Reklama

Sklep sakralny

Pierwsze na świecie zdjęcia lotnicze

2018-01-03 10:32

Witold Iwańczak
Niedziela Ogólnopolska 1/2018, str. 38-39

Autoportret Konrada Brandla

Był wybitnym polskim fotografem i wynalazcą, konstruktorem aparatów i klisz fotograficznych oraz prekursorem reprodukcji fotografii na skalę poligraficzną. Ale przede wszystkim był pierwszym na świecie fotografem, który w lipcu 1865 r. fotografował miasto z wysokości ok. 75 m nad ziemią podczas lotu balonem

Konrad Brandel urodził się 26 listopada 1838 r. w warszawskiej rodzinie mieszczańskiej. Był pierworodnym synem Seweryna (1806-82) i Karoliny z Cichockich (1813 – 1904) herbu Nałęcz. Jeden z jego braci, Władysław (1849 – 1921), również był fotografem i jego wspólnikiem. Drugi brat, Seweryn (1841 – 1916), był radcą Prokuratorii Królestwa Polskiego i współzałożycielem warszawskiej Filharmonii, również fotografikiem.

Młodość i przygoda z balonem

Konrad w 1858 r. ukończył klasę chemiczną warszawskiego Gimnazjum Realnego i rozpoczął naukę fotografii w zakładzie słynnego warszawskiego fotografa Karola Beyera, który zatrudniał wówczas ok. 20 pracowników. Gdy tam pracował, wpadł na genialny pomysł i stał się pierwszym fotografikiem, który w lipcu 1865 r. fotografował Warszawę podczas lotu balonem – balon był własnością Fryderyka Berga, żeglarza powietrznego. W trakcie lotu balon wzniósł się na wysokość ok. 75 m. Brandel miał niełatwe zadanie, gdyż gondola się kołysała, a fotografie wykonywano wówczas ze statywów ze względu na ograniczenia techniczne ówczesnego sprzętu fotograficznego. W trakcie przelotu powstały trzy udane zdjęcia Brandla wykonane na sucho z pomocą aparatu sekundowego. Wydarzenie to szybko stało się sensacją na skalę światową.

Beyer po upadku powstania styczniowego został aresztowany przez Rosjan i zesłany w głąb imperium. Wrócił po kilkunastu miesiącach. Przez ten czas Brandel pomagał w prowadzeniu jego zakładu. Gdy Beyer w 1865 r. powrócił do Warszawy, Brandel założył własny zakład fotograficzny do spółki z bratem Władysławem i swoim przyjacielem Marcinem Olszyńskim – przy ul. Nowy Świat 57.

Reklama

Własna firma, własna rodzina

Zakład nosił nazwę „K. Brandel i S-ka” i specjalizował się w fotografii portretowej, która przynosiła stały dochód. U Brandla fotografowało się wielu znanych ludzi. Wydawał też kalendarze ścienne. Pierwszy kalendarz – na rok 1866 zawierał ok. 200 fotografii złożonych w kunsztowne fotomontaże, przedstawiających najważniejsze wydarzenia minionego roku, a całość reprodukowana była najnowszą wówczas metodą światłodruku. Trzej wspólnicy wykonywali również reprodukcje dzieł sztuki.

W 1866 r. Konrad Roman Brandel się ożenił. Ślub odbył się w parafii pw. św. Andrzeja w Warszawie, a jego wybranka była 5 lat młodsza od niego. Doczekali się dwójki dzieci. Pierworodny syn – Konrad Seweryn urodził się w 1872 r. Ten fakt zapewne spowodował, że od lat 70. XIX wieku zakład Brandla specjalizował się w fotografiach dzieci, których wykonanie stanowiło wówczas sporą trudność.

Pod koniec lat 60. XIX wieku Olszyński objął kierownictwo artystyczne tygodnika „Kłosy”, wydawanego w Warszawie w latach 1865-90. Wśród autorów pisma byli m.in.: Józef Ignacy Kraszewski, Adam Asnyk, Eliza Orzeszkowa i Maria Konopnicka. W rok później nazwisko Brandla pojawiło się na łamach tygodnika w artykule zapowiadającym techniczną rewolucję ilustratorską w poligrafii: „Obznajmiać będziemy czytelników naszych ze skarbami sztuki (...) chcąc nadać wartość kopiom, zastosowaliśmy najnowszy wynalazek, dotąd w żadnym ilustrowanym piśmie nie używany: kopiowania fotograficznego wprost na drzewie (...) wynalazek ten, będący własnością zakładu fotograficznego K. Brandla i sp. w Warszawie, podał nam możność nadania reprodukcjom artystycznej wartości”. Była to pierwsza udana próba reprodukcji fotografii na skalę poligraficzną, a pionierska metoda Brandla wyprzedziła o 13 lat wynalazek czeskiego fotografa i drukarza Karela Kliča, uważanego za ojca dzisiejszej fotopoligrafii.

Fotorewolwer

Do zbudowania przez Brandla ręcznego aparatu fotograficznego przyczyniły się dwa wcześniejsze wynalazki – wynalezienie przez Richarda Maddoxa w 1871 r. suchych płyt negatywowych (sucha płyta szklana pokryta emulsją bromosrebrowo-żelatynową) oraz wynalezienie migawki fotograficznej zastępującej ludzką rękę w odsłanianiu i zasłanianiu obiektywu. Była to konstrukcja awangardowa jak na tamte czasy, pierwszy na świecie w pełni przenośny aparat fotograficzny – praprzodek wszystkich dzisiejszych urządzeń do utrwalania obrazu. Co najważniejsze – była to autorska konstrukcja samego Brandla, wymyślona, zaprojektowana i wykonana w całości przez niego. Warto dodać, że jako chemik z wykształcenia sam przygotowywał klisze fotograficzne. Poza tym Brandel jako pierwszy fotograf na świecie zmniejszył format negatywu do popularnego później wymiaru 6x9 cm. Jego aparat wyrabiany był w trzech formatach: 6x9, 9x12 oraz 12x16,5 cm i miał postać skrzynki wyposażonej w kasetę pojedynczą, później podwójną, a następnie w magazyn mieszczący 12 i 20, a po 1889 r. – 25 płyt. Można je było wymieniać dzięki światłoszczelnemu skórzanemu workowi. Aparat wyposażony był w obiektyw Steinheila, a później – firmy François, o krótkiej ogniskowej, w migawkę tarczową o szybkości ok. 1/50 s. oraz w kasety rolkowe. Wynalazca zerwał w pewnym momencie współpracę z firmą Steinheil, gdyż uważał, że jej inżynierowie skopiowali i próbowali unowocześnić jego aparat. Brandel ze swoim aparatem wyprzedził o ok. 10 lat aparaty niemieckiej firmy. Obiektyw aparatu przesuwał się w oprawie zaopatrzonej w podziałkę odpowiadającą nastawieniu ostrości – w granicach od ok. 7 m do nieskończoności. Aparaty były wyposażone w przysłonę otworkową. Celownik aparatu składał się z ramki z nitkami przeprowadzonymi na krzyż lub szkła dwuwklęsłego oraz z deseczki z otworem dla oka. Do noszenia aparatu służył skórzany pasek. Magazynek miał w górnej części światłoszczelny, elastyczny worek wykonany ze skóry. Płyty w magazynie znajdowały się w pozycji pionowej, jedna za drugą, umieszczone w specjalnych ramkach. Po naświetleniu pierwszej płyty fotograf przy pomocy specjalnego mechanizmu przenosił ją na koniec zestawu i tym samym przesuwał wszystkie płyty o jedno miejsce w kierunku obiektywu. Tym sposobem druga płyta przesuwała się na miejsce pierwszej i była gotowa do naświetlenia. Po naświetleniu wszystkich płyt aparat należało rozładować i ponownie naładować w ciemni.

Wraz z bratem stryjecznym Augustem, stolarzem i mechanikiem, Brandel wyprodukował ponad 100 takich aparatów. Zakupili je odbiorcy krajowi i zagraniczni, m.in. w Londynie. Przyniosły one ich wynalazcy prawdziwą sławę, także wśród głów koronowanych. Słynny akwarelista Julian Fałat wspomina w pamiętnikach swoje spotkanie z carem Aleksandrem II. Gdy na polowaniu w 1899 r. cesarz Wilhelm II przedstawił go rosyjskiemu monarsze, ten, dostrzegłszy na szyi Fałata fotorewolwer konstrukcji Brandla, zapytał: „Czyż to nie aparat Brandla z Warszawy?”. „Tak jest, Wasza Wysokość” – odpowiedział Fałat. W 1884 r. Brandel był kronikarzem zjazdu trzech cesarzy w Skierniewicach. Wówczas za swój fotorewolwer otrzymał order od cesarza Franciszka Józefa. 16 października 1889 r. został mu przyznany na niego patent.

Fotoreportażysta

Pod koniec lat 80. XIX wieku Brandel zaczął coraz bardziej koncentrować się na fotografii reportażowej i prasowej. W tym czasie pojawiła się nowa technika: bromo-żelatynowa, która skróciła i uprościła pracę fotografów, umożliwiając wykonywanie zdjęć nazywanych wówczas „momentalnymi”, tzn. o znacznie skróconym czasie naświetlania. „Zawsze w swojej pelerynie, zawsze gotów do zdjęcia, chwytał on w lot wszystko i doszedłszy do niezwykłej wprawy, zebrał kolekcję bardzo ciekawych zdjęć” – wspominał go Ludwik Anders, lekarz pediatra, ordynator kliniki wewnętrznej UW, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego oraz przewodniczący Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego. Wśród tych „ciekawych zdjęć” znalazły się fotoreportaże zarówno z życia Warszawy, jak i obrazujące jej ówczesną architekturę. Zdjęcia te – dzięki wykorzystaniu fotorewolweru – oprócz nieruchomej zabudowy przedstawiają także przypadkowych przechodniów, scenki rodzajowe, pojazdy w ruchu. Na swoich fotografiach Brandel utrwalał warszawskie targowiska, parki, nabrzeża Wisły, ale i konkretne wydarzenia, np. regaty, otwarcie kolejki konnej Warszawa-Wilanów, wyścigi konne, uroczystości religijne. Do dziś urzekają trafnością obserwacji, kompozycją oraz swoim iście reporterskim charakterem. Wiele z nich było publikowanych w ówczesnej prasie, w tym w „Tygodniku Ilustrowanym”. Wyjątkowe zdjęcia złożyły się na fotoreportaż z pożaru miasta Siedlce, zamieszczony w tygodniku „Kłosy” w 1874 r. Z kolei na łamach „Wędrowca”, którego kierownikiem artystycznym był Stanisław Witkiewicz, wiele pochlebnych słów poświęcił Brandlowi i jego wynalazkowi pisarz Bolesław Prus.

Początek XX wieku

W 1905 r. Brandel został honorowym członkiem Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego. W tym czasie nie było go już jednak w Warszawie. Wycofał się z życia zawodowego w 1900 r. i przeniósł się do skromnej posiadłości w Łyszkowicach. Nie dotarłem do informacji, kiedy zmarła jego żona i jak miała na imię. Wiadomo natomiast, że w 1911 r. Konrad Brandel ponownie się ożenił – z Jadwigą z Kunklów. Związek małżeński zawarli w sąsiadującym z Łyszkowicami Pszczonowie, w parafii pw. św. Doroty. W czasie I wojny światowej fotograf i wynalazca przebywał w Rosji, a następnie osiadł w Toruniu. Zmarł tam 28 października 1920 r. Pochowany został na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Konrad Brandel zdobył wiele nagród, m.in. na wystawach w: Krakowie (1869), Petersburgu (1870), Moskwie (1872), Wiedniu (1873), Paryżu (1874). Jego zdjęcia zostały nagrodzone złotym medalem na wystawie rolniczo-przemysłowej w Warszawie (1885). Bezinteresownie wykonywał również zdjęcia chorób skórnych i innych schorzeń dla profesorów Uniwersytetu Warszawskiego, za co w 1875 r. otrzymał tytuł fotografa Uniwersytetu Warszawskiego. W 1874 r. za album fotograficzny chorób skórnych Brandel dostał w Paryżu medal od Société Française de Photographie.

Tagi:
nauka

Edukacja efektywna czyli mózg nie lubi się nudzić...

2018-08-28 12:05

Aleksandra Nitkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 35/2018, str. 50-51

Czy wiecie, że współczesny Polak przeznacza na naukę od 12 do 17 lat? Coraz modniejsze są wszelakie kursy i studia podyplomowe, więc u wielu nauka trwa jeszcze dłużej. Neurobiolodzy odkryli, że dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że mózg nie lubi się nudzić!

©ufotopixl10/stock.adobe.com

Naukowcy alarmują, że nie ma sensu nauka na siłę, bez ciekawości czy pod przymusem. Mózg uczy się tylko tego, co sam uzna za przydatne, nowe i ciekawe. Od tego, w jakim stopniu dostosujemy sposoby uczenia do zwyczajów mózgu, zależy sukces edukacyjny zarówno tych, którzy się uczą, jak i tych, którzy uczą...

Nauka musi być przyjemna

Co do tego badacze mózgu nie mają wątpliwości. Efektywna nauka w naturalny sposób daje radość, więc z tym, że powinna być przyjemna, nikt nie może się spierać. Wiedzą o tym wszyscy, którzy z niecierpliwością czekają na pierwszy dzwonek we wrześniu czy na początek roku akademickiego. Co z tymi, którzy czują niechęć do szkoły, do studiów, do nauki? Prawdopodobnie próbowano wywrzeć na nich presję, a to najczęściej hamuje rozwój i prowadzi do zniechęcenia. Choć neurobiolodzy ustalili, że poznawanie i odkrywanie świata jest przyjemne, zaznaczają jednocześnie, że dzieje się tak jedynie w środowisku przyjaznym mózgowi i stymulującym jego rozwój. W niesprzyjających warunkach wrodzona ciekawość poznawcza zanika, a mechanizm poznawczy, popychający człowieka do poznawania, zostaje skutecznie zablokowany.

Wewnętrzny pęd do wiedzy

Jakie warunki muszą być spełnione, by procesy skutecznej nauki mogły zachodzić? Efektywnie będą uczyć się tylko ci, którzy przebywają w przyjaznych relacjach i mają poczucie bezpieczeństwa. Marzena Żylińska, metodyk nauczania i neuropedagog, autorka przełomowej dla polskiego systemu edukacji książki „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie przyjazne mózgowi”, pisze, że strach przed popełnieniem błędu nie sprzyja rozwojowi samodzielnego myślenia. „Efektywność nauczania w dużej mierze zależy od panującej na lekcjach atmosfery i rodzaju interakcji. Błąd popełniłby ktoś, kto sądziłby, że ważne jest jedynie merytoryczne przygotowanie nauczycieli. Efektywność uczenia się z punktu widzenia pracy mózgu zależy również od ich osobowości, sposobu reagowania na błędy czy poczucia humoru. Styl nauczania, jak również styl bycia konkretnej osoby może inicjować, wspierać, bądź utrudniać procesy uczenia się... Najlepszym wsparciem, jakie nauczyciel może dać uczniowi, jest wiara w jego możliwości”.

Wiedzy nie da się przekazać?

Czy słyszeliście kiedyś zdanie: Pomóż mi zrobić to samemu? To stwierdzenie włoskiej lekarki, psychiatry, która uważała, że punktem wyjścia do reformy oświaty jest intuicja i doświadczenie. Dziś badacze mózgu potwierdzają, że to nasza podświadomość decyduje o tym, czego i czy w ogóle będziemy się uczyć. Neurobiolog Marek Kaczmarzyk postuluje, że aby mózg zajął się jakąś informacją, musi ją uznać za przydatną i nową. Na liście priorytetów zostaną umieszczone opowieści zawierające emocjonujące historie, których bohaterem jest człowiek. Mózg też zainteresuje się tym, co będzie zawierało choćby element zaskoczenia. Co to oznacza w praktyce? Według Marzeny Żylińskiej, np. osoby uczące się języków obcych powinny mieć świadomość, że słówka zawarte w tekstach poruszających emocje zostaną przez nie łatwiej zapamiętane. Z kolei osoba zajmująca się nauką historii łatwiej przyswoi sobie historię drugiej wojny światowej na przykładzie losów jednej rodziny i jej członków żyjących w kilku różnych krajach. Lekcję o wirusach warto zacząć od pytania, kto ostatnio chorował na grypę.

Aktywność leży po stronie ucznia

„Mechaniczne wykonywanie zadań, w które uczniowie nie angażują się emocjonalnie i które nie sprawiają im żadnej przyjemności, nie inicjuje procesu efektywnej nauki. Można przez całe lata brać udział w lekcjach, wypełniać zeszyty ćwiczeń i niczego się przy tym nie nauczyć”. W procesie nauczania bardzo ważne jest robienie własnych notatek, bez odgórnego wzoru, nie przepisywanych. Skutecznym sposobem sprawdzenia, czy uczniowie opanowali dany temat, jest np. zrobienie konkursu na najlepszą ściągę. Marzena Żylińska podkreśla, że sukces w edukacji bezpośrednio zależy od tego, czy ten, kto się uczy, powiela wzorce podane przez nauczyciela, czy ma możliwość samodzielnego wejścia w rolę badacza, formułującego własne pytania, szukającego na nie odpowiedzi i praktycznie wykorzystującego poznane informacje. „Ważne jest, by uzmysłowić sobie, że już samo mówienie o przekazywaniu – może nawet wartości – całkowicie rozmija się z rzeczywistością uczenia się. Mózgom niczego się nie przekazuje, one wytwarzają to samodzielnie”.

Nauka dla przyszłości

Wiadomo, że aby nauczyć się gotować zupę, lepiej nie ograniczać się tylko do czytania przepisu, ale trzeba zobaczyć, jak ktoś to robi, a potem samodzielnie zacząć ją przygotowywać. Aby zdecydować o tym, jaki kierunek obrać w edukacji własnej, swoich dzieci czy uczniów, warto wziąć pod uwagę fakt, że ponieważ żyjemy w świecie, w którym zmiany zachodzą bardzo szybko, trudno przewidzieć, co będzie potrzebne za dziesięć czy dwadzieścia lat dzisiejszym uczniom. Być może przygotowujemy je do zawodów, o jakich nam się nie śniło. Warto oprzeć się wtedy na umiejętnościach i kompetencjach, które będą potrzebne niezależnie od kierunku, w jakim będzie się rozwijać nasza cywilizacja. Do takich kompetencji należą m.in.: zdolność kreatywnego rozwiązywania problemów i innowacyjnego myślenia, umiejętność pracy w grupie, kompetencje komunikacyjne, np. zdolność rozwiązywania konfliktów bez uciekania się do przemocy, umiejętność zdobywania, selekcji i przetwarzania informacji, umiejętność empatii itd. „Dzisiejsi uczniowie i studenci w przyszłości będą musieli zmierzyć się z problemami, z którymi nie poradzi sobie generacja ich rodziców. Tym łatwiej będzie im osiągnąć sukces, im sprawniej będą umieli odchodzić od znanych im schematów i tego, co dziś uznawane jest za normę, im szybciej będą mogli zejść z wydeptanych ścieżek i wytyczać nowe. Rozwój wymaga bowiem szukania własnych rozwiązań”.

Jeśli ktoś chciałby zgłębić temat, jak uczy się mózg, może sięgnąć do książki Marzeny Żylińskiej „Neurodydaktyka. Nauczanie się i uczenie przyjazne mózgowi”, której tezy zostały wykorzystane w artykule. Cytaty również pochodzą z tej pozycji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Franciszek u św. Marty: prośmy Jezusa, by chronił swój Kościół od obłudników

2018-09-20 12:37

st (KAI) / Watykan

Prośmy Jezusa, aby zawsze chronił swoim miłosierdziem i przebaczeniem nasz Kościół, który jako matka jest święty, ale pełen jest grzesznych dzieci, takich jak my – powiedział Ojciec Święty podczas porannej Eucharystii w Domu Świętej Marty. Papież nawiązał do dzisiejszych czytań liturgicznych (1 Kor 15,1-11; Łk 7,36-50), których bohaterem jest Paweł, świadek wiary w zmartwychwstanie Jezusa, kobieta, której Pan przebaczył wiele grzechów oraz gorszący się tym faktem faryzeusze i uczeni w Piśmie a także sam Pan Jezus i Jego uczniowie.

Grzegorz Gałązka
Papież Franciszek podczas cotygodniowej modlitwy „Anioł Pański”

Franciszek podkreślił, że Ewangelista wskazuje na wielką miłość, z jaką kobieta postrzega Jezusa, nie ukrywając swoich grzechów. Podobnie Paweł nie ukrywa, że prześladował Kościół Boży i dodaje: „Przekazałem wam na początku to, co przejąłem; że Chrystus umarł za nasze grzechy”. Zarówno kobieta jak i Paweł szukali Boga z miłością, chociaż z miłością połowiczną. Paweł myślał bowiem, że miłość jest jakimś prawem, a jego serce było zamknięte na objawienia Jezusa Chrystusa, prześladował chrześcijan, ze wzglądu na gorliwość o prawo. Natomiast kobieta szukała „małej miłości”. Wówczas pojawiają się komentarze faryzeuszów, ale Jezus wyjaśnia: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała”. Papież podkreślił zgorszenie tym faktem faryzeuszów i uczonych w Piśmie i zaznaczył, że Jezus patrzy na mały gest miłości, mały gest dobrej woli. Zawsze przebacza, zawsze akceptuje.

Następnie Ojciec Święty zauważył, że obłudnicy to nie tylko wydarzenie z przeszłości. Również dzisiaj ludzie gorszą się, gdy wchodzi do kościoła ktoś, kogo uważają za niegodnego.

„Jest to dialog między wielką miłością, która wszystko przebacza, miłością połowiczną Pawła i tej kobiety, a także naszą miłością, która jest niepełna, bo nikt z nas niej jest kanonizowanym świętym. Powiedzmy prawdę. Jest to hipokryzja: obłuda «sprawiedliwych», «czystych», tych, którzy sądzą, że są zbawieni ze względu nas swoje własne zewnętrzne zasługi” – powiedział Franciszek.

Następnie papież zaznaczył, że Kościół był prześladowany w dziejach przez obłudników z wewnątrz i ze zewnątrz.

„Diabeł nie ma nic wspólnego ze skruszonymi grzesznikami, ponieważ patrzą na Boga i mówią: «Panie, jestem grzesznikiem, pomóż mi». Natomiast jest mocny, z pomocą obłudników i wykorzystuje ich do niszczenia ludzi, niszczenia społeczeństwa, niszczenia Kościoła. Koniem bojowym diabła jest obłuda, ponieważ jest kłamcą: ukazuje się jako potężny, piękny książę, a z tyłu jest mordercą” – stwierdził Ojciec Święty.

Papież zachęcił, byśmy nie zapomnieli, że Jezus przebacza, akceptuje i okazuje miłosierdzie, abyśmy byli miłosierni, jak Jezus, a nie potępiali innych, abyśmy zawsze stawiali Jezusa w centrum.

„Prośmy Jezusa, aby zawsze chronił swoim miłosierdziem i przebaczeniem nasz Kościół, który jako matka jest święty, ale jest pełen grzesznych dzieci, takich jak my – powiedział Franciszek na zakończenie swej homilii.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Müller: dzisiejszy kryzys przypomina reformację

2018-09-21 13:54

vaticannews / Watykan (KAI)

Trudne chwile, które przeżywa dzisiaj Kościół, spontanicznie przywodzą na myśl XVI-wieczną schizmę Kościoła oraz sekularyzację życia duchowego w przededniu rewolucji francuskiej – uważa kard. Gerhard Müller.

Monika Książek/Niedziela
Kardynał Gerhard Ludwig Müller

Podkreślił on, że u korzeni tego zła nie leży klerykalizm, lecz odrzucenie prawdy i rozkład moralny. Rozkład doktryny zawsze prowadzi do rozkładu moralności – dodał były prefekt Kongregacji Nauki Wiary.

Przypomniał on opinię Huberta Jedina, wybitnego znawcę historii Kościoła, który mówiąc o początkach reformacji, zauważył, że słowo reforma miało wówczas zakamuflować herezję i rodzącą się schizmę Kościoła. Również i dziś dużo się mówi o reformie Kościoła. Pytanie tylko, czy za tym wszystkim rzeczywiście stoi wola odnowy w objawionej prawdzie i chrześcijańskim apostolstwie? Prawdziwa reforma nie jest sekularyzacją Kościoła lecz uświęceniem człowieka – przypomniał kard. Müller.

Były prefekt Kongregacji Nauki Wiary mówił o tym w Rzymie podczas święceń dla zgromadzenia Sług Jezusa i Maryi, podkreślając jak trudne jest w dzisiejszych czasach podjęcie się kapłańskiej posługi.

Tematy

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem