Reklama

Pfizer - PoloCard

To najlepszy człowiek na świecie

2017-12-20 12:28

Anna Skopińska
Edycja łódzka 52/2017, str. IV

Kamil Gregorczyk
Ewa Strzelczyk-Utz

Anna Skopińska: – Praktykująca katoliczka jest żoną praktykującego ewangelika. Czy trudno funkcjonować w dwuwyznaniowej rodzinie? Jak to jest ze świętami Bożego Narodzenia?

Ewa Strzelczyk-Utz: – Jeśli chodzi o święta Bożego Narodzenia, to jest po prostu normalnie. Trudniej jest w takim życiu codziennym, coniedzielnym. Moja rodzina jest bardziej katolicka, bo ja i dzieci jesteśmy katolikami, a mąż ewangelikiem. Ale zasady mojego męża szanujemy.
Nasze święta zasadniczo się nie różnią, bo wiadomo, że są to święta chrześcijańskie, obchodzone w tym samym czasie i w polskiej tradycji. W Adwencie w Kościele katolickim odbywają się Roraty, u ewangelików są to nabożeństwa adwentowe, na które mąż czasem chodzi.
Na pewno czymś, co przejęliśmy jako rodzina z Kościoła ewangelickiego od męża, jest wieniec adwentowy. Wieniec coraz częściej pojawia się także w naszym kościele, ale swoje źródło ma u ewangelików. I tam, gdy jeszcze nie byliśmy małżeństwem, pierwszy raz spotkałam się z tym wieńcem. Dlatego u nas w domu pierwszym zwiastunem nadchodzących świąt jest właśnie wieniec adwentowy, który w niedziele tego oczekiwania przy obiedzie zapalamy. Tak się składa, że od kilku lat nabywamy go podczas licytacji w charytatywnej akcji „Śpiewajmy wszyscy w cichą noc” w Moszczenicy. A Wigilia w naszym domu różni się tak naprawdę tym, że zaczynamy ją zawsze nieco wcześniej popołudniowym nabożeństwem w kościele ewangelickim św. Mateusza w Łodzi.

– Z Moszczenicy do Łodzi...

– To rodzinna parafia mojego męża, tu mamy już przyjaciół, stąd jeździmy też na różne parafialne wyjazdy. Nasze dzieci przyjaźnią się z tamtejszymi dziećmi. Kiedyś też chodziły tu na wspaniale prowadzone szkółki niedzielne. Dlatego zawsze w Wigilię jedziemy na nabożeństwo do ewangelików, wracamy do domu, mamy wieczerzę wigilijną – zupełnie taką samą jak w każdym domu, a potem idziemy na Pasterkę – wszyscy albo częściowo, a jeśli nie możemy, to pierwszego dnia świąt idziemy na Mszę św. do kościoła katolickiego. I robimy to wszystko rodzinnie. W zwykłe niedziele także staramy się często razem chodzić na nabożeństwa w kościele ewangelickim i na nasze Msze św. w kościele katolickim.

– Dzieci nie czują takiego rozdwojenia?


– Zawsze mówimy, że żyjemy w rodzinie chrześcijańskiej. Mam wrażenie, że życie w takiej rodzinie uczy tolerancji i akceptacji poglądów innego człowieka, a to, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, jest bardzo ważne.
Czasem jest tak, że pytają – na którą idziemy do taty, na którą do nas. Ale tak naprawdę, choć w kościele ewangelickim nie ma liturgii Eucharystii, to „regułki” są bardzo podobne i nie różnią się w treści. Najbardziej w kościele ewangelickim brakuje mi tego pełnego uczestniczenia w Eucharystii i kultu maryjnego. I na początku, bo teraz też się dużo zmieniło, jak szłam na nabożeństwo do męża, to wydawało mi się, że tamta część liturgii słowa jest zdecydowanie pełniejsza. Tam kazanie zawsze było o słowie Bożym, o tym, co przed chwilą przeczytaliśmy. Obecnie i w Kościele katolickim księża kładą nacisk by tak było, ale jak zaczynałam swoją przygodę z Kościołem ewangelickim, to u nas było sporo innych dygresji.

– Od początku byliście pogodzeni, że tak ma się ta przynależność do Kościoła właśnie ułożyć. Nie było sporów w kwestii wiary?

– Oczywiście, że są dyskusje. Zwłaszcza, jak pojawiają się dzieci. Choćby wspólna modlitwa małżonków. Gdy modlimy się razem z dziećmi, mówimy „Ojcze nasz”, ale nie mówimy „Zdrowaś Mario”. Ale jak czasem modlę się tylko z dziećmi, to już dodajemy „Zdrowaś Mario”. Tyle, że już tych różnic nie odczuwamy. Nawet dzieci tego nie czują. Syn należy do Małej Róży i odmawia codziennie dziesiątkę Różańca. I mój mąż, chociaż czasem nawet mówi – „Nie rozumiem, co oznacza ta modlitwa, co oznacza Różaniec” – to ją akceptuje. Musimy zaakceptować pewne rzeczy, bo tego jedno w drugim nie zmienimy.

– Nie baliście się pytań dzieci?


– Baliśmy się. Np. pytania o czyściec. Całe szczęście zostaliśmy nimi zasypani wtedy, gdy dzieci zaczęły trochę więcej rozumieć. Czy jest czyściec? Oczywiście musieliśmy powiedzieć prawdę. Że tata uważa, że nie ma, bo wystarczy uwierzyć, jest łaska i od razu idziemy do nieba. A ja uważam, że istnieje.
Kiedyś mieliśmy też z dziećmi rozmowę o uczynkach. Jak to z nimi jest i czy musimy je spełniać, by zasłużyć na niebo? Bo ewangelicy uważają, że nie, że tylko łaska Boża. Ale to też poszło nam łatwo. Zresztą teraz już te 2 Kościoły doszły do konsensusu w sprawie uczynków. Więc wytłumaczyliśmy dzieciom, że dobre uczynki są Bogu miłe, więc zyskujemy przez nie na pewno łaskę, która nam do zbawienia jest koniecznie potrzebna.
Bywały też śmieszne sytuacje. W Kościele ewangelickim do „Ojcze nasz” dopowiada się zawsze: „Albowiem Twoje jest królestwo, potęga i chwała na wieki” – i wszyscy to przyjęliśmy, i tak się modlimy. Więc syn na lekcjach religii po modlitwie „Ojcze nasz” mówił zawsze – „Jeszcze nie skończyłem”, i dopowiadał. I to jest według mnie ubogacenie.

– A czy są jakieś trudniejsze momenty? Jakieś kompromisy, na które trzeba pójść?


– Wtedy, gdy mąż chciałby, byśmy wszyscy poszli na nabożeństwo ewangelickie, a nie mamy tyle czasu, by pójść też do kościoła katolickiego. U ewangelików nie przyjmę Komunii św. Dlatego staramy się chodzić rodzinnie na nabożeństwa ewangelickie przynajmniej raz w miesiącu. I wtedy maż ma taki niedosyt, bo chciałby, byśmy systematycznie chodzili do niego, a to czasem jest problem.
Ale mam do niego ogromny szacunek, bo to nie jest łatwe, by przed ślubem człowiek innego wyznania musiał podpisać w Kościele katolickim, że zobowiązuje się wychować dzieci w innej wierze. Jak się poznaliśmy, to mi powiedział, że zależy mu na tym, by stworzyć wierzącą rodzinę – niezależnie od wyznania. Że chciałby umacniać swoją wiarę a samemu zawsze trudniej. Dlatego zależało mu na tym, by ta druga osoba była wierząca.

– Nigdy nie namawiał Cię do przejścia do ewangelików?

– Nie. Absolutnie. Bardziej mam wrażenie, że czasem niektórzy oczekiwaliby tego ode mnie. Ale jaka byłaby wtedy jego wiara, gdybym go nawet o to poprosiła? Jaki to miałoby sens? Albo wierzę autentycznie w to, w co wierze, albo nie. Nie zmienię swojej wiary dla drugiego człowieka ani nie mogę od nikogo tego wymagać.

– To piękne. A dzieci się nie buntują?

– Dzieci nie widzą w tym problemu. Czasem, gdy mąż pyta – „Kto idzie ze mną w niedzielę na nabożeństwo?” – mam wewnętrzny dylemat i problem, bo uważam, że jest niedziela i może dzieci powinny iść do kościoła katolickiego. Myślę sobie jednak – jeżeli to jest grzech, to jest mój grzech.

– Chyba to nie jest grzech. To bardziej znaczy, że kochasz tą drugą osobę...

– Tak myślę. Bardzo lubię chodzić na nabożeństwa do ewangelików, jedyne czego mi brakuje to, jak już mówiłam, przeistoczenia i Komunii św. Ale wiem, że zawsze mogę pójść do nas, do któregoś z kościołów. Tam nabożeństwo w niedzielę jest raz a u nas nie ma problemu. Tak naprawdę to czuję się bogatsza w tym swoim ekumenicznym związku. I jestem zdania, że prawdziwa ekumenia jest najniżej – w rodzinie.

– Znasz trochę takich rodzin?

– Niewiele jest rodzin praktykującego katolika z praktykującym ewangelikiem. Zazwyczaj jest to jakiś katolik, który jest bliżej, czy ewangelik, który jest bliżej.

– A wasze rodziny – Twoja i Twojego męża – jak przyjęły, jak przyjmują ten związek?

– To była i jest absolutna akceptacja. W rodzinie mojego męża było tak od początku. Tam mieszane małżeństwa są czymś normalnym. Więc to nie był problem. Bałam się, że to będzie problem w mojej rodzinie. Ale wszyscy popatrzyli na człowieka. Bo to jest najlepszy człowiek, jakiego znam.

– Możemy mówić o Łodzi ekumenicznej?

– Bardzo chciałabym mówić o takiej Łodzi. Ale to, czy Łódź jest ekumeniczna, zależy od Kościoła, który jest w ogromnej większości i od jego pasterzy. Bo ludzie słuchają swoich pasterzy. Mam np. bardzo ekumenicznego, otwartego na drugiego człowieka proboszcza. Jednak nie wszyscy tacy są. Im dłużej jestem żoną ewangelika, tym bardziej jestem krytyczna. Mam też wrażenie, że krytyczne spojrzenia i słowa ze strony czy to ewangelików, czy prawosławnych wynikają z tego, że oni sami spotkali się z taką krytyką w stosunku do siebie. Łódź była kiedyś bardzo ekumeniczna, żyły obok siebie różne wyznania, ale wojna zmieniła bardzo wiele. Problem polega chyba na tym, że nie potrafimy się jednoczyć, a o jedność nam chodzi. Dlatego myślę ciągle, że wciąż jest tu przecież wiele do zrobienia.

Tagi:
wywiad

Przez muzykę do serca

2018-07-17 13:10

Marta Wiatrzyk-Iwaniec
Edycja zielonogórsko-gorzowska 29/2018, str. IV

Z Przemkiem Szczotko rozmawia Marta Wiatrzyk-Iwaniec

Archiwum Przemka Szczotko
Przemek Szczotko

Na początku był Jedyny. Powołał on do życia Istoty Święte, którym podawał do wyśpiewania tematy muzyczne. Ainurowie zaś śpiewali dla Niego i On radował się tą muzyką. A reszta współbraci słuchała. W miarę jednak, jak się wsłuchiwali, zaczynali rozumieć coraz głębiej, a głosy ich zespalały się w coraz doskonalszej harmonii. Wówczas Jedyny rzekł: „Chcę, abyście z tego tematu, który wam objawiłem, rozwinęli harmonijną Wielką Muzykę, a ponieważ natchnąłem was Niezniszczalnym Płomieniem, możecie, jeśli chcecie, wzbogacić temat własnymi myślami i pomysłami. A ja będę słuchał i radował się, że za waszą sprawą wielkie piękno wcieli się w pieśń” – oto fragment powieści J.R.R. Tolkiena „Silmarillion”, który stara się na sposób literacki wyjaśnić praprzyczynę muzykowania. Może i więcej nawet – ukazuje prawdę o tym, że każdy z nas ma do wyśpiewania własną historię, lecz trzeba pokierować swoim powołaniem tak, by odszukać te nuty i zagrać je zgodnie z Bożym marzeniem o nas. O sensie swojego poszukiwania poprzez śpiewanie opowiada Przemek Szczotko.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Licheń: Warsztaty liturgii tradycyjnej Ars Celebrandi

2018-07-18 11:23

Robert Adamczyk

W Sanktuarium Maryjnym w Licheniu Starym trwają warsztaty liturgii tradycyjnej „Ars Celebrandi”. Bierze w nich udział 200 osób z Polski i zagranicy: księży, ministrantów i osób świeckich.

Biuro Prasowe Sanktuarium Maryjnego w Licheniu Starym

Każdy dzień warsztatów wypełniony jest celebracjami Mszy św. w starej formie rytu rzymskiego, ćwiczeniami praktycznymi oraz śpiewem gregoriańskim.

Warsztaty organizuje stowarzyszenie „Una Voce Polonia” - polski oddział Międzynarodowej Federacji „Una Voce”, organizacji uznawanej przez Stolicę Apostolską za oficjalną reprezentację katolików świeckich przywiązanych do tradycyjnej liturgii łacińskiej.

„Najważniejszym tegorocznym wydarzeniem będzie wizyta abp. Guido Pozzo, sekretarza Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, odpowiedzialnej za katolików przywiązanych do tradycyjnej liturgii na całym świecie. W dniu 18 lipca, tj. w środę, hierarcha odprawi uroczystą Mszę św. pontyfikalną w bazylice pw. Najświętszej Maryi Panny Licheńskiej oraz spotka się z uczestnikami warsztatów” – powiedziała dr Dominika Krupińska, rzecznik warsztatów.

Początek celebracji przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Licheńskiej o godz. 13.40.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Trudności ateistów z podejściem do Całunu Turyńskiego

2018-07-19 08:45

(KAI/vaticannews) / Liverpool/Turyn

Specjaliści od medycyny sądowej z Liverpoolu stwierdzili, że na Całunie Turyńskim jest za dużo śladów krwi. Zdaniem znawców zagadnienia są to słabe argumenty, tym bardziej że nie analizowano samych śladów, lecz przeprowadzono jedynie symulacje na manekinach. Problem z tym niezwykłym kawałkiem płótna mają przede wszystkim niewierzący i krzewiciele ateizmu, a nie katolicy, dla których prawdziwość bądź fałszywość tej relikwii w niczym nie zmieni ich wiary. Ale jeśli Całun jest autentyczny, to trudno podważyć prawdziwość historycznych wydarzeń dotyczących Jezusa z Nazaretu, łącznie z Jego zmartwychwstaniem.

Graziako
Wizerunek Jezusa z Całunu Turyńskiego

W ten sposób włoska badaczka prof. Emanuela Marinelli, cytując kard. Giacomo Biffiego (1928-2015), skomentowała w Radiu Watykańskim kolejne sensacje na temat Całunu Turyńskiego. Jej zdaniem, tylko w ten sposób można wytłumaczyć łatwowierność i otwarcie niektórych środowisk na wszystko, co mogłoby podważyć autentyczność Całunu.

Uczona podkreśliła, że przedstawione 16 lipca dowody liverpoolskich specjalistów medycyny sądowej są bardzo słabe. Twierdzą oni bowiem, że na Całunie jest za dużo śladów krwi. Przyznają, że niektóre znajdują się na właściwym miejscu, inne zaś nie, w związku z czym wysuwają wniosek, że musiały zostać domalowane. Prof. Marinelli zaznaczyła, że dobrze zna te badania, bo przedstawiono je już przed 4 laty, ale dopiero teraz udało się je opublikować.

Według naukowców angielskich, przykładem śladów nieprawdziwych jest plama odpowiadająca ranie w boku Jezusa – powiedziała prof. Marinelli, dodając, że chodzi o wielką plamę krwi na Całunie w miejscu, gdzie Jezus został przebity włócznią. Tymczasem specjaliści z Liverpoolu nie nawiązują do poważnych badań, przeprowadzonych 40 lat temu, gdy prowadzono doświadczenia na ciałach ludzi, którzy - podobnie jak Jezus - zmarli na zawał serca. "Oni wzięli plastykowy manekin, taki jak w sklepie z odzieżą, nadziali na kij gąbkę z krwią i patrzyli, jak rozchodzi się krew po uderzeniu w bok manekina. Stwierdzili, że spływa ona inaczej niż na Całunie, stąd wysunęli wniosek o fałszywości Całunu. Przecież to niepoważne. To nie są poważne badania naukowe. Te zdjęcia z manekinem budzą tylko śmiech” - stwierdziła z mocą włoska uczona.

Przypomniała, że od kilkudziesięciu lat czynione są wielkie starania, by podważyć autentyczność Całunu. Inwestuje się w to wielkie pieniądze. Poważnym skandalem pozostaje też do dzisiaj sposób, w jaki przeprowadzono badania na datowanie płótna metodą radiowęglową, gdyż nie zachowano podstawowych kryteriów badań archeologicznych. Rozmówczyni rozgłośni papieskiej zwróciła uwagę, że próbkę do analizy pobrano z miejsca, najbardziej wystawionego na kontakt ze światem zewnętrznym, co - jak dobrze wiadomo - mogło wpłynąć na wynik badań.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem