Reklama

Marzec ’68 oczami studenta Politechniki Warszawskiej

2018-02-28 10:37

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 9/2018, str. 36-38

PAP/CAF – Tadeusz ZagoździńskI
Protestujący przed Politechniką Warszawską, marzec 1968

Na Politechnice Warszawskiej mieliśmy znakomitych profesorów. Często zaczynali oni wykład od powiedzenia jakiegoś żartu. Spróbujmy ich naśladować

W końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku krążył po Warszawie taki dowcip: Jakie były trzy najważniejsze wydarzenia w historii Polski Ludowej i dlaczego? Poprawna odpowiedź brzmi: wojna sueska, wojna sześciodniowa i wojna Jom Kippur, gdyż po wojnie sueskiej (1956 r.) otwarły się bramy więzień dla skazanych za przestępstwa polityczne i nie wykonywano już za nie wyroków śmierci; po wojnie sześciodniowej (1967 r.) Polska Zjednoczona Partia Robotnicza straciła 90 proc. swojego potencjału intelektualnego, a po następnej wojnie – Jom Kippur (1973 r.) ludzie wywodzący się ze środowisk komunistycznych stali się wiodącą częścią opozycji przeciw tejże władzy, zaś jej reprezentanci zgromadzeni w warszawskim kościele św. Marcina śpiewali słowa najbardziej patriotycznej modlitwy, jaka istnieje w literaturze polskiej – to jest „Pieśni konfederatów barskich” Juliusza Słowackiego. Jest to oczywiste przerysowanie, lecz zawiera wiele prawdy, a bez wojny sześciodniowej nie byłoby protestów marcowych w Polsce w 1968 r. Historia PRL-u to ciąg bitew i układów, konfliktów i kompromisów między nurtami polskiej lewicy, przy czym znaczenia wyrazu „polska” nie należy tu rozumieć zbyt dosłownie. Ostateczne pojednanie nastąpiło przy Okrągłym Stole i w Magdalence, w wyniku czego po przeprowadzeniu kilku socjotechnicznych procedur w miejsce PRL-u powołano III Rzeczpospolitą. Za parawanem z napisem „Solidarność” utworzono system społeczno-ekonomiczny oparty na negacji wartości, które to słowo oznacza, i z całkowitym lekceważeniem nauczania społecznego Kościoła, za to z konsekwentnym wdrożeniem neoliberalnych dogmatów. Pomimo dwóch lat dobrej zmiany skutki tego procesu są dominujące także dzisiaj.

Zaczęło się od „Dziadów”

Poszukajmy źródeł studenckich protestów z marca 1968 r.

Jako pretekst do nich posłużyło zdjęcie z afisza Teatru Narodowego Mickiewiczowskich „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka. Organizatorom manifestacji przy pomniku Mickiewicza do żarliwego patriotyzmu polskiej literatury romantycznej było tak samo daleko jak uczestnikom ruchu Duszpasterstwa Akademickiego do ideologii Lwa Trockiego. Wokół tego wydarzenia toczyła się wyrafinowana gra polityczna. Czy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jest to wielostopniowa prowokacja, skonstruowana w taki sposób, że jedna otwiera drugą, a ostatnia detonuje wybuch społeczny? Na pewno nie. Zadajmy pytanie: Czy gdybyśmy o tym wiedzieli, postąpilibyśmy inaczej i nie skorzystali z okazji do okazania naszego sprzeciwu wobec zakłamania i zniewolenia systemem komunistycznym? Odpowiedź jest jednoznaczna: postąpilibyśmy tak samo.

Reklama

W Dużej Auli Gmachu Głównego

Dzień 8 marca 1968 r., piątek, nie zapowiadał się jakoś specjalnie. Byłem wtedy na drugim roku elektroniki i już zaczęły się przedmioty, które w nazwie miały słowo „teoria”, co oznaczało, że nie będzie łatwo, a za to bardzo abstrakcyjnie. Nieliczne na wydziale koleżanki odbierały życzenia od wykładowców i od nas, swoich kolegów. Wróciłem późno do domu, chyba nawet nie bardzo wiedząc, że coś się dzieje w mieście. Następnego dnia mieliśmy studium wojskowe i aby zdążyć na poranny apel, musiałem wyjść z domu o szóstej rano. Jednak zaraz po przekroczeniu bramy dziedzińca przy ul. Koszykowej zrozumiałem, że wydarzyło się coś istotnego. Koledzy, zamiast doczyszczać buty i poprawiać płaszcze, głośno dyskutowali, dołączyłem do nich. Po chwili wiedziałem już o manifestacji przeciw cenzurze i w obronie demokracji na Krakowskim Przedmieściu przed uniwersytetem, interwencji ORMO, pobitych ludziach i wielkim wzburzeniu w całym środowisku studenckim Warszawy. W trakcie zajęć wojskowych zostaliśmy ostrzeżeni przed włączeniem się w protesty i pochody uliczne. Bardzo jasno zostało nam przypomniane, że kiedy jesteśmy w mundurach, podlegamy wszystkim regulaminom i karom tak jak żołnierze służby zasadniczej. W to nie wątpiłem. Jednak po zajęciach, zamiast wrócić do mieszkań lub akademików, pomaszerowaliśmy w kierunku Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej. Tak samo zachowali się koledzy z wydziałów mechanicznych przy ul. Narbutta. (Podobnego zjawiska w o wiele większej skali doświadczyłem 10 kwietnia 2010 r., kiedy przed Pałacem Prezydenckim znalazła się cała patriotyczna Warszawa. Chociaż nikt nam o tym nie mówił, wiedzieliśmy, że właśnie tam trzeba się znaleźć tamtego dnia). Duża Aula wrzała, przez dwa tygodnie będzie ona centrum naszych protestów. Ktoś przemawiał z krużganka na pierwszym piętrze, ale jego głos ginął w szumie i przestrzeni auli. Organizatorzy nie mieli zgody na nagłośnienie. Zrozumiałe były tylko hasła: „prasa kłamie!”, „demokracja!”, skandowane co jakiś czas przez zgromadzonych. Niektórzy darli gazety, tak że była nimi zasłana cała posadzka auli. Po godzinie takiego wiecowania wyszliśmy pochodem ul. Polną w kierunku redakcji „Życia Warszawy”, lecz drogę zastąpiło nam ZOMO, nacierając na czoło pochodu. Cofnęliśmy się i rozproszyli w różnych kierunkach. Wraz z dużą grupą kolegów zostałem zepchnięty w ul. Mokotowską i po krótkim biegu znalazłem się w kościele Najświętszego Zbawiciela. Starszy pan kościelny wskazał nam drogę przez zakrystię do ul. Marszałkowskiej, wskoczyłem do nadjeżdżającego tramwaju lub autobusu i po czterdziestu minutach byłem w domu. Włączyłem radio i gorączkowo dzieliłem się z obecnymi swoimi wrażeniami. Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa nadawała program specjalny poświęcony protestom studenckim. O pełnej godzinie przebiegłem wskazówką po skali odbiornika. Wszystkie anglojęzyczne serwisy informacyjne zaczynały się od słów: „Students of the Warsaw University of Technology”. Poczułem się świadkiem historii. Następny tydzień na uczelni był zupełnie inny niż wszystkie dotychczasowe. Wykłady, ćwiczenia, laboratoria niby odbywały się według rozkładu, ale jakby zeszły na drugi plan. Zmieniła się nawet ulica, pojawili się młodzi ludzie w akademickich czapkach wyprodukowanych błyskawicznie przez stołecznych rzemieślników. (A jak wspaniale wyglądały w nich studentki warszawskich uczelni! – chociaż minęło już pięćdziesiąt lat, pamiętam, jakby to było wczoraj. Szkoda, że ta moda minęła tak szybko). Co dwa-trzy dni odbywały się wiece w Dużej Auli politechniki podobne do pierwszego, czytano komunikaty z różnych ośrodków akademickich, gdzie również trwały protesty. Na jeden z wieców była nawet zgoda rektora, lecz coraz częściej mówiło się o strajku. Mniej czasu poświęcaliśmy nauce, chociaż studia na politechnice bardzo ceniliśmy i pomimo ponurej atmosfery czasów „późnego Gomułki” były one dla nas nadzieją na lepsze życie i ciekawszą przyszłość.

Prowokacje

Z bardzo pozytywnym przyjęciem ze strony zgromadzeń studenckich na politechnice spotkała się interpelacja sejmowego koła ZNAK-u opublikowana w naszej obronie 11 marca, skandowaliśmy hasło „Brawo Znak!”. Nie znaliśmy wówczas świadectwa uczestnika Soboru Watykańskiego II o. Jerzego Tomzińskiego, który w wywiadzie udzielonym w 2013 r. red. Lidii Dudkiewicz dla tygodnika „Niedziela” powiedział: „Na Placu św. Piotra rozdawano ulotki skierowane przeciwko kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Sugerowano w nich, żeby został w Rzymie i nie wracał do Polski. Akcja była przygotowana przez przedstawicieli tzw. Kościoła otwartego. Gdy Watykan zauważył, co się dzieje, zostali oni wyrzuceni. Wśród osób zaangażowanych w akcję ulotkową przeciwko kard. Wyszyńskiemu był człowiek, który w 1989 r. piastował jedno z najważniejszych stanowisk w państwie”. Jest tu mowa o Tadeuszu Mazowieckim i jego środowisku. Nie znaliśmy też prawdziwego oblicza Jerzego Zawieyskiego, ukazanego w ważnej książce Joanny Siedleckiej „Biografie odtajnione”. Gdybyśmy mieli tę wiedzę, nasz entuzjazm wobec ZNAK-u byłby pewnie mniejszy. Obecnie IPN zaczął publikować zapiski „Pro memoria” kard. Wyszyńskiego. Mam nadzieję, że poszerzą one naszą wiedzę także na ten temat.

Zastanówmy się jeszcze, jakie były motywy tego, że Kazimierz Dejmek, członek PZPR, wyreżyserował płomienny manifest polskiego patriotyzmu na kanwie „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ten twórca w 1966 r. włączył się swym świetnym warsztatem przez reżyserię dramatu „Namiestnik” w atak na Kościół katolicki prowadzony przez komunistów z okazji obchodów tysiąclecia polskiej, chrześcijańskiej państwowości . Utwór ten w stopniu zakłamania może być porównywalny jedynie do książek Jana T. Grossa i dotyczy podobnej tematyki.

Odpowiedź nie jest trudna – pewna część elit ówczesnej władzy poczuła zagrożenie dla swojej pozycji i gotowa była wykorzystać piękne dążenie młodych Polaków do wolności i prawdy, aby tych swoich pozycji bronić. Można tu przerzucić pomost analogii między protestami studenckimi z 1968 r. a organizowaną w ciągu ubiegłych dwóch lat kampanią ulicznych marszów i pochodów. Celem jest interes tych samych elit albo bardzo podobnych, tyle że w następnym pokoleniu. Hasła także brzmią znajomo: „Demokracja”, „Wolność mediów”, tyle że nie ma w nich mocy prawdy, dlatego protesty te tak szybko wygasają.

Strajk okupacyjny

Najmocniejszym, ale zarazem ostatnim aktem naszego protestu był strajk okupacyjny w Gmachu Głównym. Zaczął się 21 marca w czwartek. Poranne zajęcia jeszcze się odbywały, jednak do demonstrujących w aulach Gmachu Głównego dołączało coraz więcej studentów, którzy rezygnowali z udziału w wykładach, ćwiczeniach, a nawet w laboratoriach. Pamiętam, że pierwszego strajkowego wieczoru uchwalaliśmy odezwę wyjaśniającą cel naszego protestu. Był on bardzo prosty: nie chcemy fałszu, zakłamania, obłudy w życiu społecznym, także w państwowym przekazie informacji. Chcieliśmy żyć w prawdzie. Intuicyjnie czuliśmy to, co tak pięknie wypowiedział Jan Paweł II w Olsztynie w 1991 r.: „Nie ma prawdziwej wolności bez prawdy. Tylko prawda czyni wolnymi”. I dalej w tej samej homilii: „Poza prawdą wolność nie jest wolnością. Jest pozorem. Jest nawet zniewoleniem”. Trudno jest żyć w zniewoleniu, mając dwadzieścia lat.

Niekiedy mówi się jednym tchem o protestach studenckich w 1968 r., które objęły całą Francję, Niemcy, a także Polskę, o ich podobieństwie czy nawet tożsamości. Nic bardziej błędnego. Polscy studenci w 1968 r. nie dopominali się „wolności od pasa w dół”, a właściwie społecznej akceptacji tak rozumianej wolności, jak robili dwa miesiące później ich zachodnioeuropejscy rówieśnicy. Mówiąc prościej, celem wystąpień studenckich w Paryżu czy Monachium było wykreślenie z Dekalogu szóstego przykazania. Udało się to znakomicie, a później usuwano kolejne, tak że dziś aborcja czy eutanazja nikogo już nie dziwią. Po 50 latach od skruszenia tego wiersza na kamiennych tablicach Przymierza pozostał już tylko jeden: „Nie kradnij”, z uzupełnieniem: „jeśli nie potrafisz”.

Powróćmy do strajku. Głodni nie byliśmy, warszawiacy dożywiali nas, jak mogli. Jednak brak elementarnych warunków utrzymania higieny osobistej był wielkim problemem, chyba bardziej dotkliwym niż w zakładach pracy podczas strajków w następnych dekadach. Kolejnego dnia, w piątek, liczba strajkujących ciągle wzrastała, jednocześnie wokół Gmachu Głównego zgromadzili się warszawiacy w manifestacji poparcia. Poczuliśmy się silni. Jednak wrażenie to uleciało natychmiast, kiedy wieczorem rektor ogłosił ultimatum min. Henryka Jabłońskiego. Jeżeli studenci nie opuszczą budynków do godziny dziewiątej, politechnika będzie rozwiązana i w przyszłości zostaną ogłoszone nowe zapisy. Wśród strajkujących zapanowała konsternacja. Niektórzy zaczęli wychodzić. Wówczas przemówił do nas były rektor prof. Jerzy Bukowski, w jego wypowiedzi brzmiało zrozumienie dla naszej postawy i dużo ciepła. Dostał oklaski, jest też jego zasługą, że strajk zakończył się bez ofiar. Naciski i pogróżki stale się nasilały, a porzucanie strajku było już masowe. Ostatni studenci wyszli ok. czwartej rano wśród szpalerów ZOMO, głośno szurając nogami. Głębokie poczucie klęski było wśród nas powszechne. Gdy po dziesięciu latach rozmawialiśmy o tym w koleżeńskim gronie, jeden z nas wypowiedział następującą myśl: „Gdyby w ataku ZOMO na politechnikę zgięli studenci, nie byłoby tragedii grudniowej”. Trudno o tym mówić, ale zupełnie nie byliśmy wówczas na to przygotowani. Na pewno ogromnie daleko było nam do takiej determinacji, jaką mieli robotnicy w 1980 i 1981 r., którzy dążąc do wolności, gotowi byli na śmierć. W następnych dniach protesty zaczęły stopniowo wygasać w całym kraju, a na Politechnice Warszawskiej po tygodniu wznowiono zajęcia, trzeba było zabrać się za robotę. Niestety, nie wszyscy mieli taką możliwość. W ramach represji usuwano studentów z uczelni, innych wcielano do Ludowego Wojska Polskiego.

Po drugim roku obowiązywał studentów obóz wojskowy. Gdy dojechaliśmy do wyznaczonej nam jednostki wojskowej, okazało się, że kilku z nas brakuje. Powiedziano nam, że koledzy wyemigrowali. Dla mnie było to przykre zaskoczenie, nie miałem pojęcia o ich pochodzeniu i zupełnie mnie ono nie interesowało. Taki temat w ogóle nie istniał, jednak wielu z nas nieco zazdrościło im przygody, otwartego świata i możliwości studiów na bogatych zachodnich uniwersytetach.

W historycznych relacjach na temat protestów marcowych zwykle całkowicie pomija się znaczenie Duszpasterstwa Akademickiego, tego przy kościele św. Anny i innych. Moim zdaniem, niesłusznie. Przychodziłem wówczas na spotkania takiej grupy w parafii na warszawskiej Pradze, gdzie proboszczem był ks. Stefan Niedzielak, zamordowany w 1989 r. Było nas około trzydziestu studentów różnych uczelni i kilka pracujących już osób. Niech nam to będzie wybaczone, ale od 8 marca żaden program nie był już realizowany, nie było nawet chętnych do zaśpiewania piosenki o. Duvala. Trwały nieustająca wymiana doświadczeń z protestów i dyskusje o tematyce społecznej. Towarzyszył nam w nich charyzmatyczny kapłan ks. Henryk Szczypiński, który mówił: „żałuję, że nie mogę teraz tam być razem z wami”. Ten miesiąc studenckiej wiosny przygotował wielu z nas do przyszłej aktywności społecznej i zaowocował w czasie Solidarności.

50 lat później

W 50. rocznicę marcowych protestów jako Stowarzyszenie Absolwentów organizujemy spotkanie z udziałem władz Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej oraz prof. Jerzego Eislera, historyka, autora monografii „Polski rok 1968”, który odświeży nasze wspomnienia. Ogólnej dyskusji jednak nie przewidujemy. W przeciwieństwie do czasów studenckich nasze poglądy bardzo się różnią i aby uniknąć zbyt gorących polemik, ograniczymy się do rozmów w mniejszych zespołach. Trochę mi będzie tego brakowało, bo chętnie bym wyraził swoją radość, że dziś Polska upodabnia się do tej, która była celem naszych wystąpień 50 lat temu, troszczy się o prawdę w życiu społecznym, ale też o prawdę historyczną i związany z nią wizerunek państwa, o byt rodziny, o naukę i nauczanie. Mam też nadzieję, że dzięki wprowadzanym reformom szkolnictwa wyższego Politechnika Warszawska już wkrótce przesunie się w światowych rankingach uniwersytetów z miejsc z przedziału 601-650 chociaż do pierwszej pięćsetki.

***

W 1968 r. autor artykułu był studentem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej i uczestnikiem wydarzeń marcowych. Tekst składa się z obrazów zachowanych w jego pamięci, wspartych jedynie rozmowami z koleżankami i kolegami z uczelni. Jest wyrazem osobistych poglądów autora.
Redakcja

Tradycje bożonarodzeniowe w Polsce i na świecie

2014-12-22 13:23

oprac. kw (KAI) / Warszawa / KAI

Od wieków chrześcijanie na całym świecie w różnorodny sposób obchodzą święta Bożego Narodzenia. Choinka jest znana niemal wszędzie, choć w Burundi przystraja się bananowca, a w Indiach drzewko mango. Najsłynniejszą kolędę „Cicha noc" przetłumaczono na 175 języków, najpiękniejsze szopki są podobno we Włoszech, a we Francji jada się podczas Wigilii ostrygi.

BOŻENA SZTAJNER

Korzenie tradycji związanych z Bożym Narodzeniem sięgają odległych czasów. Nierzadko zwyczaje te wywodzą się jeszcze z rytuałów pogańskich, na których miejsce wprowadzano później święta chrześcijańskie, nadając im zupełnie nowe znaczenie. Znacząca jest tu data. W wielu kulturach w przeróżny sposób starano się podczas przesilenia zimowego „przywołać” słońce z powrotem na ziemię i sprawić, aby odrodziła się przyroda.

Istotny jest także rys eschatologiczny świąt Bożego Narodzenia. Miejsce zostawiane przy wigilijnym stole przeznaczano dla „przybysza”, czyli dla duchów przodków. W Polsce zwyczaj ten upowszechnił się w XIX wieku. Miał on wówczas wymowę patriotyczną – dodatkowe nakrycie symbolicznie zarezerwowane było dla członka rodziny przebywającego na zesłaniu na Syberii.

Boże Narodzenie było także czasem wróżb. Wyjątkowość tego dnia polegała na tym, że jego przebieg miał znaczący wpływ na cały nadchodzący rok. Jedną z polskich tradycji jest kładzenie siana pod wigilijny obrus. Ciągnięto z niego słomki – im dłuższa, tym więcej pomyślności czekało danego człowieka w następnym roku. Jeszcze dzisiaj dość powszechna jest wiara w to, że w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Podsłuchujący je ludzie dowiadywali się ponoć najczęściej o zbliżającej się śmierci własnej albo kogoś z rodziny.

Chrześcijaństwo od początku swego istnienia nadało tym zwyczajom nowy sens, wytworzyło też swoje obrzędy. Niestety we współczesnej, zeświecczonej kulturze często zapomina się o chrześcijańskich źródłach tego święta.

ŻŁÓBEK

Żłóbek w dzisiejszej postaci zawdzięczamy św. Franciszkowi. Historia tej tradycji jest jednak znaczenie dłuższa i sięga piątego wieku. Wtedy, jak głosi podanie, żłóbek Jezusa przeniesiono z Betlejem do Rzymu i umieszczono w bazylice Matki Bożej Większej. Także Pasterkę w Rzymie odprawiano początkowo tylko w tym kościele.

To we Włoszech zaczęto w uroczystość Bożego Narodzenia wystawiać żłóbki, w których umieszczano figury Świętej Rodziny, aniołów i pasterzy. Do rozpowszechnienia tego zwyczaju przyczynił się św. Franciszek. Z przekazów pozostawionych przez jego biografa – Tomasza z Celano – wiemy, że w wigilijną noc Biedaczyna z Asyżu zgromadził w grocie w miejscowości Greccio okolicznych mieszkańców i braci, by w prosty sposób pokazać im, co to oznacza, że „Bóg stał się człowiekiem i został położony na sianie ". W centrum jaskini leżał wielki głaz, pełniący rolę ołtarza. Przed nim bracia umieścili zwykły kamienny żłób do karmienia bydła, przyniesiony z najbliższego gospodarstwa. W pobliżu, w prowizorycznej zagródce, stało kilka owieczek, a po drugiej stronie wół i osioł. Jak pisał kronikarz, zwierzęta „zaciekawione, wyciągające szyje w stronę żłobu, pochylając się i jakby składając pokłon złożonej w nim figurce przedstawiającej dziecię Jezus". Postaci do szopki wybrano spośród obecnych braci i wiernych. Zapalonymi pochodniami św. Franciszek rozjaśnił niebo, a w lesie ukryli się pasterze, którzy na dane hasło wznosili gromkie okrzyki. Do dziś szopka w Greccio przyciąga corocznie rzesze turystów.

Obecnie najsłynniejsze są szopki toskańskie, sycylijskie i neapolitańskie. W Szwajcarii, w Niemczech i w Austrii modne są żłóbki „grające". W Polsce do najbardziej znanych należą szopki krakowskie, prawdziwe arcydzieła sztuki ludowej. Powstanie tej tradycji przypisuje się murarzom i cieślom. Nie mając zatrudnienia w zimie, chodzili oni z takimi szopkami-teatrzykami od domu do domu i tak zarabiali na swe utrzymanie. Wzorem architektonicznym był dla nich przede wszystkim kościół Mariacki, ale wykonywano także miniatury Wawelu, Sukiennic i Barbakanu. Od 1937 r. z inicjatywy Jerzego Dobrzyckiego odbywa się konkurs na najpiękniejszą „Szopkę Krakowską”.

Już w średniowieczu wystawiono przy żłóbkach przedstawienia teatralne zwane jasełkami. W Polsce najbardziej znanym utworem tego gatunku jest „Polskie Betlejem" autorstwa Lucjana Rydla.

WIECZERZA WIGILIJNA

Uroczystość Bożego Narodzenia wprowadzono do kalendarza świąt kościelnych w IV wieku. Dwieście lat później ustaliła się tradycja wieczornej kolacji, zwanej wigilią. Wieczerza wigilijna jest niewątpliwie echem starochrześcijańskiej tradycji wspólnego spożywania posiłku, zwanego z grecka agape, będącego symbolem braterstwa i miłości między ludźmi. Gdy w drugiej połowie IV w. Synod w Laodycei zabronił biesiadowania w świątyniach, zwyczaj ten przeniósł się do domów wiernych. W Polsce Wigilię zaczęto obchodzić wkrótce po przyjęciu chrześcijaństwa, choć na dobre przyjęła się dopiero w XVIII w.

Wigilia (łac. czuwanie) – pierwotnie oznaczała straż nocną i oczekiwanie. W słowniku kościelnym nazywa się tak dzień poprzedzający większe święto. Dawniej w każdą wigilię obowiązywał post. Do stołu wigilijnego siadano, gdy zabłysła pierwsza gwiazda. Miała ona przypominać Gwiazdę Betlejemską prowadzącą pasterzy i magów do Betlejem.

Na wschodzie Polski i na Ukrainie pierwszą potrawą jest kutia – pszenica lub jęczmień zaprawiana miodem, migdałami i śliwkami. Po modlitwie i czytaniu Pisma Świętego następuje podzielenie się opłatkiem, który jest symbolem Eucharystii.

W północnej Anglii jeszcze do połowy XX wieku podawano w Wigilię „mugga”, czyli owsiankę z miodem. Zwyczaj ten pochodził jeszcze z czasów Wikingów. W Szkocji tradycyjnie spożywa się „Athol Brose” – owsiankę z whisky.

W Walii tradycją jest Calennig – jabłko, ustawione na trójnogu z patyczków, naszpikowane migdałami, goździkami i innymi przyprawami oraz przybrane zielenią. Chodzące po kolędzie dzieci ofiarowują je w zamian za małe datki.

W Norwegii podczas Wigilii podaje się żeberka świni i gotowane mięso owcze lub specjalne danie przygotowane z solonej i gotowanej ryby, która wcześniej leżała w ługu sodowym przez 2-3 dni. Potrawę tę, podawaną z boczkiem, nazywa się Lutefisk.

W Szwecji tradycyjna uczta wigilijna składa się z rozmoczonej suszonej ryby, galarety, wieprzowej głowizny i chleba. We Włoszech podaje się ravioli z mięsnym farszem i ciasto drożdżowe z korzeniami. W Danii je się słodki ryż z cynamonem i pieczoną gęś z jabłkami.

Peruwiańskim przysmakiem podczas świąt Bożego Narodzenia są świnki morskie. Mięso tych zwierząt ma niewiele tłuszczu i jest tanie, dlatego może być świetną alternatywą dla wieprzowiny. Tradycja jedzenia świnki morskiej jest bardzo silna w andyjskich krajach. Na dowód tego, w katedrze w dawnej stolicy imperium Inków – Cusco, na obrazie przedstawiającym ostatnią wieczerzę, Chrystus i jego uczniowie jedzą właśnie świnkę morską.

Tradycyjnie w całej Ameryce Łacińskiej na Wigilię nie może zabraknąć kakao z mlekiem i babki z rodzynkami, zwanej „panetón" (od słowa „pan”, które oznacza chleb). Jest to zwyczaj pochodzący z Włoch, ale rozpowszechniony w wielu krajach. Ostatnio coraz popularniejszy staje się też szampan, którym jest musująca „sidra", czyli wino z jabłek.

PASTERKA

Pasterka jest pamiątką z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy nabożeństwa nocne należały do stałej praktyki Kościoła. Pierwsze Msze św. o północy 24 grudnia sprawowano w Betlejem. W Rzymie zwyczaj ten znany był już za czasów papieża Grzegorza I Wielkiego, pasterkę odprawiano przy żłóbku Chrystusa w bazylice Matki Bożej Większej. Charakter tej liturgii tłumaczą pierwsze słowa invitatorium, wprowadzenia do Mszy: „Chrystus narodził się nam. Oddajmy mu pokłon".

CHOINKA

Zwyczaj ten pochodzi jeszcze z czasów pogańskich, rozpowszechniony był wśród ludów germańskich. Wierzono, że szpilki jodłowe chronią przed złymi duchami, piorunem i chorobami. W czasie przesilenia zimowego zawieszano u sufitu mieszkań jemiołę, jodłę, świerk lub sosenkę jako symbol zwycięstwa życia nad śmiercią. Kościół chętnie ten zwyczaj przejął. Choinka stawiana była na znak narodzin Jezusa Chrystusa – rajskiego drzewka dla ludzkości.

Starożytni Rzymianie ozdabiali swoje domy wiecznie zielonymi roślinami, np. jemiołą, bluszczem, laurem, kiedy przygotowywali się do obchodów przypadających w dniach 17-24 grudnia święta boga urodzaju, Saturna. Odbywały się wtedy procesje ze światłem i obdarowywano się prezentami.

Najstarsze pisemne świadectwo o ozdobionym na Boże Narodzenie drzewku pochodzi z 1419 r. Wtedy to niemieccy piekarze z Fryburga ustawili choinkę w szpitalu Świętego Ducha, przybierając ją owocami, opłatkami, piernikami, orzechami i papierowymi ozdobami. Od XVI w. zwyczaj ten rozpowszechnił się wśród cechów i stowarzyszeń w miastach, a także w domach starców i szpitalach.

Do Polski zwyczaj stawiania choinek w domach przeniósł się z Niemiec w XVIII w. Jednak już znacznie wcześnie w naszym kraju przybierano dom na wigilię Bożego Narodzenia. W izbie zawieszano podłaźniczkę i sad oraz ustawiano snopy zboża.

Podłaźniczka jest to choinka z uciętym wierzchołkiem, przybrana jabłkami i orzechami i zawieszana nad drzwiami sieni. W domu stawiano ją w kącie centralnego pomieszczania, tzw. czarnej izby. Była symbolem życiodajnej siły słońca, stanowiła ochronę gospodarstwa od złych mocy i uroków.

Zwyczaj choinkowy rozpowszechniony jest niemal na całym świecie. W święta Bożego Narodzenia umieszcza się choinki w kościołach i domach, na placach i w wystawowych oknach. Najdroższą choinkę wystawiła pewna firma jubilerska w Tokio, w 1975 r. Oceniono ją na blisko trzy miliony dolarów. Najwyższa choinka stanęła przed wiedeńskim ratuszem w tym samym roku, a liczyła 30 metrów.

W Burundi tradycyjną bożonarodzeniową choinkę zastępują bananowce. Znaleźć je można w każdej szopce w tym kraju. Zgodnie z lokalną tradycją symbolizują one szacunek, z jakim witany jest rodzący się Jezus. Banan jest w Burundi symbolem przywitania gościa, dlatego nawet gdy prezydent kraju udaje się z wizytą do jakiegoś miasta, to trasę jego przejazdu dekoruje się młodymi bananami.

W Indiach w roli choinek występują drzewka mango. Tak samo przybiera się je ozdobami i słodkościami.

KOLĘDY

W dorobku kulturalnym i folklorystycznym Polska jest jednym z krajów, które mają najwięcej kolęd. Nasza tradycja zna ich blisko 500.

Najbardziej znaną, choć nieznanego autorstwa, jest „Cicha noc" śpiewana w 175 językach, w najodleglejszych zakątkach świata. Po raz pierwszy kolędę tę wykonano z akompaniamentem gitary podczas pasterki w 1818 r. w kościele św. Mikołaja w Oberndorfie koło Salzburga. W następnych latach śpiewano ją na dworze cesarza Franciszka Józefa. Zarejestrowano już ponad tysiąc wersji tej kolędy.

W Polsce z kolędowaniem łączy się zwyczaj przebierańców. Pierwotnie, już od XVI w. Polsce żacy, dziś chłopcy przebierają się za Heroda, trzech króli, śmierć, pasterzy, turonia. Śpiewają kolędy, niosą szopkę lub gwiazdę. W czasie od Bożego Narodzenia do uroczystości Objawienia Pańskiego obchodzą domy i zbierają dary.

ŻYCZENIA I PODARKI

Łącznie w całym świecie liczba wysyłanych kartek bożonarodzeniowych sięga kilku miliardów. W krajach anglosaskich jest to zwyczaj tak popularny, że na jedną osobę przypada średnio kilkanaście świątecznych kart. Istnieją całe firmy wydawnicze specjalizujące się w tej dziedzinie.

W USA dzieci telefonują do św. Mikołaja, a ten zjeżdża tam na spadochronie, bądź przyjeżdża na saniach. Warto zauważyć, że jego współczesny wizerunek – gromko śmiejącego się brodacza w czerwonym kaftanie wymyśliła Coca-Cola. Koncern ten użył w swojej reklamie postaci św. Mikołaja po raz pierwszy w 1930 r.

W Anglii dzieci stawiają w przedsionku swoich pokoi buty lub pończochy, a św. Mikołaj napełnia je w nocy łakociami. W Holandii przyjeżdża na białym koniu, a dzieci piszą do niego listy. Ma w różnych krajach różne nazwy: Santa Claus, Pan Heilige Christ, Befana, Dziadek Mróz.

Prezenty we Francji przynoszą, w zależności od regionu i rodzinnych tradycji, Aniołek, Dzieciątko Jezus lub, najpopularniejszy i najbardziej podobny do św. Mikołaja, „Pere Noël”. Pozostawia on, niezauważony, podarki w świąteczny poranek 25 grudnia. Wieczorem 24 grudnia należy zostawić pod choinką parę własnych butów, aby Pere Noël wiedział, gdzie położyć nasz prezent.

BOŻE NARODZENIE W EUROPIE ZACHODNIEJ

Święta Bożego Narodzenia w Wielkiej Brytanii już dawno zatraciły swój religijny charakter i stały się po prostu dniami wolnymi od pracy, kiedy to można najeść się do syta, odebrać prezenty, odwiedzić rodzinę i znajomych i nacieszyć oko świątecznymi ozdobami.

O godzinie 15.00 cały kraj zamiera przed telewizorami, gdyż o tej porze królowa wygłasza doroczne, dziesięciominutowe przemówienie do swoich poddanych. Słuchają go obowiązkowo wszyscy – nawet antymonarchiści. Pod koniec obiadu pociąga się tzw. crackersy, czyli ładnie opakowane tubki tekturowe, w których znajduje się kapiszon, wybuchający przy rozrywaniu papieru, a także drobne bibeloty i żarty (na ogół kompletnie niezrozumiałe dla cudzoziemców) zapisane na kawałku papieru. Mężczyźni po obiedzie często wymykają się do lokalnego pubu, a żony sprzątają i zmywają stosy naczyń.

Występuje tam zwyczaj całowania się pod jemiołą, praktykuje się go szczególnie na biurowych, przedświątecznych „parties”, odbywających się bądź to w biurach, bądź też w wynajętych salach pubowych. Tradycyjne też bogato dekoruje się ulice, sklepy i domy prywatne.

W Irlandii nadal jeszcze utrzymuje się w Wigilię starodawny zwyczaj stawiania w oknie zapalonej świecy, mającej wskazywać drogę obcemu wędrowcowi i gotowość przyjęcia go pod dach, tak jakby się przyjmowało Świętą Rodzinę. Na wsiach przed świętami myje się domy i budynki gospodarskie oraz bieli je wapnem na cześć nadchodzącego Chrystusa.

We Francji Boże Narodzenie obchodzi się przede wszystkim jako święto rodzinne, które niestety wiele straciło ze swego religijnego charakteru. Można to zrozumieć w kraju, w którym stale praktykuje zaledwie 8 proc. z 70 proc. jego mieszkańców, deklarujących się jako katolicy. W dni ważnych świąt kościelnych notuje się jednak znacznie wyższy, dochodzący do blisko 30 proc., napływ ludzi do kościołów. Drugi dzień świąt jest normalnym dniem roboczym.

We Francji na świateczny stół podaje się ostrygi, kaszankę i pieczonego indyka. W zachodniej Europie coraz częściej, szczególnie w dużych miastach, na świąteczny obiad wychodzi się cała rodziną do dobrej restauracji.

Tradycyjne francuskie desery to „buche de Noël” – bożonarodzeniowe polano i „mendiants” – żebracy. Pierwsza z tych potraw to rolada z kremem lub lodami, imitująca grubą gałąź – polano, które niegdyś wkładano do kominka, by ogrzało dom po powrocie rodziny z pasterki. Ciasto polewa się czekoladą i ozdabia motywami „leśnymi”. Mendiants, znane głównie na południu kraju, to kruche okrągłe ciasteczka, bogato ozdobione bakaliami, które oznaczać mają brązowe kolory habitów zakonów żebraczych.

Niewątpliwie do najważniejszych atrakcji świątecznego stołu należą też czekoladki. W wielu domach robi się jeszcze okrągłe miękkie czekoladki, ale na ogół są one kupowane. Paczuszka eleganckich czekoladek z renomowanej cukierni stanowić może doskonały prezent pod francuską choinkę.

Francuzi zwracają też ogromną uwagę na wina, które towarzyszą świątecznym potrawom, a szampan (w najgorszym wypadku dobre wino musujące) jest nieodłącznym elementem świątecznego posiłku.

W Wielkiej Brytanii w dzień Bożego Narodzenia obowiązkowo na stole pojawia się indyk, z farszem (ale podawanym osobno) z bułki tartej i przypraw oraz brukselka. Na deser pudding na gorąco, czyli gotowana na parze masa z suszonych owoców, bułki tartej i łoju, podawany z gęstymi sosami na bazie brandy lub rumu, podaje się ponadto „mince pies”, czyli ciastka nadziewane suszonymi owocami i czekoladową roladę albo tort z twardym jak kamień lukrem. Wieczorem je się na ogół zimną wędlinę, przede wszystkim szynkę.

Francja nie zna opłatka i zwyczaju dzielenia się nim, a jego rolę w instytucjach spełniają spotkania z okazji tradycji „migdałowego króla”. Organizuje się je od Trzech Króli w praktyce przez cały styczeń wokół okrągłego ciasta drożdżowego bądź francuskiego z migdałowym nadzieniem. Są one okazją do składania życzeń współpracownikom, wyborcom, klientom itp. Podobnie, kartki z życzeniami (raczej noworocznymi niż świątecznymi) wysyłane są z reguły dopiero po Nowym Roku i przychodzą przez cały styczeń.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Idą Święta

2018-12-17 09:48

Antoni Szymański Senator RP

Święta Bożego Narodzenia darzymy w Polsce wyjątkowym pietyzmem, traktując je jako szczególną szansę na okazanie sobie serdeczności i braterskiej miłości. Dzieje się tak, ponieważ upamiętniają one narodziny Jezusa Chrystusa Zbawiciela Świata, który stał się jednym z nas, abyśmy mogli razem z Nim wejść do Bożej rodziny. On pierwszy wyciągnął do nas rękę, aby wszystkich pojednać z Ojcem. Otrzymaliśmy wzór rozwiązywania wszelkich problemów. Uwierzyliśmy, że nie ma takiej przeszkody, która powstrzymałaby człowieka dobrej woli przed budowaniem prawdziwej wspólnoty.

Laurentmesphotos/pixabay.com

Tę wspólnotę tworzymy przede wszystkim w rodzinie, gdzie przy wigilijnym stole uczymy się pokonywać dzielące nas bariery. Wystarczy wspólnie się pomodlić, przełamać opłatkiem, zaśpiewać kolędy i spędzić miłe chwile, rozmawiając o codziennym życiu. Tak bardzo potrzebujemy takiego czasu zatrzymania się w codziennej gonitwie. Dobrze, że są Święta!

Inną przestrzenią budowania wspólnoty są nasze lokalne społeczności. Jest ważne by opierały się na silnych więziach sąsiedzkich i relacjach obywatelskich, opartych na fundamentalnych wartościach. Rodzina, wiara i tradycja stanowią tu niepodważalne priorytety. Jestem przekonany, że należy te wartości pielęgnować, szczególnie w dobie globalizacji, gdy coraz częściej odsuwa się na bok kulturę lokalną, relatywizuje normy moralne, rośnie liczba rozwodów, a młodzież zbyt łatwo porzuca rodzinne strony, aby szukać łatwiejszego życia. Pomagają nam w tym parafie, samorządy, domy kultury, liczne stowarzyszenia i organizacje.

Proszę, przyjmijcie ode mnie moc najszczerszych i najcieplejszych życzeń. Życzę aby nasze wspólnoty rodzinne, środowiskowe i lokalne były miejscem gdzie rośnie dobro i pokój.

Oby Słowo, które stało się Ciałem, dało nam siłę do budowania pomyślnej przyszłości w nadchodzącym 2019 roku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem