Reklama

Czas pasyjnej zadumy

2018-03-07 11:09

Piotr Iwicki
Niedziela Ogólnopolska 10/2018, str. 36-37

Wielki Post to w muzyce czas szczególny. Koncertowe afisze, programy filharmonicznych sal w tym okresie zwiastują pojawienie się szczególnej muzyki, która wprost odwołuje się do męki, śmierci i zmartwychwstania Pana

Wśród dzieł odwołujących się wprost do treści ewangelicznych, opisujących wydarzenia Wielkiego Tygodnia, w szczególności śmierci Jezusa, muzyka Jana Sebastiana Bacha jest istną perłą. Śmiem twierdzić, że jednym z najpiękniejszych owoców chrześcijańskiej kultury europejskiej. Muzyki w ogóle.

O pasjach lipskiego kantora pisałem wielokrotnie, a temat ten zawsze wywołuje u mnie skupienie, jakieś szczególne, skutkujące wnikliwością i powagą, wejście w temat. Ale czemu się dziwić, skoro Bach, dając nam „Pasję wg św. Mateusza”, niejako zabiera nas w podróż. Wsadza do wehikułu czasu napędzanego wspaniałością muzyki i za sprawą tych środków przenosi do Jerozolimy. Tam niejako stajemy w tłumie, by towarzyszyć Jezusowi w drodze na Golgotę. Bach z nut buduje fabułę z jej przejmującą narracją, sami stajemy się świadkami czasu i wydarzeń leżących u źródeł naszego Credo.

„Chodźcie, córki, pomóc mi opłakiwać... Patrzcie! Na Kogo? ...na Oblubieńca. Patrzcie na Niego... Jak? ...jak na Baranka” – śpiewa chór we wstępie Pasji Mateuszowej. Tonacja e-moll, metrum 12/8 i jednostajny rytm, jak zegar odmierzający czas. Ten upływa ku zamknięciu tego, co było przed śmiercią i po niej, a w rezultacie ku nieobecnemu w Pasji zmartwychwstaniu Jezusa. Ćwierćnuta, ósemka, ćwierćnuta, ósemka, ćwierćnuta, ósemka, ćwierćnuta, ósemka. Jeden takt, a rytm ten bije w każdym kolejnym wstępie, odmierzając go ku nieskończoności. Ciężar tematu śmierci Pana, a może strach przed bezpośrednim zmierzeniem się z dogmatami naszej wiary, de facto z obietnicą zmartwychwstania, zapewne sprawiają, że o ile muzyki bożonarodzeniowej mamy bez liku, o tyle pasyjnej wielokrotnie mniej. Znamienne jest jednak to, że właśnie muzyka pasyjna, w szczególności Bachowska, to wyżyny artyzmu. Ot, wydaje się naturalne, że o rzeczach wielkich nie można pisać „na skróty”. Ta cisza, spowodowana liczebnością, unikalnością pełnych dzieł oratoryjnych opisujących mękę i śmierć Zbawcy, jest symboliczna. Kompozytorzy, stając w obliczu cudu Zmartwychwstania, zapewne zwyczajnie woleli milczeć, bo ta wiara musiała onieśmielać. Cóż bowiem może się równać z oddaniem własnego życia za życie innych? Nie ma większego daru danego innemu człowiekowi niż dar własnego życia. Stąd powaga tematyki pasyjnej wydaje się, że jest tym, co sprawia, iż jeśli już ktoś sięgał i przelewał ostatnie chwile życia Pana na nutowy papier, czynił to z pietyzmem, by nie powiedzieć: na klęczkach. Dwie zachowane spośród pięciu pasji Bacha uznaje się za tak genialne, że wielu traktuje je wręcz jako dowody na istnienie Boga. Nie bez znaczenia są tu żarliwość religijnego przeżycia i prostolinijność przekazu, przez to zachowany w akordach chórów, pasażach smyczków i w głosach solowych obraz ostatnich chwil życia Jezusa Chrystusa osiąga u mistrza Jana Sebastiana wymiar artystycznego absolutu, nie tylko muzycznego, ale w pojęciu sztuki – totalny.

Reklama

Pozwoliłem sobie kiedyś zauważyć, że z każdym przesłuchaniem kolejnej wersji „Pasji wg św. Mateusza” utwierdzam się w przekonaniu, iż jawi się ona jak ostateczne dotknięcie pędzla natchnionego malarza, które skryło ostatnie tchnienie Pana. Właśnie ta Pasja to szczytowe osiągnięcie nie tylko kunsztu Bacha, ale w powszechnej opinii krytyków jedna z najwybitniejszych kompozycji wszech czasów, z którą mierzyć się może tylko druga z zachowanych w pełni Bachowskich pasji – Janowa.

Pięknie napisał o. Julian Mieczysław Śmierciak z Instytutu Muzykologii KUL: „Bach tworzył spontanicznie, mocą swojego geniuszu, i nie trzymał się ściśle schematów muzycznych, nie kopiował i nie obliczał wg matematycznych proporcji, ale znając doskonale zasady muzycznej retoryki, wykorzystał je po mistrzowsku, aby tak ważne wydarzenia, jakie niesie ze sobą Męka Chrystusa, wyrazić jak najtrafniej, z taką siłą i z taką efektywnością, jak tylko możliwe i przy użyciu najlepszych środków”.

Co jest zatem tak szczególnego w tej muzyce? Dlaczego obie pasje Bacha są tak różne, choć dotykają tej samej tematyki? Odpowiedź jest prosta, a wynika ze specyfiki samych Ewangelii. Ewangelia Mateuszowa jest bowiem odmienna od czwartej – Janowej, której mistycy zarzucają brak prostoty i naturalności, typowej dla Pasji Mateuszowej. U św. Jana opis ogranicza się w zasadzie do „fabularnego” przedstawienia scen sądu przed arcykapłanami i Piłatem. To w pewien sposób ograniczało Bachowi dobór środków artystycznych. Nomen omen, aby uzyskać zamierzony artystyczny efekt, postanowił wpleść do Pasji Janowej wątki z Ewangelii... wg św. Mateusza. Dzisiaj słyszymy, jak bardzo opis św. Jana ograniczał Bacha, uniemożliwiając mu wkomponowanie niezbędnych w oratoryjnej pasji arii i chorałów. Tę swobodę formalną kompozytor odnalazł w Ewangelii Mateuszowej.

Bach miał wielki szacunek do tego, co wynikało wprost z sacrum, oddzielił to, co wyszło z poezji Picandera. Wyraźnie kolorami rozgraniczył tekst biblijny – wypisując go w partyturze czerwonym atramentem – od tekstu oratoryjnego dostarczonego przez poetę. To właśnie Picander dodał do tradycji w swojej prostej i naturalnej poezji (obok zasadniczych osób Ewangelii) także nierealną postać córy Syjonu i złączony z nią chór wiernych. Jak wspaniały jest ostateczny efekt, najlepiej świadczą słowa Alberta Schweitzera, znawcy Bacha i jego spuścizny, który napisał: „W skarbnicy wszystkich kościelnych pieśni niemieckich nie sposób znaleźć choć jednego wiersza, który lepiej wypełniłby dane miejsce niż ten, który wybrał Bach”.

Mateuszowa Pasja została podzielona przez Bacha niejako na trzy obrazy: Chrystus ze swoimi uczniami i Ostatnia Wieczerza; Chrystus na Górze Oliwnej; pojmanie, śmierć i złożenie do grobu. I tak jak pisałem, Bach prowadzi nas każdą nutą, taktem, frazą przez Jerozolimę w pochodzie za idącym pod brzemieniem krzyża Jezusem. W tej muzyce jest wszystko: od świstu smagającego ciało Chrystusa bicza, po tłum domagający się wydania Barabasza. Są toczące się judaszowe srebrniki, a ostatnie, zamykające dzieło frazy opadają tak, jakby miały towarzyszyć złożeniu i opuszczaniu do grobu. I jeśli słyszymy, że w tym dziele nie sposób ująć bądź dodać choć jedną nutę, to nie ma w tym przesady.

Kiedy „Pasja wg św. Mateusza” trafia na koncertowy afisz, w dodatku zwiastuje wykonanie całego, blisko trzygodzinnego dzieła z udziałem trzech chórów i solistów, i to w oprawie orkiestry instrumentów dawnych – melomani skrzętnie wpisują sobie ten fakt w kalendarze. 16 marca br. w bazylice Świętego Krzyża w Warszawie (Krakowskie Przedmieście) wybitny dyrygent Friedrich Haider poprowadzi chóry i orkiestrę, a wśród solistów usłyszymy: Sylwię Krzysiek (sopran), Elżbietę Wróblewską (alt), Aleksandra Kunacha (tenor, Ewangelista), Jarosława Bręka (bas) i Artura Jandę (bas, Jezus). Organizatorem koncertu jest Warszawska Opera Kameralna, a tygodnik „Niedziela” objął to wydarzenie patronatem medialnym. Początek koncertu – o godz. 20.00. Dodatkowe informacje i bilety na stronie: www.operakameralna.pl .

Piotr Iwicki, muzyk, publicysta

Po mistrzostwach pozostaną złe wspomnienia

2018-06-25 15:00

Ks. Paweł Rozpiątkowski

Ślepy los albo inaczej mówiąc przypadek sprawił, że w ostatnim czasie tematem naszych - Polaków - rozmów stał się Senegal, Kolumbia i Japonia. Owszem o Japonii mówiliśmy pewnie wcześniej od czasu do czasu. Tęskniliśmy choćby za ich poziomem rozwoju, szczególnie technologicznego.

Robert Lewandowski/Facebook

Byli nawet tacy politycy, którzy obiecywali nam, że staniemy się drugą Japonią, ale niewielu w to wierzyło, a na pewno możemy powiedzieć, że nic z tego nie wyszło.

Kolumbię i Kolumbijczyków przeciętny Polak utożsamiał i prawdopodobnie nadal utożsamia z kolumbijskimi kartelami narkotykowymi, a najbardziej znanym Kolumbijczykiem pozostaje Pablo Escobar, bo premiowany w 1982 r. Noblem z literatury Gabriel José de la Concordia García Márquez ma na bank mniejszą rozpoznawalność nad Wisłą.

Senegal z kolei – chyba się nie mylę - nie interesował nas absolutnie nigdy. Przeciętny Polak, w tym ja, nie miał żadnego powodu aby o Senegalu myśleć i mówić, chyba, że przy okazji skojarzeń z rajdem Paryż - Dakar. Mówiąc nieco brutalnie. Do tej pory Senegal był dla większości z nas zupełną egzotyką. Teraz mamy okazję i powód aby o Senegalu, Kolumbii i Japonii mówić częściej, bo drużyny z tych państw były – Japonia jeszcze będzie - rywalami naszej reprezentacji w grupie na piłkarskich mistrzostwa świata w Rosji. Połączyła nas piłka. Zrealizowało się hasło pod którym od jakiegoś czasu występuje Polski Związek Piłki Nożnej.

Zacząłem pisać ten tekst jeszcze przed meczem z Kolumbią. Dla wszystkich było już jasne, że Senegal nie zapisze się w pamięci Polaków tak samo jak równie egzotyczne w swoim czasie Haiti z którymi na Mundialu w NRF w 1974 r. wygraliśmy 7:0 czy choćby Peru, które nasza reprezentacji pokonała osiem lat później także wysoko. Z Senegalem po 2018 r. związane będą złe wspomnienia, bo przegraliśmy i to z jedną ze słabszych drużyn turnieju. Przegraliśmy także z Kolumbią. Na pewno jest to drużyna lepsza od pierwszego przeciwnika, ale na to, że zdobędzie mistrzostwo świata bałbym się postawić nawet małe pieniądze. Po laniu, które spuścili nam Rodriguez, Falcao, Cuadrado i spółka dla wielu kibiców sama myśl o Kolumbii na długo będzie się wiązała z bolesnymi wspomnieniami. Został jeszcze mecz z Japonią, ale nie spodziewałbym się, że w spadku po nim zostanie w naszych głowach przekonanie, że może Japończycy mają wspaniała technologię, ale w piłkę potrafią kopać lepiej nasi nad Wisłą.

Chcę docenić, że po meczu z Kolumbią i trener i zawodnicy mówili szczerze. Nawet nie to, że Kolumbia była lepsza – bo była, ale że my nie tyle, że nie trafiliśmy z formą, ale, że po prostu piłkarsko jesteśmy o wiele, wiele słabsi. Tego się nie dało ukryć. To po prostu było widać, słuchać i czuć. Mam tylko jedną pretensję i to wielką. Po co było tak bardzo podgrzewać atmosferę, pompować balon nadziei, roztaczać wizję sukcesu, prężyć muskuły skoro kto jak kto, ale oni na pewno wiedzieli o tym wcześniej? Czy nie uczciwiej byłoby od czasu do czasu studzić co bardziej rozpalone głowy. Może byłyby straty w audience, ale i rozczarowanie mniejsze. Naród byłby zdrowszy. Rozumiem też, że większe zainteresowanie ludu było atutem przy podpisywaniu kontraktu reklamowego. Szkopuł w tym, że w istocie jego płatnikami tych kontraktów były miliony Kowalskich i Nowaków, którzy przez długie miesiące dali się robić, bo świadomie byli robieni w konia. „Wydaliśmy” tę kasę, bo mieliśmy nadzieję. Mieliśmy nadzieję, bo siłą nam wmówiono, że powinniśmy ją mieć. Krótko: Orżnięto nas na grube miliony.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zjazd Absolwentów PWT

2018-06-25 17:13

Anna Buchar

W ubiegłą sobotę odbył się zjazd absolwentów Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Spotkanie odbyło się z okazji 50. rocznicy powstania uczelni.

Arkadiusz Cichosz
Nieszpory Narodzenia św. Jana Chrzciciela poprowadziła Schola Gregoriana Silesiensis

W auli PWT słowo wstępu do absolwentów skierował ks. prof. Włodzimierz Wołyniec. - Bardzo się cieszę, że przyjęliście zaproszenie i jesteście tu, w progach Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Dzisiejsze spotkanie będzie okazją do rozmowy i przypomnienia sobie czasu studiów. Nasz wydział trochę się zmienia. Na pewno jest nas mniej, niż w latach ubiegłych, co nie oznacza gorszej jakości. Wierzę, że cały czas doświadczamy Bożego działania i cieszę się z każdego studenta – mówił rektor uczelni.

Absolwentów przywitali także przedstawiciele samorządów studenckich. W imieniu Rady Uczelnianej Samorządu Studenckiego PWT przemówiła jej przewodnicząca, Anna Waśków - Co nas łączy? Śmiało możemy powiedzieć, że wszyscy jesteśmy szaleni, bo studiowanie teologii przeciwstawia się światowym trendom. Codziennie dostajemy te same wskazówki, które wprowadzane w życie sprawią, że będziemy tak silną społecznością akademicką, jak żadna inna. Dziękujemy Wam drodzy absolwenci za przecieranie nam ścieżek, za konkretne kierunkowskazy, dzięki którym poruszamy się w tym teologicznym, Bożym świecie. Myślę, że przede wszystkim łączy nas wspólny Mianownik, a jeśli mamy tego samego Przewodnika, to tak przetartymi ścieżkami można śmiało podążać – mówiła Anna Waśków.

Maciej Dąbrowski, przewodniczący Rady Uczelnianej Samorządu Doktorantów rozpoczął swoje wystąpienie od znaku Krzyża, zwracając przy tym uwagę na pewną ważną sprawę. – Pamiętacie zapewne, że kiedy studiowaliśmy tutaj, każde zajęcia rozpoczynaliśmy od modlitwy, przynajmniej w tej najkrótszej formie – znaku Krzyża. Tutaj, na Papieskim Wydziale Teologicznym zmieniło się wiele, ale nawyk rozpoczynania zajęć modlitwą z pewnością nigdy się nie zmieni – zaznaczył doktorant uczelni.

Po przemówieniach na absolwentów czekał występ artystyczny studentów grupy teatralnej, pod kierunkiem Mariusza Drozdowskiego, absolwenta PWT.



Następnie uczestnicy Zjazdu mogli zobaczyć jak zmienił się budynek uczelni oraz spędzić czas na wspomnieniach przy grillu.

Na zakończenie w kościele pw. Krzyża Świętego odbył się koncert połączony z modlitwą dziękczynienia i uwielbienia. Muzyczne uwielbienie zespołu N.O.E. poprzedziły Nieszpory Narodzenia św. Jana Chrzciciela, które poprowadziła Schola Gregoriana Silesiensis.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem