Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Marzec ’68 oczami studenta Politechniki Warszawskiej

2018-02-28 10:37

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 9/2018, str. 36-38

PAP/CAF – Tadeusz ZagoździńskI
Protestujący przed Politechniką Warszawską, marzec 1968

Na Politechnice Warszawskiej mieliśmy znakomitych profesorów. Często zaczynali oni wykład od powiedzenia jakiegoś żartu. Spróbujmy ich naśladować

W końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku krążył po Warszawie taki dowcip: Jakie były trzy najważniejsze wydarzenia w historii Polski Ludowej i dlaczego? Poprawna odpowiedź brzmi: wojna sueska, wojna sześciodniowa i wojna Jom Kippur, gdyż po wojnie sueskiej (1956 r.) otwarły się bramy więzień dla skazanych za przestępstwa polityczne i nie wykonywano już za nie wyroków śmierci; po wojnie sześciodniowej (1967 r.) Polska Zjednoczona Partia Robotnicza straciła 90 proc. swojego potencjału intelektualnego, a po następnej wojnie – Jom Kippur (1973 r.) ludzie wywodzący się ze środowisk komunistycznych stali się wiodącą częścią opozycji przeciw tejże władzy, zaś jej reprezentanci zgromadzeni w warszawskim kościele św. Marcina śpiewali słowa najbardziej patriotycznej modlitwy, jaka istnieje w literaturze polskiej – to jest „Pieśni konfederatów barskich” Juliusza Słowackiego. Jest to oczywiste przerysowanie, lecz zawiera wiele prawdy, a bez wojny sześciodniowej nie byłoby protestów marcowych w Polsce w 1968 r. Historia PRL-u to ciąg bitew i układów, konfliktów i kompromisów między nurtami polskiej lewicy, przy czym znaczenia wyrazu „polska” nie należy tu rozumieć zbyt dosłownie. Ostateczne pojednanie nastąpiło przy Okrągłym Stole i w Magdalence, w wyniku czego po przeprowadzeniu kilku socjotechnicznych procedur w miejsce PRL-u powołano III Rzeczpospolitą. Za parawanem z napisem „Solidarność” utworzono system społeczno-ekonomiczny oparty na negacji wartości, które to słowo oznacza, i z całkowitym lekceważeniem nauczania społecznego Kościoła, za to z konsekwentnym wdrożeniem neoliberalnych dogmatów. Pomimo dwóch lat dobrej zmiany skutki tego procesu są dominujące także dzisiaj.

Zaczęło się od „Dziadów”

Poszukajmy źródeł studenckich protestów z marca 1968 r.

Jako pretekst do nich posłużyło zdjęcie z afisza Teatru Narodowego Mickiewiczowskich „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka. Organizatorom manifestacji przy pomniku Mickiewicza do żarliwego patriotyzmu polskiej literatury romantycznej było tak samo daleko jak uczestnikom ruchu Duszpasterstwa Akademickiego do ideologii Lwa Trockiego. Wokół tego wydarzenia toczyła się wyrafinowana gra polityczna. Czy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jest to wielostopniowa prowokacja, skonstruowana w taki sposób, że jedna otwiera drugą, a ostatnia detonuje wybuch społeczny? Na pewno nie. Zadajmy pytanie: Czy gdybyśmy o tym wiedzieli, postąpilibyśmy inaczej i nie skorzystali z okazji do okazania naszego sprzeciwu wobec zakłamania i zniewolenia systemem komunistycznym? Odpowiedź jest jednoznaczna: postąpilibyśmy tak samo.

Reklama

W Dużej Auli Gmachu Głównego

Dzień 8 marca 1968 r., piątek, nie zapowiadał się jakoś specjalnie. Byłem wtedy na drugim roku elektroniki i już zaczęły się przedmioty, które w nazwie miały słowo „teoria”, co oznaczało, że nie będzie łatwo, a za to bardzo abstrakcyjnie. Nieliczne na wydziale koleżanki odbierały życzenia od wykładowców i od nas, swoich kolegów. Wróciłem późno do domu, chyba nawet nie bardzo wiedząc, że coś się dzieje w mieście. Następnego dnia mieliśmy studium wojskowe i aby zdążyć na poranny apel, musiałem wyjść z domu o szóstej rano. Jednak zaraz po przekroczeniu bramy dziedzińca przy ul. Koszykowej zrozumiałem, że wydarzyło się coś istotnego. Koledzy, zamiast doczyszczać buty i poprawiać płaszcze, głośno dyskutowali, dołączyłem do nich. Po chwili wiedziałem już o manifestacji przeciw cenzurze i w obronie demokracji na Krakowskim Przedmieściu przed uniwersytetem, interwencji ORMO, pobitych ludziach i wielkim wzburzeniu w całym środowisku studenckim Warszawy. W trakcie zajęć wojskowych zostaliśmy ostrzeżeni przed włączeniem się w protesty i pochody uliczne. Bardzo jasno zostało nam przypomniane, że kiedy jesteśmy w mundurach, podlegamy wszystkim regulaminom i karom tak jak żołnierze służby zasadniczej. W to nie wątpiłem. Jednak po zajęciach, zamiast wrócić do mieszkań lub akademików, pomaszerowaliśmy w kierunku Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej. Tak samo zachowali się koledzy z wydziałów mechanicznych przy ul. Narbutta. (Podobnego zjawiska w o wiele większej skali doświadczyłem 10 kwietnia 2010 r., kiedy przed Pałacem Prezydenckim znalazła się cała patriotyczna Warszawa. Chociaż nikt nam o tym nie mówił, wiedzieliśmy, że właśnie tam trzeba się znaleźć tamtego dnia). Duża Aula wrzała, przez dwa tygodnie będzie ona centrum naszych protestów. Ktoś przemawiał z krużganka na pierwszym piętrze, ale jego głos ginął w szumie i przestrzeni auli. Organizatorzy nie mieli zgody na nagłośnienie. Zrozumiałe były tylko hasła: „prasa kłamie!”, „demokracja!”, skandowane co jakiś czas przez zgromadzonych. Niektórzy darli gazety, tak że była nimi zasłana cała posadzka auli. Po godzinie takiego wiecowania wyszliśmy pochodem ul. Polną w kierunku redakcji „Życia Warszawy”, lecz drogę zastąpiło nam ZOMO, nacierając na czoło pochodu. Cofnęliśmy się i rozproszyli w różnych kierunkach. Wraz z dużą grupą kolegów zostałem zepchnięty w ul. Mokotowską i po krótkim biegu znalazłem się w kościele Najświętszego Zbawiciela. Starszy pan kościelny wskazał nam drogę przez zakrystię do ul. Marszałkowskiej, wskoczyłem do nadjeżdżającego tramwaju lub autobusu i po czterdziestu minutach byłem w domu. Włączyłem radio i gorączkowo dzieliłem się z obecnymi swoimi wrażeniami. Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa nadawała program specjalny poświęcony protestom studenckim. O pełnej godzinie przebiegłem wskazówką po skali odbiornika. Wszystkie anglojęzyczne serwisy informacyjne zaczynały się od słów: „Students of the Warsaw University of Technology”. Poczułem się świadkiem historii. Następny tydzień na uczelni był zupełnie inny niż wszystkie dotychczasowe. Wykłady, ćwiczenia, laboratoria niby odbywały się według rozkładu, ale jakby zeszły na drugi plan. Zmieniła się nawet ulica, pojawili się młodzi ludzie w akademickich czapkach wyprodukowanych błyskawicznie przez stołecznych rzemieślników. (A jak wspaniale wyglądały w nich studentki warszawskich uczelni! – chociaż minęło już pięćdziesiąt lat, pamiętam, jakby to było wczoraj. Szkoda, że ta moda minęła tak szybko). Co dwa-trzy dni odbywały się wiece w Dużej Auli politechniki podobne do pierwszego, czytano komunikaty z różnych ośrodków akademickich, gdzie również trwały protesty. Na jeden z wieców była nawet zgoda rektora, lecz coraz częściej mówiło się o strajku. Mniej czasu poświęcaliśmy nauce, chociaż studia na politechnice bardzo ceniliśmy i pomimo ponurej atmosfery czasów „późnego Gomułki” były one dla nas nadzieją na lepsze życie i ciekawszą przyszłość.

Prowokacje

Z bardzo pozytywnym przyjęciem ze strony zgromadzeń studenckich na politechnice spotkała się interpelacja sejmowego koła ZNAK-u opublikowana w naszej obronie 11 marca, skandowaliśmy hasło „Brawo Znak!”. Nie znaliśmy wówczas świadectwa uczestnika Soboru Watykańskiego II o. Jerzego Tomzińskiego, który w wywiadzie udzielonym w 2013 r. red. Lidii Dudkiewicz dla tygodnika „Niedziela” powiedział: „Na Placu św. Piotra rozdawano ulotki skierowane przeciwko kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Sugerowano w nich, żeby został w Rzymie i nie wracał do Polski. Akcja była przygotowana przez przedstawicieli tzw. Kościoła otwartego. Gdy Watykan zauważył, co się dzieje, zostali oni wyrzuceni. Wśród osób zaangażowanych w akcję ulotkową przeciwko kard. Wyszyńskiemu był człowiek, który w 1989 r. piastował jedno z najważniejszych stanowisk w państwie”. Jest tu mowa o Tadeuszu Mazowieckim i jego środowisku. Nie znaliśmy też prawdziwego oblicza Jerzego Zawieyskiego, ukazanego w ważnej książce Joanny Siedleckiej „Biografie odtajnione”. Gdybyśmy mieli tę wiedzę, nasz entuzjazm wobec ZNAK-u byłby pewnie mniejszy. Obecnie IPN zaczął publikować zapiski „Pro memoria” kard. Wyszyńskiego. Mam nadzieję, że poszerzą one naszą wiedzę także na ten temat.

Zastanówmy się jeszcze, jakie były motywy tego, że Kazimierz Dejmek, członek PZPR, wyreżyserował płomienny manifest polskiego patriotyzmu na kanwie „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ten twórca w 1966 r. włączył się swym świetnym warsztatem przez reżyserię dramatu „Namiestnik” w atak na Kościół katolicki prowadzony przez komunistów z okazji obchodów tysiąclecia polskiej, chrześcijańskiej państwowości . Utwór ten w stopniu zakłamania może być porównywalny jedynie do książek Jana T. Grossa i dotyczy podobnej tematyki.

Odpowiedź nie jest trudna – pewna część elit ówczesnej władzy poczuła zagrożenie dla swojej pozycji i gotowa była wykorzystać piękne dążenie młodych Polaków do wolności i prawdy, aby tych swoich pozycji bronić. Można tu przerzucić pomost analogii między protestami studenckimi z 1968 r. a organizowaną w ciągu ubiegłych dwóch lat kampanią ulicznych marszów i pochodów. Celem jest interes tych samych elit albo bardzo podobnych, tyle że w następnym pokoleniu. Hasła także brzmią znajomo: „Demokracja”, „Wolność mediów”, tyle że nie ma w nich mocy prawdy, dlatego protesty te tak szybko wygasają.

Strajk okupacyjny

Najmocniejszym, ale zarazem ostatnim aktem naszego protestu był strajk okupacyjny w Gmachu Głównym. Zaczął się 21 marca w czwartek. Poranne zajęcia jeszcze się odbywały, jednak do demonstrujących w aulach Gmachu Głównego dołączało coraz więcej studentów, którzy rezygnowali z udziału w wykładach, ćwiczeniach, a nawet w laboratoriach. Pamiętam, że pierwszego strajkowego wieczoru uchwalaliśmy odezwę wyjaśniającą cel naszego protestu. Był on bardzo prosty: nie chcemy fałszu, zakłamania, obłudy w życiu społecznym, także w państwowym przekazie informacji. Chcieliśmy żyć w prawdzie. Intuicyjnie czuliśmy to, co tak pięknie wypowiedział Jan Paweł II w Olsztynie w 1991 r.: „Nie ma prawdziwej wolności bez prawdy. Tylko prawda czyni wolnymi”. I dalej w tej samej homilii: „Poza prawdą wolność nie jest wolnością. Jest pozorem. Jest nawet zniewoleniem”. Trudno jest żyć w zniewoleniu, mając dwadzieścia lat.

Niekiedy mówi się jednym tchem o protestach studenckich w 1968 r., które objęły całą Francję, Niemcy, a także Polskę, o ich podobieństwie czy nawet tożsamości. Nic bardziej błędnego. Polscy studenci w 1968 r. nie dopominali się „wolności od pasa w dół”, a właściwie społecznej akceptacji tak rozumianej wolności, jak robili dwa miesiące później ich zachodnioeuropejscy rówieśnicy. Mówiąc prościej, celem wystąpień studenckich w Paryżu czy Monachium było wykreślenie z Dekalogu szóstego przykazania. Udało się to znakomicie, a później usuwano kolejne, tak że dziś aborcja czy eutanazja nikogo już nie dziwią. Po 50 latach od skruszenia tego wiersza na kamiennych tablicach Przymierza pozostał już tylko jeden: „Nie kradnij”, z uzupełnieniem: „jeśli nie potrafisz”.

Powróćmy do strajku. Głodni nie byliśmy, warszawiacy dożywiali nas, jak mogli. Jednak brak elementarnych warunków utrzymania higieny osobistej był wielkim problemem, chyba bardziej dotkliwym niż w zakładach pracy podczas strajków w następnych dekadach. Kolejnego dnia, w piątek, liczba strajkujących ciągle wzrastała, jednocześnie wokół Gmachu Głównego zgromadzili się warszawiacy w manifestacji poparcia. Poczuliśmy się silni. Jednak wrażenie to uleciało natychmiast, kiedy wieczorem rektor ogłosił ultimatum min. Henryka Jabłońskiego. Jeżeli studenci nie opuszczą budynków do godziny dziewiątej, politechnika będzie rozwiązana i w przyszłości zostaną ogłoszone nowe zapisy. Wśród strajkujących zapanowała konsternacja. Niektórzy zaczęli wychodzić. Wówczas przemówił do nas były rektor prof. Jerzy Bukowski, w jego wypowiedzi brzmiało zrozumienie dla naszej postawy i dużo ciepła. Dostał oklaski, jest też jego zasługą, że strajk zakończył się bez ofiar. Naciski i pogróżki stale się nasilały, a porzucanie strajku było już masowe. Ostatni studenci wyszli ok. czwartej rano wśród szpalerów ZOMO, głośno szurając nogami. Głębokie poczucie klęski było wśród nas powszechne. Gdy po dziesięciu latach rozmawialiśmy o tym w koleżeńskim gronie, jeden z nas wypowiedział następującą myśl: „Gdyby w ataku ZOMO na politechnikę zgięli studenci, nie byłoby tragedii grudniowej”. Trudno o tym mówić, ale zupełnie nie byliśmy wówczas na to przygotowani. Na pewno ogromnie daleko było nam do takiej determinacji, jaką mieli robotnicy w 1980 i 1981 r., którzy dążąc do wolności, gotowi byli na śmierć. W następnych dniach protesty zaczęły stopniowo wygasać w całym kraju, a na Politechnice Warszawskiej po tygodniu wznowiono zajęcia, trzeba było zabrać się za robotę. Niestety, nie wszyscy mieli taką możliwość. W ramach represji usuwano studentów z uczelni, innych wcielano do Ludowego Wojska Polskiego.

Po drugim roku obowiązywał studentów obóz wojskowy. Gdy dojechaliśmy do wyznaczonej nam jednostki wojskowej, okazało się, że kilku z nas brakuje. Powiedziano nam, że koledzy wyemigrowali. Dla mnie było to przykre zaskoczenie, nie miałem pojęcia o ich pochodzeniu i zupełnie mnie ono nie interesowało. Taki temat w ogóle nie istniał, jednak wielu z nas nieco zazdrościło im przygody, otwartego świata i możliwości studiów na bogatych zachodnich uniwersytetach.

W historycznych relacjach na temat protestów marcowych zwykle całkowicie pomija się znaczenie Duszpasterstwa Akademickiego, tego przy kościele św. Anny i innych. Moim zdaniem, niesłusznie. Przychodziłem wówczas na spotkania takiej grupy w parafii na warszawskiej Pradze, gdzie proboszczem był ks. Stefan Niedzielak, zamordowany w 1989 r. Było nas około trzydziestu studentów różnych uczelni i kilka pracujących już osób. Niech nam to będzie wybaczone, ale od 8 marca żaden program nie był już realizowany, nie było nawet chętnych do zaśpiewania piosenki o. Duvala. Trwały nieustająca wymiana doświadczeń z protestów i dyskusje o tematyce społecznej. Towarzyszył nam w nich charyzmatyczny kapłan ks. Henryk Szczypiński, który mówił: „żałuję, że nie mogę teraz tam być razem z wami”. Ten miesiąc studenckiej wiosny przygotował wielu z nas do przyszłej aktywności społecznej i zaowocował w czasie Solidarności.

50 lat później

W 50. rocznicę marcowych protestów jako Stowarzyszenie Absolwentów organizujemy spotkanie z udziałem władz Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej oraz prof. Jerzego Eislera, historyka, autora monografii „Polski rok 1968”, który odświeży nasze wspomnienia. Ogólnej dyskusji jednak nie przewidujemy. W przeciwieństwie do czasów studenckich nasze poglądy bardzo się różnią i aby uniknąć zbyt gorących polemik, ograniczymy się do rozmów w mniejszych zespołach. Trochę mi będzie tego brakowało, bo chętnie bym wyraził swoją radość, że dziś Polska upodabnia się do tej, która była celem naszych wystąpień 50 lat temu, troszczy się o prawdę w życiu społecznym, ale też o prawdę historyczną i związany z nią wizerunek państwa, o byt rodziny, o naukę i nauczanie. Mam też nadzieję, że dzięki wprowadzanym reformom szkolnictwa wyższego Politechnika Warszawska już wkrótce przesunie się w światowych rankingach uniwersytetów z miejsc z przedziału 601-650 chociaż do pierwszej pięćsetki.

***

W 1968 r. autor artykułu był studentem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej i uczestnikiem wydarzeń marcowych. Tekst składa się z obrazów zachowanych w jego pamięci, wspartych jedynie rozmowami z koleżankami i kolegami z uczelni. Jest wyrazem osobistych poglądów autora.
Redakcja

Idę po śmierć, idę po życie

2018-11-28 11:01

Z ks. Piotrem Pawlukiewiczem – słynnym rekolekcjonistą, zmagającym się z ciężką chorobą – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 18-20

Ks. Piotr Pawlukiewicz to jeden z najbardziej znanych polskich rekolekcjonistów.
Na spotkania z nim przychodzą wielkie rzesze wiernych. Znany jest również z niedzielnych kazań podczas Mszy św. transmitowanej przez Polskie Radio. W wyjątkowym wywiadzie dla „Niedzieli” opowiada o swojej chorobie, o tym, jak przygotować się na śmierć, i dlaczego warto dążyć do świętości

youtube

KRZYSZTOF TADEJ: – „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” – to tytuł najnowszej Księdza książki. Dlaczego tak wysoko stawia Ksiądz poprzeczkę? Nie lepiej powiedzieć: „Czyń więcej dobra” lub po prostu: „Bądź lepszy”?

KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ: – Wysoko to nie znaczy ponad ludzkie możliwości. Co to znaczy być świętym? Jeśli ktoś myśli, że święty to ten, kto nie popełnia błędów, że to chodzący ideał, to rzeczywiście za wysoko stawiam poprzeczkę. Ona będzie nieosiągalna nawet dla papieża. Ale dla mnie święty to ten, kto dąży do świętości. Małymi krokami – dwa centymetry na godzinę, milimetr na rok. Idzie do świętości, a jak się cofnie, upadnie, zgrzeszy, to z pokorą podejmuje decyzję, żeby nadrobić stracony dystans. Wraca na poprzednią drogę, mozoli się, żeby osiągnąć łączność z Chrystusem.

– Czym zatem jest świętość?

– Świętość to wybór. Nieraz młodzież pyta: „Po co się spowiadać?”. „Po co się spowiadać, skoro i tak zgrzeszę, upadnę, zawiodę w różnych sytuacjach? Po co się spowiadać, skoro ciągle wracam do grzesznego życia?”. Zawsze odpowiadam: nasze decyzje dotyczą tego, na co mamy wpływ; tego, co możemy wybrać.

– Co dokładnie ma Ksiądz na myśli?

– Każdy z nas ma zaplanowany dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Mniej więcej wiemy, co będziemy robili w tym dniu, czy coś dobrego, czy złego. Nikt nie wie, czy popełni zło np. w 2054 r. Nie wiemy, co będzie się działo w dalszej przyszłości. Odpowiadamy za to, nad czym mamy władzę. Jeśli ktoś pyta: „Po co się spowiadać, skoro znów zgrzeszę?”, to ja pytam, czy planuje grzech. Jeśli planuje, to rzeczywiście jest kiepsko. Jeśli natomiast w dniach, nad którymi mamy władzę, nie planujemy grzechu, to w tym momencie stajemy się święci. W pełnym znaczeniu tego słowa.

– Kiedyś, mówiąc o świętości, opowiadał Ksiądz o filmie, którego bohaterem był Gandhi...

– Jest w tym filmie scena, jak Hindusi idą do fabryki. Angielska policja wali ich pałkami po głowie. Potem stojące kobiety obmywają im rany, a oni na nowo ustawiają się w kolejkę i idą do fabryki. I znowu dostają w głowę, i znowu kobiety obmywają im rany, i tak w kółko. To jest symbol naszej drogi do nieba. Szatan daje nam po głowie, a Kościół robi opatrunek. Opatruje sakramentem, Eucharystią, miłością bliźniego. Potem szatan znowu daje nam po głowie i Kościół znowu nas leczy. Świętym nie jest ten, kto siedzi obok i krytykuje: „I co ci to da?”. Świętym jest ten, kto uporczywie zmierza do Pana Boga. Spójrzmy na Piotra. Dlaczego był święty? Przecież nic nie umiał, nic mu nie wyszło oprócz jednego. Oprócz wracania do Pana Boga. Wielu ludzi jest pysznych. Wstydzą się spowiedzi. Wychodzą na ring tylko wtedy, gdy wiedzą, że wygrają. A jeśli mają cień podejrzenia, że mogą przegrać, to nie podejmują w ogóle walki. Ja zachęcam do walki.

– Nieraz słyszymy, że człowiek, który grzeszy, nie będzie szczęśliwy. To dlaczego ludzie grzeszą?

– Bo to jest na początku bardzo atrakcyjne. Dlaczego jeszcze? Ludzie są pyszni, pokazują płytką dumę, nieraz pokazują, „kim to ja nie jestem”. I wadzą się z samym Bogiem. Kiedyś zapytano żebraka przed katedrą w Warszawie, ile dziennie zarabia. Odpowiedział, że w niedzielę do dwustu złotych. Pytający był zdumiony: „Jak to?! Pan tak sobie tylko siedzi i zarabia aż dwieście złotych? To przecież niesamowite!”. Żebrak odpowiedział krótko: „Bo ludzie są głupie!”. No i my grzeszymy dlatego, że też jesteśmy „głupie”. Wydaje nam się, że obietnica diabła to jakaś superoferta, coś nadzwyczajnego. A kończy się jak zwykle: płaczem, łzami, wyrzutami sumienia i uświadomieniem sobie własnej głupoty.

– W najnowszej książce pisze Ksiądz, że wiele osób jest niezadowolonych. I dzieje się tak bez względu na to, co mają i czym się zajmują. Ciągle coś nam przeszkadza. To jak znaleźć szczęście? Zaakceptować życie takie, jakie jest? Jeśli np. widzimy coś złego w Kościele, to mamy się nie odzywać, tylko kochać Kościół bez względu na to, co się w nim dzieje?

– Kiedy podczas rejsu ktoś nagle krzyknie, że w okręcie jest dziura, to raczej wszyscy rzucą się do roboty pod kierunkiem kapitana, żeby mieć szansę wyjść z tego cało. Mamy kochać Kościół takim, jaki jest. Nigdy nie był doskonały. Zawsze byli w nim grzesznicy, bo Kościół jest szpitalem. Człowiek, który grzeszy, jest w szpitalu. Jest chory i znajduje pomoc. Nieraz słyszę: „Tamten facet chodzi do kościoła, a przecież grzeszy. Wieczorami kłóci się z żoną”. Odpowiadam: „Ale jakby nie chodził do kościoła, to może by ją zabił?”. Ja, gdybym codziennie nie chodził do kościoła, na pewno byłbym gorszy, niż jestem, na pewno trochę bym rozrabiał. Kościół nas leczy. Pan Jezus jest ordynatorem, Matka Boża – pielęgniarką.

– Wróćmy do tych osób niezadowolonych z życia. Czy można znaleźć szczęście już teraz? W miejscu, w którym żyjemy, i w warunkach, w których się znajdujemy?

– Oczywiście. Kiedyś czytałem wspomnienia jednej z więźniarek z Ravensbrück. Napisała, że nigdzie nie spotkała tak wspaniałych ludzi jak tam – życzliwych, pomocnych, z otwartym sercem. Mówiła o swoich towarzyszkach, że to aniołowie chodzący po ziemi. Tam więźniarki pomagały sobie nawzajem. Gotowe były oddać za siebie życie. I chwaliły Boga za dobro, które przekazywał przez ich serca.

– Nie zawsze łatwo odnaleźć szczęście. Ktoś np. dowiaduje się, że jest chory na nowotwór, ma przerzuty i zostało mu kilka miesięcy życia. Jak ma odnaleźć szczęście?

– Wszystko zależy od tego, czy ta osoba jest przygotowana na śmierć. Każdy z nas ma się przygotowywać do tej chwili. Godzina śmierci jest najważniejsza, bo w niej dokonamy ostatecznego wyboru. Wybierzemy szczęście albo, nie daj Boże, piekło. Niektórzy pójdą do piekła z własnej chęci, z własnej woli na złość Panu Bogu. Tak Go nienawidzą. Nienawiść zatruwa człowieka. Człowiek nieraz z nienawiści potrafi cierpieć tylko po to, żeby innemu zadać ból.

– Wróćmy do człowieka, który się dowiedział, że ma nowotwór.

– Człowiek powinien być przygotowany, że może stać się inaczej, niż sobie tego życzymy. Gdy składamy życzenia, często słyszymy: „wszystkiego najlepszego”, „niech ci się wiedzie”, „powodzenia”, zdrówka, zdrówka, a przede wszystkim zdrówka”. Trzeba być przygotowanym, że może być inaczej, i życzyć ufności Chrystusowej. Kiedyś mój kolega ksiądz opowiadał, że w dzieciństwie, kiedy jechał rowerem, ciężarówka przycisnęła go do krawężnika. Przewrócił się z wielkim hukiem, rozbił kolano i zapłakany wrócił do domu. Mama spytała, o czym myślał, gdy ta ciężarówka na niego jechała. Była przekonana, że usłyszy o mamusi i tatusiu. Ale tak nie odpowiedział. To są chwile, kiedy trzeba myśleć o Bogu. Gdy spotyka nas takie nieszczęście jak nowotwór, myślmy o Bogu.

– Pojawiają się pytania: „Dlaczego ja? Skoro Bóg jest wszechmogący, może mi przecież pomóc; dlaczego nie pomaga?”. Czy są dobre odpowiedzi na takie pytania?

– Oczywiście, można znaleźć odpowiedź. Zależy to od konkretnej sytuacji. W niejednym domu nastąpiły zgoda, pojednanie, otwarcie oczu na coś, czego się wcześniej nie dostrzegało, tylko dlatego, że ktoś z pokorą przyjął śmierć. Takie osoby mogą zrobić dużo dobrego. Dostały oręż do czynienia dobra. A śmierć przecież i tak kiedyś nastąpi.

– Śmierć, która niczego nie kończy. Można powiedzieć: Idę po śmierć, czyli idę po życie?

– Życie się nie kończy, ale się zmienia. Idę po śmierć, idę po życie. Tak, to dobre określenie. Na pogrzebie mówi się o człowieku, który umarł. Ale przecież to my umieramy, a on żyje. Ilu rodziców, ojców, matek bierze dzisiaj Biblię do ręki i rozmawia z dzieckiem o zmartwychwstaniu? Posłużę się przykładem. Na dworcu kolejowym możemy zobaczyć tunel. Na peronie ptak dziobie okruszki. Mógłby wlecieć w ten tunel i znaleźć dużo jedzenia. Ale się boi. My też tak żyjemy. Nasze okruszki to samochód, DVD, komputer. Dziobiemy, a ciasny tunel prowadzi do życia wiecznego. Tylko że młodzi ludzie wiedzą jedno: liczy się kasa. Jedyną powszechną ideologią w Polsce jest materializm praktyczny. My tu sobie rozmawiamy, a tymczasem w Polsce odbywa się, powiedzmy, kilka tysięcy rozmów o pieniądzach. Jak mało mam kasy, jak bardzo potrzebuję kasy, gdzie można więcej zarobić...

– Co Ksiądz mówi tym, którzy tylko o tym myślą?

– Puknijcie się w głowę! Wjechaliście w ślepą uliczkę. Ona jest bajecznie kolorowa, śliczna, ale na końcu okaże się, że jest ślepa. Nie zaprowadzi nikogo do szczęścia. Godzinami mogę opowiadać o ludziach, którzy teoretycznie powinni być nieszczęśliwi, a jednak jest inaczej. Ostatnio np. fotografowano siostrę zakonną, która ma sto lat. Szukano oblicza starego człowieka na okładkę książki. Siostra zapytała, o czym jest ta książka. Usłyszała, że o ludziach starych, smutnych, chorych. Podziękowała. „To nie dla mnie i nie o mnie”. Miała pokój w sercu. Była szczęśliwa.

– Był Ksiądz kiedyś kapelanem w szpitalu. Widział, jak ludzie odchodzą z tego świata. I przyszła ta chwila, kiedy to Księdza dotknęła choroba. Jak to Ksiądz przeżywa?

– Na razie raczej z humorem. Nie załamuję się. Lubię rozmawiać z Panem Bogiem po wojskowemu, chociaż nigdy w wojsku nie byłem. Wyobrażam sobie, że Pan Jezus mówi o chorobie: „Pawlukiewicz, masz nowego przyjaciela”. Odpowiadam: „Tak jest!”. I żyję dalej.

– Boli?

– Bólu nie czuję. To ograniczenie ruchowe, brak koordynacji. Przewróciłem się już może z 30, 40 razy.

– Czyli żartów nie ma?

– Bywa niebezpiecznie. Jak upadam, np. ze schodów, to myślę, żeby jakoś ręce pochować i przyjąć ciałem ciężar uderzenia.

– To choroba Parkinsona?

– Tak.

– Można ją zatrzymać?

– Można ją spowolnić i to się w dużym stopniu udaje. Ale po jakimś czasie zawsze sunie do przodu. Pół milimetra, centymetr, ciągle dalej.

– Kiedy Ksiądz się zorientował, że jest poważnie chory?

– W 2007 r. Przy goleniu zadrżała mi ręka. Nie mogłem precyzyjnie dotykać maszynką twarzy. Potem był problem z wyciągnięciem chusteczki do nosa albo portfela z kieszeni. Z trudem myłem zęby. Ale jeszcze wtedy były to drobne dolegliwości. Teraz jest inaczej. Szukam jednak pozytywnych stron. Jestem wzruszony opiekuńczością sióstr zakonnych, kapłanów, ludzi świeckich. Przychodzą, pytają, czy w czymś mi pomóc, czy dokądś podwieźć, coś kupić. Te codzienne doświadczenia kontrastują z obrazem polskiego kleru, który ostatnio przedstawił jeden z reżyserów. Ja widzę codziennie inny świat i jestem nim pozytywnie zaskoczony.

– Czy boi się Ksiądz śmierci?

– Teraz nie (uśmiech). Siedzimy sobie w miły jesienny wieczór. Miło się rozmawia, jest przyjemnie. Ale jak przyjdzie lekarz i powie, że to już koniec, to pewnie będę zazdrościł tym, którzy będą mogli oglądać następne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie też tym, którzy dostaną nowy sprzęt muzyczny, taki idealny, bezszumowy... Wiem jednak, że Pan Bóg pokaże mi w niebie wiele fantastycznych rzeczy, o których na ziemi nie mamy pojęcia. Oczywiście, jeśli znajdę się w niebie, o co Boga pokornie proszę.

– Mówi Ksiądz, że każdy powinien przygotować się do śmierci. A Ksiądz jak to robi?

– Dużo myślę o śmierci, o przemijaniu. Dwa miesiące temu umarła moja mama. Widziałem ją przez całe moje życie, czyli prawie przez 60 lat. Przyglądałem się, jak żyła, byłem blisko w chorobie, kiedy umierała. I bardzo realnie spojrzałem na siebie. Mam prawie 60 lat, jestem chory. Oczywiście, można jeszcze pracować, funkcjonować, ale trzeba realnie oceniać sytuację i przygotować się na ten moment. Przygotować – to znaczy wypełnić swoją misję na maksa. Zrobić to, co zostało do zrobienia i co można zrobić przy wszystkich ograniczeniach. Tak, aby potem stanąć jak szeregowiec przed Generałem i usłyszeć od Niego słowa: „Dobrze, synu. Wiele uczyniłeś dobrego i wielką dostaniesz nagrodę w niebie”.

– Liczy Ksiądz na cud? Przecież wiele osób doświadczyło cudu.

– Kiedy o tym myślę, mówię sobie: „To byłby numer!”. Podchodzę do wszystkiego z humorem. Na początku, gdy lekarze stwierdzili, że to choroba Parkinsona, pojechałem do sióstr zakonnych na rekolekcje. Laseczką się podpierałem, żeby się nie przewrócić. Na spotkaniu po skończonych rekolekcjach słuchaczki wymieniały poglądy: które nauki się podobały, które mniej. Ze zdumieniem usłyszałem od 90 proc. zakonnic, co zrobiło na nich największe wrażenie: to, że ks. Pawlukiewicz o lasce zmagał się przy ołtarzu, żeby czegoś nie wylać, bo ręka mu drżała. Potem pojechałem na zamknięte rekolekcje do studentów i usłyszałem to samo. Wtedy dopiero można się było załamać! Trochę się buntowałem, no bo jak to, nie podziwiają moich słów, wygłaszanych mądrości, tylko podziwiają laskę, którą się podpieram, żeby nie wylądować na ziemi? Skandal! (śmiech).

– Bywają chwile depresji?

– Kiedyś miałem złe dni. Pomyliłem tabletki i zajrzała mi w twarz perspektywa domu starców. Marzyłem wcześniej, że jak będę ociężały, to kupię sobie jakiś fajny, duży telewizor. Tak na koniec. A potem przepiszę go jakimś biednym dzieciom. A tu po lekach nastąpiło jakieś nagłe załamanie zdrowia i perspektywa, że już nie zdążę zrobić nawet tego i wyląduję w domu księży emerytów. A tam łóżko i pampersy.

– Czy w takiej sytuacji inaczej przeżywa się życie? Czy jest się bliżej Boga?

– Cieszę się, że Bóg uchronił mnie od postawy buntu. Od stawiania pytań, dlaczego, i mówienia: „przecież dobrze żyłem”.

– Powróćmy na koniec do najnowszej książki. Jakie jest jej najważniejsze przesłanie?

– Chcę przekazać wszystkim: gryź, kop, szalej, ale wracaj. Wracaj do Pana Boga. Na różne sposoby. Możesz żebrać, płakać, prosić o spowiedź, ale jednego nie zaniechaj. Wróć do Kościoła, wróć do Pana Boga. Konfesjonały są otwarte codziennie, za darmo. Nie czekaj na koniec życia, bo nie wiesz, kiedy nastąpi. Zacznij wracać. Już teraz.

– Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Katowice: Kościół czynnie zaangażowany w COP24

2018-12-16 14:44

ks.sk / Katowice (KAI)

W sobotę późnym wieczorem udało się przyjąć dokument końcowy Szczytu Klimatycznego COP24, który trwał w Katowicach od 3 grudnia. Dokument jest planem realizacji Porozumienia Paryskiego z 2015.

Szczyt klimatyczny ONZ 2018. Fot. Oficjalne materiały organizatora

Już od pierwszych dni trwania 24. Sesji Konferencji Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu mocno zaznaczył się udział Kościoła. Po sesji plenarnej otwierającej obrady zabrał głos kard. Pietro Parolin, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej. Przypomniał, że „zmiana klimatu, to także kwestia moralna, nie tylko techniczna”.

W swoim wystąpieniu wskazał, że „wiemy co możemy zrobić i to co, musimy zrobić staje się etycznym imperatywem”. – To zobowiązuje nas do poważnego zastanowienia się nad znaczeniem finansowych i ekonomicznych inwestycji, i orientowaniu ich na sektorach, które mają wpływ na przyszłość ludzkości, zabezpieczające warunki dla godnego życia na zdrowej planecie – powiedział kard. Parolin do zebranych na sali plenarnej.

Kard. Parolin mówił, że z punktu widzenia Stolicy Apostolskiej program walki z globalnym ociepleniem musi być oparty na trzech filarach. Pierwszym z nich jest fundament etyczny. Drugi to przekonanie o możliwości osiągnięcia trzech celów: dowartościowania godności osoby ludzkiej, eliminowania ubóstwa oraz łagodzenia wpływu zmian klimatu w sposób odpowiedzialny i dostosowany do warunków. Trzeci filar to „skupianie się na spełnieniu obecnych i przyszłych potrzeb”.

Głos Kościoła wybrzmiał również mocno podczas konferencji prasowej z udziałem ks. Bruno-Marie Duffe, sekretarza watykańskiej Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka. Podkreślił on, że jednym z zadań stojących przed Kościołem jest „zachęcanie do podejmowania wyborów na rzecz ochrony ludzkiego życia i godności, szczególnie w najbiedniejszych regionach świata”. – Musimy wspierać, zachęcać i wyjaśniać znaczenie nowej, uniwersalnej solidarności – dopowiedział.

Podczas swojego wystąpienia zauważył także, iż rolą Kościoła nie jest już tylko słuchanie i rozumienie”. W odczuciu ks. Duffe polega ona na „wzywaniu, apelowaniu o nową solidarność, o globalną umowę solidarnościową”. - Potrzebne jest wsłuchanie się w rozpaczliwe wołanie Ziemi i odpowiedź na to wołanie – podkreślał.

Jednym z wydarzeń towarzyszących obradom COP24 była konferencja zorganizowana przez Polską Akademię Nauk (PAN), Francuskie Narodowe Centrum Badań Naukowych (CNRS) oraz Papieską Akademię Nauk. Wziął w niej też udział prymas Polski abp Wojciech Polak.

Podczas konferencji „Safeguarding Our Climate, Advancing Our Society” miały miejsce sesje tematyczne dotyczące wyzwań i etycznych aspektów zmian klimatycznych. Poruszono także zagadnienia obecnego stanu wiedzy i badań naukowych nad zmianami klimatu, jak również konsekwencji, które z nich wynikają.

Abp Polak zabierając głos podczas jednej z debat poświęconej dziedzictwu św. Jana Pawła II przypomniał, że papież mówił, iż kwestie klimatyczne są wezwaniem moralnym. – Chodzi więc o zmianę naszej postawy. To możemy jako ludzie wierzący usłyszeć i ku temu mamy nasze serca zwrócić – mówił.

Hierarcha podczas sesji zaakcentował również fakt, że „to właśnie spuścizna myśli papieża Polaka stała się swoistym fundamentem dla opublikowanej w 2015 roku encykliki papieża Franciszka „Laudato si’”. - Dla mnie osobiście najbardziej przejmującym fragmentem tej encykliki jest zarysowana przez papieża Franciszka wizja pogłębiającego się kryzysu klimatycznego, która ma fundamentalne znaczenie dla miliardów ludzi żyjących w tak zwanych krajach rozwijających – dodał prymas Polski podczas debaty.

Na temat religii jako sprzymierzeńca w ochronie klimatu wypowiedział się również Sekretarz Generalny ONZ António Guterres oraz prezydent Polski Andrzej Duda. – Dla wierzącego, który wyznaje, że świat jest ukształtowany przez Boga musi być strasznym oglądanie tego, jak człowiek niszczy dzieło stworzenia – powiedział Guterres. Jego zdaniem, jest całkowicie naturalne, że dla wierzących niszczenie świata stworzonego stoi w całkowitej sprzeczności z wiarą.

Prezydent Polski dodał, że „ochrona klimatu jest naszym chrześcijańskim obowiązkiem”. Przypomniał również, że „zasada zrównoważonego rozwoju bardzo mocno wypływa z filozofii chrześcijańskiej”.

Czynnie w 24. Sesję Konferencji Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych zaangażowała się także archidiecezja katowicka wraz z innymi Kościołami, które działają w Katowicach oraz okolicznych miastach. Przy COP24 powstała tzw. „Strefa duchowa”. Polegała ona na nieustannym towarzyszeniu obradom głównie przez modlitwę o które zapewniał metropolita katowicki abp Wiktor Skworc.

Pytany o organizację Szczytu Klimatycznego w Katowicach podkreśla, że „przy różnych okazjach apeluje, żeby to światowe wydarzenie otoczyć modlitwą”. - Wołajmy do Ducha Świętego, który potrafi jednoczyć ludzkie serca, żeby w Katowicach doszło do oczekiwanego konsensusu, żeby ten szczyt zakończył się konkretnymi zobowiązaniami – mówił podczas jednego z wywiadów.

W ramach Strefy Duchowej sprawowano również Eucharystie w różnych językach dla poszczególnych grup, które przyjechały na COP24 do Katowic. Zostały wyznaczone kościoły w których liturgia odbyła się w języku angielskim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim czy włoskim. Nie zapomniano o nabożeństwach innych Kościołów. W ramach „strefy duchowej” istniała także możliwość uczestniczenia w liturgii prawosławnej, nabożeństwie luterańskim, metodystycznym oraz baptystycznym.

Wspólnie wyznawcy Chrystusa spotkali się na Centralnym Nabożeństwie Ekumenicznym w katowickiej archikatedrze Chrystusa Króla. Przewodniczył mu metropolita katowicki abp Wiktor Skworc, który podkreślił, że zadaniem człowieka jest w mocy Ducha Świętego zmieniać oblicze ziemi.

- Podejmujmy zatem trud porządkowania własnego podwórka (osobistego i kościelnego), co może być przekonującym przykładem dla innych. Naszym obowiązkiem jest też uderzać w wielki dzwon sumień, jeśli odpowiedzialnie myślimy o losach świata i człowieka; jeśli chcemy wzmacniać chrześcijańska duchowość, wolną od „obsesji konsumpcji”; jeśli chcemy wyzwolenia od niewoli praktycznego materializmu – powiedział.

Podczas nabożeństwa abp Skworc przypomniał, że tym co łączy wyznawców Chrystusa jest Duch Święty. – Jesteśmy Nim napełnieni, otrzymaliśmy Jego dary i charyzmaty – nie dla karmienia własnego egoizmu, przede wszystkim dla rozumnej służby Stwórcy i stworzeniu – powiedział.

W katowickiej katedrze homilię wygłosił także Anders Wejryd, emerytowany literański prymas Szwecji. Nawiązał do idei ekumenizmu jako więzi między tym, co prywatne a tym co wspólne, ludzkie i ekologiczne, Kościołem i społeczeństwem, historią, wizjami oraz dzisiejszą epoką.

W archidiecezji katowickiej trwały także naukowe przygotowania do Szczytu Klimatycznego. Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego zorganizował w przeddzień COP24 konferencję pt. „W trosce o wspólny dom. Chrześcijanin na drogach ekologii”. W jej trakcie abp Skworc zwrócił uwagę, że Kościół na Górnym Śląsku „popiera wszystkie działania rządowe i samorządowe, mające na celu poprawę jakości powietrza”.

– Popieramy poprzez budzenie świadomości we wspólnotach parafialnych, by unikać „małych” grzechów ekologicznych. Mobilizujemy duszpasterzy, by byli promotorami rozwiązań proekologicznych (…). Wydajemy pomoce i podręczniki promujące odpowiedzialny za środowisko styl życia oraz apelujemy do różnych podmiotów życia społecznego o właściwe, proekologiczne postawy i działania – wymieniał metropolita katowicki działania śląskiego Kościoła.

Na kilka dni przed rozpoczęciem Szczytu Klimatycznego Wydział Katechetyczny Kurii Metropolitalnej oraz Wydział Teologiczny zorganizowali Europejskie Spotkanie Młodych – PILGRIM. Uczestnikami spotkania była młodzież szkół ponadpodstawowych oraz studenci z Austrii, Czech, Słowacji, Ukrainy, Węgier, Rumunii, Polski oraz Indii.

Podczas spotkania młodzież z Austrii i Rumunii przekazała na ręce metropolity katowickiego „Manifest ekologiczny”, który jest wynikiem ostatnich 15 lat pracy i refleksji nad treściami proponowanymi przez PILGRIM. Został on podpisany przez przedstawicieli młodzieży z każdej ze szkół biorących udział w spotkaniu. Treść manifestu została także wręczona prezydentowi Katowic Marcinowi Krupie.

Szczyt klimatyczny zakończył się w sobotę, 15 grudnia, w późnych godzinach wieczornych przyjęciem końcowego dokumentu, który jest planem realizacji Porozumienia Paryskiego z 2015. Wzięło w nim udział ponad 20 tys. delegatów z całego świata, w tym przedstawiciele Stolicy Apostolskiej. Kolejny Szczyt Klimatyczny ma odbyć się w Chile.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem