części wchodzą ludzie. Zwykły dzień. A ich jest coraz więcej. Jedna kobieta przystaje. - dzięki nim nie muszę martwić się o wiele rzeczy – mówi. Przyszła tu po paczkę. Robi to raz w miesiącu. - to dla mnie wielka ulga, bo niektórych produktów spożywczych czy chemii nie muszę już kupić – dodaje. Nie pytałam jej o nic. To ona wychodząc z parafialnego punktu caritas chciała podzielić się swoją małą radością. - bo wie pani, jest ciężko, ale muszę dać radę – stwierdza. Nie wiem ile ma lat. Może jest w wieku mojej mamy? A może młodsza? Wiem tylko, że to kolejna osoba „podstawiona” tu przez przyszłego świętego.

Męczeństwo...

Jest też wiezienie na Szterlinga w Łodzi, gdzie Niemcy przesłuchiwali przez 17 dni o. Anastazego. To miejsce straceń i męczeństwa tysięcy Polaków. W której sali był przetrzymywany? W którym miejscu? Obecnie znajdują się tam przychodnie lekarskie. Ale gdzieś tam w wyobraźni widzę przywiezionego tu zakonnika, w habicie, bo go nie zdjął. Prowadzonego i przetrzymywanego. To preludium do Konstantynowa Łódzkiego i do Dachau. Dostał numer 28176 i pasiak. „Niech się dzieje wola Boża. Jestem gotowy na śmierć.” - powiedział, gdy został wytypowany do transportu inwalidów i poprowadzony do ciężarówki jadącej do gazu. Zginął 20 maja 1942 roku. Czy go znamy? Czy pamiętamy? Tyle go w Łodzi a jakby nie był widoczny... Choć jego dłonie uczą miłości. Takiej do końca. 13 czerwca 1999 r. św. Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi 108 męczenników. Wśród nich naszego o. Anastazego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gorzów: Wigilia Paschalna - fotogaleria

2019-04-22 20:42

Agata Zawadzka

Bp Paweł Socha przewodniczył liturgii Wigilii Paschalnej w parafii Pierwszych Męczenników Polski w Gorzowie.

Agata Zawadzka

Przytaczamy wybrane myśli z homilii Księdza Biskupa:

„Dzisiejsza liturgia zaczęła się od światła. (…) Światłem jest Bóg ze swoim boskim prawem”.

„Chrystus jest Źródłem życia. Zmartwychwstanie to przyjęcie śmierci, aby ją zwyciężyć. I przez to zwycięstwo nad śmiercią zasiadać po prawicy Ojca w człowieczeństwie. Życie wieczne przywraca nam Jezus Chrystus”.

„Jezus uobecnia swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie w Eucharystii. Dzieło zbawienia aktualizuje się w każdej Mszy świętej”.

„Życie wieczne w Bogu. To jest istota dzisiejszego święta. I dlatego taka wielka radość, że w Chrystusie mamy dar życia wiecznego”.

Zobacz zdjęcia: Gorzów - Wigilia Paschalna w parafii Pierwszych Męczenników Polski 2019
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem