Reklama

Marzec ’68 oczami studenta Politechniki Warszawskiej

2018-02-28 10:37

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 9/2018, str. 36-38

PAP/CAF – Tadeusz ZagoździńskI
Protestujący przed Politechniką Warszawską, marzec 1968

Na Politechnice Warszawskiej mieliśmy znakomitych profesorów. Często zaczynali oni wykład od powiedzenia jakiegoś żartu. Spróbujmy ich naśladować

W końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku krążył po Warszawie taki dowcip: Jakie były trzy najważniejsze wydarzenia w historii Polski Ludowej i dlaczego? Poprawna odpowiedź brzmi: wojna sueska, wojna sześciodniowa i wojna Jom Kippur, gdyż po wojnie sueskiej (1956 r.) otwarły się bramy więzień dla skazanych za przestępstwa polityczne i nie wykonywano już za nie wyroków śmierci; po wojnie sześciodniowej (1967 r.) Polska Zjednoczona Partia Robotnicza straciła 90 proc. swojego potencjału intelektualnego, a po następnej wojnie – Jom Kippur (1973 r.) ludzie wywodzący się ze środowisk komunistycznych stali się wiodącą częścią opozycji przeciw tejże władzy, zaś jej reprezentanci zgromadzeni w warszawskim kościele św. Marcina śpiewali słowa najbardziej patriotycznej modlitwy, jaka istnieje w literaturze polskiej – to jest „Pieśni konfederatów barskich” Juliusza Słowackiego. Jest to oczywiste przerysowanie, lecz zawiera wiele prawdy, a bez wojny sześciodniowej nie byłoby protestów marcowych w Polsce w 1968 r. Historia PRL-u to ciąg bitew i układów, konfliktów i kompromisów między nurtami polskiej lewicy, przy czym znaczenia wyrazu „polska” nie należy tu rozumieć zbyt dosłownie. Ostateczne pojednanie nastąpiło przy Okrągłym Stole i w Magdalence, w wyniku czego po przeprowadzeniu kilku socjotechnicznych procedur w miejsce PRL-u powołano III Rzeczpospolitą. Za parawanem z napisem „Solidarność” utworzono system społeczno-ekonomiczny oparty na negacji wartości, które to słowo oznacza, i z całkowitym lekceważeniem nauczania społecznego Kościoła, za to z konsekwentnym wdrożeniem neoliberalnych dogmatów. Pomimo dwóch lat dobrej zmiany skutki tego procesu są dominujące także dzisiaj.

Zaczęło się od „Dziadów”

Poszukajmy źródeł studenckich protestów z marca 1968 r.

Jako pretekst do nich posłużyło zdjęcie z afisza Teatru Narodowego Mickiewiczowskich „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka. Organizatorom manifestacji przy pomniku Mickiewicza do żarliwego patriotyzmu polskiej literatury romantycznej było tak samo daleko jak uczestnikom ruchu Duszpasterstwa Akademickiego do ideologii Lwa Trockiego. Wokół tego wydarzenia toczyła się wyrafinowana gra polityczna. Czy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jest to wielostopniowa prowokacja, skonstruowana w taki sposób, że jedna otwiera drugą, a ostatnia detonuje wybuch społeczny? Na pewno nie. Zadajmy pytanie: Czy gdybyśmy o tym wiedzieli, postąpilibyśmy inaczej i nie skorzystali z okazji do okazania naszego sprzeciwu wobec zakłamania i zniewolenia systemem komunistycznym? Odpowiedź jest jednoznaczna: postąpilibyśmy tak samo.

Reklama

W Dużej Auli Gmachu Głównego

Dzień 8 marca 1968 r., piątek, nie zapowiadał się jakoś specjalnie. Byłem wtedy na drugim roku elektroniki i już zaczęły się przedmioty, które w nazwie miały słowo „teoria”, co oznaczało, że nie będzie łatwo, a za to bardzo abstrakcyjnie. Nieliczne na wydziale koleżanki odbierały życzenia od wykładowców i od nas, swoich kolegów. Wróciłem późno do domu, chyba nawet nie bardzo wiedząc, że coś się dzieje w mieście. Następnego dnia mieliśmy studium wojskowe i aby zdążyć na poranny apel, musiałem wyjść z domu o szóstej rano. Jednak zaraz po przekroczeniu bramy dziedzińca przy ul. Koszykowej zrozumiałem, że wydarzyło się coś istotnego. Koledzy, zamiast doczyszczać buty i poprawiać płaszcze, głośno dyskutowali, dołączyłem do nich. Po chwili wiedziałem już o manifestacji przeciw cenzurze i w obronie demokracji na Krakowskim Przedmieściu przed uniwersytetem, interwencji ORMO, pobitych ludziach i wielkim wzburzeniu w całym środowisku studenckim Warszawy. W trakcie zajęć wojskowych zostaliśmy ostrzeżeni przed włączeniem się w protesty i pochody uliczne. Bardzo jasno zostało nam przypomniane, że kiedy jesteśmy w mundurach, podlegamy wszystkim regulaminom i karom tak jak żołnierze służby zasadniczej. W to nie wątpiłem. Jednak po zajęciach, zamiast wrócić do mieszkań lub akademików, pomaszerowaliśmy w kierunku Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej. Tak samo zachowali się koledzy z wydziałów mechanicznych przy ul. Narbutta. (Podobnego zjawiska w o wiele większej skali doświadczyłem 10 kwietnia 2010 r., kiedy przed Pałacem Prezydenckim znalazła się cała patriotyczna Warszawa. Chociaż nikt nam o tym nie mówił, wiedzieliśmy, że właśnie tam trzeba się znaleźć tamtego dnia). Duża Aula wrzała, przez dwa tygodnie będzie ona centrum naszych protestów. Ktoś przemawiał z krużganka na pierwszym piętrze, ale jego głos ginął w szumie i przestrzeni auli. Organizatorzy nie mieli zgody na nagłośnienie. Zrozumiałe były tylko hasła: „prasa kłamie!”, „demokracja!”, skandowane co jakiś czas przez zgromadzonych. Niektórzy darli gazety, tak że była nimi zasłana cała posadzka auli. Po godzinie takiego wiecowania wyszliśmy pochodem ul. Polną w kierunku redakcji „Życia Warszawy”, lecz drogę zastąpiło nam ZOMO, nacierając na czoło pochodu. Cofnęliśmy się i rozproszyli w różnych kierunkach. Wraz z dużą grupą kolegów zostałem zepchnięty w ul. Mokotowską i po krótkim biegu znalazłem się w kościele Najświętszego Zbawiciela. Starszy pan kościelny wskazał nam drogę przez zakrystię do ul. Marszałkowskiej, wskoczyłem do nadjeżdżającego tramwaju lub autobusu i po czterdziestu minutach byłem w domu. Włączyłem radio i gorączkowo dzieliłem się z obecnymi swoimi wrażeniami. Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa nadawała program specjalny poświęcony protestom studenckim. O pełnej godzinie przebiegłem wskazówką po skali odbiornika. Wszystkie anglojęzyczne serwisy informacyjne zaczynały się od słów: „Students of the Warsaw University of Technology”. Poczułem się świadkiem historii. Następny tydzień na uczelni był zupełnie inny niż wszystkie dotychczasowe. Wykłady, ćwiczenia, laboratoria niby odbywały się według rozkładu, ale jakby zeszły na drugi plan. Zmieniła się nawet ulica, pojawili się młodzi ludzie w akademickich czapkach wyprodukowanych błyskawicznie przez stołecznych rzemieślników. (A jak wspaniale wyglądały w nich studentki warszawskich uczelni! – chociaż minęło już pięćdziesiąt lat, pamiętam, jakby to było wczoraj. Szkoda, że ta moda minęła tak szybko). Co dwa-trzy dni odbywały się wiece w Dużej Auli politechniki podobne do pierwszego, czytano komunikaty z różnych ośrodków akademickich, gdzie również trwały protesty. Na jeden z wieców była nawet zgoda rektora, lecz coraz częściej mówiło się o strajku. Mniej czasu poświęcaliśmy nauce, chociaż studia na politechnice bardzo ceniliśmy i pomimo ponurej atmosfery czasów „późnego Gomułki” były one dla nas nadzieją na lepsze życie i ciekawszą przyszłość.

Prowokacje

Z bardzo pozytywnym przyjęciem ze strony zgromadzeń studenckich na politechnice spotkała się interpelacja sejmowego koła ZNAK-u opublikowana w naszej obronie 11 marca, skandowaliśmy hasło „Brawo Znak!”. Nie znaliśmy wówczas świadectwa uczestnika Soboru Watykańskiego II o. Jerzego Tomzińskiego, który w wywiadzie udzielonym w 2013 r. red. Lidii Dudkiewicz dla tygodnika „Niedziela” powiedział: „Na Placu św. Piotra rozdawano ulotki skierowane przeciwko kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Sugerowano w nich, żeby został w Rzymie i nie wracał do Polski. Akcja była przygotowana przez przedstawicieli tzw. Kościoła otwartego. Gdy Watykan zauważył, co się dzieje, zostali oni wyrzuceni. Wśród osób zaangażowanych w akcję ulotkową przeciwko kard. Wyszyńskiemu był człowiek, który w 1989 r. piastował jedno z najważniejszych stanowisk w państwie”. Jest tu mowa o Tadeuszu Mazowieckim i jego środowisku. Nie znaliśmy też prawdziwego oblicza Jerzego Zawieyskiego, ukazanego w ważnej książce Joanny Siedleckiej „Biografie odtajnione”. Gdybyśmy mieli tę wiedzę, nasz entuzjazm wobec ZNAK-u byłby pewnie mniejszy. Obecnie IPN zaczął publikować zapiski „Pro memoria” kard. Wyszyńskiego. Mam nadzieję, że poszerzą one naszą wiedzę także na ten temat.

Zastanówmy się jeszcze, jakie były motywy tego, że Kazimierz Dejmek, członek PZPR, wyreżyserował płomienny manifest polskiego patriotyzmu na kanwie „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ten twórca w 1966 r. włączył się swym świetnym warsztatem przez reżyserię dramatu „Namiestnik” w atak na Kościół katolicki prowadzony przez komunistów z okazji obchodów tysiąclecia polskiej, chrześcijańskiej państwowości . Utwór ten w stopniu zakłamania może być porównywalny jedynie do książek Jana T. Grossa i dotyczy podobnej tematyki.

Odpowiedź nie jest trudna – pewna część elit ówczesnej władzy poczuła zagrożenie dla swojej pozycji i gotowa była wykorzystać piękne dążenie młodych Polaków do wolności i prawdy, aby tych swoich pozycji bronić. Można tu przerzucić pomost analogii między protestami studenckimi z 1968 r. a organizowaną w ciągu ubiegłych dwóch lat kampanią ulicznych marszów i pochodów. Celem jest interes tych samych elit albo bardzo podobnych, tyle że w następnym pokoleniu. Hasła także brzmią znajomo: „Demokracja”, „Wolność mediów”, tyle że nie ma w nich mocy prawdy, dlatego protesty te tak szybko wygasają.

Strajk okupacyjny

Najmocniejszym, ale zarazem ostatnim aktem naszego protestu był strajk okupacyjny w Gmachu Głównym. Zaczął się 21 marca w czwartek. Poranne zajęcia jeszcze się odbywały, jednak do demonstrujących w aulach Gmachu Głównego dołączało coraz więcej studentów, którzy rezygnowali z udziału w wykładach, ćwiczeniach, a nawet w laboratoriach. Pamiętam, że pierwszego strajkowego wieczoru uchwalaliśmy odezwę wyjaśniającą cel naszego protestu. Był on bardzo prosty: nie chcemy fałszu, zakłamania, obłudy w życiu społecznym, także w państwowym przekazie informacji. Chcieliśmy żyć w prawdzie. Intuicyjnie czuliśmy to, co tak pięknie wypowiedział Jan Paweł II w Olsztynie w 1991 r.: „Nie ma prawdziwej wolności bez prawdy. Tylko prawda czyni wolnymi”. I dalej w tej samej homilii: „Poza prawdą wolność nie jest wolnością. Jest pozorem. Jest nawet zniewoleniem”. Trudno jest żyć w zniewoleniu, mając dwadzieścia lat.

Niekiedy mówi się jednym tchem o protestach studenckich w 1968 r., które objęły całą Francję, Niemcy, a także Polskę, o ich podobieństwie czy nawet tożsamości. Nic bardziej błędnego. Polscy studenci w 1968 r. nie dopominali się „wolności od pasa w dół”, a właściwie społecznej akceptacji tak rozumianej wolności, jak robili dwa miesiące później ich zachodnioeuropejscy rówieśnicy. Mówiąc prościej, celem wystąpień studenckich w Paryżu czy Monachium było wykreślenie z Dekalogu szóstego przykazania. Udało się to znakomicie, a później usuwano kolejne, tak że dziś aborcja czy eutanazja nikogo już nie dziwią. Po 50 latach od skruszenia tego wiersza na kamiennych tablicach Przymierza pozostał już tylko jeden: „Nie kradnij”, z uzupełnieniem: „jeśli nie potrafisz”.

Powróćmy do strajku. Głodni nie byliśmy, warszawiacy dożywiali nas, jak mogli. Jednak brak elementarnych warunków utrzymania higieny osobistej był wielkim problemem, chyba bardziej dotkliwym niż w zakładach pracy podczas strajków w następnych dekadach. Kolejnego dnia, w piątek, liczba strajkujących ciągle wzrastała, jednocześnie wokół Gmachu Głównego zgromadzili się warszawiacy w manifestacji poparcia. Poczuliśmy się silni. Jednak wrażenie to uleciało natychmiast, kiedy wieczorem rektor ogłosił ultimatum min. Henryka Jabłońskiego. Jeżeli studenci nie opuszczą budynków do godziny dziewiątej, politechnika będzie rozwiązana i w przyszłości zostaną ogłoszone nowe zapisy. Wśród strajkujących zapanowała konsternacja. Niektórzy zaczęli wychodzić. Wówczas przemówił do nas były rektor prof. Jerzy Bukowski, w jego wypowiedzi brzmiało zrozumienie dla naszej postawy i dużo ciepła. Dostał oklaski, jest też jego zasługą, że strajk zakończył się bez ofiar. Naciski i pogróżki stale się nasilały, a porzucanie strajku było już masowe. Ostatni studenci wyszli ok. czwartej rano wśród szpalerów ZOMO, głośno szurając nogami. Głębokie poczucie klęski było wśród nas powszechne. Gdy po dziesięciu latach rozmawialiśmy o tym w koleżeńskim gronie, jeden z nas wypowiedział następującą myśl: „Gdyby w ataku ZOMO na politechnikę zgięli studenci, nie byłoby tragedii grudniowej”. Trudno o tym mówić, ale zupełnie nie byliśmy wówczas na to przygotowani. Na pewno ogromnie daleko było nam do takiej determinacji, jaką mieli robotnicy w 1980 i 1981 r., którzy dążąc do wolności, gotowi byli na śmierć. W następnych dniach protesty zaczęły stopniowo wygasać w całym kraju, a na Politechnice Warszawskiej po tygodniu wznowiono zajęcia, trzeba było zabrać się za robotę. Niestety, nie wszyscy mieli taką możliwość. W ramach represji usuwano studentów z uczelni, innych wcielano do Ludowego Wojska Polskiego.

Po drugim roku obowiązywał studentów obóz wojskowy. Gdy dojechaliśmy do wyznaczonej nam jednostki wojskowej, okazało się, że kilku z nas brakuje. Powiedziano nam, że koledzy wyemigrowali. Dla mnie było to przykre zaskoczenie, nie miałem pojęcia o ich pochodzeniu i zupełnie mnie ono nie interesowało. Taki temat w ogóle nie istniał, jednak wielu z nas nieco zazdrościło im przygody, otwartego świata i możliwości studiów na bogatych zachodnich uniwersytetach.

W historycznych relacjach na temat protestów marcowych zwykle całkowicie pomija się znaczenie Duszpasterstwa Akademickiego, tego przy kościele św. Anny i innych. Moim zdaniem, niesłusznie. Przychodziłem wówczas na spotkania takiej grupy w parafii na warszawskiej Pradze, gdzie proboszczem był ks. Stefan Niedzielak, zamordowany w 1989 r. Było nas około trzydziestu studentów różnych uczelni i kilka pracujących już osób. Niech nam to będzie wybaczone, ale od 8 marca żaden program nie był już realizowany, nie było nawet chętnych do zaśpiewania piosenki o. Duvala. Trwały nieustająca wymiana doświadczeń z protestów i dyskusje o tematyce społecznej. Towarzyszył nam w nich charyzmatyczny kapłan ks. Henryk Szczypiński, który mówił: „żałuję, że nie mogę teraz tam być razem z wami”. Ten miesiąc studenckiej wiosny przygotował wielu z nas do przyszłej aktywności społecznej i zaowocował w czasie Solidarności.

50 lat później

W 50. rocznicę marcowych protestów jako Stowarzyszenie Absolwentów organizujemy spotkanie z udziałem władz Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej oraz prof. Jerzego Eislera, historyka, autora monografii „Polski rok 1968”, który odświeży nasze wspomnienia. Ogólnej dyskusji jednak nie przewidujemy. W przeciwieństwie do czasów studenckich nasze poglądy bardzo się różnią i aby uniknąć zbyt gorących polemik, ograniczymy się do rozmów w mniejszych zespołach. Trochę mi będzie tego brakowało, bo chętnie bym wyraził swoją radość, że dziś Polska upodabnia się do tej, która była celem naszych wystąpień 50 lat temu, troszczy się o prawdę w życiu społecznym, ale też o prawdę historyczną i związany z nią wizerunek państwa, o byt rodziny, o naukę i nauczanie. Mam też nadzieję, że dzięki wprowadzanym reformom szkolnictwa wyższego Politechnika Warszawska już wkrótce przesunie się w światowych rankingach uniwersytetów z miejsc z przedziału 601-650 chociaż do pierwszej pięćsetki.

***

W 1968 r. autor artykułu był studentem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej i uczestnikiem wydarzeń marcowych. Tekst składa się z obrazów zachowanych w jego pamięci, wspartych jedynie rozmowami z koleżankami i kolegami z uczelni. Jest wyrazem osobistych poglądów autora.
Redakcja

Św. Stanisław Kostka - patron dzieci i młodzieży

Małgorzata Zalewska
Edycja podlaska 37/2002

Jastrow/pl.wikipedia.org



W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu,

na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru.

Taki, że widz niechcący wstrzymuje się w progu,

myśląc, że Święty we śnie zwrócił twarz do muru

i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi...

I wstać chce, i po pierwszy raz człowieka zwodzi.

Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek

Królowej Nieba, która z Świętych chórem schodzi

i tron opuszcza, nędzy śpiesząc na ratunek.

Palm wiele, kwiatów wiele aniołowie niosą,

skrzydłami z ram lub nogą wstępując bosą.

Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie,

w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie,

jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci:

niby że, po obrazu stoczywszy się płótnie,

upaść ma, jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię.

I nie zleciała dotąd na ziemię - i leci...

(Cyprian Kamil Norwid)

Doroczną pamiątkę św. Stanisława Kostki kościół w Polsce obchodził wcześniej 13 listopada. Od 1974 r. święto to obchodzimy 18 września jako święto patronalne dzieci i młodzieży, by na progu nowego roku szkolnego prosić dla nich o błogosławieństwo i potrzebne łaski.

Stanisław Kostka urodził się w październiku 1550 r. w Rostkowie, w wiosce położonej około 4 kilometrów od Przasnysza, na Mazowszu, w diecezji płockiej. Ojcem Stanisława był Jan Kostka, od 1564 r. kasztelan zakroczymski, a jego matką była Małgorzata z domu Kryska z Drobnina. Obie rodziny Kostków i Kryskich były w XVI w. dobrze znane.

Stanisław Kostka miał trzech braci i dwie siostry. Oto co Stanisław powiedział o swojej rodzinie: "Rodzice chcieli, byśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się rozkoszom. Co więcej postępowali z nami ostro i twardo, napędzali nas zawsze - sami jak i przez domowników - do wszelkiej pobożności, skromności, uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą" .

Św. Stanisław swoje pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym. Jego nauczycielem przez pewien czas był Jan Biliński. W domu rodzicielskim przebywał do 14. roku życia. Następnie Stanisław razem ze swym bratem Pawłem rozpoczęli studia u jezuitów we Wiedniu, lecz gdy nowy cesarz Maksymilian w 1565 r. zabrał jezuitom konwikt, musieli przenieść się na stancję. Do jezuickiej szkoły w Wiedniu uczęszczało wówczas około 400 uczniów, a regulamin tej szkoły streszczał się w jednym zdaniu: "Taką pobożnością, taką skromnością i takim poznaniem przedmiotów niech się uczniowie starają ozdobić swój umysł, aby się mogli podobać Bogu i ludziom pobożnym, a w przyszłości ojczyźnie i sobie samym przynieść także korzyść". Do pobożności miała zaprawiać studentów codzienna modlitwa przed lekcjami i po lekcjach, codzienna Msza św., miesięczna spowiedź i Komunia św. Początkowo Stanisławowi nauka szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał już do najlepszych. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim i łacińskim; uczył się też języka greckiego.

Trzy lata pobytu w Wiedniu to był dla Stanisława okres rozbudzonego życia wewnętrznego. Stanisław znał tylko drogę do kolegium, do kościoła i do domu. Swój wolny czas poświęcał na lekturę i modlitwę. Zadawał sobie pokuty i biczował się. Mimo sprzeciwu i próśb brata i kolegów nie zaprzestawał praktyk pokutnych. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak bardzo osłabiły organizm chłopca, że bliski był śmierci. Zapadł w niemoc śmiertelną w grudniu 1565 r. Kiedy św. Stanisław był już pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Wiatyku, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić katolickiego kapłana, wtedy św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu ów Wiatyk. W tej również chorobie objawiła się Świętemu Matka Najświętsza i złożyła mu na ręce Boże Dzieciątko. Od Niej to doznał cudownego uleczenia z poleceniem by wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Nie było to rzeczą łatwą dla Stanisława, gdyż jezuici nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez woli rodziców, a on na nią nie mógł liczyć. Po wielu trudnościach i zmaganiach Stanisław został przyjęty do jezuitów najpierw na próbę, gdzie zadaniem jego było sprzątanie pokoi i pomaganie w kuchni, po pewnym jednak czasie, wraz z dwoma innymi kandydatami udał się Stanisław do Rzymu i na skutek polecenia prowincjała z Niemiec przełożony generalny przyjął go do nowicjatu. Rozkład zajęć nowicjuszów przedstawiał się następująco: modlitwa, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i o sprawach kościelnych, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości. Stanisław czuł się szczęśliwy, że wreszcie osiągnął swój życiowy cel.

Przełożeni pozwolili Stanisławowi w pierwszych miesiącach 1568 r. złożyć śluby zakonne. Wielkim wydarzeniem w życiu św. Stanisława było przybycie 1 sierpnia w uroczystość Matki Bożej Anielskiej (dziś tę uroczystość obchodzimy 2 sierpnia) św. Piotra Kanizjusza, który zatrzymał się w domu nowicjatu i wygłosił dla nich konferencję. Po tej konferencji Stanisław powiedział do kolegów: "Dla wszystkich ta nauka świętego męża jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu". Koledzy zlekceważyli sobie jego słowa. Jeszcze 5 sierpnia jeden z ojców zabrał Stanisława do bazyliki Najświętszej Maryi Panny Większej na doroczny odpust. Za kilka dni było święto Wniebowzięcia Matki Bożej. 10 sierpnia Stanisław napisał list do Matki Bożej i ukrył go na swojej piersi. Prosił by mógł odejść z tego świata w uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Jego prośba została wysłuchana. W wigilię Wniebowzięcia Stanisław dostał silnych mdłości i zemdlał. Wystąpił na nim zimny pot i poczuł dreszcze, z ust zaczęła sączyć mu się krew. O północy zaopatrzono go Wiatykiem. Przeszedł do wieczności tuż po północy 15 sierpnia 1568 r., mając zaledwie siedemnaście lat.

Wieść o jego pięknej śmierci rozeszła się lotem błyskawicy po całym Rzymie. Wbrew zwyczajowi zakonu jezuitów ciało Stanisława przyozdobiono kwiatami. W dwa lata potem, gdy otwarto grób św. Stanisława, znaleziono jego ciało nietknięte rozkładem. W 1605 r. papież Paweł V zezwolił na zawieszenie obrazu św. Stanisława w kościele św. Andrzeja w Rzymie i na zawieszenie przy nim lamp, jak też wotów. Papież Klemens X w 1670 r. zezwolił jezuitom na odprawianie Mszy św. i na odmawianie pacierzy kapłańskich ku czci św. Stanisława. W 1674 r. ten sam papież ogłosił św. Stanisława Kostkę jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te wszystkie fakty Stolica Apostolska uznała jako akt beatyfikacji. Św. Stanisław Kostka jest pierwszym Polakiem, który dostąpił chwały ołtarzy w Towarzystwie Jezusowym. Rok 1714 był rokiem, w którym papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, ale samego aktu kanonizacji dokonał papież Benedykt XIII dopiero w 1726 r. wraz ze św. Alojzym Gonzagą. W 1926 r., w 200. rocznicę kanonizacji odbyła się uroczystość sprowadzenia do Polski małej części relikwii św. Stanisława. W tych jubileuszowych uroczystościach wziął udział sam prezydent państwa, Ignacy Mościcki. Ciało św. Stanisława spoczywa w kościele św. Andrzeja Boboli w Rzymie w jego ołtarzu po lewej stronie.

Ku czci św. Stanisława Kostki wzniesiono w Polsce wiele świątyń, wśród nich piękną katedrę w Łodzi. Najpiękniejszy kościół pod wezwaniem św. Stanisława znajduje się w Nowym Jorku. Św. Stanisław Kostka należy do najpopularniejszych polskich świętych. Przed cudownym obrazem św. Stanisława w obecnej katedrze lubelskiej modlił się w 1651 r. król Jan II Kazimierz.

W naszej diecezji doroczną uroczystość odpustową ku czci św. Stanisława Kostki przeżywa wspólnota parafialna w Jerzyskach, gdzie proboszczem jest ks. Zenon Bobel.

U początku nowego roku szkolnego i akademickiego starajmy się prosić św. Stanisława Kostkę, który jest patronem dziatwy i młodzieży, aby wstawiał się on za nami i wypraszał potrzebne nam wszystkim łaski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Artur Warzocha rozpoczął kampanię wyborczą

2018-09-20 07:40

K.W.

Bożena Sztajner

Senator PiS Artur Warzocha zainaugurował 19 września br. w gmachu Uniwersytetu Częstochowskiego swoją kampanię wyborczą na stanowisko prezydenta Częstochowy. Na konwencji miejskiej, podczas której senator Warzocha przedstawił zręby swojego programu, pojawili się znani politycy partii rządzącej. Prosto z Brukseli przyjechała eurodeputowana Jadwiga Wiśniewska, a z Warszawy senator Ryszard Majer oraz posłowie Maria Burzyńska i Mariusz Trepka. Poparcie dla kandydatury senatora Artura Warzochy wyraził także, podczas niedawnej wizyty w Częstochowie, premier Mateusz Morawiecki.

Powody, dla których powinna nastąpić w Częstochowie zmiana na stanowisku prezydenta, najpierw przedstawił lider Pis w Częstochowie minister Giżyński. Przekonywał, że od 30 lat nasze miasto nie miało szczęścia do prezydentów i wobec tego stosownej szansy na prawdziwy i spektakularny rozwój. A Artur Warzocha, energiczny, ambitny, w typie długodystansowca, jak nazwała go Jadwiga Wiśniewska, jest szansą na zdecydowaną zmianę kierunku rozwoju miasta.

Kandydat na prezydenta wyjaśniał, że po wygnaniu wyborów chce przełożyć rządowy program przemian na skalę miasta. Skupi się na kilku fundamentalnych dla Częstochowy kwestiach. Numerem jeden jest zatrzymanie wyludniania się miasta, ucieczki z niego najwybitniejszych i najzdolniejszych ludzi. Drugi to przyciągnięcie do miasta kapitału, i to nie tylko z Polski oraz stworzenie ułatwień dla miejscowych przedsiębiorców. Zapowiedział wybudowanie w ciągu trwającej 5 lat kadencji 1000 mieszkań w ramach programu Mieszkanie Plus, a także stadionu dla klubu Raków. Obiecał miasto ładniejsze i bezpieczniejsze, z lepszymi szkołami, służbą zdrowia i infrastrukturą drogową. Wzbudziło to entuzjazm zgromadzonych na sali zwolenników.

To pierwsze spotkanie w ramach startującej dopiero kampanii wyborczej, a zapowiedziano, że będzie ich wiele. Senator Warzocha zamierza przemierzać Częstochowę na piechotę i rozmawiać z mieszkańcami o ich bolączkach i potrzebach. W najbliższym czasie dowiemy się także szczegółów programu, którym kandydat na fotel prezydenta chce przekonać do swojej kandydatury mieszkańców Częstochowy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem