Reklama

Nowy Testament

Siła jest w wartościach

2018-02-07 13:42

Anna Skopińska
Edycja łódzka 6/2018, str. VI

Archiwum
Dorota Puchowicz i jej „walka z wiatrakami” w Domu „Anielisko”

Z Dorotą Puchowicz, prezesem Stowarzyszenia Ewangelizacyjno-Charytatywnego „Mocni w Duchu” prowadzącego Świetlicę i Dom „Anielisko”, rozmawia Anna Skopińska

ANNA SKOPIŃSKA: – Świetlica „Anielisko” i Dom „Anielisko” to 2 niezwykłe miejsca, w których dzieci znajdują swój azyl...

DOROTA PUCHOWICZ: – Świetlica działa od 25 lat. Przychodzą tu dzieci, które w domu mają trudno. Tu znajdują drugi dom, który ratuje je często przed smutnym losem dziecka „placówkowego”. A jaki on jest, wiemy, bo od czterech lat prowadzimy też dom dziecka. I widzimy, jaka jest różnica, gdy dziecko pozbawione jest rodziny. I chociaż ma zaspokojone materialne potrzeby i byt, to nie ma tego najważniejszego – rodziny, ludzi, którzy kochają je bezwarunkowo. Dlatego trzeba robić, co tylko można, by dzieci nie trafiały do domów dziecka.

– Takich dzieci zagrożonych odrzuceniem jest dużo?

– Dużo – i moim zdaniem – jest coraz więcej. Przynajmniej do Świetlicy „Anielisko” przychodzi ich więcej. W tej chwili mamy ok. 50 dzieci, a zazwyczaj było ok. 40. I tak naprawdę ruch jest tu ciągły.

– To znaczy, że rodziny stają się bardziej dysfunkcyjne? Nie ratuje ich 500+?

– To jest już drugie pokolenie, które jest niewydolne i te dysfunkcje się pogłębiają. A ciężko jest w obecnej sytuacji społecznej wyjść z tego dna. Owszem, jeżeli mówimy o 500+, to w wielu rodzinach się poprawiło. Poprawiło się na tyle, że nie przychodzą pożyczać na leki czy na żywność. Ale nadal ludzi nie stać na godne życie, nie stać ich na zajęcia pozalekcyjne dla dzieci, nie stać na wakacje dla dzieci.
Mamy w świetlicy chłopca, który przyszedł tu jako ośmiolatek, bardzo dobrze się rozwija, mama wychowuje go sama i naprawdę jest to porządna rodzina, tylko z racji dysfunkcji samotnego rodzicielstwa – uboga. Chłopak chce rozwijać swoje pasje, trenuje piłkę nożną i pojawiła się kwestia wyjazdu na ferie. Udało się temu zaradzić, bo daliśmy chłopcu stypendium i razem z mamą opłaciliśmy wyjazd. Ale na tym przykładzie widać dużą przepaść materialną między rodzinami. 500+ wyciągnęło ludzi ze skraju nędzy, ale te rodziny nie mają możliwości, by dzieci rozwijały się normalnie i nadal potrzebują wsparcia. Dlatego jest sens takiej placówki. I jest ich moim zdaniem w Łodzi zbyt mało.

– Mówi Pani o świetlicy. A dom? Tu mieszkają dzieci, które mają swoją historię... Trudną....

– Za każdym z nich ciągnie się historia, jakiej nikt z nas dorosłych, żyjących normalnie, nie przeżył – nawet połowy tego, co każde z tych dzieci w takim krótkim życiu, to mogę gwarantować. W świetlicy też mamy dzieci, których historie i domy są trudne. Ale one jednak są w domach. I to nie jest sytuacja dziecka, które jest tego domu pozbawione. W Domu „Anielisko”, ale też w każdym domu dziecka, są dzieciaki, które mają problemy z nawiązywaniem relacji, bo nigdy tych relacji się nie nauczyły. Od początku ich relacja z matką, z ojcem była przynajmniej dysfunkcyjna, o ile w ogóle była...

– Uczycie ich nawiązywania relacji, czy to jest już nie do odrobienia?

– Dzieci wspólnie razem funkcjonują i czynią olbrzymie postępy. Można powiedzieć, że zmieniają się niesamowicie. Pewnie, że z dnia na dzień tego nie widać, ale z roku na rok już tak. Po prostu ten dom stanowi próbę łatania ogromnej dziury, którą gdzieś tam w życiu mają. Staramy się, by jakoś ten dół zasypać i by mogły coś w przyszłości budować. Każde z nich ma problemy, by „zafunkcjonować” w szkole.
W normalnej rodzinie, gdy rodzi się dziecko, np. niepełnosprawne, to człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że trzeba się za nim będzie nachodzić – choćby po lekarzach, po specjalistach. Za tymi dziećmi nie miał kto chodzić. Gdy znajdują się w placówce, to też jest chodzenie, cały czas. I jak za swoim. Są takie decyzje, które człowiek musi podjąć. Wie, że żaden urząd czy żadna dotacja tego nie pokryje, ale trzeba się zdecydować na terapię czy na prywatną wizytę u lekarza. Smutne jest tylko to, że za tymi dziećmi nie chodzi nikt. Do tego dochodzi też ogromna bezwładność urzędów, której bynajmniej nie próbuje się zmniejszać. Dlaczego? A kto się upomni za takim dzieckiem?

– Na czym polega ta bezwładność?

– Wszystko trwa. Aktualnie jest np. problem z finansowaniem. Miasto do tej pory złotówki nie przekazało na finansowanie żadnej z tych placówek. Nikt się nie zainteresował czy dzieci mają co jeść, czy w ogóle coś jadły. To wszystko trwa. Podpisywanie umowy – półtora miesiąca do finansowania. Gdyby nie darowizny i ludzie dobrej woli...

– Brak serca?

– Ale kto ma mieć to serce? To jest system. To przekładanie papierów z kąta w kąt. Rok w rok na początku roku jest jakiś problem. I to nie tylko finanse. To też sprawy dzieci. Po interwencji dziecko jest zabierane i umieszczane w pogotowiu opiekuńczym. Zanim rozpocznie się rozprawa i postanowią, czy wraca do domu czy zostaje w placówce – i w jakiej – to są dni, tygodnie. I to dziecko jest w zawieszeniu.

– Ale to dziecko ma też uczucia...

– O tym się w ogóle nie myśli. Tak naprawdę zadaniem świetlicy jest zapobieganie temu, by dzieci trafiały do jakiś placówek. Ale w momencie gdy takie nieszczęście się zdarzy, staramy się być i towarzyszyć. I też nie jest to proste. Bo robimy za oszołomów, którzy się upominają.

– Zapobieganie to też praca i zajęcia z rodzicami?

– Ludzie nabierają zaufania, jeżeli przyprowadzają tu swoje dzieci i dzieciom nie dzieje się krzywda. Nie jesteśmy też tacy, by im się za bardzo w życie wtrącać. Owszem, jest pracownik socjalny, który zagląda do domu, sprawdza, jakie są warunki, ale on się umawia. Dlatego ludzie się ośmielają, przychodzą, mówią o swoich problemach. Oni nie pójdą do żadnych instytucji dalej, bo tam po prostu zwyczajnie wstyd jest o tym wszystkim powiedzieć.
W tej chwili mamy warsztaty dla mam i będą też takie, które pomogą rodzicom odrabiać z dziećmi lekcje, uczymy ich jak spędzać wolny czas, na weekendy pożyczamy gry planszowe. Oni muszą i starają się pewnych rzeczy nauczyć.

– Czego brakuje tym dzieciom?

– Choć dużo mają, to na pewno brakuje im stabilnej rodziny. I to wszystko. Jednym brakuje bardziej, innym mniej. To jest problem społeczny – za mało inwestuje się w rodziny, mało o nie dba. A jak nie ma normalnych rodzin, to pojawiają się rodziny dysfunkcyjne.

– Jak patrzy Pani na rodziny świetlicowe, na dzieciaki, łatwo stać się taką rodziną?

– Wystarczą przypadkowe związki. Kilkoro dzieci i każde ma innego ojca. Potem kobieta zostaje sama, wielokrotnie poraniona. A zaczynało się niewinnie. A tendencja do tego, że nie założę rodziny i będę żyć bez ślubu – jest. Nasi wychowankowie to kontynuują. Oni nie rozumieją – co to jest rodzina. Pamiętam naszego wychowanka, który jako 10-latek nie mógł zrozumieć, dlaczego ja i mój brat mamy to same nazwisko...

– Poświęciła Pani kawał swojego życia temu miejscu. Co daje Pani ta praca?

– Chyba wszystko. Na pewno taki pokój wewnętrzny. Bo choć jest dużo nerwów, szarpania się, to jest we mnie spokój i zadowolenie. Owszem, człowiek się naszarpie, ale jak czasem wejdzie i zobaczy te dzieciaki, to jak one się zmieniają... Tego nie da się ani przeliczyć, ani opowiedzieć. To jest po prostu poczucie, że widać, że dzieje się coś dobrego. I niby mam z tym wiele wspólnego, ale też wiem, że ode mnie niewiele zależy. Człowiek jakoś tam przykłada rękę do tego trybika, ale to jest sterowane wyżej i dużo lepiej, niżbym sobie nawet wymarzyła. I zdarzają się sytuacje, i pisane są scenariusze, które rozgrywane są gdzieś poza nami.

– A co jest fenomenem tego miejsca?

– Dzieciaki tu nie bluźnią, choć nie zagwarantuję, że na ulicy nie będą. W szkołach mają różnie, często doświadczają braku akceptacji, ale tu akceptuje się każdego. Uczą się szacunku do siebie nawzajem i przyjęcia takim, jakim się jest. Ale niewątpliwie siła tego miejsca tkwi wyłącznie w wartościach. Bo na to, co te dzieciaki w życiu wybiorą, nie mamy wpływu, ale to, co w nich zaszczepimy, zostanie. My im nic nie możemy dać. To, że dostaną jeść, pojadą na kolonie, dostaną fajne paczki na święta, to są wszystko przemijające drobiazgi.

– Oprócz 1 proc., co wam jeszcze potrzeba?

– Potrzebne jest pamiętanie o nas. Także – a może przede wszystkim – w modlitwie. Bo te piękne scenariusze, które pisze życie w świetlicy i w domu, to jest to, że ktoś się za nas modli, że komuś zadrga serce czy o nas usłyszy.

Tagi:
wywiad stowarzyszenie stowarzyszenie

Stowarzyszenie Kapłanów Diecezji Toruńskiej

2018-04-18 12:13

Dk. Waldemar Rozynkowski
Edycja toruńska 16/2018, str. VI-VII

Archiwum Toruńskiego Wydawnictwa Diecezjalnego
Portret beatyfikacyjny ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego

W ubiegłym roku obchodziliśmy jubileusz 25. rocznicy istnienia diecezji toruńskiej. Jednym z owoców tamtego czasu było pojawienie się pomysłu powołania do życia Stowarzyszenia Kapłanów Diecezji Toruńskiej. Na patrona stowarzyszenia został wybrany bł. ks. Stefan Wincenty Frelichowski. Nie mamy wątpliwości, że błogosławiony męczennik nie tylko może, ale wręcz powinien być przywoływany jako patron kapłanów naszej diecezji.

Cel i duchowość wspólnoty

Stowarzyszenie Kapłanów Diecezji Toruńskiej jest wspólnotą kapłanów diecezjalnych, powołanych darem Ducha Świętego do szukania i pogłębiania własnej duchowości w życiu i posłudze. Wspólnota zamierza formować swoich członków na gorliwych duszpasterzy, wiernych duchowości prezbiterium diecezjalnego.

Głównym patronem wspólnoty jest bł. ks. Stefan Wincenty Frelichowski. Kapłani w stowarzyszeniu szczególną czcią otaczają Matkę Bożą Nieustającej Pomocy, Patronkę diecezji toruńskiej, a także św. Józefa, opiekuna Kościoła.

Cel istnienia stowarzyszenia

Głównym celem stowarzyszenia jest pomoc kapłanom w osobistej drodze do świętości. Poza tym członkowie wspólnoty za cel stawiają sobie szerzenie czci i kultu bł. ks. Stefana Frelichowskiego, zwłaszcza wśród kapłanów oraz osób i grup, które obrały błogosławionego za swojego patrona, np. harcerzy, osób posługujących pośród chorych, jak i samych chorych. Kapłani członkowie stowarzyszenia, odpowiadając na wezwanie pogłębienia swojego kapłańskiego powołania we wspólnocie, decydują się odpowiedzieć stałą gotowością do ofiarnego życia dla wszystkich sióstr i braci, poświęcając jako słudzy nieużyteczni (Łk 17, 10) całe swoje życie przybliżaniu im królestwa Bożego.

Przyjęcie do stowarzyszenia

Kandydat przygotowuje się do wstąpienia do wspólnoty poprzez poznawanie pism bł. ks. Frelichowskiego oraz podstawowych dokumentów Kościoła, poświęconych duchowości kapłańskiej. Wolę trwania w stowarzyszeniu kandydat wyraża publicznie podczas dorocznych rekolekcji organizowanych przez wspólnotę.

Odnowienie pragnienia trwania we wspólnocie ma się dokonywać zazwyczaj podczas Eucharystii w sanktuarium bł. Stefana W. Frelichowskiego w Toruniu 23 lutego, w dniu uroczystego wspomnienia jego męczeńskiej śmierci. Nawiązano w ten sposób również do spotkań byłych więźniów kapłanów z Dachau, którzy przeżywszy wojnę, przekonani o świętości ks. Stefana, właśnie w tym dniu modlili się o jego wyniesienie na ołtarze.

Życie charyzmatem wspólnoty

Inspiracja życiem kapłańskim bł. ks. Stefana ma na celu ożywienie pracy apostolskiej, do której kapłan zobowiązuje się wprowadzać bogactwo własnego życia duchowego. Dlatego, mając na celu jedynie dobro Kościoła, gotowy jest wypełniać każdą misję otrzymaną od biskupa, nawet ubogą i upokarzającą, zawsze troszczyć się o umocnienie wspólnoty kapłańskiej, być otwartym na różne grupy, ruchy i stowarzyszenia, niosąc ducha Kościoła, zwłaszcza być gotowym w ukazywaniu piękna postaci błogosławionego patrona tym wspólnotom, które już go w swojej formacji odkrywają.

W duchu błogosławionego patrona, kapłan ze wspólnoty będzie wychodził ze zrozumieniem, przyjaźnią i pomocą wobec każdego człowieka, zwłaszcza ubogiego, cierpiącego, opuszczonego, pogardzonego, znajdującego się w trudnej lub kryzysowej sytuacji życiowej, małżeńskiej, rodzinnej czy powołaniowej. Będzie również zabiegał o współdziałanie z wiernymi świeckimi, stając się tym samym czytelnym znakiem obecności Kościoła w świecie.

Realizacja charyzmatu wspólnoty

Kapłani, którzy żyją charyzmatem ducha wspólnoty, podejmują się być wierni: codziennej medytacji Słowa Bożego, które gdy jest kontemplowane, daje możliwość właściwego oceniania wydarzeń w świetle Objawienia Bożego; uświęcaniu czasu przez Liturgię Godzin; praktyce kształtowania sumienia w codziennym rachunku sumienia i częstej spowiedzi; codziennej, pobożnie sprawowanej Eucharystii rozumianej jako centrum życia, której zwieńczeniem będzie praktyka stałej adoracji Najświętszego Sakramentu w ciągu dnia, w godzinach wieczornych, a nawet w nocy; w oddawaniu czci Najświętszej Maryi Pannie, Matce Kapłanów, zwłaszcza przez codzienny Różaniec; praktyce odprawiania Drogi Krzyżowej w każdy piątek.

Życie w kapłańskiej wspólnocie

Kapłani przeżywają swój charyzmat przede wszystkim w jedności we wspólnocie braterskiej. Każde spotkanie we wspólnocie kapłańskiej ma pierwszorzędne znaczenie dla rozwoju duchowości. Przynależność do stowarzyszenia zobowiązuje do większego zaangażowania w życie wszystkich prezbiterów niezależnie od wieku i pełnionych posług. Kształtowanie jedności kapłańskiej na poziomie parafii, dekanatu, rejonu i diecezji wyraża się wezwaniem do podjęcia bardziej świadomej odpowiedzialności za czytelne świadectwo kapłańskiego życia i pracy każdego ze współbraci.

Prośba o modlitwę

Każdy, kto świadomie przeżywa swoją obecność w Kościele, wie, jak fundamentalną rolę odgrywają w nim kapłani. Jednocześnie, doświadczając różnych sytuacji, nabiera przekonania, że prezbiterzy potrzebują ogromnego wsparcia, bez którego nie tylko trudno im podołać różnym wyzwaniom oraz przeżywać dotykające ich kryzysy, ale przede wszystkim dawać życie innym poprzez swoją posługę.

Bł. ks. Stefanie, proszę cię, dotykaj serc kapłańskich i oręduj u Boga za dziełem powstawania Stowarzyszenia Kapłanów Diecezji Toruńskiej. Niech stanie się ono skutecznym narzędziem w życiu i posłudze konkretnych kapłanów. Matko Boża Nieustającej Pomocy, Patronko naszej diecezji, wspieraj to małe i pokorne dzieło, które zrodziło się z troski o kapłanów oraz o przyszłość naszej diecezji.

Zapraszam osoby modlące się za kapłanów naszej diecezji, szczególnie zgromadzone w apostolacie Grup Modlitwy za Kapłanów (tzw. Margaretek), aby wsparły swoją modlitwą rodzącą się wspólnotę kapłańską.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Polak papieskim przedstawicielem w Singapurze i Wietnamie

2018-05-21 13:05

st (KAI) / Watykan

Franciszek mianował dotychczasowego nuncjusza apostolskiego w Zimbabwe, abp Marka Zalewskiego nuncjuszem apostolskim w Singapurze oraz swoim przedstawicielem w Wietnamie, chociaż nie będzie on rezydował w drugim z tych krajów.

wikipedia.pl
Abp Marek Zalewski

Abp Marek Zalewski urodził się w Augustowie 2 lutego 1963 r. Święcenia kapłańskie przyjął 27 maja 1989 r. W latach 1991–1995 odbył studia w zakresie prawa kanonicznego na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, zakończone doktoratem. . Studiował również na Papieskiej Akademii Kościelnej. W 1995 r. rozpoczął pracę w służbie dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej. Pracował kolejno w papieskich przedstawicielstwach w Republice Środkowoafrykańskiej, przy ONZ w Nowym Jorku, w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, w Tajlandii, w Singapurze i w Malezji, dochodząc do stopnia radcy nuncjatury. 25 marca 2014 roku papież Franciszek mianował go nuncjuszem apostolskim w Zimbabwe, wynoszą jednocześnie do godności arcybiskupa tytularnego Africa. Sakrę biskupią przyjął z rąk sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej, kard. Pietro Parolina w Łomży31 maja 2014 roku.

Stolica Apostolska nawiązała stosunki dyplomatyczne z Singapurem 24 czerwca 1981 roku. Jedynie 7 proc. spośród 5, 4 mln mieszkańców tego kraju należy do Kościoła katolickiego.

Natomiast Wietnam nigdy nie utrzymywał pełnych relacji ze Stolicą Apostolską. Jednakże od 1925 r. istniała w Hanoi Delegatura Apostolska, służąca do utrzymywania więzi z lokalnym Kościołem, nie posiadająca statusu dyplomatycznego. Początkowo obejmowała ona swą działalnością całe Indochiny.

Po wypędzeniu jej personelu przez komunistyczne władze północno-wietnamskie przeniosła się ona w 1957 r. do Sajgonu. Po zakończeniu wojny wietnamskiej i zajęciu południa kraju przez siły komunistyczne delegat apostolski został zmuszony do opuszczenia Sajgonu.

Od 1975 r. placówka watykańska nie działała. Podczas posiedzenia Wspólnej Grupy Roboczej w Watykanie w dniach 23 i 24 czerwca 2010 roku postanowiono, że Stolica Apostolska mianuje swego stałego specjalnego przedstawiciela ds. stosunków z Socjalistyczną Republiką Wietnamu, który nie będzie jednak rezydował w tym kraju. Od 13 stycznia 2011 roku funkcję tę pełnił abp Leopoldo Girelii.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Komisja Maryjna o roli mediów w szerzeniu kultu Matki Bożej

2018-05-22 16:51

mir / Jasna Góra (KAI)

Na Jasnej Górze obradowała dziś Komisja Maryjna Konferencji Episkopatu Polski. Wśród omawianych zagadnień znalazły się m.in. przygotowania do synodu biskupów o młodzieży i związane z tym wyzwania oraz rola mediów w kształtowaniu kultu Matki Bożej.

Artur Dąbrowski

Obrady prowadził przewodniczący komisji metropolita częstochowski abp Wacław Depo. Obecny był także bp Łukasz Buzun z Kalisza. Biskup pomocniczy kaliski podkreślił znaczenie odpowiedzialności za przekaz medialny. Na media jako szansę w docieraniu z przekazem ewangelizacyjnym zwłaszcza do młodego pokolenia zwrócił uwagę o. prof. Grzegorz Bartosik z UKSW. – Trzeba – zaznaczył mariolog – by i Kościół znalazł się w tym nurcie rewolucji technologicznej.

Zdaniem ks. Michała Drożdża, dyrektora Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie, media są elementem integralnym całości duszpasterstwa. – Dziś kult maryjny bez mediów nie byłby taki, jaki mamy. Transmisje z Jasnej Góry, radiowe czy telewizyjne, a także z innych sanktuariów przyciągają najwięcej odbiorców.

- Dzisiaj nie można planować duszpasterstwa, planować ewangelizacji poprzez ducha Maryjnego, jeżeli nie uwzględnimy wykorzystania wielorakich mediów – podkreślił wykładowca Uniwersytetu Papieskiego.

Ks. Drożdż zwrócił też uwagę, że w środkach społecznego przekazu tkwi ogromny potencjał, który można wykorzystać dla dobra człowieka. Ten potencjał trzeba tez uwzględniać w kształtowaniu kultu Maryjnego i jest to znak czasu – zauważył medioznawca.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem