Reklama

Biały Kruk 2

Język Biblii płynie jak strumień

2018-04-11 14:49

Agnieszka Bugała
Edycja wrocławska 15/2018, str. IV

Janusz Gajdamowicz
Abp Marian Gołębiewski

Agnieszka Bugała: – Ekscelencjo, zawsze chciałam o to spytać: Pierwsza Biblia w życiu…przyszłego biblisty?

Abp Marian Gołębiewski: – Jeśli mnie pamięć nie zawodzi było to w szkole podstawowej. Kolega przyniósł – sądziłem, że dostał z Ameryki – takie małe książeczki, gdzie były poszczególne Ewangelie. Poprosiłem o jedną i dał mi, była to Ewangelia św. Jana. Przyszedłem do domu, otworzyłem i czytam: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Na mój umysł dziecięcy to wywarło tak potężne wrażenie… Nie rozumiałem. Oczywiście, że nie. To był poziom nie dla mnie, nie rozumiałem tych wszystkich określeń, symboli, ale wrażenie niesamowite pozostało i wciągało…

– Co było dalej?

– Przeczytałem całą tę Ewangelię, potem następne. Ale druga fascynacja, która z tym się ściśle związała, już na studiach, to znajomość języków biblijnych. W seminarium mieliśmy język grecki – może nie za dużą porcję, ale dość dobrze. Hebrajskiego były początki, ale potem mogłem pogłębić na KUL-u i na studiach w Rzymie. Biblia mnie wołała. To jest doświadczenie niezwykłe, gdy odkrywa się sens Słowa Bożego, ale już poprzez filologię biblijną, przez oryginalne brzmienie słów. Nasz język może nie być adekwatnym wehikułem objawienia Bożego, dlatego czytanie Biblii w oryginale przybliża do pełni.

– Czy czytanie Biblii w oryginale to jest inne doświadczenie duchowe?

– Przy niektórych stwierdzeniach zdecydowanie tak. Są takie słowa, które w języku polskim brzmią dość powszechnie, jakby zbyt codziennie, a czytając w językach oryginalnych ujrzy się coś więcej, jakby głębszy pokład sensu. To jest przeżycie duchowe, nie tylko filologiczne. Ale zalecam ostrożność. Czasem biblista da się zwieść fascynacji językiem i skupiając się na koniugacjach i deklinacjach gubi głębszy pokład sensu. Przed tym trzeba się strzec. Benedykt XVI był mistrzem włączania słów zaczerpniętych z oryginalnego tekstu i wyprowadzania z nich wspaniałych katechez o Słowie.

– W jego refleksjach były właściwe proporcje: spojrzenia naukowca i duszpasterza.

– To jest sztuka, podpatrujmy go w tym.

– Księże Arcybiskupie, mija 15 lat od chwili, gdy jako przewodniczący Sekcji Biblijnej w Komisji Nauki Wiary w Konferencji Episkopatu Polski zlecił Ksiądz ks. prof. Henrykowi Witczykowi podjęcie prac mających na celu powołanie do istnienia Dzieła Biblijnego w Polsce. Skąd przyszedł Księdzu Biskupowi do głowy ten pomysł?

– W sensie nazewnictwa naśladowaliśmy doświadczenia niemieckie, bo Bibelwerk nasi sąsiedzi mają już od dawna. W czasie sympozjów biblijnych często wracała ta kwestia: u nas jeszcze Dzieło nie powstało, a przecież w ostatnich dziesięcioleciach mamy w Polsce wspaniałą kadrę biblistów, tak liczną grupę habilitowanych, jakiej jeszcze nigdy w historii nie mieliśmy. To był główny imperatyw do podjęcia decyzji o powołaniu do istnienia Dzieła Biblijnego. Powstanie Dzieła rzeczywiście jest dużym osiągnięciem.

– Śledzi Ekscelencja to, co teraz robią?

– Śledzę na tyle, na ile to możliwe. Kierunek jest dobry, ale zawsze są wolne przestrzenie, w które można coś nowego wprowadzić. Apostolat biblijny – bo przecież o to w gruncie rzeczy chodzi – nigdy nie będzie sprawą zamkniętą, zawsze będziemy mieli grunt do pracy, do pogłębiania i uatrakcyjniania. Od kolejnego przewodniczącego zależy rozłożenie akcentów, wydobycie nowych treści, ukazanie potrzeb i kierunków. Dzieło Biblijne ma swoją dynamikę i to jest dobre.

– W parafiach powstają Kręgi biblijne, grupy, bibliści zapraszani są do „wyjaśniania Pisma”…

– Fenomen zainteresowania się Pismem Świętym jest bardzo pozytywny. Aczkolwiek musimy być świadomi pewnej prawidłowości: rzeczy nowe zawsze przyciągają duże grupy zainteresowanych, również w Kościele, spotykają się z wielkim entuzjazmem. I tak było z Dziełem Biblijnym, czy w ogóle z wprowadzeniem do liturgii Słowa Bożego w takiej ilości, jak mamy teraz. Zmiany wywołują różne skutki. Pamiętam, byłem jeszcze w liceum, gdy ks. prof. Eugeniusz Dąbrowski wydał Pismo Święte Nowego Testamentu. Wydał je w PAX-ie, a PAX wiadomo, jaką rolę spełniał – nie była to organizacja czysto katolicka, raczej kolaborująca, ale za to, że wydawał dobre książki, również Pismo Święte, należy ich pochwalić. Wtedy wydano ok. miliona egzemplarzy i wszystkie się rozeszły – to była wielka nowość. Potem podobnie było z Biblią Tysiąclecia. Pierwsze wydanie, jeszcze nieudolne. Wspomniany już ks. prof. Dąbrowski napisał słynną recenzję o Biblii tysiąca błędów. Ale doszło do piątego wydania i ta wersja jest już obowiązująca w liturgii. A jak wiadomo już przygotowuje się rewizja tego wydania. Pewne teksty trzeba będzie tłumaczyć na nowo, bardziej nowocześnie. Powstał już nawet zespół tłumaczy, a w jego gremium jest też nasz wrocławski biblista, ks. prof. Mariusz Rosik, który będzie tłumaczył Pierwszy List do Koryntian.

– Czy środowiska niebiblistów zrozumieją tę potrzebę?

– Z punktu widzenia duszpasterskiego ciągłe zmiany w tłumaczeniach i nowych opracowaniach tekstów mogą sprawiać kłopoty. Rozmawiam często z proboszczami, czasem przyznają, że tak się przyzwyczaili do lekcjonarza, który dotychczas był, że teraz muszą oswajać teksty liturgiczne od początku.

– I co wtedy Ekscelencja mówi?

– Księże proboszczu, wszystko w porządku, na tym polega język żywy a ten wciąż się zmienia. I całe szczęście, bo przyzwyczajenie w czytaniu tekstów biblijnych nie jest pomocne. Można zgubić istotę, a tak trzeba czujności, nowej uwagi, skupienia – to jest dobre. Czytanie Biblii jest rozmową, nie możemy przyzwyczaić się do Rozmówcy i tego, co ma nam do powiedzenia.

– Spytam przekornie: potrzebujemy nowego przekładu, dlatego że w poprzednim odkryliśmy błędy, czy dlatego że potrzebujemy dostosowywać język Biblii do nowych, naszych czasów?

– Język jest żywy. Jest podobny do strumienia, który płynie i zbiera różne wody w jedną, coraz szerszą strugę. Jedną z różnych, wciąż nowych. Każda jest ważna. Dotyczy to każdego języka. Wciąż mam słowniki języka polskiego z czasów studiów seminaryjnych, zdarza mi się do nich zaglądać i dokonuję odkryć niezwykłych: zmiany w języku polskim są naprawdę duże. Mówimy inaczej o tych samych zjawiskach, co przed laty. Stosujemy dużo myślowych skrótów, tolerancja dla niepoprawności językowych jest dużo większa niż kiedyś. Czasem mówię prof. Miodkowi o tym, że jest bardzo tolerancyjny i pozwala na tyle form, które kiedyś wskazywano nam jako błąd. Estetyka współczesnego języka polskiego definiuje się niezwykłą tolerancją i swobodą. Mnie denerwują hejty, newsy, fake newsy. Czytanie gazet jest czasem nie tylko trudne, jest po prostu nieprzyjemne.

– Ale zaśmiecanie języka nie jest zjawiskiem nowym. Wpływy innych kultur, wymiana gospodarcza owocują zapożyczeniami, którym językoznawcy poświęcają osobne badania. Najstarsze zapożyczenia w języku polskim pochodzą jeszcze z języków gockiego i czeskiego. Podobno w dzisiejszej polszczyźnie funkcjonuje już ok. 3,5 tys. anglicyzmów...

– Zawsze tak było, to prawda. Mieliśmy makaronizmy i francuszczyznę, sporo latynizmów, ale też – z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę – silne oddziaływanie języka tureckiego, który wniósł do naszej mowy, np. słowo filiżanka. Nakreślamy szerokie filologiczne tło, ale to pozwala odpowiedzieć na pytanie o nowe tłumaczenie Biblii: Tak, potrzebujemy go, bo język wciąż ulega zmianom.

– Ale współcześni tłumacze Pisma Świętego nie korzystają tylko z osiągnięć badaczy języków biblijnych – filologiczne podejście do tekstu to za mało. Przekład Biblii to wręcz interdyscyplinarne wydarzenie naukowe…

– I z tym mamy właśnie do czynienia. Badacze wciąż coś odkrywają – archeolodzy biblijni, historycy, geografowie. To daje nowe informacje, które pomagają zrozumieć konteksty wydarzeń. To pozwala cieniować tłumaczenie w jednym miejscu, albo doprecyzowywać dotychczasowe uogólnienie w innym. Biblia żyje.

– Czy w ten nurt wpisuje się decyzja francuskiego episkopatu o zmianie brzmienia modlitwy „Ojcze nasz”?

– Francuski episkopat poszedł za sugestią papieża Franciszka. U nas, prawdopodobnie, taka zmiana nie nastąpi. Prawdą jest, że dyskusja o tym fragmencie trwa od dawna. Jednak gdy zagadniemy biblistę, on rozjaśni nasze wątpliwości.

– Ekscelencjo, zagaduję więc biblistę…

– Wyjaśniam. Trzeba przede wszystkim pamiętać, że w mentalności Starego Testamentu wszystkie rzeczy przypisywano pierwszej przyczynie, czyli Panu Bogu. Z pominięciem przyczyn wtórnych. Gdy się sięgnie do języka greckiego, w którym ewangelia została zapisana, a potem do łacińskiego – polskie tłumaczenie jest wiernie dokładne. Tu chodzi o ucho człowieka z XXI w., a nie o błąd teologiczny w modlitwie.

– Ekscelencjo, jest Ksiądz Biskup na emeryturze od pięciu lat – jak papież Benedykt. Czy biblista emeryt inaczej czyta Biblię? Do jakich tekstów Ksiądz Arcybiskup sięga?

– Trochę Panią zaskoczę, ale najchętniej wraca się do tych tekstów, które najlepiej się zna. Dlaczego? Bo one są w naszych wewnętrznych pokładach dobrze zakodowane. Gdy taki tekst otwieram teraz, po latach, to on najlepiej przemawia. Są takie fragmenty, które nie mają wielkiej nośności teologicznej – ale to inna lektura. Są z kolei teksty tak bogate w treść teologiczną, że każdy zaimek się liczy. Wracam do tych miejsc, które znam, ale są takie dni, że biorę „Biblię Polyglotta”, dostałem ją od papieża Benedykta XVI, i czytam. Księgę Rodzaju – po hebrajsku, obok jest Septuaginta – czytam po grecku. A gdybym miał jeszcze jakieś wątpliwości, czytam po łacinie. Wtedy mam cały obraz. Codzienną lekturę, zwłaszcza Liturgii Godzin, staram się po polsku, bo to wielka wartość Soboru, że języki narodowe brzmią tak mocno. Ale mówiąc szczerze zasadniczo czytam po polsku, choć modlę się też po łacinie, choćby tylko z tego powodu, żeby nie zapomnieć.

Tagi:
wywiad abp Marian Gołębiewski

U podnóża Tatr po raz 35.

2018-08-28 12:11

Agata Iwanek
Edycja wrocławska 35/2018, str. V

Chłodniejsze poranki i coraz krótsze dni, to znak, że niedługo skończą się studenckie wakacje, ale zanim to nastąpi, dzieje się coś, nad czym ciężko przejść obojętnie. To 35. Obóz Adaptacyjny Duszpasterstw Akademickich Wrocławia i Opola, który w tym roku będzie trwał od 3 do 16 września. O początkach inicjatywy Agacie Iwanek opowiada Wacław Giermek – szef pierwszego obozu

Agata Iwanek
Wacław Giermek – szef pierwszego obozu w Białym Dunajcu

Agata Iwanek: – Jak wyglądały początki legendarnego dziś obozu w Białym Dunajcu?

Wacław Giermek: – Paradoksalnie pierwszy obóz wcale nie odbył się w Białym Dunajcu. W 1984 r. zorganizowaliśmy go w Małym Cichym, a dopiero każdy następny w Białym Dunajcu. W latach 80. Socjalistyczny Związek Studentów Polskich organizował obozy dla studentów pierwszego roku, w obrębie jednego duszpasterstwa, także odbywały się takie wyjazdy, nie była to może żadna nowość, ale pojawił się pomysł zrealizowania takiej inicjatywy wspólnie, między duszpasterstwami. Studenci chcieli zrobić coś dla innych studentów. Moim macierzystym duszpasterstwem było DA Porcjunkula, czyli Franciszkanie na Kruczej, ale nie ograniczałem się do jednego duszpasterstwa. Związałem się również z Dominikanami i z o. Ludwikiem Wiśniewskim, który był tutaj osobą wiodącą, to on nas popierał.

– Dlaczego Biały Dunajec?

– Małe Ciche było zbyt małe. Początkowo w obozie brało udział kilkadziesiąt osób, łącznie z kadrą ok. 80 studentów, natomiast w kolejnym roku było nas już dwa razy tyle, a w Białym Dunajcu były większe możliwości. To miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę. Jest pod Zakopanem, więc było taniej, a i komunikacja lepsza. Gospodarze nas zaakceptowali, to wydarzenie się przyjęło, więc po co szukać dalej?

– Biały kiedyś i dziś?

– Przez pierwsze kilka obozów była inna formuła: wynajmowane w wiosce chaty były reprezentowane przez poszczególne uczelnie – zamieszkiwali je ludzie z danej uczelni, ale z innych duszpasterstw, dzięki czemu możliwa była integracja „międzyduszpasterska”. Dzisiaj chaty zamieszkują członkowie tego samego duszpasterstwa. W miarę upływu czasu dołączyły do nas także inne duszpasterstwa akademickie, nie tylko z Wrocławia, ale i z Opola. Zasadniczo obóz cały czas jest dla tych, którzy zaczynają studia, ale jeżeli ktoś jest np. na drugim roku, to też może pojechać, jeśli jeszcze nigdy nie był. Wyjątkowe jest to, że kiedyś dzień na obozie wyglądał mniej więcej tak jak teraz. Rano wyjście w góry, a wieczorem Msza św. My także mieliśmy dzień sportu, festiwal piosenki czy dzień otwartych chat. Jak widać, to weszło w rytm i stało się tradycją. Główny rys nie zmienił się przez lata.

– A jak w czasie stanu wojennego zareklamować obóz akademicki?

– Nie było telefonów, prasy ani żadnej bazy danych, więc do samego procesu rekrutacji wykorzystaliśmy struktury kościelne. Były to ogłoszenia w parafiach. Ogłaszaliśmy Msze św. dla osób zdających na studia i później, na tych Mszach, informowaliśmy o obozie – to była nasza jedyna masowa informacja. I udało się. Ludzie przyszli, zapisali się i pojechali!

– Dlaczego warto pojechać na ten obóz?

– Żeby sprawdzić, czy akurat mi się to podoba. Zawsze można wrócić. Już same góry przyciągają, a niektórzy po raz pierwszy w ogóle jadą w Tatry. Mistyka gór jest niesamowita. Dla gór warto, dla ludzi warto. Poza tym, jak się samemu trafia na studia, to jest ciężko, a jeśli na swojej uczelni zobaczymy kogoś ze starszych studentów, kogoś, do kogo można normalnie podejść i porozmawiać, bo się go zna z obozu, to sprawa już wygląda lepiej. Nie mówiąc o tym, że jest to furtka do duszpasterstwa i faktycznie wielu ludzi tam później trafia. Obóz to jedna z form wejścia w to środowisko. Biały Dunajec otwiera drogę do dwóch źródeł: duszpasterstwa akademickiego i uczelni. Jest po to, żeby nawiązać kontakt z ludźmi o podobnych poglądach. Ja w niedużej grupie na uczelni dopiero po paru latach dowiedziałem się, że koleżanka jest z innego duszpasterstwa, bo w ogóle na ten temat się nie rozmawiało. To było wtedy tabu, tak były te środowiska zamknięte. Dzisiaj jest inaczej i można z tego skorzystać.

Zapraszamy na oficjalną stronę obozu: www.bialydunajec.org

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Bp Libera: Przepraszam za łzy i cierpienia spowodowane przez księży

2018-09-17 18:13

eg / Płock (KAI)

Przepraszam za łzy i cierpienia spowodowane przez księży, którzy sprzeniewierzyli się swemu powołaniu. Będę nadal z determinacją stawał po stronie ofiar tego rodzaju przestępstw – obiecał biskup płocki Piotr Libera podczas konferencji prasowej, która odbyła się dziś w Opactwie Pobenedyktyńskim w Płocku. W ciągu minionych 11 lat w diecezji płockiej 9 duchownych zostało oskarżonych o nadużycia seksualne wobec nieletnich, żaden z nich nie pracuje z dziećmi i młodzieżą, niektórzy zostali usunięci ze stanu duchownego.

twitter

Bp Piotr Libera stwierdził, że do konferencji skłonił go List Papieża Franciszka do Ludu Bożego. W odpowiedzi na niego zarządził nabożeństwa pokutne za ofiary przestępstw w Kościele, które odbyły się 14 września. W ciągu 11 lat jego posługi w diecezji płockiej (od 31 maja 2007 r.) o nadużycia seksualne wobec nieletnich oskarżonych zostało 9 księży. Żaden z nich nie pracuje z dziećmi i młodzieżą, a część została usunięta ze stanu duchownego.

- Nie uchylamy się od odpowiedzialności za popełnione przestępstwa. Egzekwowanie zasady „zero tolerancji wobec zachować pedofilnych” było i jest nadal moim priorytetem. W diecezji płockiej nie ma miejsca na przestępstwa seksualne duchownych. Dla mnie liczą się nie tyle procedury, ile konkretne osoby, przede wszystkim zaś ofiary przestępstw. Ich dobro stawiamy na pierwszym miejscu. Skala krzywd jest ogromna, to rany osobowości, z którymi ofiary będą musiały żyć latami – powiedział podczas konferencji bp Libera.

Jak relacjonował bp Mirosław Milewski, biskup pomocniczy diecezji płockiej, a uprzednio kanclerz Kurii Diecezjalnej w Płocku, sprawy zgłaszały ofiary, ich rodziny lub księża.

- Jeśli chodzi o wyroki, to niezależnie od tego, czy sprawa była w sądzie cywilnym umorzona, to sądy kościelne procedowały każdy przypadek i wydawały wyroki. W omawianym okresie zostało poszkodowanych 16 ofiar, w tym 3 ofiary poniżej 15 roku życia. Z każdą osobą byliśmy w kontakcie i oferowaliśmy wszelką pomoc – zapewnił bp Milewski.

Dodał też, że nie ma jasnych informacji, co działo się przed 31 maja 2007 r., czyli przed objęciem władzy w diecezji przez bp. Liberę. Wiadomo o 2 przypadkach duchownych: z lat 70. (ksiądz nie żyje) i z połowy roku 2000 (ksiądz porzucił kapłaństwo). Jest też znany jeden przypadek zakonnika, który przebywał w domu swojego zgromadzenia na terenie diecezji płockiej, ale jego sprawą zajęło się jego zgromadzenie.

- Odczuwamy zażenowanie i wstyd, ale konsekwentnie idziemy drogą oczyszczenia i prawdy, chcemy zmiany świadomości, dlatego bez lęku nazywamy rzeczy po imieniu. Chodzi nam o budowanie Kościoła, w którym nie ma zła „zamiatanego pod dywan”, zła, które się bezkarnie panoszy. Chcemy z determinacją trzymać się drogi, na której jest potępienie dla sprawców i pomoc dla ofiar – zadeklarował hierarcha.

Natomiast ks. prał. dr Marek Jarosz, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku oraz delegat biskupa płockiego ds. ochrony małoletnich w diecezji płockiej, opowiedział, na jaką pomoc mogą liczyć ofiary przestępstw seksualnych księży. Jest to: bezpłatna pomoc prawna, bezpłatna pomoc psychologiczna (ofiara i jej bliscy) oraz inną pomoc, zależnie od sytuacji.

- Sprawca natychmiast zostaje odsunięty od pełnionych funkcji, biskup płocki powołuje zespół ds. zbadania sprawy, sprawca jest badany przez specjalistów, prawdopodobieństwo przestępstwa powoduje zgłoszenie sprawy do Kongregacji Nauki Wiary. Dalsze kroki podejmuje Kongregacja – powiedział ks. Marek Jarosz.

Uzupełnił też, że w przypadku prowadzenia sprawy przez prokuraturę, czynności Kościoła muszą być ograniczone, aby nie zostać posądzonym o wykorzystywanie procedury kościelnej do wpływu na świadków, czy samą ofiarę. Prawomocny wyrok sądu świeckiego jest bardzo ważnym dowodem w procesie kościelnym. Czasami zdarzają się rozbieżności między wyrokiem sądu świeckiego a wyrokiem sądu kościelnego. Zdarzyło się na przykład, że prokuratura umorzyła sprawę, a sąd kościelny uznał czyny duchownych za przestępstwa i otrzymali oni karę, z wydaleniem ze stanu duchownego włącznie.

- Odwrotnej sytuacji nie było. Wynika to m.in. z ostrzejszych norm Kościoła, gdyż czyny o nadużycia seksualne są karane w Kościele wobec ofiar poniżej 18 roku życia, a nie 15 roku życia, jak to jest w prawie polskim – podkreślił rektor. Ponadto zaznaczył, że bardzo ważna jest w tym zakresie współpraca Kościoła ze specjalistami świeckimi: terapeutami seksuologami i prawnikami.

Poza tym przytoczył statystyki z w których wynika, że w ramach ochrony małoletnich w diecezji płockiej w minionych latach zostało przeszkolonych 470 katechetów świeckich i 32 zakonnice katechetki, 380 księży (katechetów, dziekanów, wicedziekanów, ojców duchownych w dekanatach, pracowników kurii, seminarium, sądu biskupiego), klerycy oraz 50 nauczycieli szkół katolickich w diecezji.

Na zakończenie konferencji bp Libera powiedział, że wobec bolesnych wydarzeń związanych z pedofilią, doświadcza „przygnębienia, zawstydzenia i gniewu”. Podkreślił, że ma przed oczami wszystkie niewinne ofiary nadużyć. - Przepraszam za łzy i cierpienia spowodowane przez księży, którzy sprzeniewierzyli się swemu powołaniu. Będę nadal z determinacją stawał po stronie ofiar tego rodzaju przestępstw - obiecał podczas konferencji Pasterz Kościoła płockiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wraz z papieżem zastanówmy się nad „darem wolności”

2018-09-18 20:39

ts / Wilno (KAI)

Litewski arcybiskup Gintaras Grušas uważa, że zbliżająca się wizyta papieża Franciszka w krajach bałtyckich, dla mieszkańców Litwy, Łotwy i Estonii będzie dobrą okazją do zastanowienia się nad „darem i ceną wolności”.

VS/fotolia.com

Poprzez wizytę papieża z okazji 100. rocznicy niezależności krajów bałtyckich Stolica Apostolska podkreśliła swoje „nieprzerwane poparcie dla samostanowienia” tych trzech krajów i raz jeszcze dała ludziom więcej nadziei, napisał metropolita wileński i przewodniczący Konferencji Episkopatu Litwy na łamach „Europeinfos”, biuletynu wydawanego przez Komisję Episkopatów Wspólnoty Europejskiej (COMECE).

Dokładnie przed 25 laty, wkrótce po rozpadzie Związku Radzieckiego, złożył wizytę w krajach bałtyckich papież Jan Paweł II. Poprzez tę wizytę Ojciec Święty dodał otuchy tym krajom na nowym etapie ich życia jako niezależne republiki, stwierdził abp Grušas. Litewski hierarcha przypomniał, że Jan Paweł II mówił wówczas o wielu wyzwaniach stojących przed ludnością tych krajów. Wymienił przede wszystkim „życie w pojednaniu i odbudowę struktur społecznych, zwłaszcza w obliczu dążeń do zburzenia wieloletniej tradycji pokojowego współżycia w różnorodności religijnej i etnicznej oraz podsycania konfliktów tak, aby osiągnąć własne interesy polityczne”.

Przewodniczący episkopatu Litwy podkreślił też, że dziś nie chodzi już o uwolnienie od ucisku, ale o starania, aby odzyskaną wolność wykorzystać jak najlepiej dla dobra społecznego. Z zadowoleniem przypomniał, że na przestrzeni minionych 25 lat Litwa została członkiem Unii Europejskiej oraz NATO, „zawsze starając się o to, aby chronić ciężko wypracowanego pokoju”.

Ale jednocześnie kraj utracił co najmniej jedną czwartą ludności, przede wszystkim z powodu migracji zarobkowej. Kraj musi nadal pokonywać problemy socjalne, wśród nich duże różnice między bogatymi i biednymi.

Dla wielu Litwinów „sen o wolnym społeczeństwie” nie spełnił się, ostrzegł abp Grušas. Przyczyny tej sytuacji arcybiskup wileński upatruje m.in. w „zmianach wartości społecznych, mocno różniących się od wizji wolnego społeczeństwa, jaką mieli ludzie i o jaką walczyli”.

Papież Franciszek uda się z wizyta do trzech republik bałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii w dniach 22-25 września, dokładnie w 25. rocznicę historycznej wizyty św. Jana Pawła II. Pierwszym etapem papieskiej wizyty będzie Litwa w dniach 22 i 23 września.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem