Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Dziękuję Ci, że jesteś kobietą

2018-02-28 10:37

Z Palomą Gomez Borrero rozmawiała Aleksandra Zapotoczny
Niedziela Ogólnopolska 9/2018, str. 12-14

Grzegorz Gałązka
Paloma Gómez Borrero należała do nielicznej grupy kobiet watykanistek, 1995 r.

Paloma Gómez Borrero (rocznik 1934) to hiszpańska dziennikarka, jedyna kobieta, która towarzyszyła Janowi Pawłowi II we wszystkich jego podróżach. W ciągu 27 lat pontyfikatu podczas 104 wyjazdów zagranicznych przemierzyła z nim 5 kontynentów. 24 marca 2017 r. udała się w swoją ostatnią podróż... W tym roku mija pierwsza rocznica śmierci hiszpańskiej watykanistki. Poniżej publikujemy jeden z ostatnich wywiadów z dziennikarką. Rozmowę – która jest także „wędrówką” po niezwykłych wspomnieniach o Papieżu Polaku – dedykujemy wszystkim kobietom z okazji ich święta

ALEKSANDRA ZAPOTOCZNY: – Przez całą Pani dziennikarską karierę tematem przewodnim Pani relacji, jako korespondentki radia i telewizji w Hiszpanii, był Jan Paweł II. Co najbardziej zapadło Pani w pamięć?

PALOMA GÓMEZ BORRERO: – Wspomnień mam wiele. Niezwykłe było pierwsze spotkanie z nim, kiedy zaraz po swoim wyborze zaprosił do siebie dziennikarzy. Wychodząc ze spotkania, zatrzymywał się przy zebranych. Nie wiem dlaczego, ale natychmiast skierował się w moją stronę i stanął obok. Po raz pierwszy znalazłam się tak blisko Ojca Świętego i zapytałam: „Czy Ojciec Święty mówi po hiszpańsku?”. „Nie – odpowiedział mi – ale obiecałem hiszpańskim kardynałom, że się nauczę”. Poprosiłam go o błogosławieństwo dla Hiszpanii, a on mi odpowiedział: „Dla Hiszpanii – wszystko”.

– Wzięła Pani udział chyba we wszystkich papieskich zagranicznych pielgrzymkach...

– Najpierw pojechaliśmy do Meksyku, Polski i do Afryki, więc podczas konferencji prasowych odbywających się w samolocie za każdym razem pytałam, kiedy wybierze się do Hiszpanii. Pewnego razu zwróciłam się słowami: „Na Ojca Świętego czeka św. Teresa... w Hiszpanii. Kiedy Papież przyjedzie ją odwiedzić?”. Oczywiście, bardzo się z tego śmiał. Jego 16. podróż była wreszcie tą do naszego kraju. Oczywiście, wszystkie podróże do krajów egzotycznych były bardzo ciężkie. W wielkim upale odwiedziliśmy pięć miejsc w Afryce, bardzo od siebie odległych. Podróże te były męczące, ale zawsze piękne, sam Papież mówił, że jest w nich coś niezwykłego.
Nie widziałam, żeby kiedykolwiek Papież otrzymał od kogokolwiek tyle świń... Tak było w Papui-Nowej Gwinei, gdzie najcenniejszym darem jest prosię. Witali go mieszkańcy ubrani w stroje ludowe – albo raczej rozebrani. Momentami wydawało się, że cofnęliśmy się do epoki kamienia łupanego... Na Wyspach Salomona natomiast zbliżył się nagle do Papieża ubrany w pióra żołnierz z dzidą w ręce i patrzył złowrogo. Byliśmy wystraszeni. Widząc, że ochrona nie reaguje, czekaliśmy, co będzie dalej. Żołnierz zaczął tańczyć...
Po którejś z pielgrzymek na Watykanie krążył żart: „W czym różni się ten papież od Pana Boga? – Pan Bóg jest wszędzie, ale Papież był już wszędzie”. Kiedy pierwszy raz dotarliśmy do Papui-Nowej Gwinei, byliśmy przekonani, że Papież też jest tu pierwszy raz, ale on powiedział: „Byłem tu już jako kardynał”.

– A Pani wspomnienia z pielgrzymek do Polski?

– Polskę odkryliśmy podczas pierwszej wizyty Papieża w Ojczyźnie. Ujrzeliśmy niezwykły naród, który całej Europie pomagał swoją modlitwą, żywą wiarą, miłością do Maryi. Nigdy nie zapomnę pożegnania w Krakowie. Na lotnisku nie było dużo ludzi, bo władze świadomie je zamknęły, ale na ulicach były tłumy. Ludzie, by zobaczyć Papieża, wchodzili nawet na drzewa. Siedziałam już w samolocie (dziennikarze wchodzą bocznymi drzwiami wcześniej niż papież), kiedy kard. Wyszyński zwrócił się do Ojca Świętego: „Zabierają Cię polskie skrzydła” – lecieliśmy Lot-em. Potem odbyły się ostatnie wystąpienia głowy państwa i Papieża, bardzo polityczne, dyplomatyczne, po czym Papież wchodził do samolotu. Spoglądałam na niego i zastanawiałam się, co mógł myśleć, żegnając prezydenta Polski. Obaj są Polakami, dlaczego więc są dla siebie tacy zimni...? I w tym momencie Papież zszedł ze schodów, wrócił do prezydenta i go objął. Z daleka dochodził głos ludzi, którzy śpiewali: „Góralu, czy ci nie żal”. Ludzie śpiewali, a prezydent z Papieżem żegnali się w serdecznym objęciu. Pomyślałam wtedy, że ten naród jest naprawdę niezwykły. Dwóch Polaków tak bardzo różniących się od siebie, ale złączonych Polską...

– Pani należała do nielicznej grupy kobiet watykanistek. Papież miał na uwadze kobiecy geniusz...

– Nie ma niczego cenniejszego niż to, co powiedział w Liście do kobiet: „Dziękuję ci, że jesteś kobietą”. Rozwijając temat kobiet w pontyfikacie Papieża, chcę opowiedzieć o pewnym fakcie. Dotarła do mnie informacja, że Jan Paweł II bardzo chciał zobaczyć film o św. Franciszku autorstwa Liliany Cavani. Jest to reżyserka wzbudzająca polemiki, kontrowersje. Nie jest katoliczką, za to kobietą twardą, ale równocześnie zakochaną w świętym z Asyżu, o którym zrobiła już dwa filmy. Papież chciał zobaczyć ten film w obecności samej reżyserki, by później o nim wspólnie dyskutować. Zaprosił ją na Watykan. Współpracownicy odradzali mu ten pomysł. Papież jednak obejrzał film wraz z reżyserką. Podczas sceny, w której przedstawiono samotność św. Franciszka, Papieżowi popłynęły łzy. Liliana po powrocie do domu napisała do niego list, w którym wytłumaczyła, że pisze z potrzeby serca. „Ojcze Święty, chciałeś zobaczyć mój film, nie przeszkodziło Ci to, że jestem kobietą. Nie byłeś do mnie uprzedzony. Osoby takie jak Ty ratują dzisiejszy świat. Dzięki Ci, Papieżu, człowieku godny Maryi”.
A mnie osobiście przydarzyła się taka niezwykła sytuacja. Byliśmy w Indiach. Tamtejszy arcybiskup podczas spotkania z osobami duchownymi wprowadził do kościoła kapłanów, a zakonnice zostały na zewnątrz. Po nabożeństwie Papież, gdy wychodził ze świątyni, zobaczył wszystkie te siostry i zapytał, dlaczego nie weszły do kościoła. One mu odpowiedziały, że arcybiskup tak zarządził. I to się Papieżowi nie spodobało. Kiedy dotarł do Pałacu Apostolskiego, gdzie było zorganizowane Studio Radia Watykańskiego, z którego i ja korzystałam, zobaczył mnie nadającą korespondencję do mojego kraju. W salonie miał być obiad dla rodziny papieskiej, czyli ochrony, asystentów, gwardzistów. Cała grupa z Papieżem udała się do sali jadalnej, ja zostałam w studiu. W pewnym momencie przyszedł Arturo Mari i powiedział, że zostałam zaproszona na obiad... Byłam zaskoczona. Poszłam razem z nim, usiadłam przy bocznym stoliku niedaleko głównego stołu, przy którym siedzieli Papież i inni hierarchowie kościelni. Widziałam, że Ojciec Święty rozmawia, ale raz po raz spogląda na mnie. Byłam jedyną kobietą na sali. Na koniec posiłku głos zabrał gospodarz miejsca, arcybiskup, a potem mówił Papież. „Jestem szczęśliwy – wyznał – mieszkańcy Goa znaleźli miejsce w moim sercu, ale dzisiaj bardzo się cieszę, że wśród nas jest też Paloma”. Oczywiście, zamarłam, a Papież dokończył: „Ponieważ papież nie dyskryminuje kobiet”. Potem podszedł do każdego stolika i każdego z osobna pozdrowił. W tym czasie wspomniany arcybiskup zbliżył się do mnie i powiedział: „Papież na Pani przykładzie dał mi dzisiaj lekcję”.

– Miała Pani wyjątkowy kontakt z Papieżem...

– Któregoś razu, gdy lecieliśmy do Ameryki, w samolocie były tylko trzy kobiety: ja, Valentina i Maria José. Papież jak zwykle podczas lotu przechodził między miejscami i pozdrawiał pasażerów. Kiedy miał się zbliżać do naszych miejsc, zaczęły się turbulencje. Musiał powrócić na swoje miejsce i zapiąć pasy. Było nam bardzo przykro... Podróż kontynuowaliśmy, turbulencje ustały, ale Papież do nas nie wracał. Maria José miała zadać mu pytanie i rozpaczała, co ona teraz zrobi – to jest jej pierwsza podróż z Papieżem, wszyscy dziennikarze zadali mu pytanie, a ona nie, jak się wytłumaczy w redakcji... Odpowiedziałam jej: „Nie przejmuj się, zaraz napiszę do Papieża”. I tam, w samolocie, napisałam do niego karteczkę...
Ja często pisałam do niego karteczki i przesyłałam je przez jego osobistego kamerdynera Camilla Cibina. Napisałam tak: „Ojcze Święty, w tym całym samolocie są tylko trzy kobiety, które jeszcze z Papieżem nie rozmawiały, jest z nami Maria José, która musi Papieżowi zadać pytanie. Jeśli Papież w Goa powiedział, że kobiet nie dyskryminuje, to my teraz czujemy się bardzo dyskryminowane”. Karteczkę przekazałam i czekam. Po chwili kamerdyner wrócił i powiedział: „Wszystkie trzy kobiety do Papieża”. Ks. Stanisław Dziwisz, zobaczywszy mnie, rzucił: „Pani jest okropna!”.
Dlatego ilekroć podczas konferencji prasowych na pokładzie samolotu Joaquín Navarro-Valls ogłaszał, że jest jeszcze okazja na ostatnie pytania, Papież widząc, że ja jeszcze pytania nie zadałam i że i tak mu potem napiszę list, udzielał mi głosu jako ostatniej. Napisała o tym Angela Ambrogetti w książce, która ukazała się też w Polsce, i kiedy ją przeczytałam, zażartowałam przed autorką: „Nie wiedziałam, że ja aż tyle mówiłam przed Papieżem”. No a dzisiaj już nie piszę, ale rozmawiam z nim i on zawsze mi odpowiada, pomaga mi, a ja mu potem dziękuję.

– Jest Pani babcią, więc wnuki zapewne wiedzą dużo o Papieżu...

– Kiedy byliśmy u niego z Laurą, trzymałam ją na rękach, a ona dotykała Papieżowi nosa. Zwracałam jej uwagę: „Laura, to jest Ojciec Święty, zachowaj choć trochę szacunku”... Katerinę Papież już ochrzcił, a dwóch jej braci podczas celebracji niosło dary. Kiedy pewnego razu udaliśmy się do Papieża z całą rodziną – byli także moja mama i mąż, który jest pilotem Alitalia – Ojciec Święty zwrócił się do niego: „Bardzo Panu dziękuję, że ma Pan tyle cierpliwości do żony, którą w swoje podróże zabiera Papież”. Mąż mu na to odpowiedział: „Mógłby Papież zabierać ją częściej”.

– Czy trudno jest być dziennikarzem katolickim?

– Wydaje mi się, że nie. Dziennikarz katolicki nie ma zamiaru nikogo o niczym przekonywać – ma tylko informować. 27 i pół roku mówiłam o Papieżu hiszpańskim słuchaczom i widzom i muszę powiedzieć, że miłość, którą noszą w sercu do Jana Pawła II, zrodziła się dzięki moim relacjom – świadomość tego ma Kościół hiszpański i miał ją też sam Papież. Ja w najzwyklejszy sposób relacjonowałam, opowiadałam. A tego Papieża opowiadało się przez anegdoty i przykłady, bo czynił piękne rzeczy – i jak je czynił!

– Relacjonowała Pani dla swojego kraju także odejście Papieża...

– Miałam ten przywilej być przy Papieżu w Sali Klementyńskiej. Stałam przy s. Tobianie i papieskim lekarzu. Patrzyłam na ks. Stanisława – miał takie czerwone oczy, z niewyspania i płaczu. I pamiętam, że ciągle pytał: „Według Ciebie jest pogodny, prawda? Jest pogodny?”. Pomyślałam, jak bardzo Papież musiał cierpieć, skoro teraz ks. Stanisław chce się upewnić, że cierpienie już się skończyło... Stałam tam i się modliłam, ale uświadomiłam sobie, że jestem uprzywilejowana, że mogę tu teraz być, dlatego muszę to zrelacjonować słuchaczom... Przypomniałam sobie, że Papież na początku swojego pontyfikatu powiedział: „Chciałbym być zamiataczem świata, oczyścić ulice, by nastały na nich pokój i miłość”. Opuszczając więc Salę Klementyńską, spojrzałam na niego po raz ostatni. „Teraz zamiataj ulice w niebie”... Kiedy zjechałam windą na dziedziniec, zadzwoniłam do redakcji i przekazałam korespondencję. Dyrektor przed programem kilkakrotnie pytał, czy dam radę mówić... Wiedziałam, że dam. Opowiedziałam więc wszystko, czego byłam świadkiem. Kiedy w 1981 r. dla hiszpańskiej telewizji nadawałam relację z zamachu na Papieża, wtedy była nadzieja, że przeżyje, a w tej chwili już nie żył. „Twój głos dziennikarza nie może załamywać się przez łzy, ty musisz opowiadać, że umarł wielki człowiek i święty”. Tak właśnie zakończyłam swoją korespondencję.

– Świętość Papieża potwierdziła jego kanonizacja.

– Dla mnie beatyfikacja czy kanonizacja nie zmieniają niczego. Papież świętym był dla ludzi już za życia, więc myślę również, że nie jest ważne, jak my go będziemy teraz nazywać. Mnie osobiście bardziej pasuje „Magno”, bo był wielki we wszystkim. Pamiętam, jak kiedyś pewna hiszpańska artystka pragnęła spotkać się z Papieżem, ale chorowała na raka wątroby. Wybierałam się na pielgrzymkę z Papieżem do Lourdes i podczas odwiedzin w szpitalu obiecałam jej modlitwę w grocie, a ona nalegała, żebym poprosiła Papieża, by się modlił. Obiecałam, że Papież dowie się o jej chorobie, no i... oczywiście, napisałam mu liścik w samolocie. Kiedy byliśmy już w Lourdes, stałam po stronie basenów. Papież wracał z groty i zobaczył mnie w tłumie. Wtedy dał sygnał Cibinowi. Ten wziął z rąk Papieża różaniec, podszedł do mnie i wręczając mi go, powiedział: „To jest dla twojej przyjaciółki od Papieża”. Ten różaniec artystka trzymała w ręce w szpitalu przez następne trzy miesiące, po czym zażyczyła sobie, by włożono go jej także do trumny. To był Papież Magno!

– Wspomnienie, które szczególnie skrywa Pani w sercu...?

– Pamiętam moje imieniny, przypadły one podczas pielgrzymki do Kinszasy w Kongo, wtedy również korzystałam ze studia Radia Watykańkiego, które tym razem zorganizowano w nuncjaturze. Imieniny obchodzę 15 sierpnia – w święto Virgen de La Paloma – Madonna della Colomba. Papież jadł obiad z kardynałami, dla dziennikarzy był przygotowany bufet w holu. Ja ogłosiłam wszystkim, by mi składali życzenia. W połowie obiadu otworzyły się drzwi i wyszedł do nas Papież: „Paloma, dowiedziałem się, że dziś masz imieniny. Chciałbym Ci złożyć życzenia i udzielić błogosławieństwa”. Tego samego dnia po południu Papież miał wiele punktów swojej wizyty, spotkania i Msze św.
Kolację zjedliśmy w taki sam sposób jak obiad, ale ja prawie nie jadłam, musiałam wyjść do studia, by nadać korespondencję. Pracując ze słuchawkami na uszach, przez małe okienko w drzwiach widziałam Papieża jedzącego z kardynałami. Po skończonej kolacji Papież udał się już do pokoju, wszyscy goście opuścili nuncjaturę, ale ja musiałam jeszcze nadać ostatnie relacje. Wiedziałam, że nikogo już nie ma, w studiu czekał na mnie technik. Nareszcie mogłam coś przekąsić i schowałam się w kącie. Nagle słyszę, że ktoś schodzi ze schodów. Był to Papież wraz z kamerdynerem, szli prosto do kaplicy, do której wszedł tylko papież. Cibin zobaczył mnie. „Papież modli się w kaplicy”. „Ale przecież po całym dniu jest zmęczony”. „On musi się modlić”... Cibin czekał na Papieża, a ja skończyłam swój posiłek i wróciłam do studia. Kiedy skończyliśmy transmisję, praktycznie wychodząc na korytarz, spotkaliśmy się z Papieżem. Zatrzymaliśmy się w drzwiach, by nie przeciąć mu drogi. Jan Paweł II nawet nie myślał, że może tu jeszcze kogoś spotkać. Szedł powoli z opuszczoną głową, ale gdy przechodził obok nas, wyczuł czyjąś obecność, podniósł oczy – pamiętam to jak dziś – i wtedy mnie zobaczył, a przecież widział mnie tu już w południe.
Z przerażeniem zwrócił się do mnie: „Z mojego powodu jeszcze pracujesz? Wybacz mi! ”.

***

8 marca 2018 na Jasnej Górze Święto Kobiet u Najpiękniejszej z Niewiast

Celem spotkania jest ukazanie piękna kobiecego powołania oraz roli niewiast w życiu rodziny i narodu.

Tegoroczne święto będzie wyjątkowe ze względu na przeżywany jubileusz 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

Na program spotkania 8 marca składać się będą: Msza św. w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej o godz. 18.30 pod przewodnictwem bp. Łukasza Buzuna z Kalisza z zawierzeniem Maryi Królowej Polski niewiast różnych stanów i zawodów. Następnie w zabytkowej Sali Rycerskiej będzie mieć miejsce okolicznościowe spotkanie, w czasie którego odbędzie się rozmowa o miłości do Królowej Polski i Ojczyzny oraz o roli kobiet w kształtowaniu patriotyzmu. Wśród szczególnych gości przewidziany jest udział uczestniczki Powstania Warszawskiego – Bogumiły Kulik ps. Wiśka oraz śpiewaczki operowej – Katarzyny Suskiej-Zagórskiej.

Reklama

Wieczór zakończy się Apelem Jasnogórskim o godz. 21.00.

Organizatorzy: Klasztor Ojców Paulinów, Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana” – Oddział w Częstochowie oraz Radio Jasna Góra serdecznie zapraszają na spotkanie nie tylko kobiety!

Tagi:
ludzie

Dziadzio nie ubek

2018-11-28 11:01

Marek Jan Chodakiewicz
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 36-37

Będzie trochę prywaty, trochę kombatanctwa i trochę kopania biurwy. Dziadzio mojej żony – Alfred Łucjan Kalinowski (syn Łucjana i Julianny, ur. 10 maja 1924 r. w Tłuchowie) to żołnierz ZWZ, TAP, NSZ-AK i NZW. Pistolet. Nie dekował się, a był w pierwszej linii. I nigdy go nie złapali

Grzegorz Boguszewski
Alfred Lucjan Kalinowski

Instytut Pamięci Narodowej dopiero w XXI wieku trafił na jego ślad. W zasadzie wszystkich jego komendantów zabili albo Niemcy, albo komuniści. Ma 94 lata. Właśnie niedawno na jego temat ignorancki urzędas wypowiedział się, że był ubekiem, a ściślej „utrwalaczem władzy ludowej”. A było tak.

Alfred Kalinowski urodził się na północnym Mazowszu, w Ziemi Dobrzyńskiej, w okolicach Płocka, w Tłuchowie. We wrześniu 1939 r. jako 15-letni woluntariusz dołączył do samoobrony. Ograniczało się to głównie do zwalczania dywersji przyfrontowej, a w jego przypadku do pilnowania volksdeutschów – sąsiadów. Trwało to kilka dni, aż wszedł Wehrmacht. Władza niemiecka natychmiast ukarała wielu uczestników samoobrony. Część aresztowano. Jeden z powinowatych dziadzia, stryjeczny dziadek mojej żony – Zygmunt Jabłoński został ujęty, a potem zatłuczono go na śmierć.

W 1940 r. dziadzia Alfreda wraz z rodziną wysiedlono z gospodarstwa. A potem wysłano na przymusowe roboty do Rzeszy. Na szczęście było blisko, bo w Prusach, dokładnie w Grosse Werder w okolicach Gdańska. I bauer był łagodny. Wiosną 1941 r. dziadzio z robót przymusowych uciekł. Głównym powodem było to, że obawiał się Eindeutschung, czyli wymuszenia przyznania się do niemieckiego pochodzenia, a co za tym idzie – wcielenia do armii Trzeciej Rzeszy.

Uciekał właściwie bez przygód. Po prostu poszedł na stację, kupił bilety, kupił piwko, otworzył niemiecką gazetę i udawał, że jest wrogiem. Natknął się nawet na kolejarza ze szwabską gapą na czapie, a ten mu po polsku powiedział, jaki jest rozkład jazdy. Dziadzio wskoczył do pociągu i dojechał na Mazowsze. Potem przedostał się do swoich. Od tej pory prowadził nielegalne życie. Ukrywał się we własnej okolicy.

Niebawem wstąpił do konspiracji Związku Walki Zbrojnej. Po prostu taka organizacja była po sąsiedzku i do niej uciekiniera zarekomendowano. Jako spalony i poszukiwany został żołnierzem wypadówki dywersyjnej pod dowództwem plut. Stanisława Gujskiego („Stef”), komendanta placówki Łęg-Słupia w rejonie pułtuskim. Brał udział w kilkunastu wyprawach bojowych, zasadzkach i egzekucjach w rozmaitych miejscach – od Płocka, przez Pułtusk, do Sierpca.

Po pewnym czasie Alfred Kalinowski znalazł się w kręgach konspiracji narodowej, a ściślej Tajnej Armii Polskiej (TAP), tam, gdzie służył rtm. Witold Pilecki. Jego bezpośrednim komendantem został por. Stefan Broniarski („Liść”). Potem północnomazowiecki TAP (z dużą częścią ZWZ) wszedł właściwie w całości do Narodowych Sił Zbrojnych. Charakterystyczne jest to, że w narodówce wszyscy mówili do siebie „kolego” bądź „koleżanko”. Czasami do starszych zwracano się: „panie kolego”. Formalnie, oczywiście, funkcjonowały stopnie wojskowe, które władze oficjalnie po części uznały, gdy Narodowe Siły Zbrojne weszły w skład Armii Krajowej.

Wiosną 1944 r. cała wypadówka „Liścia” stała się wtedy oddziałem Kedywu AK Inspektoratu Płocko-Sierpeckiego. Tak jak poprzednio Alfred Kalinowski brał udział we wszystkich ważniejszych akcjach, m.in. na Ligenschaftsgut, czyli na majątek ziemski przejęty przez nazioli, gdzie AK-owcy przeprowadzili akcję likwidacyjną niemieckiego powiernika (Treuhänder) tych dóbr. Akcja była nieudana, wilczur Niemca rzucił się bowiem na 3-osobowy patrol i ostrzegł ujadaniem pana, który zaczął niedoszłych zamachowców ostrzeliwać wewnątrz dworu z pistoletu maszynowego. Dziadzio pamięta głównie walkę z rozjuszonym psem, którego w końcu udało się zabić bagnetem.

Północnomazowiecka AK, w tym Kedyw, szykowała się na pomoc Powstaniu Warszawskiemu, stoczono kilka potyczek z siłami okupacyjnymi, w tym z tzw. Ostlegionen – oddziałami kolaboranckimi składającymi się ze Słowian wschodnich (nagminnie, choć mylnie zwanymi „Ukraińcami” albo „własowcami”). W końcu dowództwo miejscowej AK zdecydowało, że pójście na pomoc Warszawie to samobójstwo. Oddział rozpuszczono w październiku, oprócz ścisłego jądra, w którym był też dziadzio Kalinowski. Dosłużył się w AK stopnia plutonowego.

W momencie wejścia Sowietów w styczniu 1945 r. „Liść” i jego podkomendni zostali postawieni przed faktami dokonanymi. Formalnie rozwiązano AK, ale w praktyce Kedywiacy wciąż uważali się za żołnierzy Polski Walczącej. Część z nich zdecydowała się kontynuować walkę czynną. „Liść” został najpierw zastępcą komendanta Podokręgu Północnego Narodowego Zjedoczenia Wojskowego, a następnie komendantem Okręgu Mazowsze Zachód NZW (lokalnie używającego wciąż nazwy NSZ).

Wiosną 1945 r. najbardziej palącą sprawą było – obok przeżycia – oczekiwanie na jakieś konkretne rozwiązanie. Wydawało się, że wszystko wisiało w powietrzu. Liczono naiwnie na interwencję Zachodu, a potem na cud Stanisława Mikołajczyka. W międzyczasie „Liść” rozkazał swoim chłopakom i dziewczynom zadekować się i być gotowymi na ponowną mobilizację. Dotyczyło to też Alfreda Kalinowskiego.

Ponieważ wiosną 1945 r. ogłoszono mobilizację do kierowanego przez komunistów wojska, dziadzio się zgłosił, aby tam się schować. Zrobił to jednak nie w Płocku czy Ciechanowie, ale w Olszytynie – daleko od domu. Rekrutował go przedwojenny oficer WP płk. dypl. Staszewski – szef sztabu 15. dywizji piechoty „ludowego” WP. Przydział dostał najpierw do oddziału przybocznego sztabu u por. Krzyżanowskiego w ramach 50. pułku piechoty, którym dowodził ppłk Jerzy Jotkowski. Ale wnet żandarmeria wywiozła cały oddział dziadzia do Suwałk, gdzie wcielono żołnierzy do samodzielnego batalionu artylerii (moździerzy 120 mm).

Latem 1945 r. jego baterię wysłano jako wsparcie do „zwalczania band” na terenie Augustowskiego. Ich porucznik, pochodzenia żydowskiego, odmawiał jazdy w szoferce i ze strachu siadał między kanonierami, i tytułował ich: „koledzy”. W budzie było bezpieczniej, w razie gdyby ciężarówka wpadła w zasadzkę powstańców antykomunistycznych. Pojeździli po bezdrożach i wrócili do koszar. Nic się nie stało. To był właśnie epizod „utrwalania władzy ludowej”.

Dziadzio naturalnie nie ujawnił nikomu swojej służby w AK ani prawdziwego stopnia. Gdy chciano go awansować z kanoniera na kaprala, zająknął się, niestety, o swojej prawdziwej szarży. To spowodowało natychmiastowy donos do Smersza (kontrwywiadu wojskowego komuny) i dziadzio wylądował w wojskowym areszcie śledczym w Olsztynie. Siedział pół roku. Potem przeniesiono go do karnej kompanii w Rembertowie, do należącej do pp. Welliszów fabryki „Pocisk”, czyli do byłego niemieckiego obozu jenieckiego, a następnie obozu NKWD, który wcześniej rozbiły oddziały poakowskie i wyzwoliły jeńców.

Alfred siedział w rembertowskim obozie do połowy 1946 r. Po wypuszczeniu go z wojska wrócił do domu i do podziemia antykomunistycznego. Formalnie był w NZW, a nieformalnie po prostu działał z kolegami i przyjaciółmi ze wszystkich grup, w tym ROAK, którego żołnierze w tych okolicach z czasem podporządkowali się strukturom narodowym.

Organizacyjnie dziadzio stał się żołnierzem 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Działał głównie na terenie rodzimej gminy Tłuchów. Brał udział w rozmaitych operacjach, głównie jako ustawiający i chowający, czyli w wywiadzie i logistyce. Tradycyjnie jednak dołączał się do akcji w miarę potrzeb. Na co dzień udawał prostego rolnika, a jak trzeba było, to chodził z chłopakami, takimi jak sierż. Wiktor Stryjewski („Cacko”) i inni. Zaopatrywał ich i ukrywał.

Kiedyś z wielkim zdziwieniem słuchałem opowieści dziadzia o tym, jak powstańcy antykomunistyczni „machnęli” komunistycznego sekretarza partii, Władysława Rypińskiego, w listopadzie 1947 r. Był on szefem czerwonego „szwadronu śmierci”, który porywał i mordował ludowców i ujawnionych żołnierzy podziemia, np. trzech braci Gujskich z Łęgu: Ryszarda, Juliana i Kazimierza. (Notabene, szef Rypińskiego z Gwardii-Armii Ludowej i PPR, Jakub Krajewski, w listopadzie 1945 r. porwał z banku spółdzielczego w Płońsku i zamordował kierownika tej placówki, a zarazem młodszego brata mego dziadka, Wacława Milczarczyka z PSL, w czasie niemieckiej okupacji konspiratora Stronnictwa Ludowego „Roch” w powiecie kraśnickim). Nikt nie mógł znać szczegółów operacji sprzątnięcia Rypińskiego. Wszyscy uczestnicy przecież nie żyli. A dziadzio Alfred znał, bo pewnie tam był, chociaż się tajemniczo na ten temat uśmiecha. Generalnie powstańcy z 11. GO NSZ zabili w walce 33 osoby z komunistycznego aparatu terroru. Zlikwidowano też 16 osób podejrzanych o donoszenie do czerwonych.

Zemsta komunistów była straszliwa. Ujęli „Liścia”, „Cacko” i innych. Rozstrzelali. Dla innych nie było przebaczenia. Powstańcy często woleli popełnić samobójstwo niż wpaść w ręce czerwonych. Wielką cenę płacili zwykli ludzie za pomoc powstańcom. Jak opisują Mariusz Bechta i Wojciech Jerzy Muszyński w pracy „Przeciwko Pax Sovietica. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i struktury polityczne ruchu narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944-1956” (Warszawa: IPN, 2017): „Życie oddało aż 22 żołnierzy [na 130 powstańców] z patroli bojowych 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Ujęto 103 osoby, a WSR orzekły karę śmierci wobec 24 konspiratorów – wyroki wykonano na 19 z nich. Kolejne 3 osoby zmarły podczas ciężkich śledztw. Represje objęły też wspierających podziemie cywilów – dotknęły one blisko 2000 osób (ponad 380 z nich otrzymało wyroki od roku do 15 lat pozbawienia wolności. Komuniści zagrabili przy tym mienie skazanych, konfiskując wszystko, co posiadali” (s. 250).

Tak wyglądało łamanie niezłomnych. Do tego należy dodać horror kolektywizacji wsi, z masowymi prześladowaniami, katowaniem rolników i ich rodzin, rozkułaczaniem i obozami. Ale nikt nie doniósł na Alfreda.

Dziadzio Kalinowski ożenił się w 1952 r. Poświęcił się gospodarstwu i rodzinie. Najbliższych uczył wiary katolickiej, o polityce czy swojej przeszłości nikomu nie opowiadał, nawet swojej żonie. Pamiętam, gdy babcia Kalinowska zaszokowana słuchała jednej z historyjek, którymi dziadzio mnie uraczył. Dopiero chyba w latach 70. ubiegłego wieku przyznał się do swego udziału w Armii Krajowej. Dopiero po 2000 r. IPN odkrył dziadzia i stopniowo zaczął opowiadać. Proszę pamiętać, jak głęboko komuna tkwiła u władzy na wsi.

1989 r. był przełomowy dla Alfreda Kalinowskiego. Uznał, że jest to dokładnie to samo, co było w 1956 r., czyli że komuna zaraz wróci do władzy. Uważał, że jeśli jest odwilż, to ma bardzo niewiele czasu, aby uczcić swoje koleżanki i kolegów, którzy polegli z rąk brunatnych i czerwonych. Postanowił wybudować pomnik dla nich w Tłuchowie. Zwrócił się do lokalnych władz o pozwolenie. Komuna powiedziała mu, że zgodzi się na to, o ile dziadzio wstąpi do kierowanej przez nich organizacji kombatanckiej – Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Alfred przystał na tę propozycję w maju 1989 r. Taka była cena upamiętnienia poległych.

Pomnik powstał, a potem następne na terenie gminy i okolic. Dziadzio w dużym stopniu używał swoich funduszy. W końcu kułak, nie? Ale ZBoWiD dziadzia zapisał jako „utrwalacza władzy ludowej”. Podstawa? Wyprawa ciężarówką „ludowego” WP w Augustowskie w 1945 r. Jak mówi Leszek Żebrowski, była to standardowa czynność biurokracji komunistycznej, aby poszerzyć szeregi ZBoWiD-u. Każdego wcielonego do „ludowego” WP zaliczano jako „utrwalacza”. A Leszek to wie, bo był szefem komórki weryfikacyjnej w Urzędzie do Spraw Kombatantów.

Niestety, ograniczona wiedza dała asumpt jakiemuś biurokracie, aby ignorancko storpedować próbę uhonorowania dziadzia państwowym orderem. Powinna być taka zasada, że najpierw bada się wniosek, a potem wydaje się ocenę. Dziadzio nie ubek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Relikwie św. Ojca Pio na Jasnej Górze

2018-12-12 08:28

oprac. BPJG

Relikwie św. Ojca Pio były wystawione w jasnogórskiej bazylice we wtorek, 11 grudnia od godz. 19.00, i obecne były podczas comiesięcznego, nocnego czuwania mieszkańców arch. częstochowskiej, łódzkiej i diec. sosnowieckiej.

Monika Książek/Niedziela
Posłuchaj: Relikwie św. Ojca Pio

Wyjątkowe relikwie pierwszego stopnia świętego Stygmatyka prosto z San Giovanni Rotondo we Włoszech to: habit, rękawiczka, którą okrywał stygmat dłoni, oraz chusty osłaniającej niegdyś krwawiący bok.

Monika Książek/Niedziela

W dniach 5-10 grudnia 2018 r. miała miejsce peregrynacja po Polsce znaków życia i świętości świętego Ojca Pio w ramach kończących się obchodów jubileuszu 100-lecia od otrzymania przez niego stygmatów oraz 50-lecia przejścia do domu Ojca. Cudowne relikwie odwiedziły Szczecin, Poznań, Warszawę i Terliczkę (k. Rzeszowa), Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach oraz celę śmierci św. Maksymiliana w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Wydarzenie to, zarówno dla czcicieli świętego Stygmatyka, jak i dla tych, którzy pragną poznać jego duchowość, przygotowała Krakowska Prowincja Kapucynów.

Monika Książek/Niedziela
CZYTAJ DALEJ

Reklama

LMW zaprasza na uroczyste otwarcie zmodernizowanej wystawy

2018-12-12 21:27

Magdalena Poradzisz - Cincio

W związku z realizacją projektu „Modernizacja wystawy stałej Żołnierz Polski 1914-1945 w stulecie odzyskania niepodległości” w Lubuskim Muzeum Wojskowym w Drzonowie trwają intensywne prace związane z aranżacją nowej wystawy stałej.

Archiwum LMW

Stara wystawa została całkowicie zdemontowana, sala wyremontowana (pomalowano ściany, odnowiono podłogi). Wszystkie eksponaty prezentowane będą w nowoczesnych gablotach, wykonanych według najnowocześniejszych norm bezpieczeństwa.

Realizacja projektu umożliwi stworzenie nowej aranżacji wystawy stałej uzupełnionej nowoczesnymi środkami przekazu oraz wprowadzenie narracji, która kształtować będzie świadomość historyczną odbiorców. Nowe gabloty podniosą bezpieczeństwo prezentowanych zbiorów, w tym broni palnej oraz umożliwią ich atrakcyjniejszą aranżację. Tłem, a zarazem środkiem przekazu, będą duże wydruki zdjęć wielkoformatowych, wykonanych z cyfrowej kopii zdjęć archiwalnych z naszych zbiorów. Wydruki umieszczone zostaną na tylnych ścianach gablot.

Wystawie towarzyszyć będzie bogato ilustrowany katalog.

Zmodernizowana wystawa przedstawiać będzie następujące bloki tematyczne:

1. Polski czyn zbrojny w I wojnie światowej oraz okresu wybijania się na Niepodległość i walk o granice z lat 1914-1921;

2. Wojsko Polskie II RP (w tym bloku szczególnie wyróżnione będą m.in. polskie pistolety Vis. W zbiorach naszej placówki znajduje się unikatowy, pochodzący z prototypowej serii pistolet Vis wz. 32);

3. Wojna Obronna 1939 r.;

4. Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie i wyposażenie wojsk alianckich;

5. Udział lotników polskich w II wojnie światowej;

6. Walki o Monte Cassino;

7. Polskie Państwo Podziemne i Powstanie Warszawskie;

8. Wyposażenie i uzbrojenie wojskowe Państw Osi;

9. Ludowe Wojsko Polskie i jego udział w ofensywie radzieckiej lat 1944-1945;

10. Kobiety–żołnierze.

Na uroczyste otwarcie zmodernizowanej wystawy "Żołnierz Polski 1914-1945" zapraszamy tuż po świętach - 27.12.2018 o godz. 13.00. Wstęp wolny!

Projekt "Modernizacja wystawy stałej Żołnierz Polski 1914-1945 w stulecie odzyskania niepodległości" został dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem