Reklama

Wobec czasu i wieczności

2018-01-03 10:32

Ks. Henryk Nadrowski MIC
Niedziela Ogólnopolska 1/2018, str. 20-21

Nie tylko klepsydra czasu, ale różne mierniki, stopery, zegary śledzą ciągłe przechodzenie od „teraz” do „potem”. Nieraz jesteśmy zaskoczeni, gdy oglądamy dwóch sprinterów wpadających na metę równocześnie, a jednak zaledwie setne sekundy sprawiły, że tylko jeden z nich otrzymał złoty medal

Czas biegnie nieubłaganie, wręcz umyka. Jednocześnie się nam wymyka. Zdaje się nieuchwytny. Jest niepowtarzalny, ale zarazem jakby niedostrzegalny. Niekiedy łudzimy się, że żyjemy w jakimś bezczasie. Nie cenimy go, często go marnujemy, marnotrawimy. Zaskakującą myśl snuje Lew Tołstoj: „Czas jest poza nami i przed nami, przy nas go nie ma”. A przecież to dar darmo dany przez Stwórcę każdemu z nas. Od samego zarania jesteśmy wpisani w czas, który „jest tylko szczególną formą przestrzeni” (Herbert George Wells). Nie tylko czas biologiczny czy osobisty ani nie tylko czas świecki czy sakralny ustawicznie i wyraziście kierują do nas specyficzne przesłanie. „Czas mówi. Mówi wyraźniej niż słowa” (Marian Filipiak). Jest jednocześnie wartością, która stanowi o naszym „być”, o jakości naszej egzystencji. Staje się probierzem na naszą wieczność. To przemierzanie doczesności, mgnienia czasu, tysiączne chwile stanowią o naszej wieczności, jak mówią teologowie – „są zadatkiem życia wiecznego”.

Czas wszystko zmienia

Bywają też dziwne wspomnienia, reakcje i emocje, gdy to, co dawne, staje się naszym „dziś”. Daje temu świadectwo Jerzy Andrzejewski w swoich zapiskach „Z dnia na dzień. Dziennik literacki 1972-1979”: „Dokonało się we mnie niepojęte przesunięcie czasów, czas niepowrotnie przeszły przekształcił się nagle w teraźniejszy” (s. 63). Dawne chwile, przeżycia zostają w naszej pamięci, utrwalają się i rzutują na przyszłość. To wszystko, co „słyszalne i widzialne, i dotykalne, zostaje zachowane – jak zauważa Hans Urs von Balthasar – w pamięci jako trwałe echo („Epilog”, WAM, Kraków 2010, s. 57). Czyż popularna przed laty piosenka Boba Dylana, w polskiej aranżacji, nie ukazuje realizmu codzienności, a zarazem niesie wraz z czasem nutę nadziei? – „Dzień po nocy, po burzy słońce musi znów przyjść, Łez dzisiejszych nie wolno przeceniać, To, co wczoraj straciłeś, jutro los odda ci, Bowiem czas, czas wszystko zmienia”.

A że czas zmienia świat i nas samych, to fakt. Zrąb czasu pozostawia swój ślad na starych murach bazylik czy średniowiecznych manuskryptach. Z czasem wiele się zmienia, człowiek też. Jakże prawdziwa jest owa łacińska sentencja przypisywana Lotariuszowi I: „Tempora mutantur et nos mutamur in illis”, czyli: Świat się zmienia, a wraz z nim i my. Zmieniają się nasze pojmowanie rzeczywistości, nasze oceny zachowań oraz gusty. Po latach inaczej przeżywamy nasze sukcesy i porażki. Niesnaski sprzed lat teraz wydają się bezsensowne. Zmieniają się problemy, z którymi trzeba się mierzyć co dnia. Jakże inaczej pojmuję podejmowanie swego krzyża, zwyciężania swych słabości czy powstawania z upadków. Zmienia się krąg moich znajomości, kontaktów. Fascynują mnie już nie te rozrywki i piosenki, co przed laty. Już nie rozgwar i hałaśliwa muzyka disco, ale pewne wyciszenie, refleksja, chłonięcie niemal mistycznej zadumy nad pięknem przyrody. Adoracja w kościele staje się coraz bardziej przedsmakiem nieba. Także w zaciszu domu coraz częściej przeżywam piękno muzyki poważnej czy medytacyjnej. Potrafię uspokoić swoje emocje, oderwać wzrok i serce od tysiąca reklam czy serwisów internetowych. Obym także pośród uciążliwości pracy, nawału obowiązków, brzęczących telefonów zdołał wygospodarować owe przerwy między zadaniami, by były one czasem wyciszenia, skupienia czy krótkich aktów strzelistych bliskości z Bogiem. Mówimy, że trzeba dać sobie na to czas, choć nie jesteśmy ani jego twórcami, ani właścicielami – raczej użytkownikami. Oby pożytecznymi.

Reklama

Trzeba nabyć pewną umiejętność otwierania się na Boga w różnym czasie i w różnej przestrzeni: gdy trzymamy w ręku książkę czy telefon, gdy siedzimy przed komputerem czy telewizorem, gdy zachwycamy się pięknem w kościele czy w muzeum, gdy prowadzimy auto czy jedziemy tramwajem. Pozwolić, by Bóg był z nami „w każdy czas”. Warto przypominać sobie i na nowo wprowadzać owo „Duch tchnie, kędy chce” (por. J 3, 8). To dobrze, że nie tylko z racji tegorocznych zaleceń duszpasterskich, ale często pośród powszedniości i odświętności odkrywamy moce i dary Ducha Świętego. Tak bardzo potrzebujemy Jego mądrości i rozumu, ale również rady i roztropności, by dobrze przeżyć każdy dzień.

Filozofowie i mądrości ludowe głoszą, że „czas leczy rany”. On koi nasze bóle i cierpienia fizyczne oraz utratę najbliższych. Z czasem łagodzi nasze pretensje i animozje. Na bok odrzuca niewczesne waśnie i swary. Wydaje się, że w niepamięć odkłada uprzedzenia czy urazy sprzed lat. Choć to wcale nie jest równoznaczne z amnezją wobec doznań i doświadczeń. Są, a jakoby ich nie było. Pamiętając o przeróżnych krzywdach, celowo i świadomie traktujemy je jako ważne dane czy jak telefon zastrzeżony.

Czas ziemski

Nie tylko ekonomiści, planiści, politycy, inwestorzy czy producenci przypominają wszem i wobec, że „czas to pieniądz”. Pracę i sukcesy przekłada się na zdobycze materialne, finansowe. – Byle szybciej, byle więcej – mówią ci, co pracują na akord. Ludzie produkują, zdobywają, handlują, ale czy ponad wszystko, czy nade wszystko? A przecież dał Pan również czas wolny, odpoczynku, a także świętowania. „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” – to przykazanie wciąż aktualne, również i dziś dla nas, Polaków. Dlaczego pazerna pogoń za pieniądzem, ułuda zysku wyrosłego z praktycznego materializmu i bałwochwalczego odarcia niedzieli z jej świątecznego i świętego blasku – dlaczego to wszystko znajduje poklask także u tych, którzy mienią się katolikami, uczniami Chrystusa czy otwartymi na Ducha Świętego? Być może dlatego, że jednak czas ziemski, doczesny jest dla nich celem i kresem, a wieczne przebywanie z Bogiem – iluzją i mirażem. A szkoda.

Święty czas

To dobrze, że w różnych publikacjach przypomina się o periodycznej i rytmicznej formie czasu, w tym czasu świętego, a przecież zarazem uświęcającego. Przed wielu laty w Polsce różnymi wątkami dorocznych świąt zajęła się Anna Zadrożyńska m.in. w swym monumentalnym dwutomowym dziele pod znamiennym tytułem: „Powtarzać czas początku”.

W pewnym sensie, choć w innej stylistyce, podjął te kwestie ks. Janusz St. Pasierb. Wprowadzając do swej książki „Czas otwarty”, pisał o przedziwnym przenikaniu dwu opcji czasu: „Ukaże się nam mechanizm spotykania się czasu otwartego naszego życia z czasem zamkniętym roku natury i roku łaski; zrozumiemy też, że nasz czas przewija się przez obracające się kręgi czasu zamkniętego, tworząc z nich zwoje spirali wspinającej się ku górze”. Te poetyckie określenia mają jednak wyraźne znamię eschatyczne, nadprzyrodzone. Przenoszą nie tylko ku niebu jako li tylko wizji, ale ku Rzeczywistości spotkania człowieka z Bogiem na zawsze.

Jakby intuicyjnie w tym kontekście kojarzę ewangeliczną przypowieść o robotnikach w winnicy. Czego by nie powiedzieć, sednem są tu przyjęcie wezwania w różnym czasie oraz zaangażowanie i skuteczne wykorzystanie czasu przez każdego z nich. Ta obrazowa sceneria nie dotyczy ani ekonomii, ani prakseologii, lecz po prostu – zbawienia każdego, bez względu na długość ludzkiego żywota. Równie dobitnie rachubę z czasem, czy raczej rozliczenie z jego spożytkowania, akcentuje przypowieść o talentach, w której z kolei wszyscy dysponują jednakowym czasem, którym jednak różnie włodarzą. Oceniani są nie tylko za przezorność i zapobiegliwość, ale właśnie za stopień roztropnej odpowiedzialności za powierzone dobra. Obydwie przypowieści dotykają kreatywnej postawy wobec czasu, który ma przecież także znamię eschatologiczne. Jego zwieńczeniem jest wieczne przebywanie z Bogiem. Postawa negatywna skutkuje natomiast odrzuceniem, i to również na zawsze.

Jak spożytkowałeś swój czas?

W rozmaitych zawirowaniach społecznych i etycznych niezbędna jest postawa autentyczna, konsekwentna i wierna swemu powołaniu tu i teraz. Historia, czyli czas, to najlepszy nauczyciel życia, co łacinnicy pięknie określają: „optimus magister vitae”. W tym kontekście zauważmy, jak istotne i wciąż aktualne jest, w przeróżnych sytuacjach, odkrywanie i odczytywanie „znaków czasu”. Dobitnie mówi o tym zadaniu ostatni sobór, kierując do prezbiterów m.in. takie słowa: „Niech chętnie słuchają świeckich, rozpatrując po bratersku ich pragnienia i uznając ich doświadczenie i kompetencję na różnych polach ludzkiego działania, by razem z nimi mogli rozpoznawać znaki czasów” (Dekret o posłudze i życiu prezbiterów „Presbyterorum ovdinis”, n. 9).

Nie tylko pierwsi chrześcijanie, ale także wierzący naszych dni stają ustawicznie wobec wyboru i opowiedzenia się za centralnym punktem eschatologicznego orędzia Jezusa. Benedykt XVI powiada, że chodzi tu o ujawniający się pośród „świata pogan” – z zadaniem jego ewangelizacji – „czas Kościoła jako nowy etap historii zbawienia”. Tę świadomość odpowiedzialności należy przywoływać jako wciąż aktualizujące się „dziś” (hodie) przed końcem świata („Jezus z Nazaretu” cz. 2, Jedność, Kielce 2011).

Każdego z nas spotka kiedyś koniec ziemskiego bytowania. Jezus przynagla nas do gotowości i modlitwy, do czuwania i oczekiwania „w każdym czasie”, aby ów „sądny dzień” nie spadł na nas „znienacka jak potrzask” (Łk 21, 34). Wszak wówczas ujawnią się cała prawda o nas oraz ostateczny bilans nieodwracalnych skutków naszego spożytkowania czasu.

Ażeby zaś nawiązać do myśli przewodniej obecnego roku duszpasterskiego, zachęcam, by się zatrzymać i przemedytować jakże głęboką, a zarazem wstrząsającą i niezwykle trafną diagnozę naszej doby zawartą w poetyckiej modlitwie pt. „Litania do Ducha Świętego” Romana Brandstaettera. Z braku miejsca w tym krótkim przesłaniu cytuję tylko wybrane końcowe frazy: „...Przybywaj z wnętrza wieczności wiejący Wichrze,

który nigdy nie burzysz

i nigdy nie niszczysz,

i nigdy nie łamiesz,

który chwiejne umacniasz,

stare odnawiasz,

martwe ożywiasz,

starte z powierzchni ziemi budujesz od podstaw.

(...) Wichrze wiejący z wnętrza wieczności!

Daj nam słuch doskonały

płynący wśród niezliczonych wezwań i nawoływań,

które nas nawiedzają

w wszelkim czasie i miejscu,

abyśmy umieli rozpoznać

Twój Głos.

Muzyko Mądrości

zrodzona z Ojca i Syna,

Trójdźwięczna!

(...) przybywaj,

Nadziejo nieogarniona,

zawsze obecna i zawsze nadchodząca,

przybywaj, Boże,

Zaczynie człowieczeństwa,

I uczłowiecz człowieka

Jak uczłowieczyłeś siebie!”.

Kapelan uniwersytecki usunięty z powodu modlitwy po paradzie równości

2018-07-20 14:04

azr (The Crux/UKAI) / Glasgow

Ks. Mark Morris został usunięty z funkcji kapelana uniwersyteckiego w Glasgow, po tym, jak w swojej parafii przewodniczył modlitwie różańcowej, odprawianej jako nabożeństwo wynagradzające za „wielką obrazę Boga, jaką była Glasgow Pride”. W jego obronie stanęli studenci.

Kamyq/pixabay.com

Doroczna parada równości Glasgow Pride, przeszła w sobotę ulicami Glasgow, z udziałem m.in. premier Szkocji, Nicoli Sturgeon, która pełniła funkcję „wielkiego marszałka” tego wydarzenia. To największa w Szkocji impreza tego rodzaju, w której uczestniczy ok. 5 tys. osób, a obseruje ją 50 tys. widzów.

Ks. Mark Morris, katolicki kapelan posługujący wśród studentów świeckiej uczelni w Glasgow Caledonian University (liczącej ok. 16 tys. studentów) został zwolniony z tej funkcji przez władze placówki po tym, jak w parafii, której jest proboszczem, odprawił w poniedziałek nabożeństwo różańcowe, wynagradzające za „wielką obrazę Boga, jaką była Glasgow Pride”. Władze uczelni poinformowały w komunikacie o „skrajnym rozczarowaniu” z powodu zorganizowanej modlitwy i zapowiedziały, że kapłan nie powróci do pełnionych na uczelni funkcji w nowym roku akademickim, tj. od września. Jego postawę określono jako „nieetyczną” i przypomniano, że uczelnia promuje postawy równości i różnorodności, czego wyrazem była obecność reprezentacji uzelni na paradach w ostatnich latach. Zapewniono też, że uczelnia pozostaje w kontakcie z archdiecezją Glasgow, oczekując, że ta wyznaczy nowego kapelana na kolejny rok akademicki.

Mianowanie go potwierdza także rzecznik prasowy archidiecezji i przypomina, że modlitwa różańcowa była prywatną inicjatywą ks. Morrisa, niezwiązaną z funkcją kapelana uczelni.

Bardziej stanowczo bronią kapłana studenci z uczelnianego duszpasterstwa. W odpowiedzi na podjęte przez uczelnię kroki, opublikowali oni swoje oświadczenie na Facebooku. Napisali w nim o duszpasterzu:

„Jest pełnym wiary księdzem, który służył naszej wspólnocie przez wiele lat z radością, godnością i uśmiechem. Jesteśmy skrajnie rozczarowani, że uczelnia zdecydowała o zwolnieniu Księdza Morrisa. Jest to prawdziwie odrażające, że ksiądz katolicki jest zwalniany z funkcji kapelana katolickiego wyłącznie za przypominanie nauczania Kościoła katolickiego” – napisali młodzi. Przypomnieli także nauczanie Kościoła w kwestii seksualności i zapewnili, że duszpasterstwo nie wykluczało ze swojego kręgu nikogo ze względu na orientację seksualną.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Polak jako pierwszy na świecie zjechał na nartach z K2

2018-07-22 19:01

wpolityce.pl

Wcześniej takiego wyczynu dokonał w 2013 roku zjeżdżając z Sziszapangmy (8013 m), w kolejnym roku z Manaslu (8156 m), a w 2015 z Broad Peak (8051 m).

wikipedia.org

Wspinaczkę na położoną w Karakorum górę K2 Andrzej Bargiel i Janusz Gołąb oraz czterech pakistańskich tragarzy wysokościowych rozpoczęło w czwartek.

Góra K2 była drugą próbą zakopiańczyka, ubiegłoroczna zakończyła się niepowodzeniem.

Wtedy zdecydowanie zawiodła pogoda. Chociaż mogłem wejść na szczyt, to zjazd ze względu na bezpieczeństwo był wykluczony — wyjaśnił pochodzący z Łętowni koło Limanowej Bargiel.

„Modę” na ekstremalne wyczyny narciarskie zapoczątkował na dobre Francuz Jean Afnasi, kiedy w 1978 roku zjechał z Mount Everestu z wysokości 8200 m. Legenda ski-extreme Sylvian Saudan zjechał na nartach ze szczytu Hidden Peak w Pakistanie w 1982 roku i stał się pierwszą osobą, która kiedykolwiek zjechała z samego szczytu powyżej 8000 metrów. Do grona prekursorów zaliczali się także Bruno Gouvy (snowboard) i Veronique Perillat (monoski) zjeżdżając z Czo Oju (8188 m npm) w 1988 roku. Tym samym Perillat została pierwszą kobietą, która dokonała zjazdu na takiej wysokości.

Jeden z najbardziej utytułowanych narciarzy, Słoweniec Davorin „Davo” Karnicar, który na nartach zjechał z siedmiu najwyższych szczytów wszystkich kontynentów (tzw. Korona Ziemi), wspominał podczas pobytu w Polsce, że jazda z tak wysokich gór wygląda zupełnie inaczej niż w narciarstwie alpejskim. Na tak dużej wysokości jest bardzo mało tlenu i podczas zjazdu trzeba robić przerwy. Ogromnym niebezpieczeństwem jest także groźba lawin.

Jak przyznał były reprezentant Słowenii z narciarstwie alpejskim, uczestnik Pucharu Świata w tej dyscyplinie, z Mount Everestu zjeżdżał cztery godziny i 25 minut, z czego półtorej poświęcił na odpoczynek? Był pierwszym człowiekiem, który z najwyższej góry świata zjechał bez odpinania nart. Jego poprzednicy niektóre odcinki pokonywali pieszo, z nartami na plecach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem