Reklama

Cenzura, czyli zbrodnia na słowie, obrazie, dźwięku

2018-01-31 10:17

Błażej Torański
Niedziela Ogólnopolska 5/2018, str. 26-27

Komuniści wierzyli, że słowo obala trony. Panicznie bali się słowa drukowanego wypuszczonego spod kontroli. Lenin uważał, że cenzura jest konieczna, dlatego instytucja cenzury w Związku Sowieckim została powołana zaraz po rewolucji październikowej. Tak samo stało się w Polsce w 1944 r., po powstaniu satelickiego, moskiewskiego rządu PKWN

Za pierwszego cenzora w PRL-u uważa się Jerzego Borejszę (prywatnie brata płk. Józefa Różańskiego), szczerze oddanego ideologii komunistycznej, ale nie stalinowca, który przekonywał, jednakże nie zmuszał Polaków do socjalizmu.

Cenzura w PRL-u w latach 40. i 50.

Borejsza w przeciwieństwie do swego brata nie miał krwi na dłoniach. Był redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej” i twórcą spółdzielni „Czytelnik”, wydającej gazety i książki, zarządzającej kolportażem, z siecią kiosków, księgarń, bibliotek i drukarni. Próbował stworzyć pierwsze w nowej rzeczywistości regulacje prawne urzędu cenzury. W praktyce wyznaczał dosyć duże, jak na wojenny jeszcze czas, granice wolności słowa. Kiedy wydawcy i redaktorzy konsultowali z nim, co można drukować, pytał tylko, czy w tekstach tych nie ma nic przeciwko Związkowi Radzieckiemu i „czy nie ma krytyki obywatela Bieruta”. Jeśli nie, to drukujcie! – mawiał. Wydaje się, że był niepoprawnym idealistą.

Jak zauważa dr hab. Zbigniew Romek, profesor Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, wybitny znawca cenzury, Jerzy Borejsza ściągał do kraju inteligencję z emigracji, np. Juliana Tuwima. – Mamił ich, że ideologia nie odgrywa roli, że musimy tylko dobrze ułożyć stosunki ze Związkiem Radzieckim, bo taki jest układ, to jest nasz sojusznik, trzeba zmienić nastroje antyradzieckie. A najlepiej w publikacjach unikać tej tematyki. Budujmy Polskę i wolność słowa. Szybko mu to jednak przeszło. Wycofał się ze swego projektu liberalnej cenzury.

Reklama

Jego miejsce zajęli pracownicy sowieckiej cenzury (Gławlitu) – Piotr Gładin i Kazimierz Jarmuż. Ściągnął ich z Moskwy Jakub Berman, zaufany Bolesława Bieruta, zwolennik wprowadzenia w Polsce radzieckich metod rządzenia. To oni, na modłę sowiecką, zgodnie z dyrektywami radzieckimi, założyli w styczniu 1945 r. pierwszy urząd cenzury w PRL-u – Centralne Biuro Kontroli Prasy. Ale Sowieci nie narzucili Polakom, jak w praktyce należy cenzurować. Większość Polaków była przecież nastawiona antyradziecko. Nie ma też dowodów na bieżącą współpracę Gławlitu z polskim urzędem cenzury.

Praktykę tworzyli cenzorzy, a w latach 40. i 50. ubiegłego wieku do pracy w tym urzędzie trafiali przeważnie ludzie słabo wykształceni, pozbawieni kwalifikacji intelektualnych, robotnicy wierzący w nowy ustrój „sprawiedliwości społecznej”, w marksizm i leninizm, z wyrobioną świadomością klasową. Lojalni wobec komunistycznej partii. Zdarzało się, że przyjeżdżali niemal prosto z placu budowy. To trochę tak, jakby Mateusza Birkuta, bohatera słynnego filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”, posadzić za biurkiem i nakazać mu, aby cenzurował. Nawet ich szefowie zdawali sobie sprawę z tego, że tacy urzędnicy nie są w stanie udźwignąć finezyjnych zadań propagandowych, które władza przed nimi postawiła. Kierownik Głównego Urzędu Kontroli Prasy z Katowic żalił się w 1949 r.: „Aparat nasz jest słaby”. „Cenzor musi doskonale orientować się w sytuacji politycznej kraju, jak i międzynarodowej (...). A tymczasem kogo my mamy? Tych, którzy łaskawie chcą do nas przyjść, a przychodzą głupi”.

Nie dziwi, że ówczesnym cenzorom zdarzały się kompromitujące wpadki. Jeden z nich nie wydał zgody na druk napisanego językiem staropolskim wiersza Mikołaja Reja. Uzasadnił to „złym językiem polskim”. Inny zakwestionował publikację tekstu św. Tomasza z Akwinu, poprosił o sprawdzenie, czy wydawca z Częstochowy jest w posiadaniu praw autorskich. Honorowy redaktor naczelny „Niedzieli” ks. Ireneusz Skubiś opowiadał mi, jak jeden z katowickich cenzorów pomylił św. Tytusa z jugosłowiańskim marszałkiem Josipem Broz-Tito: „Częstochowska Kuria wydawała kalendarz liturgiczny, zwany rubrycelą. Wymieniono w nim po łacinie imiona świętych. 6 lutego przypadło wspomnienie o sancti Titi, świętym Tytusie. Cenzor nie chciał tego zdania zwolnić do druku, bo wydawało mu się, że chodzi o marszałka Josipa Broz-Tito”.

Cenzorskie kolektywy

W latach 70. od cenzorów wymagano już wyższego wykształcenia. Zatrudniano ludzi po studiach humanistycznych: polonistów, filozofów, historyków. Czym ich kuszono do podjęcia takiej pracy? Mieszkaniami, talonami na samochody, wysokimi pensjami. Jan Krzysztof Kelus, kawaler Orderu Orła Białego, napisał przed laty piosenkę „Pytania, których nie zadam”. Był w niej taki oto dialog: „Powiedz mi, co robi filozof w cenzurze? Życie jest, bracie, życiem, a tam – czysta nie czysta, zamiast cztery osiemset na rękę osiem czterysta”. Cenzorzy byli kastą wybranych. Legitymacje służbowe wykorzystywali jak immunitety poselskie. Często dzięki nim uciekali przed odpowiedzialnością, nawet karną.

Za Gierka byli lepiej wykształceni, jednak groteskowych wpadek nie unikali, gdyż wszędzie dopatrywali się analogii z rzeczywistością społeczno-polityczną. Pewien cenzor wstrzymał druk książki prof. Stanisława Byliny, byłego dyrektora Instytutu Historii PAN, o ruchach heretyckich w średniowieczu, o paleniu czarownic na stosach – skojarzyły mu się z fabrykowanymi procesami prześladowanych robotników i KOR-em. Antysystemowych aluzji dopatrywano się nawet w książkach o zwyczajach ludów afrykańskich czy o prehistorycznych gadach, jakby to były alegorie systemu totalitarnego na miarę „Folwarku zwierzęcego” Orwella. A nie były. Cenzurowano nawet teksty Marksa i Engelsa, bo ich krytyka ustroju kapitalistycznego i opisy funkcjonowania władzy – w ocenie urzędników – zbyt przystawały do ówczesnych wydarzeń w PRL-u. Były jakby aktualne. Niemile widziany był tekst Karola Marksa o pruskiej cenzurze. Niecenzuralne mogło być wszystko, jeśli zostało przytoczone w nieodpowiednim momencie, kontekście, w nieadekwatnej sytuacji.

– Warto zauważyć, że te głupoty, nieujawniane na zewnątrz, wyłapywali sami cenzorzy w kontroli wtórnej i omawiali je na naradach krajowych – podkreśla dr Romek. – Działał więc system samooczyszczania się urzędu. Ten aparat – szesnaście delegatur terenowych i warszawska centrala – funkcjonował dobrze. Szefowie w delegaturach sprawdzali młodych, uczyli ich, przyglądali się, jak czytają, analizują. Adepci zbierali doświadczenie pod okiem starszych. Rozsyłano biuletyny wewnętrzne o ingerencjach, także tych niepotrzebnych, nietrafionych, zbędnych.

W jednym z protokołów prof. Stanisław Ossowski, socjolog, zapytał cenzorów: „Jak panowie jesteście w stanie cenzurować teksty fachowe, do których nie jesteście przygotowani? Nie macie odpowiedniego wykształcenia”. Odpowiedzieli mu: „Jesteśmy kolektywem. Siadamy i wspólnie obradujemy nad problemami”. Cenzorzy nie działali w pojedynkę. Nie podejmowali decyzji samodzielnie. Kierowali się „Księgą zaleceń i zapisów Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk” – tajnym dokumentem, niejednokrotnie przechowywanym w kasach pancernych urzędów. To były grube, ciężkie księgi w czarnych tekturowych okładkach. Na białych kartach wklejano paski z szyfrogramami zapisów, które przychodziły – za pośrednictwem komend wojewódzkich milicji – z wydziałów propagandy PZPR albo z ministerstw.

„Myszki” z Mysiej

Cenzorzy mieli za zadanie zabieganie o względy autorów, redaktorów czy uczonych, zaprzyjaźnianie się z nimi. – Chcieli ich wychowywać. Przekonać do tego, aby razem budować socjalistyczną ojczyznę i wspierać propagandę – opowiada dr Romek. – Dopuszczali krytykę, ale „konstruktywną”, która pokaże, że zdarzają się nieprawidłowości, ułomności, bo nie ma świętych. Ale sam system polityczny, jego konstrukcja, są poprawne. Zmierzamy w dobrym kierunku i nikt nie może nam tego popsuć. Dlatego nie dopuszczano krytyki niepożądanej, nazywanej „nihilistyczną”, która wskazywała, że to w socjalizmie jest błąd. Że to socjalizm psuje rzeczywistość. Że te idee, kierunki działania są beznadziejne. To było zakazane.

Nie znamy rozmiarów zbrodni, której dokonali PRL-owscy cenzorzy na słowie, obrazie i dźwięku. Nie wiemy, ilu straciliśmy przez to Herbertów, Kisielów czy Kieślowskich. Jedno jest pewne: cenzorzy nie ponieśli za swe zbrodnie żadnej odpowiedzialności. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w zakładaniu twórcom „knebli” odgrywał w pewnym sensie techniczną rolę. Był – jak powiada Tomasz Strzyżewski, który ujawnił tajemnice komunistycznej cenzury – komórką kontroli jakości w medialnej fabryce kłamstwa.

PRL-owska cenzura była Hydrą lernejską, córką Tyfona i Echidny z mitologii greckiej. Gdyby odciąć jej głowę, odrastałaby kolejna, w wersji zmutowanej. Walka toczyła się o to, jakie treści dotrą do opinii publicznej. Cenzura była prawą ręką propagandy. Wdzierała się w najmniejsze szczeliny rzeczywistości. Cenzurowano wszystko. Gazety i książki. Spektakle teatralne, operowe, kabarety. Obrazy filmowe i olejne. Plakaty i zaproszenia. Nawet nekrologi, prywatną korespondencję, instrukcje obsługi maszyn i etykiety na słoikach z dżemem!

Wkrótce – w kwietniu br. – minie 28 lat od likwidacji urzędu cenzury, która miała swą centralę w Warszawie przy ul. Mysiej 3. Od tej ulicy Polacy nazywali cenzorów żartobliwie „myszkami”. Urzędu już nie ma, ale zjawisko pozostało. Jest żywotne i stare jak świat. Od pierwszej znanej w piśmiennictwie wzmianki w „Państwie” Platona. Dzisiaj cenzura jest równie gigantyczna jak w PRL-u, ale zdecydowanie bardziej nieuchwytna. Nazywa się ją najczęściej „poprawnością polityczną”.

Błażej Torański, dziennikarz, publicysta, zajmuje się literaturą faktu. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Tagi:
cenzura

Patryk Jaki przy grobie bł. Popiełuszki

2018-10-19 13:53

Artur Stelmasiak

Artur Stelmasiak/Niedziela

Kandydat Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Warszawy Patryk Jaki złożył wieniec oraz modlił się przy grobie bł. ks. Jerzego Popiełuszki w 34. rocznicę śmierci męczennika z Żoliborza.

Na miejscu nie udzielał wywiadów na temat swojej wizyty w kościele św. Stanisława Kostki. Po krótkiej modlitwie przy grobie bł. Popiełuszki oraz w żoliborskim sanktuarium spotkał się z rodziną kapłana i męczennika, która bardzo ciepło powitała kandydata na urząd prezydenta Warszawy.

Artur Stelmasiak/Niedziela
Spotkanie z rodziną bł. ks. Jerzego Popiełuszki

- Bardzo miło, że pan minister Patryk Jaki pamiętał w tym dniu o moim wujku. Widać, że wartości za które zginął bł. ks. Jerzego Popiełuszki są dla niego ważne - powiedział Marek Popiełuszko, bratanek ks. Jerzego Popiełuszki. - To symboliczne, że akurat w tym miejscu przyjechał modlić się przed wyborami samorządowymi. Jego obecność i zachowanie jest dla mnie bardzo ważnym znakiem, jako katolika - dodał Marek Popiełuszko.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzień modlitw o świętość kapłanów

2018-10-20 13:21

Kamil Krasowski

Modlitwa brewiarzowa, adoracja Najświętszego Sakramentu, konferencja i Msza św. pod przewodnictwem księdza biskupa znalazły się w programie Dnia modlitw o świętość kapłanów, który 20 października odbył się w sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej w Rokitnie.

Karolina Krasowska
Modlitwa w rokitniańskiej bazylice

W spotkaniu uczestniczyli księża naszej diecezji. Dzień modlitw o świętość kapłanów księża rozpoczęli wspólną modlitwą brewiarzową i adoracją Najświętszego Sakramentu. Mieli też okazję do spowiedzi św.

Gościem spotkania był ks. Jan O'Dogherty, dyrektor poznańskiego ośrodka Opus Dei, który wygłosił konferencję "O wspólnocie kapłańskiej".

Zobacz zdjęcia: Dzień modlitw o świętość kapłanów w Rokitnie

W południe w rokitniańskiej bazylice  odbyła się Msza św. pod przewodnictwem bp. Tadeusza Lityńskiego z homilią ks. Jana.

- Cieszę się, że możemy dzisiaj powiedzieć słowo "dziękuję" za to posłanie, wyrażając wdzięczność za to powołanie. Ku temu zmierza nasza modlitwa i refleksja, a także odpowiedzialność za tę misję, za obecność Chrystusa w nas, pośród nas, ale także w tych, do których jesteśmy posłani. Niech ta dzisiejsza modlitwa temu sprzyja - powiedział bp Tadeusz Lityński.

- Duch Święty działa poprzez nas, i to nie tylko wtedy, kiedy są sytuacje ekstremalne, ale też na co dzień. Kapłan jest na co dzień narzędziem Ducha Świętego - mowił ks. Jan O'Dogherty. - Pamiętam jak papież Jan Paweł II w książce "Pamięć i tożsamość" mówił o tym, że jest mu dobrze czuć się narzędziem. On był narzędziem Bożym pierwszej klasy. Dzięki temu narzędziu Pan Bóg działał cuda w Kościele - kontynuował kapłan. - Pan Bóg poprzez nas, kapłanów, też czyni cuda. I to codziennie. Bo przez nasze ręce Pan Bóg przebacza grzechy ludziom. Poprzez nasze ręce naucza ludzi słowa Bożego. Prawdziwe cuda - większe, można powiedzieć, że ważniejsze niż uzdrowienia chorych. Pan daje nam kapłanom, bo jesteśmy drugimi Chrystusami, niesamowitą władzę. Czuć się narzędziem to bardzo dobra rzecz - o tym często mówił św. Josemaria Escriva - dodał ks. Jan.

Spotkanie zakończyło się Aktem zawierzenia kapłanów naszej diecezji Matce Bożej Rokitniańskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem