Reklama

Spacer, rozmowa i spowiedź

2018-03-07 11:22

Z ks. Krzysztofem Stąporem MIC rozmawia Andrzej Tarwid
Edycja warszawska 10/2018, str. VI

Archiwum KS
Ks. Krzysztof Stąpor MIC

Andrzej Tarwid – W parafii Matki Bożej z Lourdes na warszawskiej Pradze w każdy czwartek Wielkiego Postu kapłan ubrany w sutannę i stułę rozpoczyna o godz. 20.00 „Spacer Uzdrowienia”. Na czym polega ta mało znana inicjatywa?

Ks. Krzysztof Stąpor MIC: – Najkrócej mówiąc na tym, że ksiądz podczas spaceru wokół kościoła spotyka się z osobami, które chcą porozmawiać na tematy związane z życiem, przeżywaniem własnej wiary. A także z tymi ludźmi, którzy chcieliby się wyspowiadać.

– Gdzie zrodził się pomysł „Spacerów Uzdrowienia”?


– Usłyszałem o nich od ks. Michała Misiaka z archidiecezji łódzkiej, który opowiadał o nowych inicjatywach ewangelizacyjnych podczas ubiegłorocznej wizyty w Warszawie.
Po wykładzie ks. Michała poszedłem do mojego przełożonego, ks. Stanisława Kosiorowskiego MIC, i spytałem czy byłaby możliwość, aby w naszej parafii odbywały się takie „spacery”. Ksiądz Proboszcz zgodził się i już rok temu zorganizowaliśmy je po raz pierwszy. A w tym roku kontynuujemy tę inicjatywę.

– Czyli pomysł spodobał się parafianom?

– Rok temu nie informowaliśmy szerzej o „Spacerach Uzdrowienia”. Powiedzieliśmy o nich tylko w ogłoszeniach parafialnych. Resztę pozostawiliśmy Panu Bogu z nadzieją, że znajdą się osoby mające głębokie pragnienie powrotu do życia sakramentalnego w Kościele.

– I jaki był skutek?

– Pamiętam, że były takie dni, kiedy przez pierwszą godzinę nikt się nie pojawił, a później w tym samym czasie zgłosiło się nawet kilka osób. Wówczas prosiliśmy o pomoc naszych współbraci, żeby ludzie za długo nie czekali.

– W tym roku również frekwencja dopisuje. Kim są osoby, które wybierają taką formę kontaktu z kapłanem?

– Są to bardzo różni ludzie. I to zarówno jeśli chodzi o wiek, wykształcenie czy wykonywany zawód.

– Co w takim razie łączy tych ludzi, że nie korzystają z tradycyjnej formy kontaktu z kapłanem?

– Większość z nich szuka Pana Boga, choć nie zawsze jest im po drodze z Kościołem. Niektórzy, żyjąc wiele lat w grzechu, boją się wrócić. Inni nie wiedzą, jak to zrobić. Są również tacy, którzy przychodzą na Mszę św., lecz boją się skorzystać z sakramentu pokuty i pojednania w konfesjonale.

– O czym „spacerowicze” chcą najczęściej rozmawiać z kapłanem?

– Najczęstsze tematy dotyczą wyboru drogi życiowej i trudności związanych z modlitwą. A także spraw rodzinnych oraz kwestii dotyczących związków między kobietą a mężczyzną.

– Rozumiem, że w przypadku spraw rodzinnych i małżeńskich rola Księdza polega na wyjaśnieniu stanowiska Kościoła?

– Kiedy osoby poruszają temat sakramentu małżeństwa, to najpierw staram się pokazać, w oparciu o Pismo Święte, jaką Pan Bóg zaplanował dla człowieka drogę w tym zakresie, aby mógł on osiągnąć świętość. Szerzej rozwijam temat w oparciu o nauczanie Kościoła. W przypadku tej tematyki bardzo często zmuszony jestem też odnosić się do świata mediów.

– Z jakich powodów?

– Okazuje się, że wielu ludzi odwołuje się do wzorów lansowanych w mass mediach. Osoby te nie zauważają, że przekaz medialny w wielu istotnych kwestiach pomija aspekt duchowy. Niestety, ten zmanipulowany obraz buduje fałszywą świadomość, także w kwestii miłości i ludzkich uczuć. A to rodzi problemy między mężem a żoną czy też między narzeczonymi.

– A o jakich problemach mówią „spacerowicze” poruszając temat modlitwy?

– Na przykład, że w ich odbiorze modlitwa jest oschła lub nie przynosi duchowej pociechy. To rodzi w nich zwątpienie. A czasami nawet pokusę całkowitego wycofania się z modlitwy.

– Jaka jest na to rada?

– Zachęcam, aby stanęli przed Bogiem jak przed najlepszym Przyjacielem. I zwierzyli się ze swoich trosk. Ważne jest to, aby mówili własnymi słowami, a nie odwoływali się do wyuczonych formułek. Wtedy można „złapać” prawdziwy kontakt z Panem Bogiem i poczuć uzdrawiającą siłę modlitwy.

– A czy taki duchowy „Spacer” kończy się często sakramentem pojednania?

– Zawsze już na początku pytam, czy ktoś chce porozmawiać czy wyspowiadać się. Ale czasami rozmowa układa się w taki sposób, że pod jej koniec jeszcze raz pytam „spacerowicza”, czy ma pragnienie przystąpienia do sakramentu pokuty. I jeśli ma, to przystępujemy.

– Do prowadzenia tak delikatnych rozmów trzeba się przygotować. Jak Ksiądz to robi?

– Tradycyjną metodą kapłańską, czyli modlę się do Pana Boga o to, aby błogosławił wszystkim, którzy przyjdą. Po to, żeby mogli w sposób jak najpełniejszy doświadczyć Bożej delikatności i miłosierdzia. Jeśli zaś chodzi o moją osobę, to modlę się o światło Ducha Świętego, bym mógł być, jak mówiła św. Matka Teresa z Kalkuty, „ołówkiem w ręku Boga”, którym Bóg zapisze w sercu nawracającego się słowa łagodnego przebaczenia.

– Każdy „Spacer” trwa cztery godziny, aż do północy. W tym czasie świątynia przy ul. Wileńskiej 69 jest otwarta. Dlaczego?

– Pan Bóg mówił, że modlitwa dwóch lub trzech osób ma wielką wartość. Dlatego przez czas trwania „Spaceru” w świątyni są wierni, najczęściej osoby z przyparafialnych wspólnot, które modlą się o owoce sakramentu pokuty i pojednania. Do swojej modlitwy dołączają też intencję błagalną o nawrócenie grzeszników w naszej parafii.

– Kapłani zachęcają „spacerowiczów”, aby weszli do kościoła?

– Robimy to na koniec rozmowy. Prosimy, aby przy Najświętszym Sakramencie oddali Panu Bogu czas spotkania z księdzem i omodlili wszystkie te sprawy, o których mówili podczas „Spaceru”.

– „Spacerowicze” mogą także poprosić o modlitwę inne osoby znajdujące się w kościele?

– Przez cały czas „Spaceru Uzdrowienia” w świątyni trwa modlitwa wstawiennicza. Przy bocznym ołtarzu Bożego Miłosierdzia jest specjalnie ustawiony klęcznik. Jeśli uklęknie tam „spacerowicz”, to wtedy osoby z diakonii modlitewnej podejdą do niego i spytają się, czy ma jakieś konkretne intencje, w których oni mogliby się pomodlić.

– A jeśli „spacerowicz” nie ma takich intencji?

– Wówczas w pierwszej kolejności diakonia uwielbia Boga za życie tej osoby i prosi o błogosławieństwo dla jej życia.

– Spacery trwają przez Wielki Post. A co z osobami, które dopiero w Wielkanocny Poranek postanowią wrócić do Kościoła z peryferii?

– W takiej sytuacji trzeba po prostu przyjść na Liturgię. I nawet jeśli ktoś będzie miał poczucie, że nic z niej nie rozumie, to powinien przyjść. Po to, by być ze wspólnotą i poddać się działaniu Ducha Świętego, który poprowadzi jego serce, jeżeli tylko będzie chciał spotkać się z Bogiem.

– A kiedy refleksja o zmianie życia przyjdzie dopiero po Świętach?

– Wtedy pozostaje zadzwonić do kancelarii w swojej parafii i umówić się na spotkanie z kapłanem. Inna droga to przyjść bezpośrednio do konfesjonału i podzielić się ze spowiednikiem tym, co nosi się w sercu.

Tagi:
sakrament pokuty i pojednania

Kard. Müller subiektywna ocena nie upoważnia, by przystępować do sakramentów

2017-12-17 09:55

st (KAI) / Waszyngton

Na znaczenie sakramentu pokuty i Eucharystii w życiu chrześcijańskim, a także prawidłowo ukształtowanego sumienia zwraca uwagę kard. Gerhard Ludwig Müller. Na portalu amerykańskiego magazynu „The First Things” ukazał się artykuł emerytowanego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, który przytaczamy w tłumaczeniu na język polski.

Włodzimierz Rędzioch

Wielu sugeruje dzisiaj, że sakramentalne rozgrzeszenie może być udzielone penitentom, których ze względu na okoliczności łagodzące można określić jako wolnych od subiektywnej winy wobec Boga, pomimo, że nadal żyją w obiektywnym stanie grzechu ciężkiego. Różnica między obiektywnym stanem grzechu a subiektywną winą jest powszechnie uznawana przez katolicką tradycję teologiczną. Bardziej kontrowersyjne jest jej zastosowanie do porządku sakramentalnego. Czy możliwe jest wykorzystanie prawdopodobnego braku winy subiektywnej jako kryterium udzielenia rozgrzeszenia? Czy nie oznaczałoby to przekształcenia sakramentów w rzeczywistości subiektywne, co jest sprzeczne z ich naturą jako skutecznymi, widzialnymi - a więc obiektywnymi znakami łaski?

Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba sięgnąć do korzeni sakramentu pojednania. W swojej miłości względem nas Bóg tak poważnie traktuje ludzi, że wydał swego Jednorodzonego Syna na najstraszliwszą i najbardziej haniebną śmierć na krzyżu (J 3,16), aby nasze grzechy mogły zostać odpuszczone i abyśmy mogli być z Nim pojednani (2 Kor 5,19). Jeśli taka jest cena naszego zbawienia, to biskupi i kapłani nie mogą lekceważyć władzy, jaką otrzymali od samego Chrystusa (Mt 18, 18; 20,22), by odpuścić te grzechy, które penitent wyznał i z powodu których wyraził skruchę.

Bowiem Boską władzą Apostoł wypowiada wiernym słowo pojednania (2 Kor 5, 20). Sakrament pojednania z Bogiem i z Kościołem jako Ciałem Chrystusa wymaga wyznania wszystkich grzechów ciężkich danej osoby w całej integralności. Ta konieczność wynika z troski o wieczne zbawienie i jako taka ma większe znaczenie niż przejściowe poczucie błogości chrześcijanina, którego zaburzenia spowiednik może się obawiać. Aby móc osądzić, czy odpuścić czy też zatrzymać grzechy każdego (J 20,23), kapłan musi wiedzieć, jakie grzechy ciężkie penitent popełnił. Są to zarówno grzechy jawne jak i grzechy ukryte popełnione myślą, słowem, czynami i zaniedbaniami, naruszające Boże przykazania, które są objawieniem świętego i uświęcającego Bożego planu miłości dla nas.

Nie wystarczy po prostu nazwać siebie ogólnikowo grzesznikiem Może to łatwo stać się wymówką: człowiek podlega ludzkiej słabości, tak jak wszyscy inni. Wówczas grzechy są relatywizowane jako stale obecne ludzkie niedostatki. W rzeczywistości jednak ochrzczony chrześcijanin nie jest uwikłany w dialektykę Lutra z jego sformułowaniem „simul iustus et peccator” („jednocześnie sprawiedliwy i grzesznik”). Przez chrzest zostaliśmy naprawdę przemienieni. Nie jesteśmy już niewolnikami grzechu, ale staliśmy się przyjaciółmi i dziećmi Boga. Znajdujemy się w stanie łaski uświęcającej. Nie ma czegoś takiego, jakoby grzech musiał koniecznie wynikać z utrzymującej się słabości (pożądania). Przeciwnie, grzech jest wynikiem świadomego i dobrowolnego działania przeciw świętości Boga i miłości Chrystusa, który przelał swoją krew na krzyżu na odpuszczenie grzechów. Poprzez dobrowolne przyjęcie wiary i łaski staliśmy się dziećmi Bożymi. W ten sam sposób musimy współpracować z przyjściem Królestwa na ten świat, służąc wypełnieniu woli Bożej na ziemi, tak jak w niebie. Całe życie chrześcijanina jest ciągłym naśladowaniem ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Pana. Poprzez ciężkie grzechy oddzielamy się od Boga i wykluczamy się z dziedzictwa życia wiecznego.

Miłość nie sprawia, że wypełnianie Bożych przykazań staje się zbędne, ale jest najgłębszą formą ich wypełnienia. Przykazania nie są zewnętrznymi nakazami, obiecującymi nagrodę tym, którzy je wypełniają i grożącymi karą tym, którzy ich nie przestrzegają. Są one natomiast objawieniem zbawczego planu Boga, wskazując nam drogę Jego miłości. Każdy grzech śmiertelny jest świadomym i dobrowolnym zaprzeczeniem woli Bożej. Jest to aspekt formalny, który zamienia zły czyn w grzech śmiertelny, którego aspektem materialnym jest treść czynu. Dlatego apostoł Paweł może kategorycznie powiedzieć: „Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy. . . nie odziedziczą królestwa Bożego”(1 Kor 6, 9-10).

Sobór Trydencki (1551) naucza, że grzechy śmiertelne czynią nas nieprzyjaciółmi Boga i przekazują na wieczne potępienie, dopóki nie okażemy skruchy, wyznamy nasze grzechy i poprzez uczynki zadośćuczynienia, otrzymamy rozgrzeszenie i przywrócenie do stanu łaski uświęcającej. Dlatego penitent musi wyznać spowiednikowi wszystkie publiczne i skryte grzechy śmiertelne, o których wie, po dokładnym rachunku sumienia (DH 1680). Musi również wskazać te okoliczności, które mogą zmienić rodzaj grzechu (DH 1681). To, o czym tu mowa, to nie okoliczności łagodzące, które zmniejszają ciężkość winy i sprawiają, że zasługujemy na mniejszą karę. Chodzi raczej o te okoliczności, które zmieniają gatunek aktu, a zatem wymagają innego rodzaju pokuty i kary, które musi określać spowiednik działający jako sędzia. Należy wyraźnie podkreślić, że motywacją spowiednika jest zbawienie penitenta.

Dlatego Sobór ma całkowitą rację, odrzucając polemikę protestancką, która widzi w wymogu pełnego wyznania grzechów swego rodzaju „katownię sumienia” w konfesjonale (DH 1682). A co się dzieje jeśli penitent nie ponosi odpowiedzialności za swoje grzechy, z powodu braku wiedzy lub odpowiedzialności? Wolność osoby może być osłabiona z powodu ignorancji. Tylko Bóg jest w stanie ocenić subiektywną winę osoby. Spowiednik może jedynie starannie pomagać penitentowi w jego rachunku sumienia. Ale nawet penitent nie może zdecydować, w jakim stopniu Bóg pociąga go do odpowiedzialności za grzech. Próba uczynienia tego oznaczałaby zwyczajnie usprawiedliwienie samego siebie.

Nawet jeśli nie jestem świadomy jakiejkolwiek winy, nie mogę być absolutnie pewny mojego zbawienia i zawsze muszę powierzać siebie osądowi Bożej łaski. Kościół nie może uprzedzać czy nawet interweniować w Boży sąd. Apostołowie, a zatem biskupi i kapłani, są jedynie sługami Chrystusa i szafarzami Jego sakramentów. Mogą oni udzielać sakramentów jako środków łaski jedynie zgodnie ze sposobem, w jaki Chrystus je ustanowił i zgodnie z Jego upoważnieniem udzielonym Kościołowi.

Musimy również brać pod uwagę możliwość, że ignorancja jest sama w sobie zawiniona, tak jak wtedy, gdy służy jako sposób na usprawiedliwienie się z konieczności zmiany swego stylu życia. Przypomnijmy naukę Synodu w Sens, zgodnie z którą człowiek może popełnić grzech, także jeśli działa z ignorancją (DH 730). Nawet jeśli spowiednik jest w stanie znaleźć powody, które przemawiają za zmniejszoną odpowiedzialnością penitenta, nie powinien zapominać, że te same powody przeszkadzają osobie w rozpoznaniu jej sytuacji przed Bogiem we właściwy sposób. W każdym razie, powiedzenie „rozgrzeszam cię” w tych przypadkach oznaczałoby potwierdzenie błędu, w którym dana osoba żyje, błędu, który jest głęboko szkodliwy dla jej zdolności do życia zgodnie z Bożym planem miłości.

Ważne, aby pamiętać, że sakramenty nie są prywatnymi wewnętrznymi spotkaniami wiernych z Bogiem, ale widzialnymi wyrazami wiary Kościoła. Dlatego właśnie dyscyplina kościelna rządząca przyjęciem do sakramentów zawsze wymagała, aby wierny nie znajdował się w sprzeczności z chrześcijańską formą życia. Św. Tomasz mówi, że dopuszczanie do sakramentów kogoś, kto nadal żyje w grzechu, oznacza wprowadzenie „fałszu w znaki sakramentalne” (S. Th. III, 68 a. 4, corpus). Zatem można być bez winy wobec Boga z powodu nieprzezwyciężalnej ignorancji i nadal nie być zdolnym do otrzymania rozgrzeszenia.

Słowa „odpuszczam tobie grzechy” nie są zatwierdzeniem braku odpowiedzialności penitenta przed Bogiem. Przeciwnie, wyrażają i doprowadzają do jego pojednania z Bogiem, do jego ponownego włączenia w widzialne ciało Chrystusa, którym jest Kościół. Tak więc, aby te słowa były znaczące, penitent musi podjąć stanowcze postanowienie, by żyć zgodnie ze sposobem życia, którego nauczył nas Chrystus i jaki Kościół zaświadcza wobec świata. Inaczej byłaby to „subiektywizacja” ekonomii sakramentalnej Kościoła, czyniąc ją funkcją naszej niewidzialnej relacji z Bogiem. Oznaczałoby to wyłączenie sakramentów z widzialnego ciała Chrystusa i z Jego ciała, którym jest Kościół.

Zupełnie innym przypadkiem jest sytuacja, kiedy z przyczyn zewnętrznych nie można było kanonicznie wyjaśnić statusu danego związku, a powiedzmy mężczyzna ma dowody, że jego rzekome małżeństwo z kobietą było nieważne, choć z różnych powodów nie jest w stanie przedstawić tych dowodów na forum kościelnym. Sprawa ta jest całkowicie odmienna od sytuacji osoby żyjącej w ważnym małżeństwie, która prosi o sakrament pokuty, nie chcąc porzucić stałych stosunków seksualnych z kimś innym, czy jest to konkubinat, czy też „małżeństwo” cywilne, które nie jest ważne przed Bogiem i Kościołem. Podczas gdy w tej drugiej sytuacji istnieje sprzeczność z sakramentalną praktyką Kościoła (kwestia prawa Bożego), to pierwszym przypadku dyskusja koncentruje się na sposobie ustalenia, czy małżeństwo było nieważne (kwestia prawa kościelnego).

Teologicznie sprawy są bardzo jasne. Słowa Chrystusa, nauczanie Apostołów, a tym samym dogmat Kościoła, stanowią wyraźną wskazówkę dla wszelkich starań duszpasterskich o wsparcie poszczególnego chrześcijanina w jego pielgrzymce do Boga. To dawni faryzeusze (których imię jest dziś nazbyt często używane jako określenie pogardliwe), próbowali postawić Jezusa w niezręcznej sytuacji w związku z nierozerwalnością małżeństwa. Z jednej strony wszyscy chcą utrzymać nierozerwalność małżeńską w ramach planu Stwórcy dotyczącego małżeństwa między mężczyzną a kobietą. Z drugiej strony niektórzy próbują obejść przykazanie Chrystusa. Uciekając się do pretekstu, że oprócz „surowego Chrystusa” jako prawodawcy Nowego Przymierza, jest także „miłosierny Jezus” z Ewangelii, dobrze wiedząc, że ideał jest konfrontowany z konkretną ludzką rzeczywistością, która zostaje zakłócona przez grzech Adama. Jezus odpowiada nie jak faryzeusz, lecz przeciwko faryzeuszom - a nawet przeciwko sprzeciwom apostołów, twierdzących, że znają ludzką praktykę i rzeczywistość lepiej od samego Jezusa - że „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej”. Słowa te stosuje również do kobiety, która poślubia mężczyznę, który nie jest nieżonatym czy wdowcem (Mk 10,11-12).

Według Apostoła Pawła, jeśli małżonkowie się rozeszli, powinni dążyć do pojednania. Jeśli pojednanie nie jest możliwe, muszą pozostać samotni aż do śmierci prawowitego partnera (1 Kor 7, 11, 39). Dla każdego jest prawdą, że sakramentalne przyjęcie Komunii świętej jest owocne tylko wtedy, gdy znajdujemy się w stanie łaski uświęcającej. Ale nawet niezależne od pytania o subiektywny stan łaski - którego ostatecznie tylko Bóg jest sędzią - trzeba, aby ci, którzy żyją w obiektywnej sprzeczności z przykazaniami Boga i sakramentalnym porządkiem Kościoła, podjęli decyzję o zmianie swego sposobu życia, żeby uzyskać pojednanie z Bogiem i Kościołem w sakramencie pokuty.

W wielu skomplikowanych sytuacjach, w obliczu ideologii wrogich małżeństwu i w sytuacji kiedy przekazywanie wiary jest aż nazbyt często powierzchowne, mądry szafarz łaski Bożej delikatnie poprowadzi chrześcijan, którzy poważnie dążą do życia wiarą, aby przyjrzeli się swojej sytuacji rodzinnej w świetle Ewangelii Chrystusa. W przypadkach, gdy istnieją poważne powody, aby nie rozwiązać nowego związku i gdy nie można było uzyskać deklaracji o nieważności pierwszego związku, celem tej często trudnej i długiej drogi jest to, aby partnerzy żyli razem jak brat i siostra, a zatem mieli także dostęp do Komunii Świętej.

Co więcej, nie możemy zapominać, że wiara katolicka nie sprowadza tajemnicy Eucharystii do przyjęcia Komunii Świętej. Decydujące jest przede wszystkim uczestnictwo w Ofierze Eucharystycznej. Główną troską pasterzy Kościoła musi być wypełnianie przez wiernych ich obowiązku niedzielnego. Bóg z pewnością nie odmówi swojej miłości tym, którzy pomimo powtarzających się niepowodzeń z pokorą proszą Go o łaskę, aby mogli wypełnić przykazania. A już na pewno patrząc na nasze własne grzechy, powinniśmy szanować i z miłością pomagać w naszej wspólnej pielgrzymce tym naszym braciom i siostrom, którzy odczuwają dylemat, jeśli chodzi o ich sytuacje rodzinne i odkrywają, że pomimo dobrej woli, nie zawsze udaje im się żyć zgodnie z przykazaniami Boga. To prawda, że spowiednicy są także sędziami. Ale pełnią tę rolę nie z powodu ludzkiej pychy, aby potępić grzesznika. Przeciwnie, ich osąd jest jak diagnoza mądrego lekarza, który stara się poznać naturę choroby, a następnie wylewa olej i wino na rany, tak jak miłosierny Samarytanin, przekazując ludzi do schroniska Świętej Matki Kościoła.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czy duszpasterze stracili młodzież, czy młodzież straciła duszpasterzy?

2018-09-12 10:43

Bp Andrzej Przybylski
Edycja częstochowska 37/2018, str. VIII

kanamlodych.pl

Tyle powiewów Ducha Świętego kieruje Kościół w stronę młodych. Przed nami święto patrona polskiej młodzieży – św. Stanisława Kostki. W październiku ma się odbyć synod biskupów na temat młodych. Ale Duch Święty „wieje” również w nasze wewnętrzne niepokoje, w których nosimy pytania o obecność młodych w Kościele.

Duch przenika wszystko i mocno wierzę, że pragnie tą troską o młodzież przeniknąć przede wszystkim nasze wspólnoty parafialne. Wiatr zwykle zmienia kierunek. Myślę, że jedna zmiana przydałaby się nam na pewno. Mniej powinniśmy się zastanawiać, co takiego jest w świecie, co zagraża młodym, a więcej powinniśmy myśleć o tym, czego brakuje nam w Kościele, że młodych nie przyciągamy. I choć świat się diametralnie zmienia, warto czasem sięgnąć do sprawdzonych metod.

Przyjaciel młodzieży św. Jan Bosko nie zasłynął wielką dydaktyką, czy też pełnymi rozgłosu spotkaniami i koncertami na arenach sportowych. Miał za to wielkie przekonanie, że najskuteczniejszym środkiem dotarcia do młodych jest po prostu obecność z młodymi. Tę asystencję wychowawczą rozumiał jako proces pracy organicznej w środowisku młodzieżowym. Tu niczego nie da się osiągnąć pojedynczą akcją – trzeba stale być blisko młodych. Być to najpierw słuchać. Nie zaczynać od oceny, od krytyki, od narzucania własnego planu działania, ale zacząć słuchać. Tylko uważne słuchanie może być skutecznym źródłem odkrycia tego, czego oczekują młodzi i jakie mają problemy, z którymi chcą przyjść do Pana Boga.

Drugi warunek to czas dla młodych, i to taki na mur beton. Wbrew pozorom mało kto ma dzisiaj czas dla młodych. Zapracowani rodzice, przemęczeni nauczyciele. Pozostaje czasem tylko komputer i koledzy z ulicy. Jeśli młodzi mają pewność, że w parafii ktoś na nich czeka, jest o konkretnej godzinie do ich dyspozycji i chce ich szczerze posłuchać, to powoli zaczną przychodzić. Pamiętam z czasów duszpasterskiej pracy z młodymi, że jedną nieobecność musiałem czasem nadrabiać miesiącami. Wystarczyło, że raz nie było mnie na spotkaniu, a już niektórzy mieli wątpliwości, czy warto przyjść, bo może znów mnie nie będzie. Im bardziej i częściej nasze plebanie i my sami jesteśmy otwarci na młodych, tym chętniej będą się pojawiać. Oczywiście, że młodzi muszą też wiedzieć, że przyjść warto. Wbrew pozorom młodym szybko nudzą się dobre ciasteczka i kawa, smaczna pizza i coca-cola. Młodzi są mądrzy i zostają tam, gdzie naprawdę warto, gdzie oferta jest sensowna i głęboka. Również ta religijna i formacyjna.

Choćby tyle przypomnień wystarczy, żeby zrobić sobie rachunek sumienia z duszpasterstwa młodych. Na jego podsumowanie warto sobie szczerze odpowiedzieć, kto kogo bardziej stracił: czy duszpasterze stracili młodzież, czy też młodzież straciła dobrych duszpasterzy?

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Young Caritas przygotuje młodych liderów wolontariatu

2018-09-18 19:47

km / Koszalin (KAI)

W Koszalinie rusza projekt Young Caritas, którego celem jest formacja liderów działających w ramach Szkolnych Kół Caritas. Chodzi nie tyle realizację kalendarza akcji charytatywnych, ile o twórcze podejście do form pomagania i umiejętność tworzenia zespołu. Nagrodą w programie będzie wyjazd do Rzymu i spotkanie z papieżem Franciszkiem.


- Potrzebujemy liderów w Szkolnych Kołach Caritas, ale zależy nam, żeby nie byli nimi katecheci czy nauczyciele będący ich opiekunami. Chcemy, by młodzi sami wzięli na siebie odpowiedzialność za akcje na rzecz potrzebujących - powiedziała Marlena Woźniak, koordynatorka projektu. - By sami wpadali na to, co i jak zorganizować. A przede wszystkim otwierali oczy, komu w ich środowisku pomoc jest potrzebna.

Young Caritas jest skierowany głównie do młodzieży gimnazjalnej i licealnej. - Young to młodość, jako Caritas inwestujemy w tych, którzy mają być naszą przyszłością. Chcemy by młodzi potraktowali to nie jako kolejną akcję, lecz przygodę życia - powiedział Paulina Kaźmierczak z CDKK.

Zadania, które młodzi podejmą w ramach projektu w kolejnych miesiącach, dotyczyć będą wspierania osób potrzebujących z różnych grup społecznych, zarówno w skali lokalnej, jak i ogólnopolskiej.

- Zamierzamy zaktywizować młodzież do pomocy seniorom, niepełnosprawnym, rodzinom wielodzietnym i innym. Chcemy pokazać wolontariuszom, co mogą zrobić w tym względzie, np. odwiedzić chorych w hospicjum, znaleźć w swojej okolicy osoby niesamodzielne, pobawić się z dziećmi - wyjaśnia Woźniak.

Caritas przygotowała zadania, które młodzi będą realizować w miesięcznych cyklach. Każdy zespół, który się tego podejmie, będzie swoją pracę dokumentował, a udostępnienie tego na fanpage'u otworzy innym możliwość głosowania na najlepsze pomysły. Po wielomiesięcznej pracy najlepszy zespół SKC - wyłoniony głosami internautów - pojedzie do Rzymu i spotka się tam z papieżem Franciszkiem.

Co ciekawe do projektu mogą przystąpić nie tylko osoby wierzące. - Wiemy, że są młodzi niewierzący, którym podobają się nasze działania charytatywne. Zapraszamy także ich do szkolnych Caritasów i potem staramy się uczyć ich wiary - dodaje Kaźmierczak.

Pomocą we wdrożeniu się w nowy styl wolontariatu Caritas będzie obóz "Noc przygody", który odbędzie się w Koszalinie 28-29 września. Zapisy na obóz przyjmowane są do 26 września drogą mailową: mwozniak@caritas.pl) lub telefonicznie pod nr 500 398 444.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem