Reklama

Kto nie umie się modlić, niech wypływa na morze

2018-01-11 07:13

Rozmawiał Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 2/2018, str. VI

Archiwum prywatne
Kpt. Grzegorz Węgrzyn w czasie Mszy św. sprawowanej na jachcie

Przez ostatnie dwa lata Grzegorz Węgrzyn z Gryfina stał się popularnym żeglarzem w świecie ze względu na swój samotny rejs dookoła ziemi, którego nie zdołał dokończyć z powodu niespodziewanej awarii układu sterowniczego na wzburzonym oceanie niedaleko Nowej Zelandii. Powrócił do Ojczyzny, rozsławiając polskie żeglarstwo, nasz bohaterski kraj wraz z jego chrześcijańskimi dziejami i słowiańską tożsamością

Przyszły żeglarz urodził się w Zwierzyńcu koło Zamościa. Po ukończeniu Technikum Elektrycznego przeniósł się na Pomorze Zachodnie, znajdując zatrudnienie w elektrowni „Dolna Odra”. Później założył własną firmę w swoim zawodzie. Ale największą jego miłością, począwszy od 12. roku życia, było dla niego żeglowanie, czyli pływanie na jednostkach napędzanych siłą wiatru za pośrednictwem żagli. Sprzyjało temu położenie Zwierzyńca nad rzeką Wieprz, a potem jeszcze bardziej lokalizacja Gryfina nad rzeką Odrą, Zalewem Szczecińskim i Morzem Bałtyckim. Kpt. Węgrzyn od ponad 40 lat nieustannie pływał nie tylko na jachtach, zdobywając kolejne stopnie żeglarskie, by dziesięć lat temu zdać stosowne egzaminy na tytuł kapitana jachtowego, który uprawnia do prowadzenia jachtów żaglowych po wodach śródlądowych i morskich bez ograniczeń. Dzięki tej wodnej pasji, która w całości wypełniała mu zdrowo i rekreacyjnie wolny czas po niełatwej pracy zawodowej, uzyskując nawet zaszczytny tytuł dwukrotnego Morskiego Mistrza Polski, szereg razy opłynął wszystkie morza Europy w różnych porach roku, a także dane mu było żeglować na Morzach Czarnym i Adriatyckim.

– Do tego samotnego rejsu „dookoła ziemi” przygotowywałem się przez całe swoje 40-letnie żeglarstwo, z każdego rejsu wynosiłem doświadczenie, które potem miało mi pomóc – wspomina Grzegorz Węgrzyn. – Dwa lata remontowałem zakupiony 35-letni jacht, odpowiednio go przystosowując do tej wielkiej podróży dookoła ziemi. Na pokład tego mojego wodnego domu pływającego zabrałem najdroższe przedmioty z mojego domu ze Szczawna: drewniany krzyż wykonany przez mojego dziadzia Mirosława Rybickiego w niemieckim obozie koncentracyjnym, metalowy ryngraf maryjny z orłem w koronie poświęcony przez kard. Stanisława Dziwisza, ofiarowany mi przez kolegów, oraz modlitewnik ludzi morza przekazany mi przez kapelana „Stella Maris” ks. Stanisława Flisa. Ponadto zabrałem trzy różańce, by tą modlitwą wspierać się w trudach oceanicznego podróżowania. Byłem też przekonany, że nad moją samotną drogą w bezbrzeżach wodnych czuwają z niebios: babcia Regina (na jej część swój jacht nazwałem jej imieniem) i dziadzio Mirosław, dlatego na pokład żaglowca zabrałem też ich portretowe fotografie. W ten sposób zapewniłem sobie obecność Boga i moich bliskich w czasie tej prawie 2-letniej podróży szlakami morskimi wokół naszej planety.

Bogdan Nowak: – Czy czuł Pan tam potrzebę modlenia się?

– W czasie swej historycznej pielgrzymki 30 lat temu papież Jan Paweł II w Gdyni przypomniał nam znane wśród ludzi morza mądre powiedzenie: „Kto nie umie się modlić, niech wypływa na morze!”. Potem dodał wymowne słowa: „Morze pozwala lepiej zrozumieć ludzką słabość, ograniczoność i wszechmoc Boga”. Modliłem się tam codziennie, bo dzięki tej rozmowie z Panem Jezusem Chrystusem nie byłem sam w tej oceanicznej pustce i nic nie było w stanie mnie złamać psychicznie i fizycznie. Na takie słabości dość często skarżą się inni żeglarze, którzy polegają tylko na sobie i ludzkich autorytetach. W którymś zakonie na klęcznikach jest wyryte teologiczne stwierdzenie o wartości modlenia się: „Pamiętaj, nie jesteś sam”. Taka wiedza i doznane moce z modlitwy w moim samotnym życiu jeszcze bardziej utrwaliły potrzebną pokorę wobec wszechpotężnego Boga, którego niepojętą potęgę mogą dostrzec wszyscy podróżujący w nieokiełznanym morskim żywiole.

– W czasie swego niedokończonego samotnego rejsu dookoła ziemi był Pan na jachcie z godłem i flagą Polski na grocie najlepszym ambasadorem naszej Ojczyzny wszędzie, dokąd Pan Kapitan dopływał...

– Wszędzie entuzjastycznie witały mnie środowiska polonijne, począwszy od Wysp Zielonego Przylądka, gdzie zaprzyjaźniłem się z księdzem, który po polsku powitał mnie w miejscowym kościele na Mszy św. Okazało się, iż ten kapłan kiedyś był w Polsce i trochę poznał nasz trudny język. Potem dopłynąłem do Afryki Południowej, gdzie również co niedzielę uczestniczyłem w Najświętszej Ofierze, ale tam liturgia była celebrowana po angielsku. Wreszcie dopłynąłem do dwumilionowego portu Perth na kontynencie australijskim. I tam też doznałem wsparcia duchowego i materialnego od niezwykle gościnnej miejscowej Polonii. Nawet nasi rodacy zebrali dla mnie żywność na dalsze samotne zmaganie się na oceanie, a także dokonali koniecznego remontu jachtu, wszak nieokiełznany żywioł wodny umie zniszczyć wszystko. Mój czwarty postój miał miejsce w małym porcie Marina Bay, w którym nie było kościoła, więc tym samym byłem pozbawiony udziału w liturgii mszalnej. Ale mając modlitewnik ludzi morza, odmawiałem w każdą niedzielę tekst Mszy św. W ponadczteromilionowym Melbourne zabierał mnie na Msze św., nie tylko w niedziele, do kościoła poświęconego przez Ojca Świętego Jana Pawła II w czasie jego pielgrzymki na ten odległy kontynent, znakomity duszpasterz Polonii australijskiej o. Tadeusz Rostworowski. W tym miejscu muszę dodać, iż ten 62-letni jezuita, wywodzący się z duszpasterstwa akademickiego Karola Wojtyły, wyświęcony przez polskiego papieża oraz doktoryzujący się w Rzymie, wspominał nieraz naszego świętego papieża. Przecież to jego matka – Janina Rostworowska – mieszkała w czasie okupacji na krakowskich Dębnikach, dwie ulice od domu Wojtyłów. W tym okresie często widywała przyszłego papieża Jana Pawła II na zebraniach Żywego Różańca, a także gdy szedł do pracy w fabryce „Solvay”. Ojciec Tadeusz przed wstąpieniem do jezuitów brał udział w roku 1974 w wyprawie kajakowej z kard. Wojtyłą i grupą jego młodych przyjaciół. Mogę zatem być dumny, że poniekąd wzorcem w szlachetnym wypełnianiu wolnego czasu jest dla mnie sam św. Jan Paweł II, bo on lubił podróżować na kajakach, a ja na jachtach. Polonia we wszystkich miejscach mojego, nieraz kilkumiesięcznego, postoju serdecznie mnie podejmowała i była dumna, że z polską flagą i godłem naszej Ojczyzny wpływałem do poszczególnych portów na świecie. Niestety, polskie placówki dyplomatyczne okazywały obojętność wobec mojego samotnego rejsu dookoła ziemi, a nawet ignorancję. A przecież byłem – w mniemaniu moim i tak licznych Polaków witających mnie wszędzie – najlepszym ambasadorem Polski, szczycącej się naszym ponadtysiącletnim chrześcijaństwem, walczącej z różnymi zewnętrznymi wrogami oraz tyloma znakomitościami międzynarodowej sławy.

– Pan Kapitan jest szczególnie dumny z waleczności i patriotyzmu swego ukochanego dziadzia Mirosława Rybickiego...

– Mój dziadzio już jako 17-latek wstąpił na ochotnika do wojska i poszedł ze swoim szwagrem, który był wojskowym, na wojnę z bolszewikami w roku 1920, za co został wyróżniony Krzyżem Niepodległości. W okresie międzywojennym pracował jako urzędnik w biurze Zarządu Ordynacji Zamojskiej. Gdy wybuchła II wojna światowa, mój dziadzio Mirosław został powołany do wojska. Uczestnicząc w bitwie pod Kockiem, dostał się do niewoli. Przeżył w niewoli w pięciu niemieckich obozach koncentracyjnych. W jednym z nich wykonał drewniany krzyż w wyżłobioną datą 21 II 1940, który przetrwał z nim aż do wyzwolenia w 1945 r. obozu w Dachau przez amerykańskich żołnierzy. Ta niezwykła pamiątka – niczym rodzinna relikwia – została mi przekazana i umacnia mnie w osobistej i żeglarskiej drodze, przypominając, że Chrystus nikogo nie opuszcza, kto Mu wierzy. Babcia Regina wychowywała mnie na pracowitego i życzliwego człowieka, aktywnego katolika oraz niezależnego od rozmaitych opcji politycznych patriotę.

***


Kpt. Grzegorz Węgrzyn obdarza swoich rozmówców ujmującą dobrocią, skromnością i głębokim zaufaniem Chrystusowi, mimo że życie nie szczędziło mu rozmaitych cierpień. Przekonuje wszystkich swoim subtelnym i starannie dobranym słownictwem, że warto iść za swoim wewnętrznym głosem, bo jest to wola samego Boga, której nie wolno lekceważyć.
Ściskam kapitańską rękę w podgryfińskim Szczawnie, wyrażając wdzięczność za dar twórczego żeglowania, bo przecież sam Chrystus rzekł do wszystkich stojących nad wodą: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!” (Mt14, 27). Nie lękajmy się, skoro żeglujemy po swoich życiowych akwenach pod opieką samego Syna Bożego.

Tagi:
żeglarz

W obliczu zagrożeń człowiek nawraca się

2018-02-14 11:10

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 7/2018, str. V

Archiwum dr. Mirosława Lewińskiego
Tym jachtem szczeciński lekarz opłynął świat

Płynąc samotnie swoim jachtem „Ulysses” przez niebezpieczny szlak Pacyfiku, stałem się nagle katolikiem bardzo wierzącym, zdanym całkowicie na Bożą Opatrzność – wspomina kapitan jachtowy, lekarz medycyny Mirosław Lewiński, gdy go odwiedzam w czasie dyżuru w Izbie Przyjęć. – Podobnego nawrócenia doznają pacjenci, przed którymi lekarze nie ukrywają zbliżającej się śmierci. Wówczas chorzy powierzają swój los ufnie w ręce Boga, który może wszystko. Przecież człowiek w ziemskiej wędrówce ma ograniczone możliwości w urzeczywistnianiu swoich nawet najpiękniejszych planów. Na bezkresnym oceanie, na którym czyha tyle rozmaitych niebezpieczeństw w czasie żaglowania, oddałem się w opiekę Stwórcy, mając świadomość, że On chce zawsze mojego dobra i o mnie się troszczy.

Doktor Lewiński urodził się w 1958 r. w Lesznie. Tam już w okresie szkolnym zachwycał się treścią książek żeglarskich, a szczególnie postacią Bernarda Moitessiera, nazywając go „wielkim romantykiem morza”. Chciał ukończyć szkołę morską, ale przeszkodą okazała się wada wzroku, zmuszająca go do stałego noszenia okularów od 15. roku życia. Nie mógł zatem poświęcić się marynarce handlowej. Miłość do pływania najpierw realizował po pobliskim jeziorze, a potem na żeglarskich obozach nadmorskich organizowanych dla młodzieży. Po maturze stanął przed dylematem, w jakim kierunku kreować swoją przyszłość. Uznał, iż będzie najbliżej żeglowania, gdy ukończy studia medyczne, bowiem już wtedy wielu lekarzy pływało różnymi szlakami wodnymi.

Lewiński ukończył studia na poznańskiej Akademii Medycznej w 1983 r. Jako lekarz został zatrudniony na tej samej uczelni na etacie asystenta Kliniki Chorób Pasożytniczych i Tropikalnych, gdzie również uzyskał specjalizację w zakresie chorób wewnętrznych. Wolny czas młody internista najchętniej spędzał, żeglując nie tylko po jeziorach wielkopolskich, ale również na morzu. Zdobywał też kolejne stopnie żeglarskie aż do uzyskania w 1998 r. stopnia kapitana jachtowego, który jest konieczny do samodzielnego prowadzenia jachtu oceanicznego.

Skorzystał z propozycji armatora dużego szkoleniowego żaglowca „Pogoria”, na którym w 1990 r. pełnił funkcję III oficera oraz lekarza w czasie półrocznego rejsu z Karaibów przez Atlantyk do Polski. To było jego kolejne doświadczenie „morskiego wilka” do przyszłej kilkuletniej jachtowej podróży pod swoim dowództwem.

Doktor Lewiński marzył o jachtowej wyprawie okołoziemskiej już w okresie licealnym. Chciał w ten sposób uczcić żeglarski wyczyn międzywojenny Władysława Wagnera, który jako pierwszy Polak opłynął świat w latach 1932-39. Przy pomocy swego pracowitego ojca Władysława (będącego współtwórcą dwóch kosztownych jachtów Lewińskiego) i przyjaciół zbudował w Lesznie i w Szczecinie w ciągu trzech lat 13-metrowy jacht „Stary”, którym opłynął w 2003 r. przylądek Horn w Chile, a w 2006 r. – dopłynął do Przejścia Północno-Zachodniego z Europy do Azji Wschodniej. – Jacht został sprzedany szczecińskiemu Jacht Klubowi AZS, dobrze służąc studenckim pasjonatom żeglowania do dnia dzisiejszego – dopowiada kapitan lekarz. – Warto podkreślić, iż „Stary” jest pierwszym polskim jachtem z najmłodszą załogą, który okrążył Amerykę Północną.

Pan Mirosław w 2007 r. podjął się budowy jeszcze nowocześniejszego i mocniejszego jachtu „Ulysses” przystosowanego do dalekich rejsów oceanicznych. Budowa żaglowca została rozpoczęta w Odessie (Ukraina), a w 2007 r. zakończona w Szczecinie.

Nazwa jachtu zachęca Lewińskiego do żeglowania po nieznanym świecie wczytującego się w słowa poematu Alfreda Tennysona z 1842 r. – „Ulysses”: „Nie jest za późno, moi przyjaciele,/ By świata jeszcze innego poszukać./ Odwiążcie cumy, chwyćcie wiosła w ręce,/ W rozkołysane bruzdy bijcie nimi,/ Bo jest mą wolą aż na skraj Zachodu,/ Aż tam, gdzie gwiazdy się kąpią, żeglować,/ Póki nie umrę”.

W precyzyjnie przygotowany szlak Rejsu Wagnera wyruszył 52-letni lekarz 29 maja 2010 r. w towarzystwie swego syna Piotra (towarzyszył mu tylko na odcinku europejskim) i przyjaciela. Ten oceaniczny żaglowiec, posiadający siedem koi, w czasie swej ponad 4-letniej podróży okołoziemskiej zabrał na krócej lub dłużej 150 sympatyków wodnych rejsów dziesięciu narodowości. Przepłynął „Ulyssesem” ponad 44 tysięcy mil, w tym prawie 10 tysięcy mil morskich – samotnie. Dzięki ich finansowemu współudziałowi w kosztach żeglowania „Ulissesa” to marzenie o wielkiej przygodzie światowej mogło się spełnić.

– Decyzja o tak długiej podróży nie była łatwa – wyjaśnia – zwłaszcza gdy się ma żonę i dwoje dzieci. A ponadto pacjentów. Jest zawsze lęk, czy będzie do kogo wracać. Wprawdzie kilka razy przylatywałem do rodziny w czasie tej życiowej podróży dookoła świata, ale te niedługie wizyty przerywające rejs nie są w stanie zastąpić stałej obecności w lądowym życiu. Moja mama nawet uznała, że zrobiłem sobie prawie pięcioletni urlop od egzystencji na polskiej ziemi. Inni z rodziny nawet stwierdzili językiem żołnierskim, iż uciekłem z pola codziennej bitwy, czyli z życia.

W niezwykle aktywnej osobowości Mirka tkwią dwie wielkie pasje górujące nad wszystkim: żeglarska i lekarska.

Profesja lekarska przydała się nie tylko samemu kapitanowi jachtu, który dzięki takiej świadomości, że jest internistą czuł się odważniejszym i mocniejszym w żeglowaniu. Poprzez darowizny zaprzyjaźnionych firm farmaceutycznych miał dobrze zaopatrzoną aptekę jachtową służącą uczestnikom tej wyprawy, a także tubylcom odwiedzanych wysp, chętnie korzystających z lekarskich porad Polaka. Doktor Lewiński mógł nawet na sobie dokonywać stosowne zabiegi pielęgniarskie, a nawet chirurgiczne, gdy doznał niespodziewanie zranienia stopy.

Wysoko ceni sobie praktyczny ekumenizm na Pacyfiku, którego brakuje w Polsce, opowiadając: – Będąc na wyspie Panasia wchodzącej w skład Luizjadów na Oceanie Spokojnym, zaprzyjaźniłem się z szefem wioski Judą. Jej mieszkańcy są chrześcijanami różnych odłamów. Na Samoa Zachodnim zamieszkałym przez 140 tys. osób jest ponad dwadzieścia wyznań, które bezkonfliktowo prowadzą swój żywot. W niedzielę wszyscy ubrani na biało idą z Biblią w ręku do kościoła. W rodzinach często zdarza się, że każdy jej członek należy do innego wyznania; wcale ich to nie skłóca. Brałem udział w nabożeństwie metodystów, na które zaprowadził mnie miejscowy przyjaciel. Ich świątynię stanowił zadaszony podest z krzyżem, ołtarzem i ławkami. Ubóstwo i prostota nie rozpraszała modlitewnej atmosfery. Ściany są tam niepotrzebne; ma być przewiewnie. Czuło się radosną atmosferę wiernych. Jako jedyny gość zostałem przedstawiony przez pastora i pierwszy raz miałem okazję stanąć na ambonie, by metodystów pozdrowić z dalekiej Polski, znanej im być może z pontyfikatu św. Jana Pawła II.

Wydaje mi się, że dla kochających żeglowanie nie ma znaczenia wiek ani trudności, jakich dostarcza żywioł wodny. Za sterami jachtów można spotkać nawet prawie 90-letnich szczecińskich marynarzy, których było mi dane odwiedzić.

Dlatego kapitan Mirosław Lewiński przygotowuje się do kolejnej podróży, która będzie wiodła ze Szczecina do niespokojnego kontynentu południowo-amerykańskiego.

Czeka też na wszystkich, którzy w ten sposób chcą poznać oblicze Ziemi, stworzonej przez Niepojętą Dobroć Bożą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Kościół katolicki w Niemczech: więcej wystąpień, ale też więcej nowych członków

2018-07-21 15:55

ts (KAI) / Bonn

Po raz pierwszy od 2014 roku liczba wystąpień z Kościoła katolickiego w Niemczech znowu nieco się zwiększyła. W 2017 wystąpiło z niego 167.504 katolików, o 5 411 więcej niż w 2016, poinformowała 20 lipca w Bonn Konferencja Biskupów Niemieckich. Według episkopatu, choć liczba wystąpień nadal utrzymuje się na wysokim poziomie, to jednak jest znacznie niższa od dotychczasowego „negatywnego rekordu” z 2014, kiedy to z Kościoła wystąpiło 217 716 katolików. Należy zaznaczyć, że w Niemczech odejście z Kościoła nie jest równoznaczne z apostazją, czyli „wyrzeczeniem się wiary”, lecz oznacza zaniechanie płacenia obowiązkowego podatku kościelnego.

vege/pl.fotolia.com

W 2017 Kościół katolicki w Niemczech liczył ok. 23,3 mln. członków, co stanowi 28,2 proc. ludności kraju. Rok wcześniej było ich jeszcze 28,5 proc.

Bardzo stabilne pozostaje przyjmowanie sakramentów: liczba chrztów w 2017 wyniosła 169.751 (2016: 171.531), lekko wzrosła liczba osób przystępujących do pierwszej Komunii św.: w 2017 r. nieco ponad 178 tysięcy, w 2016 – ok. 176 tys.

Zmniejsza się natomiast systematycznie liczba osób uczęszczających do kościoła – z 10,2 proc. w 2016 do 9,8 proc. w 2017 roku, z czego wynika, że w 2017 na niedzielną liturgię uczęszczało 2,3 mln katolików. Mniejsza jest też liczba duszpasterzy: statystyka za 2017 wykazała 13 560 księży, w 2016 było ich 13 856. Jednocześnie wzrosła liczba diakonów oraz referentów duszpasterskich i parafialnych.

“Ogólnie liczby te wskazują, że żyjemy w świecie przełomu i musimy szukać nowych dróg dotarcia do ludzi tak, abyśmy mogli im towarzyszyć i być blisko nich”, skomentował najnowsze statystyki sekretarz generalny Konferencji Biskupów Niemieckich, ks. Hans Langendörfer SI.

Niemiecki jezuita przyznał, że liczba wystąpień z Kościoła jest bolesna. Mimo to nadal czuje się „wielki potencjał wspólnoty”. Dał temu dowód chociażby zorganizowany w maju br. Katholikentag – zjazd katolików niemieckich. Organizator 101. Katholikentagu w westfalskim Münster - Centralny Komitet Katolików Niemieckich (Zdk) poinformował, że w debatach, warsztatach, koncertach i nabożeństwach wzięło udział ponad 50 tys. stałych uczestników i 20 tys. odwiedzających. Był to największy zjazd niemieckich katolików w jego historii.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W Afryce jedność wydaje się niemożliwa

2018-07-21 16:53

vaticannews / Addis Abeba (KAI)

W Etiopii obradują biskupi wschodniej Afryki. Jednym z kluczowym problemów tego kontynentu jest budowanie harmonijnego współistnienia pomimo wielkich różnic kulturowych i etnicznych.

ArTo/pl.fotolia.com

Afryka jest kontynentem tak bardzo zróżnicowanym, że harmonijne współżycie wydaje się tam niemal niemożliwe. Tym ważniejsze jest w takich okolicznościach świadectwo Kościoła, który pokazuje, że można się wznieść ponad różnice etniczne i kulturowe – uważa bp Bernardin Mfumbusa z Tanzanii. Uczestniczy on w spotkaniu Stowarzyszenia Członków Konferencji Biskupów Wschodniej Afryki (AMECEA), które trwa w stolicy Etiopii.

W obradach bierze udział 200 biskupów z 11 krajów. Zakres poruszanych tematów jest bardzo szeroki. Wielu hierarchów zwraca uwagę na problem uchodźców. Wiąże się on przede wszystkim z trwającą od 5 lat wojną domową w Sudanie Południowym.

Głównym tematem obrad jest poszukiwanie zgody i jedności tego kontynentu pomimo obecnych tam wielkich różnic. Jak zauważa bp Mfumbusa, budowanie jedności jest tym trudniejsze, że wszyscy, którym zależy na wyzysku Czarnego Lądu odwołują się do tego, co dzieli Afrykańczyków. Jego zdaniem szczególne znaczenie tego zgromadzenia plenarnego polega właśnie na tym, że podjęło się ono tematu jedności i różnorodności. "Dziś mamy na naszym kontynencie wiele problemów z różnorodnością. Trwają konflikty, które odwołują się do różnic etnicznych. Na tej konferencji szukamy tego, co nas łączy, choć pochodzimy z dziewięciu różnych krajów, w których żyje ponad 200 grup etnicznych. Największym problemem są chyba różnice języków i kultur. Widzimy to na przykład tutaj w Etiopii, której język i kultura tak bardzo różni się od innych krajów. Musimy uznać, że te różnice istnieją i sprawiają, że harmonijna jedność jest po prostu niemożliwa. Jednakże spotkania takie jak nasze to próba zmierzenia się z tym problemem. Pamiętajmy, że polityków interesuje niestety przede wszystkim władza i pieniądze. I w tym celu dzielą ludzi. My natomiast poprzez nasze obrady wysyłamy inne przesłanie, pokazujemy, że jedność jest możliwa. Trzeba tylko chcieć. Dlatego ważne jest, by takich inicjatyw było więcej, byśmy pokazywali, że potrafią ze sobą współpracować katolicy, ale nie tylko, również chrześcijanie różnych wyznań, a także chrześcijanie i muzułmanie. A wtedy dotrze to również do naszych polityków" - powiedział Radiu Watykańskiemu bp Mfumbusa.

Podczas obrad przedstawicieli afrykańskich Kościołów bp Mfumbusa prowadził dyskusję panelową na temat nowych mediów. Zwrócił w niej uwagę na to, że ludzie nie dojrzeli do korzystania z nowych technologii. Wypowiadają się na Facebooku czy Twitterze zanim się zastanowią nad konsekwencjami, tego co piszą. W ten sposób bardzo łatwo wznieca się konflikty i powoduje dodatkowe podziały – przyznał tanzański biskup.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem