Reklama

Nowy Testament

To najlepsze, co mnie spotkało

2017-12-13 11:06

Anna Skopińska
Edycja łódzka 51/2017, str. IV

Archiwum DSM
S. Magdalena Krawczyk z jednym z podopiecznych

Anna Skopińska: – W tym roku minęło 25 lat od powstania Domu Samotnej Matki. Czy jest jakaś różnica, jeśli chodzi o środowiska, z których kobiety trafiały tu kiedyś i obecnie?

S. Magdalena Krawczyk: – Na przestrzeni 25 lat można zauważyć zmianę w profilu podopiecznych. Na początku funkcjonowania domu były to głównie studentki, dziewczyny pochodzące z tzw. normalnych rodzin, którym gdzieś zdarzyła się przypadkowa, nieplanowana ciąża. I chroniły się w DSM, by urodzić, ale też często, by oddać dziecko do adopcji.
Teraz ten profil podopiecznych znacznie się różni. Są to kobiety pochodzące z nizin społecznych, z bardzo trudnych rodzin, gdzie zerwane są te podstawowe więzy, dotkniętych problemem alkoholowym, przemocą, biedą, wykluczeniem społecznym. Często są to też ofiary przemocy domowej, które uciekają przed agresją ze strony partnera bądź też swoich rodziców. Są matki wielodzietne, które przychodzą tu już z dwójką, trójką dzieci, będąc w kolejnej ciąży.

– A wiekowo – to młode dziewczyny czy już może dojrzałe kobiety?

– To bardzo młode matki. Często niepełnoletnie. Dwa lata temu miałyśmy tu 7 niepełnoletnich matek. Taka średnia granica wieku to 20-22 lata. Najmłodsza w tej chwili ma 17 lat.

– One tu są do pewnego momentu, potem idą w świat. Czy Siostrę, siostry, interesuje to, co z nimi się dalej dzieje, czy ten kontakt z podopiecznymi jest utrzymywany?

– To zależy od nich. Są matki, które zupełnie się odcinają i nie chcą wracać do tego etapu swojego życia, ale one stanowią margines. Z większością z nich mamy kontakt. Niedawno przyszły dwie mamy ze swoimi dziećmi. Mieszkały tu 4 lata temu, nie mogły być na jubileusz, a ponieważ to była dla nich ważna uroczystość zjawiły się w dniu, gdy miały obie wolne w pracy. Przyszły z dziećmi. Dla nich to była radość i dla mnie też. Krzysio, jedno z dzieci, bardzo cieszył się ze spotkania. Już od rana mówił do mamy, że szkoda, że nie może cofnąć się w czasie do tych miesięcy, gdy był mały i tu wrócić – do starego domu. A wcześniej, za każdym razem, idąc czy jadąc obok domu, pokazywał go i mówił – tutaj jest nasz stary dom. Chłopiec spędził tu 2 lata. Jak przyszedł – był dwulatkiem i ten czas dobrze mu się zapisał.

– To też taka nagroda dla was – takie słowa, takie spotkania – za tą pracę. Na czym polega praca Siostry Dyrektor, ale też pewnie Siostry pracownika?

– Staram się unikać pracy biurowej, choć to też część moich obowiązków, ale koncentruję się głównie na pracy z mamami. A ta odbywa się na wielu poziomach – duchowym, socjalnym czy medycznym jako położna. W domu jest możliwość terapii indywidualnej, spotkań grupowych, są warsztaty z położną czy doradcą zawodowym, odbywają się kursy aktywizacyjne. Jednak najczęściej najpierw jest praca u podstaw, bo trzeba nauczyć te dziewczyny choćby tego, by zadbały o własną higienę czy higienę dziecka. By nauczyły się sprzątać, wstawiać pranie, przygotowywać posiłki. One mają tego typu braki. Dopiero potem można wchodzić już w kolejne etapy. Chcemy te nasze mamy wzmacniać jako kobiety. By nabrały poczucia własnej wartości i sprawczości. I te metamorfozy po jakimś czasie są widoczne gołym okiem. Widać, jak zmieniają się fizycznie, zaczynają dbać o siebie, czują się atrakcyjniejsze jako kobiety, bo ufarbują sobie włosy, podmalują, ładnie ubiorą. Myślę, że to też jest ważny dla nich etap, gdy przychodzą tu zaniedbane, zniszczone i dzieje się taka pierwsza widoczna gołym okiem zmiana. To jest ta moja psychologiczna i edukacyjna praca. Jest też ta duchowa, bo to często kobiety pogubione, dla których relacja z Panem Bogiem zakończyła się na etapie szkoły podstawowej czy I Komunii św. A tu obecność sióstr czy księdza daje im możliwość, jeśli chcą, na uporządkowanie tej sfery i na powrót do Pana Boga.

– Chcą? Wracać, uczyć tych wszystkich rzeczy czy raczej przychodzą z taką postawą roszczeniową, że mnie się to wszystko należy?

– Rożnie to bywa. Czasami nie rozumieją, po co to jest. Dopiero po jakimś czasie dostrzegają, że jest im to potrzebne. Moja dewiza mówi, że trzeba żyć tak, by moje życie było dla innych znakiem dobroci Boga. Być może one nie sięgną do Biblii, nie przyjdą na Mszę św., ale przez moją dobroć zobaczą, że Bóg też dla nich jest dobry. I zaczyna się od prostych spotkań, projekcji filmu, takiej pracy, jak z dziećmi. Wtedy rodzą się pytania, jakieś dyskusje, potem gdzieś dopiero jest to podprowadzenie do sakramentu spowiedzi.

– Siostra często zamieszcza na Facebooku apele o modlitwy, informacje, że któraś z kobiet ma problem z ciążą, że ktoś jest chory. Dużo jest takich sytuacji?

– Tak. I stąd te apele. Wiem, że sama po ludzku tego nie udźwignę. Ostatnio była taka sytuacja, że przyszła do nas pobita mama z dzieckiem. Będąc już u nas, nie wróciła na noc, nie było z nią kontaktu, akcja policji trwała dość długo. Wtedy proszę o modlitewne wsparcie. Proszę też o modlitwę w sytuacji zagrożenia ciąży. W minionym roku miałyśmy tu 18 kobiet z ciążą powikłaną, problemową, zagrożonych poronieniem. Gdzieś to też wynika z tego, że nie dbały o swoje zdrowie albo nie miały do tego warunków.

– Gdy zdarzają się takie sytuacje, to w DSM jest alarm czy raczej spokój i wyczekiwanie?

– Wszystko odbywa się na spokojnie. Ufam, że we wszystkim jest Boża łaska i że to On tym kieruje. W sytuacjach awaryjnych szukam wsparcia modlitewnego, ale generalnie każdy, kto tu pracuje, wie, co ma robić i uruchamia się wtedy odpowiednie procedury.

– W sytuacji tych młodych kobiet zmienił coś program 500+? Widać poprawę ich życia, te pieniądze stanowią jakąś pomoc?

– Dla mnie to kwestia dyskusyjna, jeśli chodzi o ten typ podopiecznych. Dobre jest to, że mamy które się wyprowadzają, a przez rok odkładały sobie ten dodatek na dziecko, mogą kupić meble i wyposażyć mieszkania czy wyjechać gdzieś na wakacje z dziećmi. Dobre, bo korzystają na tym dzieci. Nie u wszystkich tak jest. Dla niektórych jest to demoralizujące, zwłaszcza że tych pieniędzy nie liczy się do dochodu. Niektórym mamom spada wtedy morale. Bo państwo je wspiera, daje tyle różnych świadczeń, że trudniej je zmotywować do pójścia do pracy. Na szczęście to margines. Myślę, że bardziej ten dodatek służy rodzinom wielodzietnym, niebędącym w placówkach i podejmującym pracę. Niekoniecznie tutaj.

– To jedyny dom o takim profilu w Łodzi. Potrzeba byłoby więcej takich miejsc, czy może jest to wystarczające?

– Jeden dom to za mało. Często mamy obłożenie, długą listę oczekujących, zwłaszcza w czasie jesienno-zimowym. Bywa, że na przyjęcie czeka po 20 osób. A jeśli założymy, że każdej matce przysługuje rok pobytu tutaj i chciałaby ten rok wykorzystać, to jak przyjmę 60 matek na początku roku, to przez rok nie mogłabym już nikogo przygarnąć.

– Dom współpracuje z innymi placówkami?

– Z ośrodkiem dla ofiar chroniących się przed przemocą z ul. Franciszkańskiej, z domami dziecka i z domem dla matek małoletnich.

– Wspomniała Siostra, że kobiety starają się wychowywać swoje dzieci, tworzyć im rodziny. Zdarzają się sytuacje, że wasze dzieci trafiają do domów dziecka?

– Wtedy, gdy wyczerpiemy wszelkie możliwości pomocy i gdy matka jest agresywna albo uzależniona aktywnie, albo porzuca dziecko – to tak, zdarzają się takie sytuacje. Mniej jest sytuacji, gdy matka oddaje dziecko do adopcji. Bardziej starają się zachować dziecko przy sobie, choć niekoniecznie są wydolne wychowawczo. Ale dom dziecka to zawsze jest ostateczność.

– Praca w domu nie jest przewidywalna ani spokojna...

– Jak ktoś mnie rano pyta, jakie mam plany, to odpowiadam, że ich nie mam. Oczywiście – jakiś ogólny zarys dnia tworzę, ale i tak wiem, że to wszystko może ulec zmianie. Czasem wieczorem mówię – koniec dnia, spokój, a tu ktoś nie wraca do domu albo ktoś weźmie narkotyki.

– Martwi się wtedy Siostra?

– Boję się o dzieci. Kobieta jest dorosła, ma wolną wolę, wybiera taki los. Najbardziej martwię się, jak wraca do sprawcy przemocy. Wtedy drżę o dziecko, bo jest bezbronne i to nie ono decyduje o swoim losie. Martwię się także tym, że uzależnienie od sprawcy, taka chora miłość, jest silniejsze niż dobro dziecka. To są najtrudniejsze przeżycia. Albo gdy ktoś odchodzi, a ja wiem, że mogłabym pomoc, ale ten ktoś nie dojrzał jeszcze do tej pomocy.

– Wiele jest takich trudnych chwil?

– Nie tak dawno przyszła mama z problemem alkoholowym. Pila od 9. roku życia, w 13. została zdiagnozowana jako uzależniona od alkoholu. Trafiła do nas w czasie ciąży i tak przychodziła, odchodziła, zapijała. I wbrew regulaminowi, bo – gdy zapiła to nie powinna być przyjęta, ale by jakoś chronić dziecko i by nie urodziła gdzieś na ulicy czy w krzakach – przyjmowałyśmy ją. Tu urodziła dziecko i przez 7 miesięcy nawet dobrze sobie radziła. Ale potem przyszedł taki dzień, że nie wróciła do placówki. Zostawiła tu dziecko i po trzech dniach trzeba było uruchomić procedury. Dziecko znalazło się w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Rozmawiałam z nią wiele razy, ma świadomość, że w jeden dzień wszystko straciła. Teraz ciężko jest jej odbić się od dna. Wiem, że z jednej strony te 7 miesięcy to taki jej sukces, bo to była najdłuższa abstynencja w jej życiu, ale wiem też, że jedna chwila zniszczyła wszystko. Często zdarza się, że ten cud miłości macierzyńskiej jest faktycznym cudem. Tutaj się nie udało. Mimo jakiegoś jej wielkiego wysiłku i zaangażowania. Jednak nałóg był silniejszy niż miłość do córki. Na razie dziecko jest w rodzinie zastępczej u jej mamy, ona dostała namiary na ośrodek terapeutyczny. Czy skorzystała? Nie wiem, bo się nie odzywa. Chciałabym wszystkim pomóc ale nie zawsze się uda.

– Kocha Siostra tą pracę, te dzieci i pewnie też te kobiety...

– Bardzo. To jest najlepsze co mnie spotkało.

– Dziękuję za rozmowę.

Tagi:
wywiad

Kandydaci do kapłaństwa odzwierciedlają nasze społeczeństwo

2018-04-20 17:57

Rozmawiał Dawid Gospodarek / Warszawa (KAI)

Kandydaci do kapłaństwa w sensie psychologicznym i socjologicznym odzwierciedlają nasze społeczeństwo i Kościół w Polsce - mówi KAI ks. Wojciech Wójtowicz, przewodniczący Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych. W wywiadzie mówi m.in. o spadku powołań, profilu kandydatów do kapłaństwa oraz o formacji seminaryjnej. 22 kwietnia, w Niedzielę Dobrego Pasterza, obchodzony będzie Światowy Dzień Modlitw o Powołania.

B.M. Sztajner/Niedziela

Dawid Gospodarek (KAI): Mówi się często o kryzysie powołań. Czy rzeczywiście da się dostrzec niepokojący spadek?

Ks. Wojciech Wójtowicz: Nie używałbym tu słowa „kryzys”, ale właśnie „spadek”. Porównajmy na przykład pielgrzymki seminariów na Jasną Górę. W 1999 roku była pierwsza taka pielgrzymka i uczestniczyło w niej dokładnie dwa razy tyle alumnów, co podczas tegorocznej, która odbyła się w minionym tygodniu. Wtedy w seminariach było prawie 7 tysięcy kleryków, dzisiaj nieco ponad 3 tysiące.

- Dlaczego więc nie mówić o „kryzysie”?

- – Słowo „kryzys” wydaje mi się niezbyt adekwatne, dlatego że poza pewnymi oczywistymi problemami wewnątrzkościelnymi, problemami z religijnością młodzieży, mamy do czynienia również z czynnikiem socjologicznym – ostatnich latach demografia załamała się bardzo mocno. Spadek i doświadczenie braku w niektórych diecezjach czy wspólnotach zakonnych są dość mocno odczuwalne. Przyczyny są jednak wieloaspektowe. W perspektywie ogólnopolskiej „kryzys” wydaje się zbyt dużą kategorią.

- Jacy mężczyźni pukają dziś do seminaryjnych furt?

- – Mężczyźni tacy, jakie jest dzisiejsze społeczeństwo, dzisiejszy świat. Czyli bardzo różni – z nadziejami i pragnieniami takimi, jakie występują w świecie i Kościele. Motywowani ewangelicznie, ale też z bagażem trudności, trosk i problemów charakterystycznych dla współczesnego świata. W sensie psychologicznym i socjologicznym odzwierciedlają oni nasze społeczeństwo i Kościół w Polsce.

- Można wskazać na jakieś cechy wspólne?

- – Gdyby poszukać wspólnego mianownika, można zauważyć, że duża część z kandydatów do kapłaństwa odbywała formację w różnych wspólnotach kościelnych. W większości polskich diecezji to wspólnoty, ruchy czy stowarzyszenia apostolskie są miejscami, w których rodzą się nowe powołania kapłańskie.

- Czy dzisiejsi kandydaci różnią się czymś od tych z poprzednich pokoleń?

- – Osobiście uważam, że są to mężczyźni być może nawet piękniejsi w sferze motywacji niż dawniej. Dzisiaj kandydaci zdają sobie sprawę, że idą do świata, który jest bardzo często wrogo nastawiony do Ewangelii, kontestacyjny. Mimo świadomości, że misja kapłańska, apostolska, którą wybierają, nie jest łatwa - oni przychodzą.

- Wspomniał Ksiądz o trudnościach, z którymi przychodzą kandydaci. Może Ksiądz podać jakieś przykłady?

- – One są często wyniesione po prostu z życia rodzinnego. Znamy kondycję polskiej rodziny, która jest często bardzo poraniona. Jeśli klerycy wychowywali się w rodzinach niepełnych, w rodzinach targanych różnymi trudnymi życiowymi doświadczeniami, niosą to w sobie – w postaci trudnej do określenia własnej tożsamości osobowościowej, w postaci lęków, napięć. W końcu noszą też te wszystkie symptomy typowe dla współczesnego młodego pokolenia, takie jak oddziaływanie mediów, bardzo duża i bardzo aktywna obecność w przestrzeni świata wirtualnego – czasem młodzi potrafią być bardziej w świecie wirtualnym niż realnym.

- Jak naprzeciw tym problemom wychodzą formatorzy seminaryjni?

- – Jeśli chodzi o tego typu kwestie, mamy do czynienia z całą paletą formacyjną. Trzeba pamiętać, że seminarium zawsze oferuje na początku drogi formację ludzką, bo dużo problemów, z którymi młodzi przychodzą, dotyczy właśnie tej ludzkiej sfery. Dlatego oprócz kierownictwa duchownego i pracy z ojcem duchownym, w wielu seminariach, jeśli jest taka potrzeba, zapewniona jest możliwość pracy psychologicznej. Ale coraz częściej seminaria otwierają się na różnego rodzaju formy warsztatowe.

- A jak to jest w seminarium, któremu Ksiądz szefuje?

- – U nas dobrze przyjęły się właśnie takie warsztaty. Na roku propedeutycznym są warsztaty rozwoju osobowościowego, komunikacji interpersonalnej, także warsztaty relacji z kobietami czy budowania własnej tożsamości męskiej. Paleta takich propozycji rozwoju psychopedagogicznego jest naprawdę bardzo duża, w różnych formach występuje także w wielu innych polskich seminariach.
***
Ks. dr Wojciech Wójtowicz – rektor Wyższego Seminarium Duchownego diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej i przewodniczący Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Abp Jędraszewski: małżeństwo polega na tym, że człowiek przestaje żyć w zamkniętej skorupie własnego „ja”

2018-04-20 09:15

led / Kraków (KAI)

Dojrzałość w powołaniu do małżeństwa polega na tym, że człowiek nie myśli o samorealizacji i przestaje żyć w „zamkniętej skorupie własnego „ja” - mówił abp Marek Jędraszewski w czwartkowy wieczór podczas „Dialogów u św. Anny”. Spotkanie metropolity krakowskiego z wiernymi dotyczyło zagadnień związanych z rozeznawaniem powołania.

Joanna Adamik/Archidiecezja Krakowska/www.diecezja.pl

Abp Marek Jędraszewski wyjaśniał, że typowy obraz człowieka we współczesnej kulturze jest taki, że człowiek myśli o świecie w kategoriach ''ja''. Jak wyjaśniał, powołanie, przynajmniej w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, ma charakter dialogiczny, ponieważ jest ktoś kto woła i ktoś, kto powołuje do określonej roli. Jego zdaniem z tym pojęciem wiąże się też dramatyczność dotycząca wierności w odpowiedzi na to wezwanie.- To otwiera przestrzeń wielu niewiadomych, nie wiem przed jakimi wyzwaniami będę musiał stanąć i być skonfrontowany, ale mówię „tak”. W świetle tego fundamentalnego wyboru wszystkie inne jawią się jako konsekwencja lub jako zdrada. Tak jest w przypadku przysięgi małżeńskiej i zobowiązania do wierności – mówił hierarcha, dodając, że z jego obserwacji wynika, że wierność jest jedną z najtrudniejszych cnót człowieka.

Zdaniem abp. Jędraszewskiego o powołaniu można mówić nie tylko w odniesieniu do kapłanów, ale także w odniesieniu do nauczycieli i lekarzy. Według niego przykładem takiego powołania jest Sł. Boża Hanna Chrzanowska, która 28 kwietnia zostanie beatyfikowana w Łagiewnikach. Jak podkreślił, krakowska pielęgniarka szukała chorych i cierpiących, ale nie traktowała tego jako zawód i nie dostawała za to pieniędzy. Hierarcha wyjaśniał, że pojęcie powołania należy odnieść także do życia małżeńskiego, gdyż w jego ocenie, jest to także powołanie w Kościele i dla Kościoła.

Metropolita krakowski został zapytany o to dlaczego jest tak wiele modlitw o powołania kapłańskie, a niewiele o powołania do małżeństwa. Hierarcha przyznał, że taka dysproporcja rzeczywiście istnieje. - Zdajemy sobie sprawę, że zwłaszcza przy dzisiejszym rozchwianiu rozumienia tego, czym jest małżeństwo i rodzina, czy świadomości tego, jak wiele jest rozpadów związków małżeńskich (...) to konieczna w moim przekonaniu jest modlitwa za małżonków, ale także za tych, którzy przygotowują się do życia małżeńskiego. Chodzi o to, aby ludzie młodzi dorastali do tego, by żyć z kimś tak, jak naucza Kościół – wyjaśniał abp Jędraszewski, dodając, że dzisiaj odchodzi się od tego, jest coraz więcej tzw. związków nieformalnych, w których młodzi żyją bez zobowiązań. - Ale czy w takiej sytuacji można mówić o powołaniu? O gotowości poświęcenia się dla innych? - To nie ma nic wspólnego z małżeństwem, które należy do samej najbardziej głębokiej doktryny Kościoła i nie jest to małżeństwo w rozumieniu sakramentu – podkreślił.

Metropolita krakowski zapytany o powołania do samotności przyznał, że osoby, które nie zawierają związków małżeńskich i chcą żyć samotnie, nie czynią tego dlatego, że tak im wygodnie i łatwo, ale uważają, że chcą zostać osobami świeckimi po to, żeby samotność ułatwiała im służbę innym.

- Nie może być tak, żeby ktoś sobie pomyślał, że nadaje się do małżeństwa, bo nie czuje powołania do bycia księdzem czy zakonnicą, albo żyć samotnie. Powołanie do małżeństwa wymaga zrozumienia, że ja chcę żyć z kimś drugim, o płci przeciwnej, razem w wierności, na dobre i na złe – zwracał uwagę arcybiskup. Jego zdaniem dojrzałość taka polega na tym, że człowiek nie myśli o samorealizacji, ale chce pomagać drugiemu w jego realizacji i przestaje żyć w „zamkniętej skorupie własnego „ja”.

Metropolita krakowski został zapytany także czy nie lepiej wybierać samotność, skoro zarówno w życiu małżeńskim jak i kapłańskim istnieją patologie. -Jest wiele bardzo nieudanych małżeństw i wiele takich, o których mówimy patologiczne. Zdajemy sobie także sprawę z tego, że wśród tych, którzy zostali powołani i stali się księżmi, zakonnikami czy zakonnicami, jest też wiele niewierności. Ale czy na podstawie tego, ze coś jest patologią, złem, możemy powiedzieć, że w takim razie ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego i że dlatego trzeba wybrać trzecią drogę, czyli samotność? - pytał hierarcha. Jego zdaniem na podstawie negatywnych doświadczeń nie wolno uciekać w tę trzecią drogę, bo ucieczka zawsze jest czymś złym, sprawia, ze jest lęk i strach. Zdaniem arcybiskupa, są także powołania do życia w samotności, które stanowią świadomy wybór. Odnosząc się do Hanny Chrzanowskiej wyznał, że ona wyrasta jako wzór takiego życia, które było szczęśliwe, udane i spełnione oraz dzięki któremu rosła wspólnota Kościoła.

Metropolita krakowski został zapytany również o kryzys powołań w Kościele. Jego zdaniem powołanie ma charakter dialogiczny i jest niemożliwą rzeczą, aby Bóg nie troszczył się o swój Kościół. - Natomiast jest problem, co się dzieje z ludźmi, których On powołuje. Oni tego nie słyszą, lekceważą, dają się zagłuszyć powołaniu, mówią „nie”. To kwestia całej wspólnoty Kościoła, która musi być zatroskana o to, aby Bóg nie został sam ze swoim wołaniem, kierowanym do człowieka - powiedział abp Jędraszewski. Jak dodał, tego dotyczy też życie w małżeństwie, dlatego świeccy powinni dawać przykład w Kościele, czym jest rodzina i małżeństwo oraz troszczyć się o to, aby wspólnota Kościoła wzrastała poprzez dobre małżeństwa. W jego ocenie nieraz sami przyczyniają się „do wewnętrznych destrukcji, które stanowią tamę dla głosu Boga”. -Ważne jest, aby wsłuchiwać się w to, co Bóg od nas indywidualnie chce i mieć odwagę to przyjąć. Trzeba mieć odwagę pójść pod prąd, to nie jest łatwe, ale jest piękne – podkreślił arcybiskup. Według niego, Kościół jest święty, ale wciąż domaga się odnowy poprzez życie jego członków.

Kolejne spotkanie w ramach „Dialogów u św. Anny” odbędzie się 18 maja w kościele NMP z Lourdes przy ul. Misjonarskiej. Jego temat brzmi: „Czy chcemy tego samego? Wola Boga a wola człowieka”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Auza do ONZ: pogwałcenie praw człowieka w Amazonii

2018-04-21 07:28

vaticannews.va / Nowy Jork (KAI)

Na poszanowanie praw i godności plemion amazońskich zwrócił uwagę abp Bernardito Auza na spotkaniu w nowojorskiej siedzibie ONZ. Nosi ono tytuł „Pogwałcenie praw człowieka w Amazonii: Sieci reagowania i ich korygowania” i przygotowała je Stolica Apostolska wraz z Panamazońską Siecią Kościelną (REPAM).

BoLockwood/pixabay.com

Stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy ONZ podkreślił, że ludy tubylcze powinny być traktowane jako równi partnerzy. Przypomniał, że należy szanować wysunięty przez nie postulat, że nic nie powinno być zadecydowane o nich, bez ich udziału. W szczególności oznacza to, poszanowanie ich prawa do ziemi i zasobów naturalnych, tak aby samodzielnie mogli kierować swoim rozwojem i przeznaczeniem.

Watykański dyplomata przypomniał również słowa Franciszka, który stwierdził, że jeszcze nigdy rdzenne plemiona Amazonii nie były tak zagrożone jak obecnie. Z jednej strony narażone są na eksploatację surowców wyniszczającą ekosystem, a z drugiej na pewnego typu ideologię ekologiczną, która buduje przyrodniczy skansen, za nic mając żyjącego tam człowieka. To co musi się wydarzyć, to przełamanie historycznego przekonania, że Amazonia jest niewyczerpalnym źródłem zaopatrzenia dla innych krajów, bez troski o jej mieszkańców – mówił abp Auza.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Stowarzyszenie Przyjaciół Ludzkiego Życia - 1%

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem