Reklama

Hrabianka, zakonnica, silna i dobra kobieta

2018-02-07 13:42

Łódzkie karmelitanki
Edycja łódzka 6/2018, str. VIII

Archiwum karmelitanek
Śp. s. Maria Agnieszka od Dzieciątka Jezus

Maria Agnieszka od Dzieciątka Jezus, Jolanta Mostowska, karmelitanka bosa (1925–2018) urodziła się w Puławach. Jej ojciec był sędzią. Pochodził z Mostowskich, których pałac ma w Warszawie smutną historię, bo został zarekwirowany najpierw przez Niemców, a potem przez UB. Było tam bardzo ciężkie więzienie. Babcia ze strony ojca była hrabiną Potocką (właścicielką Puław)

Jola miała o 3 lata starszą siostrę Marię Danutę. Rodzice byli ludźmi wierzącymi, uczciwymi i obowiązkowymi. Matka była prawosławna, ale wkrótce przeszła na katolicyzm. Sytuacja materialna rodziny była bardzo dobra. W wieku 7 lat Jola przyjęła Pierwszą Komunię św. Jako najmłodsza w rodzinie była przez wszystkich bardzo kochana. Uczyła się bardzo dobrze, miała bardzo dobrą pamięć i talent muzyczny, grała na fortepianie. Rodzice nie chcieli, by córeczki rozumiały wszystko, o czym dorośli rozmawiają przy stole, dlatego mówili po francusku. Było to dodatkowym bodźcem dla dziewczynek do nauki języka francuskiego.

Gdy Jola miała 9 lat, ojciec zachorował na białaczkę. Matka wykazała wielki hart ducha i poświęcenie. Z największą miłością ułatwiała mu życie, zwłaszcza, gdy stracił wzrok. Zmarł po dwóch latach walki z nowotworem. Potem wybuchła wojna, która całkowicie zmieniła życie rodziny. Zostali wysiedleni do Kazimierza nad Wisłą. Życie Joli uległo całkowitej zmianie, zaznała po raz pierwszy głodu, chłodu i poniewierki. Udało się jej jednak ukończyć szkołę średnią i zdać maturę na tajnych kompletach w Warszawie. Zaraz zaczęła się starać o przyjęcie do Karmelu. Zgłosiła się do łódzkiej Wspólnoty Sióstr wywiezionych przez Niemców do Klasztoru Sióstr Wizytek w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu.

Ówczesna przeorysza, gdy dowiedziała się, że kandydatka nie jest pełnoletnia, a matka jest przeciwna wstąpieniu córki do Karmelu, poleciła, by zgłosiła się po ukończeniu wymaganych lat. Wróciła więc do matki, a w 3 miesiące później obie wyjechały do Pragi, do rodziny. Mamusia obiecała, że za rok pozwoli Joli wstąpić do Karmelu. Tymczasem po pół roku Jola dostała rozkaz zameldowania się w ciągu 48 godzin w Austrii, w miejscowości Linz-Donau, do przymusowej pracy. Przebywała tam półtora roku ochraniana przez Bożą Opatrzność. Pracowała najpierw u austriackiej rodziny, a potem w hotelu. Pracownice współwięźniarki różnej narodowości były bardzo solidarne, a gdy uległa wypadkowi, osłaniały ją, pracowały za nią, byleby nie była posłana do fabryki broni.

Reklama

Po wyzwoleniu Jola z mamą podjęły ryzykowną próbę przedostania się do Polski przez Austrię, Słowację i Pragę. Przekroczyły granicę polsko-czeską w nocy z 14 na 15 sierpnia. Zaraz też Jola zaczęła szukać kontaktu z Karmelem. Wstąpiła do zakonu w Łodzi w końcu października 1945 r.

Postulantka od początku wykazywała wielką miłość do zakonu. Habit otrzymała 17 sierpnia 1946 r. z imieniem zakonnym s. Maria Agnieszka od Dzieciątka Jezus. Profesję zakonną złożyła 22 sierpnia 1947 r. na ręce m. Marii Stanisławy, przeoryszy i fundatorki klasztoru, a śluby wieczyste – 22 sierpnia 1950 r. także na ręce m. Marii Stanisławy.

S. Stanisława darzyła s. Agnieszkę wielką miłością i pokładała w niej duże nadzieje. Z tego powodu bardzo wcześnie wprowadzała ją w sprawy zakonu i prowincji. Powierzyła jej korespondencję z młodymi siostrami we Francji, także tłumaczenie cennych tekstów zakonnych, których nie było wówczas w języku polskim. Bardzo prędko została radną klasztoru, a w wieku 33 lat, za dyspensą od wieku – przeoryszą. Tę funkcję z małymi przerwami pełniła przez 27 lat aż do roku 1999. Wychowała całe pokolenie młodych karmelitanek. Kochała bardzo zakon i Konstytucje św. Matki Teresy.

Podczas swego przełożeństwa wywarła na wspólnotę bardzo silny, duchowy wpływ, szczególnie starała się o pogłębienie duchowości maryjnej, m.in. w tym czasie całe zgromadzenie zostało przyjęte do Rycerstwa Niepokalanej.

Przez całe życie, aż do ostatnich dni, odznaczała się wielką wiernością w modlitwie. Żyła sprawami Kościoła, zakonu, ojczyzny, wiele modliła się za kapłanów. Bardzo brała sobie do serca polecone jej intencje i zaraz je intensywnie omadlała. Zawsze widziałyśmy ją z różańcem w ręku. Odznaczała się duchem nadprzyrodzonym i wielkim posłuszeństwem, często podkreślając, że jedyne, co w życiu jest ważne, to podobać się we wszystkim Bogu. Dziękowała Bogu za dar powołania, ludziom za każde otrzymane dobro, a siostrom nawet za najdrobniejszą przysługę.

Bardzo kochała ojców karmelitów bosych i ceniła sobie dobre, nadprzyrodzone kontakty z nimi. Wzajemnie też cieszyła się wielkim szacunkiem i miłością, szczególnie sługi Bożego o. Anzelma.

Należy też wspomnieć o tym, że dużo cierpiała fizycznie. Nie okazywała tego ani nigdy się nie skarżyła. Przez całe życie modliła się codziennie o łaskę szczęśliwej śmierci. Była do niej prawdziwie przygotowana i świadoma bliskiego spotkania z Bogiem. Odeszła do wieczności w poniedziałek 8 stycznia o godz. 19.25. Siostry, zgromadzone przy je łóżku, kończyły właśnie odmawianie Koronki do Miłosierdzia Bożego i Litanię za konających.

Pochowana została w grobie zmarłej w latach 50. XX wieku m. Marii Chrzanowskiej, która tak kochała m. Marię Agnieszkę i bardzo się cieszyła jej powołaniem do naszego Karmelu.

Tagi:
sylwetka zakonnica

Jest światłem dla rodziny

2018-04-18 12:13

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 16/2018, str. VI

Czcigodna stulatka Katarzyna Saganowicz dziękowała Bogu i ludziom za pracowite i życzliwe swojemu potomstwu życie na Mszy św. w zabytkowym kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Kołowie, będącym filią parafii w Szczecinie-Podjuchach

Bogdan Nowak
100-letnia pani Katarzyna jest dumna ze swojego pracowitego i rodzinnego życia

Jubilatkę otoczyła wielopokoleniowa rodzina oraz współmieszkańcy wsi, której oddała 72 lata swego matczynego i babcinego znoju, bowiem przybyła tutaj z najbliższymi w lutym 1946 r. jako 28-latka w ramach akcji przesiedleńczej spod lwowskich Sokolnik.

Nawet premier Mateusz Morawiecki, dowiadując się o setnych urodzinach sędziwej pani Katarzyny, przesłał jej słowa należnego szacunku: „Należy Pani do pokolenia głęboko doświadczonego w dziejach Polski, które stawało przed różnymi wyzwaniami. Była Pani świadkiem wielu trudnych, ale i doniosłych wydarzeń, które kształtowały kolejne pokolenia Polaków, ich patriotyzm i miłość Ojczyzny. W tym szczególnym dniu proszę pozwolić – w imieniu własnym oraz członków Rady Ministrów – złożyć na Pani ręce serdeczne podziękowania za wszelkie trudy i owoce minionych lat, za tę swoistą lekcję życiowej wytrwałości”.

Najstarsza parafianka Kołowa cieszy się dobrym zdrowiem i staranną opieką córki Krystyny i zięcia Henryka. Stulatka, przed którą klękam nie tylko, by sfotografować jej oblicze, zmęczone i zatroskane o liczną rodzinę, ale by też okazać serdeczny hołd za tak święty byt, nie ukrywa swego zadowolenia: – Czuję się dobrze pod opieką córki i zięcia. Ale dość często w mojej pamięci mam obraz życia w ukochanych Sokolnikach, które musieliśmy opuścić na zawsze. Po wielu latach odwiedziłam z dorosłymi dziećmi te lwowskie strony, ale kościół jest już cerkwią grekokatolicką, jakże inne od Ziem Zachodnich i tutejszych ludzi osiedlonych z różnych stron Polski i Europy.

Babcia Katarzyna Piwko wyszła za mąż za Stefana Saganowicza, żołnierza armii gen. Władysława Andersa, w roku 1941, ślubując mu dozgonną miłość i wierność w kościele pw. św. Mikołaja w Sokolnikach. Wkrótce zostali rodzicami Zosi, która jako pięciolatka zmarła w kolejowej, długiej podróży na Pomorze Zachodnie.

Wraz z nimi przybyła do Kołowa matka Katarzyny – Zofia Piwko. W ramach rekompensaty za utracone mienie na Kresach Wschodnich, czyli gospodarstwo rolne w Sokolnikach, Urząd Repatriacyjny wyznaczył im kilkunastohektarowy zagon we wsi Kołowo. Zadomowili się tutaj w pobliżu Puszczy Bukowej sami osadnicy wojskowi. Ucieszyli się widokiem świątyni z końca XIX wieku, zbudowanej nad stawem z ciosów granitowych oraz cegły na fundamentach wcześniejszych kościołów, która poświęcona została w roku 1949 przez ks. Franciszka Ćwieka TChr (1911-68).

Czuli się bezpieczniej, bo w tym domu Bożym przyjmowali wszystkie sakramenty i sakramentalia. Ta filialna placówka duszpasterska zawsze była obsługiwana przez księży z Towarzystwa Chrystusowego docierających do tego kościoła przynajmniej raz w tygodniu z niedalekich Podjuch.

– Kołowo zawsze tętniło życiem – wspomina atmosferę tej wsi pani Krystyna, jedna z dziesięciorga dzieci wiekowej pani Katarzyny. – Tutaj wielodzietność naszych rodzin była czymś normalnym; przeważnie było w każdej zagrodzie od ośmiu do dziesięciu dzieci. Rzadko zdarzało się, że małżonkowie mieli tylko czworo dzieci. Moja mama jest niewątpliwie dumna, że dała życie dziesięciorgu dzieciom: siedmiu córkom i trzem synom. Niestety, nie wszyscy z nich żyją z różnych powodów.

Dostojna Seniorka szczyci się też z posiadania 15 wnuków i tyleż samo prawnuków. Przeżyła w sakramentalnym małżeństwie pół wieku, ale w roku 1991 została wdową, gdy jej mąż Stefan odszedł do wieczności. Dalej trzeba było iść już w otoczeniu dzieci i ich rodzin.

Współmieszkańcy Kołowa cenią Stulatkę za pogodę ducha, wrodzoną życzliwość i cierpliwość.

– Obecne Kołowo – dodaje Henryk Niedziela – nie przypomina już dawnego; wyludniło się w pogoni za chlebem. Pozostało zaledwie dwóch rolników, a wszyscy pozostali mieszkańcy są emerytami bądź dojeżdżają do pracy do pobliskich miast. Teraz nie ma tu rodzin wielodzietnych, które dawniej utrzymywały się z pracy rąk w prowadzonych przez siebie wielokierunkowych gospodarstw rolnych. Kołowo tętniło dziecięcym rozgwarem i radością życia, a na każdym podwórzu byli ludzie. U nas wspaniałą wychowawczynią była nasza, już też nieżyjąca, babcia Zosia Piwko. Wszyscy wzajemnie pomagaliśmy sobie, a moja niezmordowana teściowa była i jest światłem swojej tak licznej rodziny. Jeszcze bodaj trzy lata temu chętnie pieliła zagon truskawek, bo długowieczność i pracowitość ma chyba w swoich genach.

Na pytanie, jaka jest recepta na tak długie i szczęśliwe życie, w odpowiedzi słyszę: – Zawsze być skromnym w wymaganiach, ciągle w ruchu, radować się życiem całej swej licznej rodziny, a przede wszystkim zaufać Bogu, który umie mądrze prowadzić i wyprowadzić człowieka nawet z najgorszej sytuacji. A przecież nasz los przymusowych przesiedleńców był szczególnie bolesny, a nawet tragiczny.

Wiekowa parafianka Kołowa jest wdzięczna Bogu, iż tak wychowała swoje córki i synów, że w wieczorze swej ziemskiej pielgrzymki nie musi szukać schronienia w domu pomocy społecznej, bowiem dzieci umieją za pełną heroicznego poświęcenia matczyną miłość odpowiedzieć również takim samym uczuciem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Polak papieskim przedstawicielem w Singapurze i Wietnamie

2018-05-21 13:05

st (KAI) / Watykan

Franciszek mianował dotychczasowego nuncjusza apostolskiego w Zimbabwe, abp Marka Zalewskiego nuncjuszem apostolskim w Singapurze oraz swoim przedstawicielem w Wietnamie, chociaż nie będzie on rezydował w drugim z tych krajów.

wikipedia.pl
Abp Marek Zalewski

Abp Marek Zalewski urodził się w Augustowie 2 lutego 1963 r. Święcenia kapłańskie przyjął 27 maja 1989 r. W latach 1991–1995 odbył studia w zakresie prawa kanonicznego na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, zakończone doktoratem. . Studiował również na Papieskiej Akademii Kościelnej. W 1995 r. rozpoczął pracę w służbie dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej. Pracował kolejno w papieskich przedstawicielstwach w Republice Środkowoafrykańskiej, przy ONZ w Nowym Jorku, w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, w Tajlandii, w Singapurze i w Malezji, dochodząc do stopnia radcy nuncjatury. 25 marca 2014 roku papież Franciszek mianował go nuncjuszem apostolskim w Zimbabwe, wynoszą jednocześnie do godności arcybiskupa tytularnego Africa. Sakrę biskupią przyjął z rąk sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej, kard. Pietro Parolina w Łomży31 maja 2014 roku.

Stolica Apostolska nawiązała stosunki dyplomatyczne z Singapurem 24 czerwca 1981 roku. Jedynie 7 proc. spośród 5, 4 mln mieszkańców tego kraju należy do Kościoła katolickiego.

Natomiast Wietnam nigdy nie utrzymywał pełnych relacji ze Stolicą Apostolską. Jednakże od 1925 r. istniała w Hanoi Delegatura Apostolska, służąca do utrzymywania więzi z lokalnym Kościołem, nie posiadająca statusu dyplomatycznego. Początkowo obejmowała ona swą działalnością całe Indochiny.

Po wypędzeniu jej personelu przez komunistyczne władze północno-wietnamskie przeniosła się ona w 1957 r. do Sajgonu. Po zakończeniu wojny wietnamskiej i zajęciu południa kraju przez siły komunistyczne delegat apostolski został zmuszony do opuszczenia Sajgonu.

Od 1975 r. placówka watykańska nie działała. Podczas posiedzenia Wspólnej Grupy Roboczej w Watykanie w dniach 23 i 24 czerwca 2010 roku postanowiono, że Stolica Apostolska mianuje swego stałego specjalnego przedstawiciela ds. stosunków z Socjalistyczną Republiką Wietnamu, który nie będzie jednak rezydował w tym kraju. Od 13 stycznia 2011 roku funkcję tę pełnił abp Leopoldo Girelii.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Franciszek do włoskich biskupów: nie może mówić o ubóstwie i jednocześnie żyć jak faraon

2018-05-22 16:33

Paweł Pasierbek SJ/vaticannews.va

media vaticana

Kryzys powołań, świadectwo życia ewangelicznym ubóstwem oraz łączenie diecezji to główne tematy, które poruszył Papież w przemówieniu skierowanym do biskupów z Konferenjci Episkopatu Włoch.

Zdaniem Franciszka kryzys powołań to zatruty owoc kultury tymczasowości, relatywizmu i dyktatury pieniądza. Ponadto jako przyczynę takiego stanu rzeczy wymienił tragiczny spadek urodzin, który nazwał „demograficzną zimą” oraz skandale we wspólnocie Kościoła i nijakie świadectwo.

Papież o powołaniach

"Ile seminariów, kościołów, klasztorów czy opactw zostanie zamkniętych w przyszłych latach z powodu braku powołań? – pytał się Ojciec Święty. - Bóg to wie. Jak bardzo smuci spojrzenie na tę ziemię, przez długie wieki tak płodną i hojną w dawaniu misjonarzy, sióstr zakonnych, kapłanów pełnych apostolskiego zapału, która wraz z całym starym kontynentem wchodzi w powołaniową bezpłodność bez szukania skutecznych rozwiązań. Ufam, że ich szuka, ale nie potrafi znaleźć".

Papież zaproponował włoskim biskupom, aby diecezje, w których liczba kapłanów jest większa, wspierały te, gdzie ich brak. Mogłaby to być pierwsza, konkretna próba zaradzenia kryzysowi.

Mówiąc o ubóstwie Franciszek odwołał się do św. Ignacego Loyoli, który nazywa je matką i murem życia apostolskiego. Matką, ponieważ rodzi dobro, a murem, bo chroni przed złem. Bez ubóstwa, zauważył Papież, nie ma apostolskiego zapału i życia w służbie drugim.

Papież o ubóstwie

"Kto wierzy, nie może mówić o ubóstwie i jednocześnie żyć jak faraon – stwierdził Franciszek. - Czasami widzi się takie rzeczy. To jest antyświadectwo, gdy mówi się o ubóstwie i prowadzi się luksusowe życie; jest rzeczą skandaliczną, gdy wydaje się pieniądze bez przejrzystości lub używa się dóbr Kościelnych jakby były osobistymi. (...) Mamy obowiązek korzystać z nich w przykładny sposób, w oparciu o jasne i wspólne reguły, bo pewnego dnia zdamy z tego sprawę właścicielowi winnicy".

Papież poruszył także temat liczby diecezji we Włoszech, których jest tutaj ponad 250. Wyraził opinię, że jest ich za wiele i trzeba rozpocząć proces ich łączenia. Dodał, iż problem ten nie jest nowy, poruszał go już papież Paweł VI i ciągnie się zbyt długo. „Uważam – powiedział – że nadszedł już czas, aby jak najszybciej zamknąć ten temat”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem