Reklama

Stowarzyszenie Przyjaciół Ludzkiego Życia - 1%

1 stycznia 2018 51. Światowy Dzień Pokoju

Koń Trojański islamskiego terroryzmu

2017-12-27 10:47

Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 53/2017, str. 18-20

Tierney/fotolia.com

Zamach terrorystyczny, do którego doszło pod koniec października br. na ulicach Manhattanu w Nowym Jorku, to kolejny akt niekończącego się dramatu, którego od wielu lat doświadcza cywilizacja Zachodu. Ataki motywowane islamskim terroryzmem stają się coraz poważniejszym problemem. Czy nowy amerykański prezydent uchroni Stany Zjednoczone przed podzieleniem losu Unii Europejskiej, dla której podobne zamachy stały się już elementem codziennej rzeczywistości?

Globalna wojna z terroryzmem, którą prezydent George W. Bush ogłosił po atakach na World Trade Center we wrześniu 2001 r., trwa nadal. Mimo upływu kilkunastu lat jej koniec wciąż jest wizją odległej przyszłości, której nie sposób zdefiniować w jakichkolwiek ramach czasowych. Dająca się przewidzieć perspektywa nie rysuje bowiem przed nami możliwości ostatecznego zwycięstwa w walce z najniebezpieczniejszym wrogiem, z którym przyszło nam się mierzyć w pierwszych dekadach XXI wieku. Coraz częściej eksperci dochodzą do przykrego wniosku, że zagrożenie terrorystyczne nie zostanie w pełni zażegnane, a my – przedstawiciele zachodniej cywilizacji – będziemy musieli nauczyć się żyć w ciągłym niebezpieczeństwie, uwzględnić niejako możliwość śmierci w wyniku ataku motywowanego islamskim ekstremizmem w problemach naszej codzienności. Przy pomocy odpowiednich środków bezpieczeństwa, uszczelnienia granic, a także np. dozbrojenia praworządnych obywateli możemy jednak zminimalizować liczbę potencjalnych ofiar islamskiego terroru.

Tani terroryzm

Przeciwnik, z którym walczymy, często nie nosi mundurów, nie posiada regularnych dywizji, których rozbicie oznaczałoby zwycięstwo, nie ma także swojego stałego terytorium, którego przejęcie zapewniłoby nam ostateczną wygraną. Zamiast tego ukrywa się wśród cywilów, wykorzystując ich jako żywe tarcze. Dokonuje niespodziewanych ataków, które coraz częściej przybierają formę prymitywnych zamachów, niewymagających ani skomplikowanego planowania, ani też dużych nakładów finansowych. To trend, który służby obserwują od dłuższego czasu. Kiedyś terroryści przeprowadzali kosztowne i skomplikowane logistycznie ataki, do których dochodziło rzadziej, lecz ich żniwo było na ogół nieporównywalnie większe. Porywanie samolotów (11 września 2001 r.) czy podkładanie ładunków wybuchowych (atak na londyńskie metro w 2005 r.) to przykłady tego typu strategii terrorystycznej. Im bardziej skomplikowany zamach, im większą grupę terrorystów angażuje, tym łatwiej go służbom specjalnym wykryć i udaremnić. Działania prewencyjne są jednak znacznie trudniejsze, gdy ataku terrorystycznego dokonują tzw. samotne wilki, terroryści działający w pojedynkę, którzy właściwie nie muszą niczego planować – po prostu chwytają za karabin, nóż czy siekierę i zaczynają zabijać ludzi lub, jak to miało miejsce ostatnio na Manhattanie, a wcześniej wielokrotnie na ulicach europejskich miast – wsiadają do ciężarówek i rozjeżdżają pieszych. Koszty przeprowadzenia takiej operacji terrorystycznej są minimalne, często bowiem nie przekraczają kilkudziesięciu dolarów.

Europejskie doświadczenie

Inaczej sprawa ma się w Unii Europejskiej, gdzie w ostatnich miesiącach wielokrotnie dochodziło do podobnych ataków. W 2016 r. w Berlinie muzułmański terrorysta rozjechał 12 osób i ranił 56 kolejnych na jarmarku z okazji świąt Bożego Narodzenia. Niemieckiej policji nie udało się wtedy schwytać sprawcy, co może sugerować problemy z wyszkoleniem funkcjonariuszy, ich nieprzygotowanie na ewentualność tego typu ataków oraz brak odpowiednich procedur bezpieczeństwa. Zamachowiec zdołał wyjechać do Włoch, dopiero tam został zastrzelony przez miejscowe służby. Otwarte granice wewnętrzne UE ułatwiają, niestety, terrorystom podróżowanie po Europie. Kiedy dodamy do tego nieszczelność granic zewnętrznych, sytuacja staje się wyjątkowo niebezpieczna i trudna do opanowania. W marcu br. w Londynie inny muzułmański ekstremista użył samochodu, by przeprowadzić zamach na moście Westminsterskim, znajdującym się w bliskim sąsiedztwie brytyjskiego parlamentu. Pod kołami rozpędzonego pojazdu zginęło wtedy 4 pieszych, a prawie 50 zostało rannych.

Reklama

Doświadczenie Starego Kontynentu pokazuje, niestety, że wbrew temu, co mogłoby się wydawać, w wyniku tego typu prymitywnych i niskobudżetowych ataków mogą zginąć dziesiątki osób. Najlepszym przykładem jest zamach, do którego doszło w lipcu 2016 r. w Nicei we Francji. Pod kołami rozpędzonej ciężarówki prowadzonej przez muzułmańskiego terrorystę życie straciło wtedy aż 86 osób, a kolejnych 458 zostało rannych.

Policja po amerykańsku

Docieram do Polaka z New Jersey, który od wielu lat mieszka w USA. Jego dom znajduje się niedaleko miasta Paterson, w którym mieszkał muzułmański terrorysta odpowiedzialny za niedawną tragedię na Manhattanie. Pytam mojego rozmówcę o przygotowanie i wyszkolenie amerykańskich policjantów, szczególnie w kontekście ich zdolności do przeciwdziałania terroryzmowi i walki z nim.

– W USA na każdym kroku widać wielki profesjonalizm policji, a także wyszkolone praktycznie do odruchów nawykowych schematy działania funkcjonariuszy. Sposób ich zachowania w sytuacjach kryzysowych jest po prostu tak perfekcyjny, że ma się wrażenie, jakby te procedury trenowali dzisiaj rano – opowiada „Niedzieli” Bogumił Olewiński z Garfield w hrabstwie Bergen.

– Policja w USA jest jednocześnie brutalna (dla przestępców) i bardzo delikatna (dla praworządnych obywateli). Gdy jedziesz drogą, a na skrzyżowaniu policjant kieruje ruchem, to jeżeli się zgubiłeś i podjeżdżasz do niego z prośbą o pomoc, to taki funkcjonariusz zatrzyma cały ruch i udzieli ci pomocy – wyjaśnia.

Chociaż w USA też istnieje problem dzielnic, do których niekiedy strach wejść po zmroku, amerykańska policja, mówiąc kolokwialnie, nie wymięka. Inaczej niż jej europejskie odpowiedniki – dla funkcjonariuszy z USA nie istnieją tzw. no-go zones.

– Getta w USA różnią się od tych w Europie jedną dość istotną rzeczą. Mianowicie policja w USA nie boi się do nich wjeżdżać, wręcz przeciwnie – to mieszkańcy na widok policji czują respekt przed władzą i wiedzą, kto rządzi w mieście – opowiada Olewiński.

Wróg u bram

Wróg już dawno przeniknął na nasze terytorium. Wojna z terroryzmem toczy się zatem nie tylko na odległych bliskowschodnich pustyniach, w afgańskich wioskach czy irackich i syryjskich miastach. Dzisiaj coraz częściej doświadczamy jej na ulicach zachodnich metropolii – tuż pod naszym nosem! My, Europejczycy, wpuściliśmy na własne terytorium konia trojańskiego islamskiego terroryzmu. Przyzwolenie państw Unii Europejskiej na masową i nielegalną imigrację z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, która od kilku lat stanowi wielkie zagrożenie dla Starego Kontynentu, a także brak odpowiednich procedur i kontroli wpuszczanych do nas muzułmańskich uchodźców i imigrantów doprowadziły ostatecznie do przeniknięcia na nasze terytorium wielu groźnych ekstremistów.

Nie tak dawno temu, gdy przeciwnicy polityki otwartych granic ostrzegali, że w olbrzymim i niekontrolowanym tłumie muzułmańskich uchodźców i imigrantów, którzy od kilku lat zalewają terytorium Unii Europejskiej, mogą się znajdować groźni terroryści, środowiska lewicowe pukały się w czoło. Wielokrotnie oskarżały one swoich prawicowych oponentów o rasizm, ksenofobię, islamofobię, zacofanie i zdradę europejskich wartości. Podobne oskarżenia pod adresem środowisk konserwatywnych pojawiały się również w Stanach Zjednoczonych, gdzie Partia Republikańska, na czele z Donaldem Trumpem, podkreślała konieczność uszczelnienia granic oraz ograniczenia imigracji z krajów muzułmańskich (w tym przyjmowania uchodźców – przyp. red.). Ostatecznie okazało się, że te obawy były w pełni uzasadnione.

Według amerykańskiego konserwatywnego think tanku „Heritage Foundation”, terroryści, którym udało się przeniknąć do Europy, udając uchodźców, uczestniczyli w sumie w 15 proc. przeprowadzonych oraz powstrzymanych zamachów.

Duże sukcesy w walce z Państwem Islamskim w Syrii oraz Iraku, o których niedawno donosiła zachodnia prasa, są bez wątpienia powodem do radości i kamieniem milowym w wojnie przeciwko terroryzmowi. Eksperci od bezpieczeństwa zwracają jednak uwagę, że osłabienie, a nawet totalne unicestwienie ISIS wcale nie będzie oznaczać końca naszych problemów. Szacuje się, że z Europy na Bliski Wschód wyjechało ok. 5 tys. obywateli Unii Europejskiej, którzy wstąpili w szeregi Państwa Islamskiego. Jeszcze w tym roku 20-30 proc. z nich ma powrócić do swoich europejskich ojczyzn. Jeżeli nie ma dowodów przeciwko konkretnej osobie, trudno takich ludzi zatrzymać na granicy, ponieważ legitymują się oni obywatelstwami państw UE. Z tego względu wielu przedstawicieli służb specjalnych nieoficjalnie przyznaje, że najlepszym rozwiązaniem byłaby śmierć takich osób, zanim zdążą sie stawić na przejściu granicznym. Niedawno na antenie jednej z polskich telewizji mówił o tym były rzecznik prasowy naszej policji Mariusz Sokołowski. O tym, jak wielkie zagrożenie stanowią powracający bojownicy ISIS posiadający obywatelstwa państw UE, świadczyć mogą zamachy w Paryżu z listopada 2015 r. Ich autorami byli właśnie terroryści, którzy wcześniej walczyli na Bliskim Wschodzie, a następnie powrócili do Europy, m.in. Salah Abdeslam.

Wielokulturowość urojona

Środowiska lewicowe próbują jednak sugerować, że wiązanie wzrostu zagrożenia terrorystycznego z kolejnymi falami uchodźców i imigrantów jest nieuzasadnione. Na potwierdzenie tej tezy przywołują statystykę, według której za większość zamachów w Europie motywowanych islamskim terroryzmem odpowiadają obywatele państw członkowskich UE arabskiego pochodzenia. To jednak przecież potomkowie imigrantów, najczęściej z drugiego lub trzeciego pokolenia. Zatem są bezpośrednim następstwem zjawiska masowej imigracji. To osoby niezasymilowane, kulturowo nadal żyjące w zupełnie innym świecie, zradykalizowane już na terytorium europejskim przez pobratymców o ekstremistycznych poglądach. Źle się dzieje, kiedy cenzura poprawności politycznej uniemożliwia nam definiowanie zagrożeń takimi, jakimi one faktycznie są. To niebezpieczny trend. Zaklinanie rzeczywistości nigdy nie wychodzi na dobre. Na terytorium największych europejskich miast powstają getta, w których wychowują się m.in. radykałowie i wszelakiej maści element przestępczy. Dzielnice ongiś znane z panującego w nich spokoju i porządku stają się strefami, do których strach wejść po zmroku. Słowem, powoli tracimy nasz własny dom – Europę. Doświadczyłem tego w trakcie mojego niedawnego wyjazdu do Brukseli. Gdy zwiedzałem dzielnice miasta, m.in. owiane bardzo złą sławą i uważane za jedną z największych wylęgarni terrorystów Molenbeek, bacznie przyglądałem się strukturze belgijskiego społeczeństwa, a także sytuacji panującej na ulicach stolicy Unii Europejskiej. Jak wygląda wielokulturowość Brukseli? Zjawisko to raczej należy określić mianem „wielokulturowości urojonej”. Z definicji wielokulturowość oznacza mnogość ludzi pochodzących z różnych kultur na jednym terytorium. W Brukseli widać raczej 2 kultury: europejską, kulturę gospodarzy – będącą w defensywie, którą reprezentują rdzenni Belgowie, a także wszyscy ci imigranci, którzy chcieli stać się Belgami i przyjąć panującą tutaj kulturę; oraz posiadającą coraz liczniejszą reprezentację – cywilizację muzułmańską, która w wielu miejscach zaczyna być, niestety, dominująca. Jej przedstawicielami są ci muzułmańscy imigranci, którzy zamiast się asymilować, postanowili przenieść swój bliskowschodni styl życia do Europy.

Obce im są nasze wartości, których nie próbowali nawet zrozumieć. Jedni z nich staną się terrorystami, inni pójdą w szranki z prawem, stając się pospolitymi bandytami, a jeszcze inni w poczuciu totalnego zagubienia i niezrozumienia otaczającej ich kultury, którą sami świadomie odrzucili, staną się marginesem społeczeństwa, żyjącymi w skrajnej biedzie ludźmi, których z Europą i wartościami tutaj panującymi nie będzie łączyć absolutnie nic. Wielu z nich trafi do coraz większych dzielnic-gett, z których już nigdy nie uda im się wydostać. Tolerowanie takiego stanu rzeczy to świadome proszenie się o kłopoty i ciche przyzwolenie na postępujący rozpad europejskiego społeczeństwa, budowanego całe wieki na fundamentach cywilizacji judeochrześcijańskiej.

Amerykański model

Europa powinna czym prędzej wziąć przykład ze swojej młodszej siostry po drugiej stronie Atlantyku. Amerykańskie społeczeństwo również bowiem składa się z wielu kultur, jednak tworzą one jeden naród – naród wielu narodów. Na czym polega zatem różnica? W USA imigranci bardzo szybko stają się Amerykanami, zaczynają żyć po amerykańsku, a wszystkich, niezależnie od pochodzenia, łączą te same amerykańskie wartości. Pierwsze, co się robi po przyjeździe do USA, to wywieszenie amerykańskiej flagi. Za oceanem imigrant uczy się patriotyzmu na każdym kroku – w szkole, od sąsiadów, na ulicy, w pracy oraz na stadionie czy w kinie. Amerykanie epatują dumą ze swojego kraju, Europejczycy natomiast coraz częściej preferują zgoła odmienny model obywatela. Duma z własnej ojczyzny oraz epatowanie miłością do niej zapala w nich raczej irracjonalną lampkę ostrzegawczą – uwaga: faszyzm! – zamiast wzbudzać pozytywne skojarzenia. To w dużym stopniu efekt powszechnej w Europie skrajnie lewicowej ideologii, której zbyt silnie manifestowany patriotyzm zawsze wadził...

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby różne narodowości trzymały się razem i kultywowały swoją kulturę, religię czy wywieszały swoje flagi narodowe. Wszystko jednak pod warunkiem, że akceptują i przestrzegają prawo USA, a flaga USA wisi powyżej flagi kraju, z którego pochodzą. Przecież wszyscy w USA jesteśmy imigrantami. Każdy z nas skądś pochodzi i wszyscy razem musimy się szanować i czerpać z naszych tradycji – podkreśla Bogumił Olewiński.

– Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś, kto wyemigrował z państwa, w którym nie chciał mieszkać, próbuje wprowadzić taki sam porządek w kraju, do którego wyemigrował. To po co emigrował? – dodaje.

Przyjmujmy zatem imigrantów tak, jak robią to Amerykanie – z różnych części świata i kultur, zamiast głównie muzułmanów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Po skrupulatnej kontroli i procesie weryfikacji, a nie na zasadzie bezrefleksyjnego wpuszczania wszystkich przez otwarte granice. Od początku uczmy ich miłości do naszego kraju i kultury, epatujmy nią, tak by również imigranci przesiąkali naszym stylem życia. Wielokulturowość zda bowiem egzamin tylko wtedy, gdy wszystkie kultury spajać będzie ta jedna dominująca, nadrzędna – kultura kraju gospodarzy.

Migranci i uchodźcy
Pokój wszystkim ludziom i narodom ziemi! Pokój, który aniołowie głoszą pasterzom w noc Narodzenia Pańskiego [1], jest głębokim pragnieniem wszystkich ludzi i wszystkich narodów, szczególnie tych, którzy najbardziej cierpią z powodu jego braku. Spośród nich, obecnych w moich myślach oraz w mojej modlitwie, pragnę jeszcze raz wspomnieć ponad 250 mln migrantów na świecie, z których 22, 5 mln stanowią uchodźcy. Ci ostatni, jak stwierdził mój umiłowany poprzednik Benedykt XVI, „to mężczyźni i kobiety, dzieci, młodzież, osoby w podeszłym wieku, którzy szukają miejsca, gdzie mogliby żyć w pokoju” [2]. Aby je znaleźć, wielu z nich jest gotowych ryzykować życie w podróży, która w wielu przypadkach jest długa i niebezpieczna, znosić trudy i cierpienia, pokonywać druty kolczaste i mury, wzniesione po to, by trzymać ich z dala od tego celu. (...)
Św. Jan Paweł II na progu Wielkiego Jubileuszu 2000 lat od chwili, kiedy aniołowie głosili pokój w Betlejem, zwrócił uwagę na to, że wzrost liczby uchodźców jest jedną z konsekwencji „niekończącej się serii straszliwych wojen i konfliktów, ludobójstw i «czystek etnicznych»” [5], które naznaczyły XX wiek. W nowym stuleciu nie nastąpił jeszcze prawdziwy zwrot: konflikty zbrojne oraz inne formy zorganizowanej przemocy nadal powodują przemieszczanie się ludzi wewnątrz granic państw i poza nimi.
Ludzie migrują również z innych powodów, a pierwszym z nich jest chęć „lepszego życia, co wiąże się często z pragnieniem, by pozostawić za sobą «beznadziejność», którą rodzi niemożność budowania przyszłości” [6].
Wyjeżdża się, by połączyć się z własną rodziną, by znaleźć możliwości zatrudnienia lub wykształcenia: kto nie może cieszyć się tymi prawami, nie żyje w pokoju. Ponadto, jak podkreśliłem w encyklice „Laudato si’”, „tragiczne jest zwiększenie liczby migrantów uciekających od biedy spowodowanej degradacją środowiska” [7].
Większość migruje, podążając regularnymi szlakami, natomiast niektórzy wybierają inne drogi, przede wszystkim pod wpływem desperacji, gdy ich ojczyzna nie zapewnia im bezpieczeństwa ani szans, a każda legalna droga wydaje się niedostępna, zablokowana lub zbyt długa.
Z orędzia Ojca Świętego Franciszka na 51. Światowy Dzień Pokoju, pt. „Migranci i uchodźcy: mężczyźni i kobiety w poszukiwaniu pokoju”

Tomasz Winiarski - Student dziennikarstwa, amerykanista, dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych

Papież odwiedził Apulię

2018-04-20 14:21

st, pb (KAI/VaticanNews) / Molfetta

Franciszek odwiedził 20 kwietnia Apulię na południu Włoch. Uczcił pamięć bp. Antonia Bello, zwanego „don Tonino”, który bywa uważany za prekursora duszpasterskiego stylu obecnego papieża.

pixabay.com

W 25. rocznicę śmieci bp. Bello, Ojciec Święty odwiedził jego rodzinne miasto Alessano, gdzie modlił przy jego grobie, a następnie Molfettę, której bp. Bello był ordynariuszem w latach 1982-93. Od 2007 r. trwa jego proces beatyfikacyjny.

Alessano

Papież przyleciał helikopterem do Alessano tuż przed dziewiątą rano. Na miejscowym cmentarzu modlił się dłuższą chwilę przy grobie bp. Bello, a potem przy grobie jego matki Marii. Po wyjściu z cmentarza spotkał się z jego bliskimi, którzy ofiarowali mu należącą do bp. Bello stułę oraz fartuch, wyhaftowany przez kobiety z tej miejscowości. W ten symboliczny sposób nawiązano do ulubionego zwrotu Sługi Bożego, który zwykł mawiać, że Kościół powinien służyć, nosząc fartuch, jedyną szatę kapłańską, o której pisze Ewangelia.

Następnie Franciszek udał się na pobliski plac, gdzie czekało na niego 20 tys. wiernych. Witając papieża ordynariusz diecezji Ugento bp Vito Angiuli podkreślił aktualność świadectwa, jakie pozostawił Sługa Boży Antonio Bello. Wyraził nadzieję, że niebawem zostanie on wyniesiony do chwały ołtarzy. Wskazał także na powiązanie duchowe między sposobem pełnienia przezeń posługi biskupiej a stylem pontyfikatu obecnego następcy św. Piotra. Bp Angiuli poruszył także niektóre wyzwania, przed jakimi stają mieszkańcy tej części Włoch, w tym związane z kryzysem ekologicznym czy brakiem pracy. Zapewnił, że społeczność tego regionu będzie zawsze pamiętała w modlitwie o Ojcu Świętym.

W swoim przemówieniu Franciszek podkreślił, że dla don Tonino zrozumienie biednych było prawdziwym bogactwem. „Kościół, który troszczy się o ubogich zawsze będzie dostrojony do kanału Boga, nigdy nie traci częstotliwości Ewangelii i czuje, że musi powrócić do tego, co istotne, aby konsekwentnie wyznawać, że Pan jest jedynym prawdziwym dobrem” – wskazał papież.

Ojciec Święty zaznaczył, że bliskość wobec ubogich musi wyrażać się w konkretnych działaniach. Przykładem jest w tym względzie don Tonino, który „nie tracił okazji, aby powiedzieć, że na pierwszym miejscu stoi pracownik z jego godnością, a nie zysk ze swoją chciwością. Nie stał z założonymi rękoma: działał lokalnie, aby siać pokój na całym świecie, w przekonaniu, że najlepszym sposobem, aby zapobiec przemocy i wszelkiego rodzaju wojnom jest zatroszczenie się o potrzebujących i krzewienie sprawiedliwości” – stwierdził papież. Przypomniał, że pokój buduje się od walki z ubóstwem i zwrócił uwagę na znaczenie Apulii jako okna nadziei, by region śródziemnomorski był „gościnną arką pokoju”.

Następnie Franciszek mówił o powołaniu jako rozmiłowaniu w Bogu, z żarliwością marzenia, porywem daru, śmiałością, by nie poprzestawać na półśrodkach. Podkreślił konieczność życzliwości wobec świata. Wskazał także na konieczność łączenia w życiu chrześcijańskim kontemplacji i działania.

Na zakończenie papież zachęcił do naśladowania don Tonino: „Nie zadowalajmy się spisaniem pięknych wspomnień, nie dajmy się powstrzymać tęsknotami za przeszłością ani nawet leniwą gadaniną chwili obecnej czy też obawami o przyszłość. Naśladujmy don Tonino, dajmy się porwać jego młodzieńczej gorliwości chrześcijańskiej, usłyszmy jego usilne wezwanie do życia Ewangelią bez taryfy ulgowej. Jest to mocne zaproszenie skierowane do każdego z nas i dla nas jako Kościoła. Niech nam prawdziwie pomoże szerzyć dziś wonną radość Ewangelii”.

Spotkanie zakończyło wspólne odmówienie modlitwy „Zdrowaś Maryjo” i papieskie błogosławieństwo.

Molfetta

Z Alessano Franciszek udał się do Molfetty, gdzie w porcie odprawił Mszę św. W swojej homilii podkreślił, że Eucharystia „to nie piękny obrzęd, ale najgłębsza, najbardziej konkretna, najbardziej zaskakująca, jaką można sobie wyobrazić komunia z Bogiem: komunia miłości tak realna, że przybiera formę pokarmu”. Jest ona źródłem życia chrześcijańskiego. Ponadto pozwala nam, abyśmy, wychodząc ze Mszy św., żyli już nie dla siebie, ale dla innych.

Papież wskazał, że tak żył don Tonino. „Marzył o Kościele głodnym Jezusa i nietolerancyjnym wobec wszelkiej światowości” – przypomniał Ojciec Święty. Jednocześnie zachęcił wiernych do postawienia sobie pytania: „Czy po tylu komuniach staliśmy się ludźmi komunii?”.

Podkreślił następnie, że Eucharystia jest także chlebem pokoju, ponieważ spożywamy ją razem z innymi. „My, którzy dzielimy ten Chleb jedności i pokoju, jesteśmy powołani, aby kochać każde oblicze, aby naprawić każde rozdarcie; być, zawsze i wszędzie, budowniczymi pokoju” – stwierdził Franciszek.

Wskazał, że z Eucharystią ściśle łączy się słowo Boże, wzywające nas do przemiany życia. Jezus szuka bowiem nie naszych refleksji, ale naszego nawrócenia. Nie możemy wegetować w małych satysfakcjach. Po spotkaniu Zmartwychwstałego nie możemy czekać, nie możemy odkładać na później; musimy iść, wyjść, mimo wszystkich problemów i niepewności, stawać się „kurierami nadziei”, prostymi i radosnymi rozdawcami wielkanocnego alleluja – zaznaczył papież.

Podkreślił ponadto znaczenie, jakie na drodze apostoła Pawła odgrywa posłuszeństwo Bogu i pokora. „Słowo Boże uwalnia, podnosi, sprawia, że idziemy naprzód, pokorni i odważni zarazem. Nie czyni z nas ludzi o ustalonej pozycji i mistrzów swoich umiejętności, ale autentycznych świadków Jezusa w świecie” – wskazał Franciszek.

„Na każdej Mszy karmimy się Chlebem życia i słowem, które zbawia: żyjmy tym, co celebrujemy! W ten sposób, podobnie jak don Tonino, będziemy źródłem nadziei, radości i pokoju” - zakończył swe kazanie Ojciec Święty.

Dziękując mu za tę pierwszą w historii papieską wizytę w Molfetcie miejscowy ordynariusz bp Domenico Cornacchia zauważył, że don Tonino byłby szczęśliwy, widząc w obecnym papieżu wcielenie swej idei „Kościoła w fartuchu”. Przypomniał, że gdy 25 lat temu przedwczesna śmierć zabrała bp. Bello, „pasterza kochanego, szanowanego i podziwianego”, na ulicach zapanowała wielka cisza. Już wtedy uważano go za świętego i dziś jest dla wszystkich „świętym z sąsiedztwa”, żyjącym w sercach ludzi. Znaki jego obecności można spotkać w każdym domu, parafiach, szpitalach, barach, miejscach pracy i na ulicach. „Tak jakby czas nie upłynął”, ludzie nadal słyszą jego słowa, a także odczuwają „jego wstawiennictwo w niebie za ten Kościół, który tak ukochał, i za który pragnął oddać swoje życie”.

W imieniu zgromadzonych hierarcha podarował papieżowi złotą różę wykonaną z wotów składanych przez wiernych. Franciszek odwdzięczył się kielichem mszalnym.

Po papieskim błogosławieństwie odśpiewano wielkanocną modlitwę maryjną „Regina caeli”. Był to ostatni punkt kilkugodzinnej wizyty Franciszka w Apulii.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Doczesne szczątki kard. Berana zostaną pochowane w Czechach

2018-04-21 12:03

pb (KAI/RadioPraga) / Rzym

Doczesne szczątki czeskiego kardynała Josefa Berana - symbolu sprzeciwu wobec reżimu komunistycznego - zostały zabrane z Bazyliki św. Piotra, w której spoczywały od 39 lat. W piątek wieczorem dotrarły do Pragi, gdzie23 kwietnia będą pochowane w katedrze św. Wita w Pradze.

Włodzimierz Rędzioch

Kardynał Beran, więzień niemieckich obozów koncentracyjnych w Terezinie i Dachau, arcybiskup Pragi w latach 1946-69, internowany w czasach komunistycznych, od 1965 r. mieszkał jako wygnaniec w Rzymie. Zmarł tam cztery lata później. Władze Czechosłowacji nie pozwoliły na jego pochówek w ojczyźnie. Dlatego decyzją papieża Pawła VI spoczął w podziemiach bazyliki św. Piotra.

Trumna z doczesnymi szczątkami kardynała po wyjęciu z grobu została 19 kwietnia wieczorem przewieziona do papieskiego kolegium czeskiego Nepomucenum w Rzymie, gdzie kard. Beran mieszkał i zmarł. Ceremonii towarzyszyła delegacja kościelna i państwowa z Czech, a także Czesi mieszkający w Wiecznym Mieście - niektórzy spośród nich uczestniczyli w pogrzebie kardynała w 1969 r.

Mszy św. w Nepomucenum przewodniczył 94-letni słowacki kardynał Jozef Tomko. W kazaniu biskup pomocniczy archidiecezji praskiej Zdeněk Wasserbauer, zaangażowany w proces beatyfikacyjny kard. Berana, przywołał wspomnienie jednego z jego współwięźniów z obozu koncentracyjnego w Dachau. - Kiedy w południe przerywano pracę, wszyscy więźniowie biegli, by stanąć w kolejce po jedzenie. Ale Beran szedł do kaplicy, by klęczeć przed Chrystusem i się modlić, ryzykując, że nie starczy dla niego jedzenia. Czy nie jest to najlepszy przykład wewnętrznej wolności? - pytał retorycznie hierarcha.

Przewodniczący delegacji państwowej, minister kultury Ilja Šmíd powiedział, że powrót kard. Berana do ojczyzny jest wielkim triumfem i zakończeniem jego przymusowej emigracji. Wyraził też przekonanie, że sprowadzenie zwłok kardynała do Czech pomoże poprawić relacje między czeskim społeczeństwem i Kościołem katolickim.

Ambasador Republiki Czeskiej przy Stolicy Apostolskiej Pavel Vošalík uważa, że sprowadzenie zwłok kardynała do ojczyzny może stać się inspiracją dla jego rodaków. - Historia kard. Berana zakończy się, ale jednocześnie będzie żywa jako doświadczenie, lekcja czy przesłanie, które weźmiemy ze sobą. Mam nadzieję, że ktoś pomyśli o tym, przed czym kardynał przestrzegał i za co cierpiał, i czy dotyczy to tylko przeszłości - stwierdził dyplomata.

W miejscu dotychczasowego grobu kard. Berana w podziemiach bazyliki watykańskiej umieszczona zostanie tablica pamiątkowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem