Reklama

Wspólnota chleba

2018-04-11 10:09

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 15/2018, str. 28-29

Mateusz Wyrwich
Nierzadko bezdomni zamieszkują takie pustostany

Od pół wieku niosą pomoc i pojednanie. Widoczni są jako negocjatorzy podczas światowych konfliktów. Na co dzień jednak ledwie dają się zauważyć, choć pomagają biednym w ponad 70 krajach

Jak powiedział przed kilku laty papież Franciszek, ich dewizą jest: „Preghiera, poveri e pace” – Modlitwa, ubodzy i pokój. A mówił tak o wspólnocie Sant’Egidio, powstałej przed pół wieku w Rzymie. Początkowo nosiła ona nazwę: Młodzież Uczniowska, jej założycielem był bowiem uczeń rzymskiego liceum – osiemnastolatek Andrea Riccardi. Dziś historyk, profesor, autor kilkudziesięciu książek. Polskim czytelnikom znany choćby z niezwykłej publikacji wydanej kilka lat temu o życiu i dziele Ojca Świętego – „Jan Paweł II. Biografia”. Riccardi to również doktor honoris causa wielu uniwersytetów, uhonorowany licznymi nagrodami. Humanista wielce wyczulony na problemy naszego globu. To m.in. dzięki niemu wspólnota odegrała znaczącą rolę w zażegnaniu wielu konfliktów na świecie, jak choćby w Mozambiku, nie mówiąc już o tych, do których dzięki wspólnocie nie doszło. Jej celem jest budowanie pokoju przez dialog z różnymi narodami i wyznawcami różnych religii. To m.in. dzięki zabiegom wspólnoty utworzono korytarze humanitarne dla syryjskich uchodźców. Jej międzyreligijne spotkania wynikają z jej idei krzewienia ekumenizmu. Służą temu również spotkania i kongresy w cyklu „Ludzie i religie”. Znane są one i wysoko cenione na świecie nie tylko wśród chrześcijan, ale także wśród ludzi niewierzących.

Początkowo wspólnota uczniów stawiała sobie za cel pomoc ubogim, zwłaszcza modlitwą. Z czasem zmieniła swoją nazwę, włączając do niej imię patrona kościoła, w którym kilka lat później znalazła gościnę – św. Idziego. Członkowie wspólnoty szli do biednych, głównie migrantów koczujących pod rzymskimi mostami. Szli nie tylko z chlebem, ale też z modlitwą i nauką. Uczono bezdomne dzieci alfabetu w Scuola Popolare, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zaś – na darmowych kursach języka i kultury włoskiej uczono dorosłych. Z latami wspólnota poszerzała zakres pomocy ludziom biednym, bezdomnym czy więźniom. Stopniowo przenosiła też swoją działalność na kolejne kraje i kontynenty. Blisko dwadzieścia lat od powstania ta świecka wspólnota zyskała oficjalne uznanie Watykanu. Życzliwością Karola Wojtyły cieszyła się przez lata.

Wspólnota w Polsce

Powstała w końcu ubiegłego wieku. Odpowiedzialnymi za Wspólnotę św. Idziego w naszym kraju są włoski historyk prof. Massimiliano Signifredi oraz dziennikarka i autorka filmów dokumentalnych Magdalena Wolnik. Dziś Wspólnota Sant’Egidio skupia kilkaset osób. Działają w Chojnie, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie i Warszawie. Pomagają głównie ludziom bezdomnym i biednym. Wśród posługujących są przede wszystkim młodzi. Fundusze na działalność pochodzą nie tylko od donatorów, ale przede wszystkim ze składek członków wspólnoty. Działają przy parafiach, ale ich miejscem pracy jest głównie ulica, na którą wychodzą z ciepłą czy zimną strawą. W niektórych miastach ochotnicy odwiedzają też potrzebujących w miejscach, w których te osoby żyją, czy w domach opieki społecznej. Na Boże Narodzenie organizują zaś wielkie obiady – na kilkaset osób. Oprócz jedzenia i ubrania niosą bezdomnym i ubogim słowo Boże. Organizują wspólne modlitwy, zapraszają do uczestnictwa we Mszach św.

Reklama

W Polsce, według danych GUS, żyje ok. 40 tys. bezdomnych. W tym – ludzi zagrożonych bezdomnością, a więc mieszkających w warunkach urągających podstawowym zasadom socjalnym. Według szacunków organizacji charytatywnych, jest ich jednak trzy razy tyle. Pochodzą głównie z dużych miast i w nich się skupiają, ale jest też spora grupa bezdomnych z miasteczek. Niewielki procent pochodzi ze wsi. Są to bardzo różni ludzie, o różnym wykształceniu i statusie społecznym. To ludzie, którym, mówiąc kolokwialnie, powinęła się noga w życiu. Jedni, straciwszy pracę, popadli w długi; stracili mieszkanie, znajomych, czasem bliskich. Innych dotknęła tragedia rodzinna. Wśród bezdomnych znajdują się też młodzi, którzy uciekli z domu. Na co dzień Wspólnota Sant’Egidio pomaga kilku tysiącom osób w Polsce. Wspiera je modlitwą i pomocą rzeczową.

W Warszawie wspomniana wspólnota powstała w 2008 r. i dość szybko znalazła gościnę przy parafii pw. Wszystkich Świętych. Dziś działa przy czterech świątyniach. We wspomnianej już w Śródmieściu, a także w parafii pw. Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie, w kościele pw. Brata Alberta i św. Andrzeja Apostoła na placu Teatralnym oraz na Powiślu – w parafii pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, przy której znajduje się też „Szafa Przyjaciół”. To miejsce, w którym każdy z bezdomnych czy ubogich może zaopatrzyć się raz na miesiąc w ubrania. Wyeksponowane i ułożone z niezwykłym staraniem, wręcz elegancją, jak w renomowanym sklepie odzieżowym. Wolontariusze często pomagają potrzebującym nie tylko wybrać odpowiedni rozmiar butów czy ubrań, ale też doradzają w kwestii estetyki. „Szafa” jest zazwyczaj pełna, gdyż stale pojawiają się darczyńcy. Zdarzają się i tacy, którzy przynoszą po kilka czy kilkanaście par nowych butów.

– Spotkanie zaczynamy od robienia kanapek. Później bierzemy udział w modlitwie, która jest potrzebna w naszej wewnętrznej formacji. Najpierw więc chcemy wsłuchać się w słowo Boże i wpatrywać w oblicze Jezusa Chrystusa, żeby nabrać sił. Ten moment skupienia jest po to, żeby przypomnieć sobie, Kto nas posyła, i by pamiętać, że nie jesteśmy sami, bo wierzymy, że to Chrystus prowadzi nas na ulice, jak sam niegdyś chodził po ulicach Jerozolimy – wyjaśnia Sylwia Gawrysiak ze Wspólnoty Sant’Egidio, na co dzień dziennikarka. – Prowadzimy też regularne modlitwy o pokój. Modlimy się za chorych, uchodźców, wspominamy współczesnych męczenników. W tych modlitwach uczestniczą również bezdomni. Następnie wychodzimy na ulice miasta – kontynuuje pani Sylwia. – Dwa razy w tygodniu spotykamy się z bezdomnymi w różnych miejscach Warszawy. W czwartki idziemy z kanapkami, zupą i ciepłą herbatą w trzy punkty: w okolice Dworca Centralnego, Metra Centrum i od niedawna na Dworzec Zachodni, gdzie działają głównie studenci. Spędzamy godzinę z bezdomnymi, którzy do nas przychodzą. Rozmawiamy z nimi, dowiadujemy się, co u nich. Podobne spotkania odbywają się w środy w kościele pw. Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie. Koledzy jeżdżą z kanapkami w pobliże lotniska. Drugim polem naszej działalności są niedzielne odwiedziny u osób bezdomnych w kilkunastu punktach miasta. W ich „domach”: w altankach działkowych, starych przyczepach kempingowych, a czasem nawet namiotach. Część osób zaprzyjaźniła się ze wspólnotą i zaprasza nas do siebie, wpuszcza do swojego życia. Zawozimy im jedzenie, a oni pokazują, jak sobie radzą. Nigdy nie słyszałam, żeby złorzeczyli Panu Bogu. Kiedyś jeden z bezdomnych powiedział mi, wyciągając różaniec, że bez niego nigdy nie zasypia, bo nie przetrwałby bez Różańca na ulicy. Ludzie często pytają nas, czy my ewangelizujemy. Owszem, ewangelizujemy, wychodząc do ubogich. Ale bezdomni też ewangelizują nas – swoim świadectwem trwania w wierze mimo trudności, w których się znajdują. Dzięki nim ja sama lepiej rozumiem, jaką wartością jest człowiek. Gdy się spotyka ludzi ubogich, pozbawionych tych wszystkich dodatków, gadżetów czy statusu społecznego, to można zacząć rozumieć, jaką naprawdę wartością jest każdy człowiek. I to nie tylko ten ubogi, na którym się skupiamy, ale też wszyscy ludzie wokół. Każdy jest wart uwagi!

Tagi:
bezdomni

Bezdomność jak wada serca

2019-03-06 10:17

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 10/2019, str. 22-24

W styczniu było ich 40, w większości mężczyzn. Najtrudniejsze przypadki. Ludzie odrzucający niemal każdą formę pomocy. Lokatorzy tzw. miejsc niemieszkalnych. Zniszczeni nałogiem, wyrzuceni przez rodziny, dawni więźniowie, na których na wolności nie czeka już nikt. Rozmaitość losów, typów, charakterów. Niektórzy na ulicy od lat, inni pojawiają się raptownie i równie nagle znikają

Z archiwum Jana Strączyńskiego
Streetworkerzy starają się „ogarnąć” czyjąś biedę i zracjonalizować pomoc

Co społeczeństwo oferuje ludziom bez dachu nad głową? Schroniska, ogrzewalnie, jadłodajnie, punkty dziennej pomocy oraz wydawania żywności i używanej odzieży. Dla tych, którzy zdobędą się na wykonanie następnego kroku, prowadzi się programy wychodzenia z bezdomności, terapie odwykowe i psychologiczne, pomoc w znalezieniu pracy, wreszcie mieszkania treningowe, w których uczą się z pomocą asystentów samodzielnego, czytaj: odpowiedzialnego, życia.

Praca ta wykonywana jest przez pracowników socjalnych i wolontariuszy. Na dole tej piramidy – albo na samej górze, jak kto woli – są streetworkerzy. W wolnym tłumaczeniu – uliczni pomagacze, ludzie dotykający własnymi rękami najgorszej ludzkiej biedy, najboleśniejszego zagubienia. Zdumiewająco opanowani, wytrzymali i skuteczni. Pozwolili mi towarzyszyć sobie podczas jednego z codziennych patroli.

Jan Strączyński*, od 6 lat uliczny pomagacz, wyjaśnia mi na początku, co oznacza „miejsce niemieszkalne”. Pójdziemy więc szlakiem domów przeznaczonych do rozbiórki, mostów, schodów, piwnic, garaży, kanałów ciepłowniczych, szop, namiotów, altan śmieciowych, krzaków na skwerach itd.

Trzeba się trzymać podstawowej zasady: nigdy nie chodzi się samemu – zawsze dwójka streetworkerów i dobrze, by jednym z nich była kobieta. Dołączam więc do Janka i Aleksandry. Jan ma dwie ksywki: „Duracell” i „Anioł”. Pierwsza nawiązuje do nazwy baterii o przedłużonym działaniu – co dobrze opisuje energię i wytrzymałość tego drobnego mężczyzny. Powodu, dla którego bezdomni mówią o nim „Jan Anioł”, podawać chyba nie trzeba. Aleksandra na co dzień pracuje w schronisku dla bezdomnych. Ulicznym pomagaczem staje się w wolne dni.

Kolejna zasada to plan działania. – Robimy zarys dnia, choć nigdy do końca nie wiadomo, co przyniesie życie. Jeśli natkniemy się na kogoś wymagającego natychmiastowej pomocy, skupiamy się na nim. Przede wszystkim ratujemy życie – mówi Janek.

– A co, jeśli wbrew logice bezdomny odmawia pomocy? – pytam.

– Nie wolno go opuścić. Przynosimy więcej koców, zasłaniamy nimi wybite okna w pustostanach, przychodzimy regularnie, aby sprawdzić, czy sytuacja nie zmieniła się na gorsze.

– A rozpalacie ognisko w zimną noc?

– Jeszcze się nie zdarzyło, bo to często bywa przyczyną samospalenia w pustostanach. Zamiast tego możemy np. dostarczyć gorącą herbatę.

W ich własnym tempie

Stare miasto i zdezelowana chałupka przy jednej z bocznych uliczek. W środku na starych materacach troje ludzi. W czapkach, kurtkach i rozpadających się buciorach. Najmniejsza jest kobieta.

Pyskata Sylwia, która najwyraźniej rządzi resztą. Pod ścianą brodaty Andrzej, a obok Michał, recydywista ogarnięty nieustannym lękiem, że „przyjdą po niego” i wsadzą do więzienia. Pilnie potrzebuje oddziału detoksykacyjnego. Janek proponuje pomoc, ale warunek jest jeden. Chłopak ma być „wyzerowany”, czyli trzeźwy. Michał się zastanawia, mruczy coś pod nosem. W końcu obiecuje wytrzeźwieć do rana, choć chyba nie do końca wierzy w swoje deklaracje.

– Czasami trudno wyrwać kogoś z błędnego koła, ale próbować trzeba – tłumaczy Janek. – W pracy streetworkera ważny jest czas, który oddajemy bezdomnemu. Wszystko musi się odbywać w jego tempie i na warunkach wspólnie wypracowanego planu. Raz mieliśmy sytuację, gdy wszystko szło za dobrze. Wyciągnęliśmy mężczyznę z piwnicy, gdzie żył dwa lata, a jedzenie podbierały mu dzikie koty i szczury. Zgodził się umyć, dostał nowe ciuchy, ogolił się, zjadł śniadanie i... po trzech godzinach uciekł z powrotem do piwnicy. Nie trzymaliśmy się zasady „w jego własnym tempie”. Czasem z jedną osobą pracujemy lata. Niedawno jeden z naszych podopiecznych wprowadził się do pierwszego wynajętego przez siebie pokoju. Proces wychodzenia z bezdomności trwał w jego przypadku cztery lata. Takie historie nadają sens naszej pracy. No i wtedy, gdy uda się komuś uratować życie. Wtedy ta ciężka praca staje się najlepszą robotą na świecie!

Kolejny pustostan. Trwa namawianie na schronisko. Siedzimy w kucki, co skraca dystans do leżących na ziemi ludzi. Aleksandra wyjaśnia spokojnym, niemal cichym głosem: – Umyjecie się, dostaniecie czyste ciuchy, przebada was lekarz.

Bezdomni patrzą przed siebie w milczeniu. Po chwili zauważam spojrzenia wędrujące jak po sznurku ku butelce stojącej na środku stołu. Etykietka lekko mnie dezorientuje – ocet spirytusowy...?

– Taka butelka kosztuje na niedalekiej melinie kilka złotych. Spirytus niespożywczy, zwany przez konsumentów „ślepotką” – lub jak kto woli: „F-16” – przemycany jest m.in. ze Wschodu. Można go kupić na każdej polskiej melinie na kieliszki, na słoiki albo w wersji max – na butelki. Długotrwałe picie tego świństwa powoduje marskość wątroby i uszkodzenie wzroku – wyjaśnia Janek.

Jest też denaturat, zwany pieszczotliwie „dynksem” albo „dyktą”. Bywa rozcieńczany sokiem lub wodą. Największe zniszczenia czyni w organizmie picie „surówki”, czyli nierozcieńczonej „dykty”.

Nie znasz – nie oceniaj

Stereotypów na temat bezdomnych jest kilka – twierdzą uliczni pomagacze. Ich zdaniem, najbardziej krzywdzący to ten, że bezdomny przepił życie i na własne życzenie skończył na ulicy. A takich się nie żałuje, prawda? Okazuje się, że alkoholizm nie jest dominującą przyczyną bezdomności. Więcej jest bezdomnych, których wyrzuciła z domu rodzina albo którzy stracili dach nad głową z powodu nieporadności.

– Na przykład Antoni – opowiada Janek. – Jego rodzice sprzedali mieszkanie i wyjechali, nie zabierając dorosłego syna ze sobą. Antek wylądował na ulicy. Starał się ratować, układać sobie życie, ale ciągle coś szło nie tak. Po kilku próbach wreszcie udało się mu pomóc. Teraz radzi sobie samodzielnie... Inny przykład to Radek, który stracił dom w pożarze. Sam ocalał, mimo rozległych oparzeń. Na ulicy od ośmiu lat. Nieufny tak, że minął rok, nim udało się go namówić, by fotograf z Fundacji Świętego Barnaby zrobił mu zdjęcie do dowodu. Potem pomogliśmy mu dopełnić formalności. Wizyta u lekarza, orzeczenie o stopniu niepełnosprawności i stały zasiłek. Znalazł mieszkanie. Nigdy nie należy wątpić, że się uda...

Sprawdzamy skołtunione krzaki niedaleko trasy szybkiego ruchu, bo wczoraj nocował tam mężczyzna, którego nie udało się namówić na opuszczenie zarośli. Zaglądamy do węzła ciepłowniczego, pełnego potłuczonych butelek, śmieci i czegoś, o czym nie chcielibyście wiedzieć. Odwiedzamy też mały domek z oknami bez szyb, w którym na piętro wchodzi się po uszkodzonych schodach, a potem balansuje na legarach, by dostać się do siedliska bezdomnych, bo stropu już nie ma.

W każdym z odwiedzanych miejsc ślady czyjejś obecności. Zmiętolone kołdry, skołtunione śpiwory, stara odzież, butelki, słoiki, zwały śmieci. Janek opowiada, że czasem robi się zdjęcia takich miejsc, żeby mieć porównanie, czy w międzyczasie ktoś z nich korzystał. Ta rozpaczliwa bieda jest tak do siebie podobna, jakby ktoś nieustająco powtarzał tę samą scenografię.

Nim zacznie się piekło

Idziemy do Daniela. Janek precyzuje: „po Daniela”. Z mężczyzną od trzech dni dzieje się naprawdę źle. – Martwię się, co zastaniemy. Nie godzi się na wezwanie pogotowia ani na schronisko. Nie godzi się na nic. Wczoraj był tak odwodniony, że zjadał śnieg z moich butów, zanim poczęstowaliśmy go wodą – mówi Jan.

Wchodzimy do kolejnego opuszczonego domu. Wybite okna zatkane wyrwanymi z framug drzwiami. W środku wychudzony młody mężczyzna na zabrudzonym barłogu. Nie ma siły się podnieść ani opanować drżenia ciała. Ma spuchnięte ręce i siną twarz. Pompujemy w niego tyle słodkiej herbaty, ile wlezie. Organizm nie przyjmuje niczego. Daniel nie jadł od trzech dni, wypił za to kilka butelek denaturatu. Teraz ból jest tak dojmujący, że mężczyzna godzi się na wszystko – szpital, oddział odtruć, cokolwiek.

– Boję się – mówi nagle – boję się o nogi... Janek też. Widział je wcześniej i nie wyglądały dobrze. Sądząc po minach ulicznych pomagaczy, sytuacja jest poważna. Na ratunek ściągany jest br. Mariusz, kapucyn i streetworker z Caritas. Po chwili dwóch mężczyzn prowadzi, a raczej niemal niesie trzeciego, stawiającego powoli sztywne kroki.

Zawozimy Daniela do Centrum Wsparcia Dziennego. Węzeł sanitarny, czyste ciuchy i szansa na posiłek. Wolontariusze chcą go umyć, przebrać i pokazać lekarzowi. To, co widzą, sprawia, że wszystko zaczyna się dziać szybciej. Pojawia się młoda lekarka, także wolontariuszka. Nie obejdzie się bez szpitala.

Bezradny lekarz z SOR-u zwraca się do bezdomnego: – To znowu ty?! I co? Mam cię podleczyć, podratować kroplówką, a ty znów wrócisz na ulicę...

– Zastanawiacie się czasem, czy ta praca ma sens? – pytam, rozglądając się po kolejnym pustostanie ze śladami czyjejś obecności.

Janek uważa, że należy walczyć o każdego człowieka, nawet – a może przede wszystkim – jeśli ten człowiek sam sobie z życiem nie radzi. – Nie wyobrażam sobie, żebym zajmował się czymś innym. Najważniejsze jest, by być wśród nich i dla nich...

Późnym wieczorem dostaję wiadomość, że Daniela przyjęto na oddział chirurgii ogólnej. Lekarze walczą o ocalenie stopy mężczyzny. To zdumiewające, jaką ten wycieńczony człowiek ma wolę życia. Przed oddaniem tekstu do druku pojawiła się nadzieja, że uda się uniknąć amputacji stopy. Katarzyna Woynarowska

*Jan Strączyński jest autorem książki „Załóż nasze buty”, która stała się inspiracją do powstania tego tekstu i jest dostępna (jedynie w wersji elektronicznej) na stronach Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy „Agape” (http://agape-czestochowa.org/wp-content/uploads/2018/09/Jan-Strączyński-Załóż-nasze-buty.pdf).
Jeśli chcesz zostać wolontariuszem pomagającym streetworkerom, zadzwoń: 733 686 403 pon.-pt. w godz. 8-16.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak przebaczyć innym i zmienić siebie

Piotr Chmieliński
Niedziela Ogólnopolska 10/2008, str. 10-13

Nigdy ci tego nie wybaczę! - krzyczy kobieta do mężczyzny, który ją bardzo skrzywdził. Tak bardzo, że wyrządzone zło wydaje się nie do wybaczenia. A jednak wszyscy jesteśmy wezwani do wybaczania. Jak to robić?

Bożena Sztajner

Krzywda jest na stałe wpisana w naszą ludzką egzystencję. Oczekiwanie, że w naszych relacjach z innymi nigdy nie będziemy krzywdzeni - to naiwność. Człowiek, zraniony przez grzech pierworodny, skłonny jest do zła i krzywdzenia innych. Oczywiście, sam jest także krzywdzony. Dlatego każdy z nas, prędzej czy później, będzie się musiał zmierzyć z doświadczeniem krzywdy, koniecznością jej przebaczenia i pojednania się z krzywdzicielem.

Przebaczenie uprzedza pojednanie

Przebaczenie to trudny proces. Przebaczając, musimy bowiem coś stracić: to, co krzywdziciel jest nam dłużny. Wyrządzając nam krzywdę, zaciągnął wobec nas dług. A jako dłużnik ma w stosunku do nas pewne zobowiązania, a my mamy nad nim pewną przewagę. Strata długu oznacza automatycznie stratę tej przewagi. A jednak warto zrezygnować z tego długu i przebaczyć. Bo brak przebaczenia jest bardzo destrukcyjny. - Po pierwsze, dopóki nie dojdzie do przebaczenia i pojednania, historia będzie się powtarzać, a człowiek nie uwolni się od bólu, strachu i zamieszania. Brak przebaczenia rodzi zgorzknienie, które z kolei prowadzi do choroby, czasem bardzo poważnej - tłumaczyła na jednej z sesji poświęconej relacjom dr Wiesława Stefan, terapeutka.
Jednak przebaczenie to nie to samo, co pojednanie. „Przebaczenie uprzedza pojednanie, stanowi także konieczny warunek prawdziwej jedności i zgody między ludźmi. Pojednanie może być budowane tylko na wzajemnej wymianie przebaczenia - ofiarowanie przebaczenia powinno być wówczas złączone z jego przyjęciem” - pisze o. Józef Augustyn, jezuita, w książce „Ból krzywdy, radość przebaczenia”.
Przebaczenie to nasz wewnętrzny akt, do którego nie potrzebujemy drugiej strony. Po prostu decydujemy się na odpuszczenie naszemu winowajcy wszystkich jego przewinień wobec nas. Co on z tym zrobi - jego sprawa. To już nie zależy od nas. My przebaczamy. Dlatego twierdzenie, że przebaczenie ma sens tylko wtedy, gdy druga strona uzna swoją odpowiedzialność za popełnione zło, jest niesłuszne. Przebaczenie zawsze ma sens, niezależnie od postawy drugiej strony.
Natomiast żeby doszło do pojednania, potrzebne jest także zaangażowanie drugiej strony. Bez tego trudno mówić o pojednaniu.

Konieczne dotknięcie ran

Przebaczenie krzywdzicielowi to proces. Składa się on z kilku etapów, z których każdy jest ważny i nie można go ominąć. Pójście na skróty grozi tutaj tym, że cały proces nie powiedzie się. Po pierwsze - trzeba sobie uświadomić krzywdę. Dostrzec ją i jasno ją nazwać. Co dokładnie spowodowało krzywdę, jakie słowa, gesty, zachowania? Co wtedy czułem? To ważne, bo często najgłębsze rany spychamy do nieświadomości. Żyjemy tak, jakby ich nie było i nic się nie stało. I wówczas możemy nawet nie pamiętać o doznanej krzywdzie. W procesie przebaczenia konieczne jest dotknięcie tych ran, chociażby były najbardziej bolesne. Przebaczyć to nie znaczy zapomnieć o doznanej krzywdzie! To raczej zagoić ranę, o której możemy cały czas pamiętać, że istniała, ale której wspomnienie nie promieniuje już bólem i nie jest ogniskiem zapalnym.
Po drugie - trzeba swoje poczucie krzywdy przed kimś wypowiedzieć. Najlepiej, żeby to był ktoś zaufany i przygotowany do przyjęcia tych treści: psycholog, kierownik duchowy, przyjaciel. Wiesława Stefan, terapeuta rodzinny z Wrocławia, radzi też np., aby pisać listy do krzywdzicieli. Nie chodzi w nich o ocenianie czy osądzanie nikogo, ale o nazwanie krzywdy, określenie, kiedy ona miała miejsce i jakie skutki tego zranienia nosimy do dziś. Przykład takiego listu, adresowanego w tym przypadku do matki: „Nie tuliłaś mnie, mamo, nie brałaś na kolana, nie całowałaś. A ja dzisiaj czuję się niegodna miłości”. To pisze córka. A syn: „Nie przytulałaś mnie, mamo, nie dałaś mi czułości, miłości, ciepła. A ja dzisiaj przytulam się do każdej kobiety i z żadną nie potrafię się związać”.
„Pisanie takiego listu - tłumaczy Wiesława Stefan w książce «Uzdrawianie relacji» - to jest «czyszczenie rany», wtedy spotykamy się z bólem. Ale dobrze jest czuć ten ból, bo kiedy pozwalam na to, by go poczuć, zaczynam zdrowieć. Muszę nazwać krzywdę, powiedzieć, jakie były jej skutki, i dodać, że piszę to wszystko po to, aby ci przebaczyć i się z tobą pojednać. Ważne, by w liście do rodziców jako krzywdzicieli napisać również o dobrych rzeczach, które mama i tata zrobili dla nas”.

Każdy medal ma dwie strony

Trzecim etapem przebaczenia jest nowe spojrzenie na całą sytuację i zobaczenie drugiej strony medalu. Bo każdy medal ma dwie strony, a kij - dwa końce.
Chodzi o dostrzeżenie w sytuacji krzywdy również własnej odpowiedzialności. Oczywiście, nie dotyczy to zranień, gdzie byliśmy ofiarami ewidentnego zła.
Warto zobaczyć daną sytuację możliwie ze wszystkich stron. I spróbować zrozumieć drugą stronę. Dlaczego on tak się zachowywał? Dlaczego np. pił i bił? Albo uciekł z domu, zostawiając rodzinę bez środków do życia? Wtedy może się okazać, że reagował tak, jak umiał. Bił, bo sam był bity przez własnego ojca, a uciekł, bo nie miał już siły dłużej dźwigać odpowiedzialności. To wszystko, oczywiście, nikogo nie usprawiedliwia. Ale łatwiej się pojednać, kiedy spróbujemy wejść w położenie drugiej strony. Jednak dopiero na tym etapie!
Czwarty etap jest kluczowy. Trzeba sobie tu zadać pytanie: Czy naprawdę chcemy przebaczyć? Bo może być tak, że po prostu nie chcemy, i wtedy rozpoczynanie na siłę procesu przebaczenia nie ma sensu. Ale może być też inna sytuacja. Naprawdę chcemy przebaczyć, ale… nie możemy. Przechodzimy cały proces, etap po etapie, i nic. To bardzo cenne doświadczenie tego, że przebaczenie jest łaską od Boga. Łaską, o którą trzeba się modlić. Oczywiście, tej łaski Bóg nikomu nie odmawia. Ale nie każdy jest otwarty na jej przyjęcie. I jeżeli ktoś mówi, że nie potrafi przebaczyć, to w rzeczywistości oznacza to, iż nie może otworzyć się na łaskę przebaczenia. Decydująca jest jednak wola przebaczenia i prośba do Boga o łaskę, aby było to możliwe. Wtedy można mieć nadzieję, że prędzej czy później przebaczenie nastąpi.

Przebaczyć sobie i... Bogu

Do przebaczenia jesteśmy wezwani wszyscy. Ale chodzi nie tylko o przebaczenie innym. Aby było ono pełne, trzeba przebaczyć jeszcze sobie i… Bogu. Konieczność przebaczenia sobie, a szczególnie Bogu, może nas zdziwić.
Zacznijmy od przebaczenia sobie. Dlaczego to jest takie ważne i co właściwie mamy sobie wybaczyć? Trudno jest przebaczyć innym, jeżeli nie przebaczyło się sobie. Dlatego warto zobaczyć, o co mamy do siebie pretensje, dlaczego ciągle jesteśmy z siebie niezadowoleni. Może poprzeczkę ideałów powiesiliśmy sobie tak wysoko, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie jej przeskoczyć, co rodzi ciągłą frustrację? Może mieliśmy wielkie ambicje, z których nic nie wyszło? Chcieliśmy mieć domek z ogródkiem i gromadkę dzieci, tymczasem mamy ciasne mieszkanie w bloku i jedno dziecko, któremu w dodatku nie jesteśmy w stanie zapewnić porządnego wykształcenia... Albo chcieliśmy po prostu wychować dzieci w pełnej rodzinie, a tymczasem po rozwodzie wychowujemy je bez ojca. Lub też marzyliśmy o podróżach po świecie, a w wyniku wypadku jesteśmy przykuci do wózka i trudno nam nawet wyjść do sklepu. A może w taki czy inny sposób skrzywdziliśmy innych? Teraz za to wszystko trzeba sobie przebaczyć. W podobnym procesie, jak to było opisane w przypadku przebaczenia innym.
Ważne jest też pojednanie z Bogiem. Bóg nas przecież niczym nie skrzywdził. Wręcz przeciwnie. Jest On samą miłością, stworzył nas z miłości, zbawił nas z miłości i pragnie wyłącznie naszego dobra. A jednak często mamy do Niego różne pretensje, żal, złość, gniew, a nawet nienawiść. Warto to wszystko dokładnie przeanalizować, nazwać i wypowiedzieć. Może gniewamy się na Boga za nieudane życie, ciężką chorobę, surowych rodziców, złego męża, niewdzięczne dzieci albo... za brak możliwości posiadania dzieci czy zawarcia małżeństwa. To wszystko właśnie trzeba wypowiedzieć Bogu na modlitwie oraz prosić o łaskę zrozumienia i pojednania z Nim. I także warto napisać list do Niego. „Dobrze jest napisać Panu Bogu o naszej złości do Niego, nawet jeśli wydaje nam się, że dzisiaj jest inaczej. Pewnie nieraz wykrzykiwaliśmy Bogu: «Gdzie jesteś, dlaczego pozwalasz na tyle zła? Czy Ty w ogóle jesteś? Czy ja dla Ciebie w ogóle istnieję?». Pan Bóg wszystko przyjmie, i tę złość też, kiedy Mu o niej powiemy. Uwolni nas od niej” - pisze Wiesława Stefan.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Prezentacja tomu „Dzieł literackich i teatralnych” Karola Wojtyły

2019-03-26 18:27

md / Kraków (KAI)

W sali Okna Papieskiego Domu Arcybiskupów Krakowskich odbyła się prezentacja 1 tomu „Dzieł literackich i teatralnych” Karola Wojtyły. Zebrano w nim "Juwenilia" - utwory młodzieńcze przyszłego papieża, powstałe w latach 1938-1946.

Biały Kruk/archiwum
Ks. Karol Wojtyła

Publikacja całości „Dzieł literackich i teatralnych” zakończy się w 2020 r., w 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły.

Podstawą edycji są przede wszystkim rękopisy i maszynopisy przechowywane w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie. Przy okazji spotkania zaprezentowano trzy rękopisy: „Psałterza - Księgi Słowiańskiej”, „Ballady wawelskich arkad” i niepublikowanego dotąd utworu „Ciągle jestem na tym samym brzegu”.

Na początku prezentacji Henryk Woźniakowski, prezes wydawnictwa Znak, które wydało publikację, przypomniał związki Karola Wojtyły ze środowiskiem Znaku i Tygodnika Powszechnego. Podkreślił, że przyszły papież, do dnia wyboru na Stolicę św. Piotra, opublikował ok. 100 tekstów w tych mediach. „Jednym z owoców tej przyjaźni i współpracy były książki, które wydaliśmy już po wyborze Jana Pawła II” – mówił Woźniakowski. Dodał, że poza tekstami literackimi Znak publikował również jego dzieła filozoficzne i teologiczne.

„Możemy dzięki lekturze i analizie tych, którzy opracowali te dzieła, prześledzić drogę rozwoju duchowego młodego Karola Wojtyły, zwłaszcza czas poprzedzający jego wstąpienie do seminarium” – mówił podczas spotkania metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.

Przewodniczący Komitetu Naukowego wydania dzieł literackich Karola Wojtyły prof. Jacek Popiel zaznaczył, że pierwsza idea krytycznej edycji pism zrodziła się już w latach 90. ub. wieku w kręgu historyków literatury w Krakowie i Warszawie. „Prace mogły się rozpocząć dopiero w 2015 r., kiedy kard. Dziwisz powołał komitet naukowy i dal prawo pełnego wglądu w archiwa kurii” – dodał.

Prof. Popiel mówił, że teksty zawarte w 1 tomie publikacji mają charakter bardzo osobisty. „Pisał je 18-20 letni człowiek, który próbuje zrozumieć swoje miejsce w świecie i stopniowo dojrzewa do decyzji o kapłaństwie” – tłumaczył.

Owocem pracy naukowców jest kilka odkryć, m.in. zmiana datowania utworu „Pieśń o Bogu ukrytym” z 1944 r. na czas między latami 1942 a 1943. Nowością jest też publikacja nieznanego wcześniej utworu Wojtyły „Ciągle jestem na tym samym brzegu”. Odkryła go Anna Karoń-Ostrowska. „Tekst czekał na odnalezienie 41 lat. Opowiada o szczególnym momencie w życiu Karola Wojtyły, między śmiercią jego ojca w lutym 1941 r. a październikiem 1942 r. Opisuje w nim czas zmagań z ludzką miłością” – mówiła podczas prezentacji.

Sekretarz Jana Pawła II kard. Stanisław Dziwisz podkreślał, że wtorkowa prezentacja publikacji była przeżyciem spotkania z Janem Pawłem II. „On powiedział o swojej twórczości: jakbym nie został papieżem, nikt by się tym nie interesował" – mówił hierarcha. Dodał, że dzięki tej publikacji odkrywamy papieża. „Poprzez odkrycie jego twórczości literackiej możemy poznać jego ducha, kim on był jako człowiek” – stwierdził.

Zauważył również, że nie można wykluczyć odnalezienia kolejnych tekstów Karola Wojtyły. „Sam dostałem niedawno od jednej z rodzin tekst, który miał być zapisem Brata naszego Boga, a okazał się zupełnie innym utworem” – wyjawił.

Oprócz tekstów literackich w publikacji zamieszczone są listy Karola Wojtyły do Mieczysława Kotlarczyka i przyjaciela z Wadowic, artysty Wincentego Bałysa oraz utwory niepotwierdzonego autorstwa, których styl wskazuje na to, że wyszły spod ręki młodego Wojtyły.

Każdy z tekstów znajdujących się w książce opatrzony jest notą, która zawiera informację, czy zachował się on w rękopisie czy w maszynopisach, kiedy doczekał się publikacji i jakie były odmiany tekstu. Podczas prac rozstrzygnięto także, które poprawki zostały dokonane ręką autora.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem