Reklama

Rozmowy z Niedzielą

Warsztaty miłości

2018-05-02 09:46

Z ks. Stanisławm Orzechowskim „Orzechem” rozmawia Agnieszka Bugała
Edycja wrocławska 18/2018, str. IV

Kamil Szyszka
Ks. Stanisław Orzechowski

AGNIESZKA BUGAŁA: – Orzechu, czy w dzisiejszych czasach, gdy młody człowiek jest bombardowany seksualnością, udaje się zachęcać do zachowania czystości przedmałżeńskiej?

KS. STANISŁAW ORZECHOWSKI: – Rzeczywiście, wielu ludzi pyta, jaki to ma sens i go nie znajduje. Nawet wśród młodzieży wierzącej znak zapytania: Po co ja mam to czynić? Taka postawa bardzo często kończy się decyzją o zamieszkaniu razem. A to z kolei prowadzi do odmówienia rozgrzeszenia. Dlaczego? Bo jest to bycie na sposób małżeński, a przecież młodzi małżeństwem nie są. Później bardzo często tej decyzji żałują, zwłaszcza wtedy, gdy mimo zamieszkania razem do ślubu nie dochodzi. Zawód, którego wtedy doświadcza młody człowiek, jest tak ogromny, że może rzutować na całe dalsze życie.

– Bo to może nie być ten jedyny?

– Tak, bo różnie bywa w takim związku. Tu mówię „uważaj” zwłaszcza do dziewcząt, dlatego że serce kobiety nie umie kochać na pół czy na trzy czwarte. Ona wchodzi cała i jeśli się nie uda, jeśli on, mimo ogromnej zażyłości, odejdzie, ona bardzo cierpi. Przy przeciętnej wrażliwości będzie się „odbudowywała” ok. 2-3 lat.

– Orzechu, jesteś duszpasterzem akademickim od 51 lat, prowadzisz spotkania dla narzeczonych. Co mówisz młodym, którzy przygotowują się do małżeństwa?

– Mam do czynienia z ludźmi, których dopadła miłość. I Pan Bóg stawia mnie w roli służenia tym ludziom, zanim wejdą do małżeństwa. Dlatego myślę, że jestem po to, aby dawać pozytywny obraz czystości. Narzeczeństwo to czas na naukę języka miłości. To sposób, aby przez warsztaty języka miłości nauczyć się dialogu potrzebnego potem przez całe małżeńskie życie. I nie chodzi tylko o język werbalny. Wszystko na to się składa: ruch cukiernicą na stole już jest komunikatem. A patrzenie w oczy, dotyk dłoni? Tego wszystkiego trzeba się nauczyć, nikt się z tą sztuką nie rodzi. To czas, aby poznać i przyjąć ABC miłości, i zauważyć, że współżycie jest jednak dopiero na „W”.

– A jeśli się od niego zacznie? To przecież się młodym zdarza...

– Sięgają wtedy po środek tak intensywnego wyrazu, że wszystko inne, przypisane narzeczeństwu już im potem nie wystarcza. Chcą wciąż tej intensywności doznań, którą daje współżycie. I to jest jakieś oczywiste wynikanie, ale też pułapka. Współżycie jest z definicji małżeńskie. Zaczynając od niego, człowiek zaniedbuje inne sposoby wyrażania miłości, i tak naprawdę zamyka sobie szansę nauczenia się całego alfabetu wyrażania uczuć. Bo współżycie zdominuje, wyprze, wszystko inne uczyni mniej atrakcyjnym. A czy rzeczywiście wyraża wtedy miłość, czy też jest zaspokajaniem jakichś potrzeb? Z tym różnie bywa. Nawet bardzo młodzi ludzie odróżniają dziś seks od miłości, rozdzielają je. To bardzo niebezpieczne! Miłość idzie jedną drogą, a współżycie może nie mieć z nią nic wspólnego. To myślenie jest pewnie pokłosiem innych zjawisk, ale sprowadza się do używania drugiego człowieka, a nie do wyrażania mu swoich uczuć i przyjmowania jego uczuć.

– Co zatem robisz?

– W przygotowaniu młodych staram się pokazać cudowny pomysł Pana Boga na małżeństwo. Tu zawsze dziękuję w sercu papieżowi Benedyktowi XVI za jego encyklikę „Deus caritas est”, za ten wykład o miłości. Po 20 wiekach pewnego antagonizmu między „eros” i „agape” Papież nareszcie to połączył, w człowieku całym stworzonym i powołanym do miłości.

– Czy młodzież to interesuje? Przecież już umie postawić granice...

– Młodzież chętnie tego słucha, ponieważ to jest odpowiedź na pytanie drzemiące w człowieku, a często nieuświadomione. W tobie to jest jedno – nie rozdzielaj, poczekaj. Ty, młody człowieku, jesteś cały, kompletny. Jeśli będziesz chciał dać z siebie jedno bez drugiego, a więc współżycie poza miłością małżeńską, odrywasz coś, co jest całością, i dlatego to potem boli. To doskonały moment, aby pokazać, że czystość to nie jest cnota dla cnoty.

– Mówiłeś, że dziś młodzieży jest trudniej... Ale to nie usprawiedliwia podejmowanego przed ślubem współżycia.

– Oczywiście, że nie. Nie możemy zapominać, gdzie jest sufit, a gdzie podłoga, bo nam się wszystko powywraca do góry nogami. Tu chodzi o człowieka, o jego przygotowanie do miłości, wyrażanej przez całe życie. Trzeba delikatności, jasności, ale też stanowczości i modlitwy.

– Co może dziś zrobić Kościół?

– Musi pokazywać świadków. Młodzi chcą słuchać świadków, to są argumenty, które do nich przemawiają. Po takich świadectwach nawet ludzie, którzy podjęli już pewne kroki, przychodzą i mówią: zostało nam do ślubu jeszcze trochę czasu, ale chcemy chociaż tę końcówkę przeżyć inaczej, wycofujemy się. Warto, aby duszpasterstwo Kościoła umiało te argumenty dostarczyć. Mimo trudności Kościół nie może ustępować, ale nie może grzmieć. Musi wypracować model duszpasterstwa na te czasy: czystość? Koniecznie. Ale nie: niczego wam nie wolno.

– Dlaczego?

– Bo miłość potrzebuje komunikacji, a ciało jest jej narzędziem. Jednak, zachęcając do wytrwania w czystości i pokazując jej wartość, podpowiadam zasady postępowania w tym czasie: Czy to, co robisz, jest w imię uczucia i miłości? Czy gesty, na które się decydujesz, rzeczywiście wyrażają miłość? I dalej: czy chcecie zachować prawo Boże? Tu młodzi muszą się zastanowić, i jeśli dochodzą do wniosku, że tak, to powinni wspólnie zadać sobie trud wyznaczenia granic tej niewerbalnej komunikacji.

– A gdzie jest granica?

– To jest problem bardzo osobisty i indywidualny. Ale zawsze jest to do ustalenia w przypadku konkretnej pary. Duszpasterz musi być czujny i właściwie kierować młodymi ludźmi – tu nie ma sztampy. Jednych trzeba poskramiać, inni widzą grzech tam, gdzie go nie ma. Ale nie ma przecież nauki chodzenia bez przewracania się. Zanim młody człowiek nauczy się panować nad sobą, poskramiać emocje i reakcje swojej cielesności, potrzebny jest czas. Może się nie udać, może być na tej drodze wiele potknięć. Ale jeśli postanowili zachowywać Boże prawo, i mimo słabości, wciąż to robią, i chcą wytrwać, to jest wartość, i w tym trzeba młodych wspierać. Piękno rzeki jest w jej brzegach. O te brzegi trzeba podjąć trud walki razem z młodymi. Jeśli nie ma brzegów, powstanie niebezpieczne rozlewisko. Emocje w nas ukryte muszą mieć brzegi. Czas młodości, uczenia się miłości, pozwala te brzegi umacniać i o nie dbać. Tego uczę. Czasem rzeka wyleje i widzę ten blask miodowy w oczach. Zdarzyło się. No i co? Zaczynaj od początku. To jest ogromny dynamizm, trudno go utrzymać, ale trzeba otaczać wałami, aby nie utopić siebie i drugiego człowieka.

Tagi:
wywiad Rozmowy z Niedzielą

Reklama

Silni mocą Ducha

2019-04-16 18:56

Ks. Zbigniew Suchy
Edycja przemyska 16/2019, str. VI

Tego człowieczeństwa się od nich uczę i myślę, że coraz bardziej go nabieram, dlatego to doświadczenie uważam za bardzo istotne

Archiwum ks. M. Koperskiego
Ks. Marcin Koperski na Pustyni Judzkiej

Ks. Zbigniew Suchy: – Na początek proszę o kilka słów, które przybliżą Księdza postać naszym Czytelnikom.

Ks. Marcin Koperski: – Urodziłem się w 1980 r., w Przemyślu i po skończeniu III Liceum Ogólnokształcącego wstąpiłem do seminarium. Po święceniach kapłańskich i rocznej posłudze w Sanoku zostałem skierowany na studia specjalistyczne do Rzymu, na kierunek literatury starożytnej chrześcijańskiej i klasycznej. Po zakończonych studiach i po rocznym wikariacie w Przeworsku zacząłem pełnić posługę moderatora diecezjalnego Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Przemyskiej. Zarazem mam przyjemność wykładać łacinę w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nauczyciele podzieleni

2019-04-17 16:30

Maria Bocheńska

W poniedziałek 8 kwietnia w wielu polskich szkołach nauczyciele, chociaż przyszli do szkoły, nie prowadzili lekcji. W tygodniach poprzedzających strajk Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) oraz Forum Związków Zawodowych (FZZ) zażądały od MEN podwyżek dla wszystkich nauczycieli w wysokości 1000 złotych, potem minimalnie te oczekiwania obniżono, uwzględniając stopień awansu zawodowego nauczyciela. Pomimo spotkań, kolejnych rozmów nie udało się dojść do porozumienia. Rząd RP konsekwentnie utrzymuje, że aktualnie państwa nie stać na takie podwyżki. Przedstawił swoje propozycje, których ZNP i FZZ nie przyjęły.

Alexas_Fotos/pixabay.com

To w polskiej oświacie III RP największy strajk nauczycieli. Jak wynika z wypowiedzi przywódców, jego termin został dobrze przemyślany i zaplanowany. Przygotowujący się do niego doszli do wniosku, że rząd będzie otwarty na żądania strajkujących w sytuacji zbliżających się kolejnych egzaminów; w gimnazjach, szkołach podstawowych i na końcu w liceach i technikach.

Nauczyciele

Niestrajkujący nauczyciele, z którymi rozmawiałam, ale też ci wypowiadający się na portalach społecznościowych przyznają, że oczekiwania nauczycieli są słuszne, ale nie wolno do ich egzekwowania wykorzystywać sytuacji dzieci i młodzieży. Zwłaszcza, gdy się jest nauczycielem.

Gdy uczniowie rozwiązują kolejne zadania, gdy piszą wypracowania, w pokojach nauczycielskich przebywają strajkujący nauczyciele. Sytuacja jest niezręczna, o czym donoszą m.in. media społecznościowe. – Przed egzaminem wydawało się, że będzie niewesoło – opowiada nauczycielka (prosi o niepodawanie nawet jej imienia) z jednej z małopolskich szkół, gdzie uczniowie zdawali egzamin gimnazjalny. Przyznaje, że w jej szkole nie strajkuje tylko dwoje nauczycieli oraz ksiądz katecheta. I zauważa: - Staliśmy się odrębną grupa, chociaż wcześniej byliśmy zgranym gronem. Gdy któreś z nas wchodzi do pokoju nauczycielskiego, zapada milczenie, ale na szczęście nie było u nas takich sytuacji, jak pokazywali w sieci. Ks. katecheta dodaje, że dwie nauczycielki powiedziały, iż planują pomóc w przeprowadzeniu egzaminów, gdyby w szkole zaistniała taka potrzeba, jednak reakcja strajkującego grona była jednoznaczna - nie wolno! – To jest tak jak w grupie; albo jesteś z nami, albo przeciw nam- komentuje kapłan.

- Na początku strajkujący nauczyciele przynosili ze sobą kartkówki i sprawdziany do poprawy- opowiada niestrajkująca nauczycielka. W gronie było wesoło, ale z dnia na dzień sytuacja się zmieniała. Coraz więcej osób niczym uczniowie zajęci byli telefonami. Niektórzy nerwowo chodzili po pustych korytarzach. Po przeprowadzonym, mimo wszystko egzaminie, gdy głośno było o decyzji samorządu, że nauczyciele nie otrzymają pieniędzy za dni, w których strajkują, jedna ze strajkujących dopytywała: - A jak będzie wyglądała sytuacja w czasie nadchodzących wolnych dni? Czy otrzymamy wynagrodzenie? Inna wręcz głośno stwierdziła, że jej nie stać na strajkowanie, bo ma do spłacenia kredyt.

- Jeden z moich znajomych pracuje w dwóch szkołach - samorządowej i prywatnej; w tej pierwszej strajkuje, a w drugiej ma lekcje - opowiada ks. katecheta. Jeszcze bardziej go zaskoczyło, gdy w piątek po egzaminie gimnazjalnym usłyszał ze strony strajkującego sugestię, aby się wybrał na... L 4. – Zapytałem go wprost, jak sobie to wyobraża, że będę udawał chorego – mówi wzburzony katecheta, który w kolejnym tygodniu uczestniczył w egzaminach przeprowadzanych szkole podstawowej.

Uczniowie

Warto też zwrócić uwagę na reakcje i postawy uczniów. Ci, których czekały egzaminy, byli zestresowani. – Jeszcze w poniedziałek wieczorem nie wiedziałem, czy egzamin się odbędzie – wspomina gimnazjalista Kuba. Mama gimnazjalistki opowiada: - Wiozłam Maję na egzamin i usłyszałyśmy w radio, że mogą one zostać unieważnione. Maja, cała w nerwach stwierdziła, że w takim razie nie będzie zdawać...

Pani Barbara, polonistka, opowiada, że przed egzaminem uczniowie klas I i II technikum codziennie dopytywali, czy weźmie udział w strajku. – Zapytałam, dlaczego ich to interesuje, na co ze śmiechem odpowiedzieli, że będą mieć wolne... – komentuje nauczycielka. Przyznaje, że nie jest do końca przekonana o szczerości uczniowskich listów popierających strajk. Przykładem jest list otwarty wystosowany przez uczniów V LO w Krakowie; upowszechniany i szeroko komentowany. W tej samej szkole powstał drugi list, w którym szykujący się do matury proszą nauczycieli, aby ich sklasyfikowali. Licealiści napisali m.in.: „Czy warto teraz stawiać pod znakiem zapytania nasze marzenia o studiach, długotrwałe starania o miejsca w uczelniach na całym świecie, a przede wszystkim wieloletnią, ciężką i wytrwałą pracę, umożliwiającą uzyskanie jak najlepszego wyniku na egzaminie dojrzałości?...” Ten list nie jest popularny, a przecież zwraca uwagę na poważny problem – licealiści stali się zakładnikami strajkujących.

W okresie przedświątecznym wielu protestujących nauczycieli zdecydowało się zawiesić strajk, aby sklasyfikować uczniów, dzięki czemu będą oni mogli przystąpić do matury. Ale nie wszyscy. W sytuacji, gdy egzaminy w gimnazjach i podstawówkach się odbyły, strajkujący mają świadomość, że ich racja bytu właśnie teraz się waży.

Wg sondażu Kentara z 11 kwietnia br. 53 % badanych popierało strajk, a 43 % - nie popierało. Tymczasem 16 kwietnia 47 % popiera strajk, a 49 % już go nie popiera. Na podsumowanie strajku przyjdzie czas, ale już dzisiaj wiadomo, że w polskim społeczeństwie, tak bardzo podzielonym, dokonał się kolejny podział. Komu na nim zależy?

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wielkotygodniowe zwyczaje ziemi sandomierskiej

2019-04-18 11:52

apis / Sandomierz (KAI)

W Wielki Czwartek woda w Bogorii ma uzdrawiającą moc, w Wielki Piątek woda w Rakowie zapewni zdrowie i urodę na cały rok, w Wielką Sobotę wieczorem w Rakowie sprawowana będzie Msza św. rezurekcyjna uatrakcyjniona „bziukaniem ognia”, a w Iwaniskach przed północą tarabanienie, oznaczać będzie zmartwychwstanie Chrystusa – to tylko najpopularniejsze wielkotygodniowe zwyczaje kultywowane w niektórych parafiach diecezji sandomierskiej.

Radio Kielce
Koprzywnica. Bziuki. Procesja po mszy rezurekcyjnej

W Bogorii, niedaleko kościoła pw. Świętej Trójcy znajduje się źródełko z wodą, która - jak wierzą mieszkańcy - w wielkoczwartkową noc ma uzdrawiające działanie. O północy nabiera się tam wodę, którą rano myje się oczy. Zwyczaj ten jest znany od wielu lat, przekazywany z pokolenia na pokolenie

W Wielki Piątek, tuż przed wschodem słońca mieszkańcy Rakowa wędrują do źródełka w Pągowcu. By obmyć twarz lub napić się wody ze źródełka. To zwyczaj kultywowany jest od wieków. Rakowianie wierzą, że woda ze źródełka zapewni im zdrowie i urodę przez cały rok. Będzie chronić przed chorobami uszu, oczu i krtani, zapewni piękną, gładką cerę. Tradycja każe, by w drodze do cudownego źródełka nie odzywać się do spotkanych po drodze osób, a wracając z wodą nie odwracać się za siebie, gdyż wtedy moc wody byłaby nieskuteczna.

W Koprzywnicy w kościele pw. Matki Bożej Różańcowej Msza rezurekcyjna rozpocznie w Wielką Sobotę się o godz. 20.00. Atrakcją uroczystości będzie „bziukanie” ognia. Strażacy wydmuchując na płonące pochodnie z ust naftę, oświetlą drogę księdzu niosącemu monstrancję. Na czele procesji wierni będą nieśli krzyż. W procesji będą szli mężczyźni ze sztandarami i figurą Patronki parafii, za nimi kilkudziesięcioosobowa orkiestra dęta działająca przy miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. Kobiety, na chwałę Matki Boskiej Różańcowej, będą dźwigały ciężkie, drewniane paciorki różańca. Towarzyszyć im będą salwy armatnie.

Tradycja sobotnich rezurekcji z tzw. "bziukaniem ognia" liczy w Koprzywnicy około stu lat. Jedna z opowieści wiąże ten obyczaj z funkcjonowaniem dwóch kościołów w tej miejscowości. Postanowić miano wówczas, że rezurekcje w jednym z nich odbywać się będą już w Wielką Sobotę, a towarzyszyć im będzie niezwykła ognista oprawa. Wydmuchiwane przez strażaków ochotników słupy ognia, sięgające nawet i pięciu metrów, oświetlały drogę kapłanowi idącemu z monstrancją.

Inne opowieści i legendy mówią, że "bziukanie" prawdopodobnie jest kontynuacją przedchrześcijańskich obrzędów, wynikających z oddawania czci płomieniom. Ogień przed narodzeniem Chrystusa uznawano, bowiem za moc nadprzyrodzoną. Koprzywnicka parafia Matki Boskiej Różańcowej stoi na wzgórzu, na którym przed wiekami była pogańska świątynia, gdzie czczono ogień.

W Wielką Sobotę mieszkańcy Iwanisk biorą udział w zwyczaju, którego początki sięgają prawdopodobnie XIX w. Tuż przed północą rozlega się tarabanienie - odgłos uderzeń w bęben, który oznaczać będzie zmartwychwstanie Chrystusa. Zwyczaj ten jest jednym z najstarszych. Tradycja ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ci, którzy dostępują zaszczytu bębnienia później uczą tego swoich synów i wnuki. Od niepamiętnych czasów bębnieniem zajmowali się tylko kawalerowie, głównie pod domami panien. Zaczynali około północy i tak schodziło im aż do rana.

W Bogorii od lat Zmartwychwstanie Chrystusa oznajmiają o świcie w Wielkanocną Niedzielę wystrzały przy kościele pw. Świętej Trójcy, który słynie z obrazu Matki Boskiej Pocieszenia. Historia mówi, iż w latach 1910–1914 w Bogorii działały organizacje „Strzelca” i „Sokoła”. Prawdopodobniej dla upamiętnienia udziału bogorian w patriotycznych zrywach, kultywowany jest tutaj od 150 lat zwyczaj wielkanocnego strzelania.

Zgodnie z utartymi zasadami strzelców powinno być kilkunastu, a strzelanie odbywać się na rozkaz wydany przez komendanta lub podkomendanta, trzema salwami: po wyjściu procesji z kościoła, „na podniesienie” i „na Baranek Boży”. Wystrzałom towarzyszy odgłos zabytkowych bębnów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem