Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

Zło szaleje, dobro zwycięża

2018-02-07 10:50

Z Beata Kempą rozmawia Wieslawa Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 22-23

Grzegorz Boguszewski
Beata Kempa

O potrzebie i sensie niesienia pomocy syryjskim uchodźcom wojennym z min. Beatą Kempą rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Czy ma Pani dostatecznie grubą skórę, Pani Minister?

BEATA KEMPA: – W polityce trzeba ją mieć, a jeśli polityk jej nie ma, to w ogóle nie powinien zaczynać swojej działalności.

– Niemal na każdym kroku od dawna doświadcza Pani Minister wyjątkowo bolesnych uderzeń wrogów politycznych– niedawno podpalono Pani biuro w Sycowie. To naprawdę nie boli?

– Boli, zwłaszcza gdy przekraczane są – co, niestety, zdarza się coraz częściej – wszelkie możliwe granice cywilizowanej walki politycznej. Ale już do tego przywykłam – podobnie jak moi koledzy z Solidarnej Polski i PiS – bo przecież przez 8 lat rządów koalicji PO-PSL bez przerwy nas atakowano. Krzepiące jest jednak to, że mimo tej nieustannej agresji wygraliśmy wybory. Im głośniej więc teraz krzyczą, tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że trzeba czynić dobro, na przekór zawiści, która nas otacza.

– Urząd, który Pani Minister niedawno objęła w Kancelarii Premiera – departament ds. polskiej pomocy humanitarnej na świecie, z definicji ma służyć dobru, tymczasem już samo jego istnienie, jak zresztą każde z Pani przedsięwzięć, spotyka się z atakiem wściekłej furii opozycyjnej czarnej propagandy...

– Niestety. Gdy obejmowałam ten urząd, jedna z zaprzyjaźnionych sióstr zakonnych ostrzegła mnie: Niech pani pamięta, że pomoc humanitarna to samo dobro, jeśli pani będzie czyniła to dobro, to zły będzie szalał, robił zamieszanie, podnosił krzyk bez przyczyny. I niestety, nie pomyliła się. Ja jednak wiem, że służę dobrej sprawie i pragnę się skupić przede wszystkim na pomocy najbardziej potrzebującym. To jest mój cel.

– Nie obawia się Pani Minister skuteczności złego? W końcu zawsze objawia się po to, by unicestwić dobro.

– Nie, nie obawiam się. Po mojej stronie stanęła spora część tzw. normalnego świata. Właśnie na skutek pełnego oszczerstw ataku w związku z moją wizytą w Jordanii zgłosiło się bardzo wiele osób gotowych do wspierania misji, którą mam do spełnienia. Mogłam się dzięki temu przekonać, że w Polsce jest bardzo wielu ludzi potrafiących czynić dobro bez wielkiego krzyku i szumu w mediach. Mamy w sobie wiele dobroci i trzeba tylko, byśmy się wszyscy spotkali w pół drogi.

– Mamy nadzieję, że tym miejscem będzie właśnie Pani urząd?

– Tak. Wierzę, że w jego ramach uda nam się wypracować właściwą filozofię pomagania, przede wszystkim w kontekście ogólnoeuropejskiego problemu z uchodźcami, do którego podejście jest obecnie tak bardzo zróżnicowane. Chcę tu wyraźnie zaznaczyć, że nikt nie jest w stanie poróżnić mnie w tej sprawie – co próbuje się już także robić – z hierarchami Kościoła. Deklaruję, że moje zaufanie do przedstawicieli Kościoła, szacunek do nich i dobra współpraca z nimi nie zachwieją się, choćby nie wiem, jakie złe moce działały.

– Jaki jest mechanizm i cel działania departamentu ds. pomocy humanitarnej? Czy ma to być przede wszystkim instytucja sprawiedliwie i efektywnie dystrybuująca pomoc humanitarną państwa polskiego?

– Chciałabym, aby nie był to wyłącznie urząd dysponujący większymi lub mniejszymi funduszami na wielkie akcje charytatywne, ale miejsce spotkania ludzi i środowisk dobrej woli, po to, by polska pomoc humanitarna była w świecie bardziej znacząca i coraz lepiej skoordynowana. Z problemami polskich organizacji pomocowych spotykałam się często w ciągu minionych dwóch lat jako szef Kancelarii Premiera; razem szukaliśmy rozwiązań, które mogłyby być choć w części odpowiedzią na kryzys migracyjny, czyli chcieliśmy przede wszystkim ulżyć ofiarom wojny na Bliskim Wschodzie. Teraz moim pierwszym zadaniem jest rozeznanie najpilniejszych kierunków pomocy, zinwentaryzowanie możliwie wszystkich sił organizacyjnych oraz środków, którymi już dziś dysponujemy, a następnie – połączenie wszystkich naszych organizacji pomocowych na jednym forum dyskusyjnym. Chciałabym udowodnić, że państwo będzie je traktować poważnie i w sposób partnerski. Chodzi o to, żeby uwaga państwa nie ograniczała się wyłącznie do prostej dystrybucji skromnych środków, do rozpisywania konkursów.

– Na czym zatem ma polegać to zwiększenie roli państwa polskiego w niesieniu pomocy humanitarnej w świat?

– Przede wszystkim na poszerzeniu bazowej oferty państwa dla sprawnie działających organizacji pozarządowych. Abyśmy jako państwo mogli nieść pomoc, musimy skorzystać z rozeznania i praktyki tychże organizacji. Wiele z nich dotychczas nawet nie zabiegało o wsparcie państwa, a mimo to znakomicie spełniało swą misję w różnych zakątkach świata. Najwyższy już czas, by połączyć wszystkie siły, bo przed nami – przed Europą – stoi dziś naprawdę wielki problem efektywnej pomocy uchodźcom. Państwo polskie deklaruje bardzo konkretną pomoc humanitarną – naszym zdaniem, bardziej efektywną niż przyjmowanie uchodźców w Polsce. To pomoc skierowana wprost do miejsc dotkniętych wojną, do poszkodowanej ludności, która nie zamierza uciekać jak najdalej od swych zniszczonych domów, lecz przeniosła się do sąsiednich krajów. W ostatnim roku z budżetu państwa wydaliśmy 200 mln zł na tego rodzaju pomoc.

– Jedni mówią, że to niewiele, a drudzy, że za dużo, bo przecież u siebie mamy też wielu potrzebujących...

– Jestem przekonana, że Polacy mają wielkie serca i są gotowi do pomagania innym, jednakże zawsze trzeba pokazywać, na co konkretnie przeznaczamy pieniądze, w jaki sposób realizujemy naszą pomoc humanitarną. Jak bardzo ważne jest każde wsparcie, mogłam się przekonać, gdy odwiedzałam obozy syryjskich uchodźców wojennych w Jordanii. Problem jest tam tak głęboki i tak duży, że Jordania sama sobie z nim nie poradzi. Bez pomocy z zewnątrz z tamtejszych terenów będą wypływać fale emigrantów w kierunku Europy. Wszyscy – myślę tu zarówno o Europejczykach, jak i o nas, Polakach – powinniśmy wreszcie zdać sobie z tego sprawę i dołożyć starań, aby ta nasza pomoc mogła zaspokoić najbardziej prozaiczne problemy ludzi skupionych w obozach dla uchodźców. Każde z europejskich państw powinno rozważyć, w jaki sposób – kierując się roztropnością oraz dobrze pojętą troską o własnych obywateli – może skutecznie ulżyć ludziom cierpiącym z powodu wojny, aby nie musieli uciekać jak najdalej od własnych domów. Pomoc można świadczyć na różne sposoby, a jako państwa możemy się tu znakomicie uzupełniać.

– Jednak nie uzupełniamy się...?

– Sądzę, że zaczyna się już jakieś wspólne myślenie na ten temat. Jestem po spotkaniu z węgierskim dyplomatą – powołanym przez Viktora Orbána specjalnym przedstawicielem Węgier ds. pomocy humanitarnej – ambasadorem Péterem Heltai, który podobnie jak ja stara się wizytować obszary wymagające pilnej pomocy humanitarnej. Mam nadzieję, że uda nam się wypracować wspólne projekty.

– Jak może Pani Minister opisać tę dzisiejszą polską pomoc humanitarną? Jaka mogłaby być?

– W najbliższym czasie zamierzam zaproponować Radzie Ministrów konkretne rozwiązania oraz przedstawić wybrane kierunki pomocy. Z pewnością polska pomoc humanitarna będzie się kierowała formułą otwartości, od dawna z powodzeniem stosowaną przez charytatywne organizacje katolickie. Bardzo liczę na ożywioną współpracę kompetentnych w tym zakresie osób oraz organizacji, współpracę, wokół której może się stworzyć naprawdę wartościowa wspólnota Polaków.

– Jest Pani niepoprawną marzycielką, Pani Minister!

– Bynajmniej! W tej akurat sprawie widzę naprawdę realną szansę na narodową zgodę. W naszej Polsce powiatowej rozmawiałam z wieloma osobami, które po obejrzeniu relacji z mojej wizyty w obozach dla uchodźców w Jordanii zarzuciły mnie nie tylko pytaniami o to, jak można pomóc, ale nawet już pewnymi propozycjami organizacyjnymi. Każdą taką inicjatywę zamierzam wspierać.

– Jaki rejestr konkretnych potrzeb przywiozła Pani Minister z Jordanii?

– Ogromny! Tamtejsze dwa obozy dla syryjskich uchodźców to skupisko ludzi najbardziej biednych i najbardziej pokrzywdzonych, jak to tylko można sobie wyobrazić. Moim zdaniem, rozsądnego wsparcia ze strony europejskich krajów potrzebują przede wszystkim sama Jordania oraz inne kraje tego regionu, które goszczą wojennych uchodźców. Jordański rząd robi, co może, by sobie poradzić z kryzysem uchodźczym, jednak tamtejsza gospodarka jest coraz mniej wydolna. Na miejscu rozmawiałam na ten temat z jordańskim ministrem ds. planowania i współpracy międzynarodowej Imadem Fakhourym, a po powrocie do Polski podejmuję wspólne rozmowy i działania z naszymi ministrami odpowiedzialnymi za współpracę w obszarze gospodarczym.

– Jakiego wsparcia udziela świat obecnie tamtejszym uchodźcom z Syrii? Jakie są ich najpilniejsze potrzeby?

– Znaczącą pomoc niesie bardzo wiele międzynarodowych organizacji charytatywnych, wśród których bardzo wysoko cenione są Caritas Polska czy Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Duże wrażenie zrobiły też na mnie działania UNICEF-u, zwłaszcza w zakresie edukacji. Przekonałam się, jak bardzo ważne jest organizowanie szkolnictwa w obozach dla uchodźców, w co jako Polska moglibyśmy się już natychmiast włączyć. W liczącym 80 tys. uchodźców obozie w Zaatari przebywa ok. 45 tys. dzieci w wieku szkolnym, a tygodniowo rodzi się tam ok. 80 dzieci, zaś w obozie Azraq przebywa ok. 34 tys. Syryjczyków, a prawie 20 tys. z nich to dzieci. Już mówi się tam o tzw. straconym pokoleniu, zatrzymanym w rozwoju, pozbawionym możliwości edukacyjnych. Szeroko rozumiana pomoc edukacyjna jest więc pilnie potrzebna. Tak samo jak niezbędna jest pomoc medyczna.

– Jak się domyślam, Pani Minister podjęła już w tej sprawie energiczne działania...

– Jak najbardziej! Na dobry początek w obozie dla syryjskich uchodźców w Zaatari otworzyliśmy polskie centrum szkoleniowe dla kadry medycznej. Obecnie wspólnie rozważamy złożenie wniosku do budżetu państwa o wsparcie syryjskich uchodźców w Jordanii w zakresie organizacji szkolnictwa zawodowego. Tego rodzaju wsparcie byłoby naprawdę znaczące dla powstrzymania migracji młodych ludzi na Zachód. Gdy rozmawiałam z nimi w jordańskich obozach, wielokrotnie słyszałam, że bardzo czekają na koniec wojny i powrót do kraju, żeby odbudowywać swoje domy. Tworzenie szkolnictwa w obozach dla uchodźców nie byłoby dla Polski wielkim wydatkiem, a byłaby to naprawdę ogromna praca u podstaw, fundamentalna pomoc, bez której te społeczności, poszkodowane przez wojnę, mogą się już nigdy nie podnieść. W dodatku poziom frustracji w tego rodzaju zamkniętych obozach jest tak duży, że z łatwością może prowadzić do różnego rodzaju złych zjawisk...

– ...które rykoszetem odbijają się na społeczeństwach sytego i zadowolonego z siebie Zachodu.

– Otóż to! Dlatego moją rolą, rolą mojego urzędu jest jak najbardziej dogłębne rozeznanie kryzysowych sytuacji, nie tylko po to, by szybko i celnie reagować na ludzkie potrzeby, ale także po to, by spokojnie i rzeczowo móc rozmawiać w gronie europejskich państw o tym, co razem możemy zrobić, jak możemy się uzupełniać w niezbędnych działaniach u samych źródeł kryzysu humanitarnego – dla rzeczywistego bezpieczeństwa Europy.

Beata Kempa, prawnik, wiceprezes partii Solidarna Polska, poseł na Sejm V, VI, VII i VIII kadencji, sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości (2006-07), od 2015 r. minister – członek Rady Ministrów w rządach Beaty Szydło oraz Mateusza Morawieckiego, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (2015-17), od grudnia 2017 r. minister – członek Rady Ministrów odpowiedzialny za sprawy pomocy humanitarnej.

Tagi:
rozmowa

Dziecko trzeba przygotować na śmierć

2018-10-24 10:41

Ze Sławomirem Świerzyńskim, liderem zespołu Bayer Full, rozmawia Rafał Węglewski
Niedziela Ogólnopolska 43/2018, str. 46-47

Archiwum zespołu Bayer Full
Sławomir Świerzyński podczas nagrania w studiu w Harbinie, Chiny

Rafał Węglewski: – Czym dla Pana jest wiara, jaką rolę odgrywa Bóg?

Sławomir Świerzyński: – Najpierw wyjaśnijmy – który Bóg? To jest bardzo ważne. Zawsze, gdy się modlę, wymawiam słowa: w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego Boże w Trójcy Przenajświętszej, aby była jasna sytuacja, że chodzi o tego jednego, jedynego prawdziwego Boga. Wierzeń w świecie jest obecnie wiele, tak samo bóstw. Jak jeżdżę po świecie, widzę, że każdy ma swojego boga, mnie też niektórzy starają się wciągnąć w te wierzenia – np. konfucjańskie obrzędy i oddawanie hołdu. Zawsze wtedy chronię się modlitwą, np. „Pod Twoją obronę”. Tak, jestem osobą wierzącą, wierzę w Jezusa Chrystusa, Boga w Trójcy Przenajświętszej.

– Muzycznie również odniósł się Pan do wartości chrześcijańskich.

– Tak, to prawda, ukazała się płyta pod tytułem „Któż jak Bóg”. Zamieściłem tam wiele tekstów religijnych. To mój manifest i przekaz. Płyta doczekała się bardzo mocnej krytyki z ust dziennikarzy, Piotra Najsztuba i Jacka Żakowskiego. Były to prześmiewcze głosy, że jest to „katopolo”. Jak to możliwe, że to ma rację bytu?

– Ale chyba przyzwyczaił się Pan do krytyki tzw. salonu.

– Im chodziło przede wszystkim o moje poglądy nt. aborcji. Odpowiedziałem, że jeśli dziecko nie może być bezpieczne pod sercem matki, to gdzie może być bezpieczne? Od 22 lat na każdym koncercie śpiewamy przynajmniej jedną piosenkę religijną. Ostatnio zaśpiewaliśmy „Wspaniała Matko” w intencji pielgrzymów, którzy szli na Jasną Górę.

– Rodzina jest dla Pana...

– Na pierwszym miejscu jest, oczywiście, Pan Bóg, a zaraz za Nim rodzina. Tu, na ziemi, rodzina jest najważniejsza.

– W Pańskim życiu były również bardzo trudne chwile. Czy były chwile zwątpienia?

– Nie było miejsca na zwątpienie, absolutnie. Był to czas zawierzenia i całkowitego oddania się Panu Bogu. Miałem trudny czas w życiu, byłem osobą grzeszącą i zbuntowaną, nałożyło się na to także porwanie mojego syna. Dało mi to bardzo dużo do myślenia.

– Jak, z perspektywy czasu, porwanie syna wpłynęło na Pańskie życie?

– Nie ma perspektywy czasu, jeśli chodzi o porwanie dziecka – ono jest zawsze, zawsze jest teraz. Ilekroć oglądam wydarzenia związane ze śmiercią obcego dziecka czy porwaniem, zawsze się zastanawiam, czy rodzice zdążyli przygotować to dziecko na śmierć. Każdy mówi: będzie dobrze. Mamo, idę na dyskotekę, będzie fajnie, będzie dobrze. Zawsze zadaję pytanie, czy przygotowałaś to dziecko na śmierć. Ono wychodzi z domu i nie wiadomo, czy wróci! Rodzice nie zdają sobie z tego sprawy, życie dzisiaj jest kruche i niebezpieczne. Mówi się: przygotowałem dziecko do życia – a na śmierć? Dziennikarze mówią: jak Pan tak może? Ja mogę, mogę zadawać takie pytania, ja przez to przeszedłem. Wiem, co myślą rodzice w momencie, kiedy ktoś porywa im dziecko, tego się nie da opisać w żaden sposób.

– Łączy Pan pasję z pracą. Czy nadal muzyka – nagrywanie płyt, koncertowanie przynoszą taką radość jak te dwadzieścia czy trzydzieści lat temu?

– Nawet większą niż kiedyś! W tym momencie, kiedy się spotkaliśmy, pisałem piosenkę. Nie znam jeszcze tytułu. Najwdzięczniejszy temat to relacja między kobietą a mężczyzną. Trzeba w formie, załóżmy, ośmiu wersów zawrzeć takie emocje i puentę w refrenie, by składało się to na całość, i trzeba to zaśpiewać. Pisanie piosenek przynosi mi cały czas wiele radości. Piszę ich bardzo dużo, dla siebie i dla innych. Jeśli to siedzi w człowieku i jest niewymuszone, to piosenki się sypią jak z rękawa.

– W jakich okolicznościach najlepiej się Panu tworzy muzykę?

– Z reguły odbywa się to tak po prostu... jak pstryknięcie palcami. Gdy piszę muzykę, potrzebuję tylko miejsca skupienia, takiego, gdzie nikt mi nie przeszkadza. Jestem w otoczeniu pianina i komputera i wtedy tworzę.

– Wiele eksperymentuje Pan z muzyką...

– Wygląda to tak, że niektóre piosenki muszą się mieścić w kanonach disco polo, czyli muszą być odpowiedni rytm i zagrywka. Okazuje się jednak, że czasami trzeba coś zmienić, dokonać frazowania całej piosenki, choćby była oparta na czterech czy sześciu akordach, by była zupełnie inna, ale nadal ciekawa. Eksperymentowanie z nurtami i stylami muzycznymi daje bardzo ładny efekt. Rozszerzają się horyzonty, wprowadzamy elementy innej muzyki, zmieniamy tempo, stosujemy inne riffy gitarowe, inne zagrywki na pianinie. Słucham bardzo dużo muzyki, przeróżnej. Zawsze jednak staram się wybrać kilka akordów i zagrywek dla siebie. Wystarcza mi to w sensie inspiracji, aby stworzyć coś nowego.

– Czy Sławomir Świerzyński jest ojcem disco polo i biesiady?

– Jeżeli chodzi o biesiadę, zgadzam się w pełni, w stu procentach. Prawda jest taka, że biesiadę wymyśliłem jako słowo, brzmienia, jako formułę i prowadzenie imprez. Pierwszy zrobiłem biesiadę. Jeśli chodzi o biesiadę weselną, to już w ogóle można powiedzieć, że temat mam w małym placu. Natomiast co do disco polo, już nie do końca. Samo słowo wymyślił Witek Waliński. Byłem przy tym, jak to powstawało w małym pokoju w Regułach.

– W początkowej fazie muzyki disco polo nie określano jej tą nazwą...

– Tak, to była piosenka chodnikowa, po prostu. Uważam, że to jest najładniejsza nazwa. Naturalna polska nazwa „chodnikowa” – od tego, że kasety sprzedawano na chodnikach z łóżek polowych. To było wychodzone, te piosenki, przeboje były wychodzone przez publiczność. Nie było Internetu, żadne radio tego nie grało, żadna telewizja tego nie emitowała, a nam, zespołowi Bayer Full, udało się sprzedać 17,6 mln kaset i płyt CD w Polsce.

– Mało który artysta dzisiaj może się pochwalić takim sukcesem tylu sprzedanych albumów.

– Postawmy sprawę jasno. Teraz jest tak, że Internet to zabił. Ktoś ma jedną piosenkę, umówmy się, że artyści wydają jedną piosenkę na rok. Wrzucają ją na YouTube. Każdy może to pobrać, więc po co ma kupować. Kiedyś dziennikarz zadał mi takie pytanie: Po co Pan to robi? Mówię – z przyjemnością to robię, ale tak dokładnie – dla przyjemności. Ale też chcę z tego coś mieć.

– A jak jest z frekwencją na koncertach?

– Ostatnio, gdy graliśmy w Janowie Lubelskim, było około dwudziestu tysięcy ludzi. Piszę piosenki i tworzę, a publiczność wali na nasze koncerty drzwiami i oknami. Prowadzę koncerty w swój wyjątkowy sposób, w zupełnie inny niż inni. Zapowiadam każdą piosenkę jakimś dowcipem. Do każdej mam ułożony tekst, który trzeba powiedzieć.

– Jak rozpoczęła się przygoda z Chinami?

– Napisano do mnie w sprawie spotkania odnośnie do zespołu polsko-chińskiego, śpiewania po chińsku. Nie odpowiedziałem, uznałem to za żart. Po dwóch tygodniach ponownie dostałem maila w tej sprawie. Uznałem, że coś jest na rzeczy. Spotkałem się z przedstawicielami Chińskiego Radia w Polsce. Mieli pomysł, aby przed Expo pojawił się temat polsko-chińskiego zespołu śpiewającego polsko-chińskie piosenki. Nikt tego nie chciał zrobić mimo ogłoszonych konkursów.

– Pan się odważył.

– Stwierdziłem, że pojedziemy po bandzie... (śmiech). Jesteśmy w Chinach od dziesięciu lat, poznaliśmy wszystkich pierwszych sekretarzy, którzy tam urzędują, i wszystkich ambasadorów w Polsce. Przyjaźnimy się z niektórymi Chińczykami. Jesteśmy dla nich bardzo bezpiecznym zespołem, bo nie wchodzimy w politykę.

– A jak się nazywacie po chińsku?

– Nasza nazwa po chińsku – „Baj fu” znaczy: dający sto szczęść. Ludzie w Polsce chcą, żebyśmy śpiewali piosenki w języku chińskim, robimy to jednak jako egzotyczną ciekawostkę. Trzeba było, oczywiście, nauczyć się języka chińskiego, na początku podstaw, należy jednak pamiętać, że śpiewany znacznie się różni od mówionego. Dla nas to niesamowita przygoda.

– W jaką stronę zmierza muzyka disco polo?

– Zmierza najzwyczajniej do kąta! Jeżeli nowi artyści się nie otrząsną i nie zaczną robić czegoś fajnego, w sensie właśnie eksperymentowania z muzyką, i nie zaczną być młodzi i świeży, w sensie muzycznym, to nie przewiduję niczego dobrego. Obecna telewizja zabija całe disco polo. Zespoły nie mają możliwości zaprezentowania się. Jest tak dużo wykonawców, że osoby, które decydują, co ma iść na antenę, robią to według swojego uznania. Im się podoba np. zespół Piękni i Młodzi, który jest grany do bólu, ewentualnie Zenek (Zenon Martyniuk, zespół Akcent – przyp. red.), któremu robią krzywdę, bo go grają non stop. W czasie programu „Disco Relax”, który trwał godzinę, poświęcono po półtorej minuty na artystę. Wtedy wylansowano piosenkę „Jesteś szalona”. Przygotowujemy teraz międzynarodowy Festiwal Piosenki Tanecznej w Kielcach z telewizją publiczną. Robię wszystko, żeby to nie był kolejny festiwal jakichś tam kolejnych przebojów, które zostały wylansowane dwadzieścia lat temu. Artysta zaśpiewa swój przebój, aby widz mógł go utożsamić z utworem, ale ma też zaśpiewać swoją nową piosenkę, do tej pory nielansowaną.

– Czy będzie to discopolowe Opole?

– Myślę, że lepiej jak Opole. Dlatego że w Opolu zabrakło już melodii, zabrakło refrenów. W Opolu jest totalna polityka. Tam się gender spiera z rockiem, rock z hip-hopem. Wszyscy tam myślą, jak daleko jesteśmy od zachodniej Europy, czy my już dotarliśmy z wielkimi opolskimi przebojami do tej Europy, czy jeszcze nie. A my mamy swoje piosenki, śliczne piosenki, śpiewane w języku polskim, które kiedyś były wykonywane również w Opolu.

– Pasjami Sławomira Świerzyńskiego są?

– Moją pasją są konie. Posiadam stadninę. Specjalizuję się w skupowaniu, renowacji, tworzeniu nowych powozów konnych. Dobrze się na tym znam, bo już przez wiele lat się tym zajmuję. Uwielbiam sporty wodne – od kajaków po żagle i jachty motorowe. Jednak moją największą pasją są książki i czytanie.Uwielbiam czytać!

– A ulubiona pozycja?

– Od dwudziestu lat nie rozstaję się z „Poematem Boga-Człowieka” Marii Valtorty. Książka o życiu Pana Jezusa. Czytam ją non stop, codziennie. Choćby mały fragment, nie trzeba nic więcej. Jak to Papież powiedział, kto przeczyta, ten zrozumie.

– A z modlitwą jest Pan za pan brat?

– Przed koncertem zawsze się modlę słowami: „Panie Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Ciebie, kocham Ciebie i ufam Tobie. Wybacz wszystkim tym, którzy w Ciebie nie wierzą, Ciebie nie wielbią i Tobie nie ufają. Amen”. Wychodzę na scenę. Koncert jest zawsze ofiarowany Panu Bogu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Na dyskotekę w Adwencie?


Edycja warszawska 49/2005

Graziako/Niedziela

„Koleżanka zaprosiła mnie na osiemnastkę do modnego klubu. Impreza odbędzie się w Adwencie. Wiem, że będą tańce przy głośnej muzyce. Bardzo chciałabym pójść, ale nie wiem, czy mogę. W końcu Kościół nakazuje w okresach pokuty powstrzymywać się od udziału w zabawach”.
Martyna z Piastowa

Odpowiada o. Tomasz Wytrwał, dominikanin

W dzieciństwie, każdy z nas uczył się na pamięć katechizmu. Między innymi - przykazań kościelnych. I pewnie niewielu z nas uświadamiało sobie wtedy, że Kościół może coś w tej materii zmienić. Jak wielu z nas musiało być zaskoczonych, gdy dowiedziało się, że trzeba na nowo uczyć się przykazań kościelnych, że Katechizm Kościoła Katolickiego wprowadził nowe przykazania kościelne (por. KKK n. 2041-2043).
Dlatego przypomnijmy sobie brzmienie przykazań kościelnych w nowym sformułowaniu:
1. W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy św. i powstrzymać się od prac niekoniecznych.
2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do sakramentu pokuty.
3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię św.
4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty powstrzymywać się od udziału w zabawach.
5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.
Nas szczególnie interesuje czwarte przykazanie kościelne.
Wszyscy wierni są zobowiązani do pokutowania za swoje grzechy. Jest to wyraz naszej pobożności. Dlatego Kościół ustanowił dni i okresy pokuty, aby wierni podejmowali pokutę nie tylko samodzielnie, ale także we wspólnocie.
Czasem pokutnym w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
Czynami pokutnymi są: post, modlitwa i jałmużna. Ponadto uczynki pobożności i miłości, umartwienia, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post. Wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14. rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową oraz jest zalecana, ze względu na polską tradycję, w Wigilię Bożego Narodzenia. Post (jeden posiłek do syta i dwa skromne) obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18. a 60. rokiem życia.
Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu. Oznacza to między innymi, że w piątki całego roku, a więc także w okresie Adwentu, nie można chodzić np. na dyskoteki, urządzać zabaw etc.
Z powyższych zmian powinniśmy zapamiętać, że Adwent nie jest czasem pokutnym, a radosnym oczekiwaniem na spotkanie ze Zbawicielem.

(Oprac. Michał Gawryszewski)

O. Tomasz Wytrwał jest dominikaninem, duszpasterzem rodzin w klasztorze św. Jacka na ul. Freta.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Polska Wschodnia to nie Polska B

2018-12-15 09:07

Premiera wyjątkowego dzieła Adama Bujaka z udziałem m.in. Marszałka Marka Kuchcińskiego.

Kancelaria Sejmu RP/Marta-Marchlewska
Marszałek Marek Kuchciński na promocji albumu

177 miejscowości, krajobrazy, zamki, pałace, kościoły zostały ukazane w albumie "Polska Wschodnia" autorstwa Adama Bujaka, który w środę został zaprezentowany w Zamku Królewskim w Warszawie. „Album wydobywa wielki potencjał, jaki w Polsce Wschodniej tkwi,” mówił marszałek Sejmu Marek Kuchciński.

Marszałek Sejmu, który objął patronatem honorowym wydanie albumu, zwrócił uwagę na "niezwykły charakter" Polski Wschodniej. Dodał, że w albumie szczególnie "uderzyło go znakomite uchwycenie chwili życia, ludzi w różnych chwilach życia".

Ocenił, że album wydobywa wielki potencjał, jaki w Polsce Wschodniej tkwi, "nie tylko w kategoriach pięknych obszarów przyrodniczych czy wartości, walorów ekologicznych, ale także właśnie historycznych i kulturowych. Mam nadzieję, że album przyczyni się do wydobywania potencjału Polski Wschodniej ku pożytkowi mieszkańców naszej części Polski Wschodniej i ku pożytkowi całej Polski," podkreślił Kuchciński.

Autor albumu, Adam Bujak, powiedział, że podczas kilku lat pracy nad albumem przejechał dwadzieścia tysięcy kilometrów, docierał do "najistotniejszych, najpiękniejszych pejzaży i zabytków, którymi możemy pochwalić się w świecie. Możemy śmiało powiedzieć, że Włochy czy Francja mają genialne zabytki, ale Polska Wschodnia jest zupełnie inna i ta właśnie inność może przyciągać wielu turystów oraz wielu fotografików," podkreślił Adam Bujak. „Przepiękny album o Polsce Wschodniej to znakomita lekcja historii polskich ziem przeznaczona także dla pokolenia młodych Polaków, którzy tę część Polski kojarzą głównie z pięknem i nieskażoną naturą. Mój album ‘Polska Wschodnia’ bezsprzecznie udowadnia, że ta część kraju to coś znacznie więcej. Mit, że to ‘Polska B’ dawno powinien odejść do lamusa” – dodał Adam Bujak.

Bp Antoni Dydycz, który napisał esej wprowadzający do albumu, powiedział, że w trakcie pisania kierował się tym, żeby Polskę Wschodnią ukazać od strony ludzkiej, kulturowej i religijnej. Jak mówił, zależało mu na tym, że pokazać, że Polska Wschodnia nie jest ani Polską B ani C.

Album pokazuje Polskę Wschodnią, którą Adam Bujak przemierzył z aparatem fotograficznym. Na 440 kartach ukazanych zostało 177 miejscowości, różnorodne krajobrazy, zjawiska przyrodnicze, zamki, pałace, kościoły, miejsca pamięci narodowej. Nie zabrakło fotografii obyczajów, obrzędów, krajobrazów, pomników męczeństwa.

W albumie zamieszczonych zostało aż 600 zdjęć. Książka jest hołdem autora złożonym w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Istotną jej wartość stanowi ponadto oryginalny tekst napisany przez wieloletniego ordynariusza drohiczyńskiego biskupa Antoniego Dydycza.

W wydarzeniu, oprócz autora albumu Adama Bujaka, wzięli udział m.in. marszałek Sejmu Marek Kuchciński, autor eseju wprowadzającego biskup senior dr Antoni Pacyfik Dydycz, historyk prof. Wojciech Roszkowski, poseł PiS Jan Szewczak, prezes wydawnictwa Biały Kruk Leszek Sosnowski oraz aktorka Halina Łabonarska.

Album ukazał się nakładem wydawnictwa Biały Kruk.

Więcej na https://bialykruk.pl/ksiegarnia/ksiazki/polska-wschodnia

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem