Reklama

Przysięga terytorialsów w Biłgoraju

2018-05-02 09:46

Joanna Ferens
Edycja zamojsko-lubaczowska 18/2018, str. VI

Joanna Ferens
Błogosławieństwo nowo zaprzysiężonych żołnierzy przez ks. ppłk. Andrzeja Piersiaka

Żołnierze ochotnicy należący do 2. Lubelskiej Brygady Obrony Terytorialnej im. majora Hieronima Dekutowskiego ps. Zapora złożyli w Biłgoraju uroczystą przysięgę.

Uroczystości rozpoczęły się Mszą św. sprawowaną w kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Biłgoraju, której przewodniczył ks. dziekan Jerzy Kołtun. Powitał on zebranych mówiąc: – Jesteśmy świadkami niezwykłego wydarzenia – przysięgi wojskowej. Bardzo się cieszę, że w naszym kościele te uroczystości rozpoczynają się od Mszy św., że możemy się wspólnie modlić i być świadkami tak podniosłej chwili – wskazał.

Homilię wygłosił kapelan garnizonu Lublin ks. ppłk Andrzej Piersiak, proboszcz parafii pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Lublinie, który wyjaśniał, co to znaczy być żołnierzem z powołania. – W kontekście dzisiejszego wydarzenia myślę, że można powtórzyć za św. Janem Pawłem II: „Bądź żołnierzem naprawdę, nie bądź żołnierzem byle jakim, tylko z nazwy. A być żołnierzem to nająć się na służbę w imię najwyższych wartości, jakimi dla żołnierza są honor, Ojczyzna, naród, który łączy jedna wiara, jeden chrzest i jeden Bóg jako najwyższy prawodawca i Sędzia ludzkich czynów. Nie można być dobrym żołnierzem z przymusu i za karę. Tylko ten, kto wykonuje swoje obowiązki z zaangażowaniem i miłością, jest żołnierzem z powołania, a wypełnianie tego powołania mierzy się gotowością do służby – podkreślił.

Dalsza część wydarzenia miała miejsce przed biłgorajskim ratuszem, gdzie odśpiewano Hymn Narodowy i wciągnięto na maszt biało-czerwoną flagę. Następnie, zgodnie z wojskowym ceremoniałem, żołnierze złożyli przysięgę słowami: „Ja, żołnierz Wojska Polskiego, przysięgam służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, bronić jej niepodległości i granic, stać na straży Konstytucji, strzec honoru żołnierza polskiego, sztandaru wojskowego bronić, za sprawę mojej Ojczyzny w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić. Tak mi dopomóż Bóg!”.

Reklama

Kapitan Damian Stanula, oficer prasowy 2. Lubelskiej Brygady Obrony Terytorialnej (2 LBOT) tłumaczy, jak przebiegało szkolenie, które w ostatnich dniach przeszli żołnierze ochotnicy. – Przysięga wojskowa to ukoronowanie intensywnego szkolenia podstawowego, trwającego od 7 kwietnia br. Kandydaci na Terytorialsów pod okiem doświadczonych instruktorów szkolili się na terenie jednostki wojskowej w Zamościu. Poznawali podstawy wyszkolenia indywidualnego żołnierza lekkiej piechoty i zasady zachowania na polu walki. Zdobyli praktyczne umiejętności z zakresu posługiwania się bronią, udzielania pierwszej pomocy, survivalu i topografii. Zainteresowanie piątym rodzajem sił zbrojnych nie słabnie, cały czas zgłaszają się nowi ochotnicy do służby. To dojrzali obywatele, dla których wartości patriotyczne mają duże znaczenie. Obrona terytorialna w naszym województwie liczy już ponad 2300 żołnierzy – wskazał.

Na uroczystości obecny był m.in. podsekretarz stanu z Ministerstwa Obrony Narodowej Marek Łapiński, który podkreślał swoją dumę z nowych żołnierzy. – Zamojszczyzna to region bardzo doświadczony przez historię, wystarczy sięgnąć tylko do czasów II wojny światowej. To region ludzi odważnych, kochających Polskę. Tutaj było widać w sposób szczególny męstwo i heroizm. Dziś w chwalebną służbę Wojska Polskiego wpisują się żołnierze Wojskowej Obrony Terytorialnej. Dziękuję wszystkim młodym ludziom, którzy chcą służyć Ojczyźnie, nie tylko podczas wojny czy zagrożenia zbrojnego, ale także w czasie pokoju podczas klęsk i żywiołów – wskazał Marek Łapiński.

Wicewojewoda lubelski Robert Gmitruczuk dodaje, że Wojska Obrony Terytorialnej są niezwykle istotne w dzisiejszych czasach:

– Te wojska to wspaniały element sił zbrojnych Rzeczypospolitej, szczególnie tutaj, na wschodnich rubieżach. Stosujemy starą zasadę, chcemy pokoju więc musimy być przygotowani na różne ewentualności, a właśnie te wojska są najlepiej obeznane z terenem, na którym służą i stanowią wyjątkowy wkład w rozwój sił zbrojnych naszego kraju. To tutaj, na ziemi biłgorajskiej, w miejscu wielu powstań i bitew, przelanej krwi wielu wyjątkowych bohaterów II wojny światowej bardzo się cieszymy, że ci młodzi ludzie złożyli swoją przysięgę na wierność Polsce – podkreśla.

Szef sztabu 2. Lubelskiej Brygady Obrony Terytorialnej ppłk. Daniel Błotko wyjaśniał, dlaczego warto zasilić szeregi terytorialsów. – Terytorialsi to osoby młode, z wykształceniem wyższym lub technicznym, aktywne zawodowo i zaangażowane społecznie. Statystyki pokazują, że średnia wieku to 32 lata, a blisko 30 proc. Terytorialsów nie ma więcej niż 25 lat. Co dziesiąty Tetytorials to kobieta. Najczęściej deklarowanym powodem wstąpienia do WOT jest możliwość zbalansowania życia osobistego, zawodowego i służby dla kraju. Nie bez znaczenia jest fakt odbywania służby blisko miejsca zamieszkania. Dla wielu terytorialna służba wojskowa to szansa na kontynuację rodzinnych tradycji, a także rozwój pasji i zainteresowań – wskazał.

Ponadto wręczono odznaczenia i wyróżnienia wszystkim żołnierzom, którzy podczas szkolenia osiągnęli najlepsze wyniki. Wśród nich była Agnieszka Duda z Lublina, która w rozmowie wyjaśniała, dlaczego zdecydowała się wstąpić do Wojsk Obrony Terytorialnej:

– Moi rodzice od zawsze wpajali mi wspaniałe wartości, nie tylko miłość i szacunek do siebie nawzajem, ale i do naszego kraju. Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice kupili płytę gramofonową z pieśniami ułańskimi i tak zaczęła się moja wielka miłość do wojska, do munduru i do Polski, i już wtedy wiedziałam, że to jest moje powołanie. Na co dzień prowadzę własną działalność gospodarczą i wychowują dwuletnią córkę, ale służba w wojsku nie będzie kolidować z pracą zawodową i życiem rodzinnym, gdyż mam ogromne wsparcie w mężu i rodzicach. Chcę w tej służbie się rozwijać, ale dalej myślę o kształceniu się w szkole oficerskiej. Zachęcam wszystkich zainteresowanych tym tematem, gdyż jest to szkoła życia, można się wiele nauczyć, a kobiety stają się silniejsze i dużo bardziej pewne siebie – wskazała.

Przysięga wojskowa była okazją do integracji żołnierzy OT z mieszkańcami Biłgoraja, możliwością zaprezentowania pojazdów i wyposażenia wojskowego 2 LBOT, pokazu sprawności i umiejętności fizycznych żołnierzy, a także rozmowy na temat służby przy wojskowej grochówce.

2. Lubelska Brygada Obrony Terytorialnej im. mjr. Hieronima Dekutowskiego ps. Zapora powstała jako jedna z pierwszych w kraju. W jej skład wchodzi pięć batalionów lekkiej piechoty, dyslokowanych w pięciu rejonach województwa lubelskiego: w Lublinie, Dęblinie, Białej Podlaskiej, Chełmie i Zamościu. Obecnie Wojska Obrony Terytorialnej w woj. lubelskim liczą ponad 2300 żołnierzy i cały czas trwa nabór. Głównym zadaniem 2 LBOT w bieżącym roku jest zakończenie procesu formowania struktur organizacyjnych, rozpoczęcie szkoleń specjalistycznych żołnierzy Terytorialnej Służby Wojskowej oraz osiągnięcie wstępnej zdolności do reagowania kryzysowego w obszarze zagrożeń niemilitarnych. Wojska Obrony Terytorialnej to piąty, obok Wojsk Lądowych, Sił Powietrznych, Marynarki Wojennej i Wojsk Specjalnych, rodzaj Sił Zbrojnych RP. Misją WOT jest obrona i wspieranie społeczności lokalnych. Żołnierze WOT są silnie związani z ludnością i rejonem działań, w którym będą zabezpieczać obywateli i infrastrukturę. W czasie wojny będą wspierać wojska operacyjne w strefie bezpośrednich działań bojowych, a poza nią stanowić siłę wiodącą. W czasie pokoju głównym zadaniem WOT będzie przeciwdziałanie skutkom sytuacji kryzysowych i klęsk żywiołowych. Nowy rodzaj Sił Zbrojnych nie zastępuje służb ratowniczych, ale będzie wspierać i uzupełniać ich działania.

Tagi:
wojsko żołnierze przysięga

Miłość przez duże M

2018-05-16 11:23

Paweł Zuchniewicz
Niedziela Ogólnopolska 20/2018, str. 10-13

inarik/fotolia.com

Pamiętam, jak poszłam do studenckiej przychodni lekarskiej, żeby poprosić lekarza o informację na temat płodności i kontroli poczęć – pisze autorka świadectwa zamieszczonego na stronie: www.npr.pl . – On po prostu zapisał receptę na doustne środki antykoncepcyjne. To był ten sam lekarz, który leczył mnie na mononukleozę, którą jeszcze wtedy miałam. Uboczne skutki dały znać o sobie natychmiast – odczułam ból, dostałam zawrotów głowy i poczułam niewiarygodne zmęczenie. Wkrótce byłam tak osłabiona, że musiałam zrezygnować z zajęć na uczelni.

Nie była to jedyna konsekwencja stosowania tabletek. Przyszło mi na myśl, żeby zaprzestać ich przyjmowania, lecz kiedy zwróciłam się z tym do lekarza, namawiał mnie do zastępowania jednej pigułki drugą. Ilekroć próbowałam omówić to z mężem, wpadał w panikę: «Chcesz zajść w ciążę?». Zaczęłam się gniewać na męża. Żądano, żebym poświęciła zdrowie dla pożycia seksualnego. Żeby być do jego dyspozycji, byłam nieustannie poddawana działaniom leków. Nasze życie seksualne było pozbawione radości. Czułam się, jakbym była przedmiotem, a nie równoprawnym partnerem w naszym małżeństwie”.

Autorka tych słów nie zetknęła się wcześniej z encykliką, dziś błogosławionego, papieża Pawła VI „Humanae vitae”. Gdyby ją dogłębnie przeanalizowała, odkryłaby, że jej doświadczenia nie są niczym dziwnym w świetle prawdy o człowieku, która tam jest przedstawiona.

Odrzucenie

Pierwsza pigułka antykoncepcyjna – o nazwie Enovid – pojawiła się w 1957 r. Początkowo sprzedawana była jako lekarstwo na zaburzenia ginekologiczne. Trzy lata później została oficjalnie wprowadzona na rynek jako środek do regulacji poczęć.

Wkrótce świat zachodni zachwycił się nowymi możliwościami w zakresie sterowania ludzką płodnością, a Kościół stanął przed jednym z największych wyzwań duszpasterskich.

Papież Jan XXIII, dziś święty, powołał na wiosnę 1963 r. specjalną komisję, która miała się zająć wypracowaniem opinii w zakresie regulacji poczęć. Jego następca – Paweł VI poszerzył skład komisji i zapowiedział, że sam zajmie się szczegółowo tą sprawą, wyłączając ją w ten sposób z obrad trwającego w tym czasie Soboru Watykańskiego II (1962-65).

W łonie komisji ujawniły się silne podziały, część jej członków była zdania, że sztuczna kontrola poczęć jest do pogodzenia z nauką Kościoła. Ostatecznie doszło do powstania dwóch raportów: większości, która opowiadała się za dopuszczeniem antykoncepcji, oraz mniejszości, która takiej możliwości nie widziała. Zarówno przecieki prasowe z prac komisji, jak i wypowiedzi teologów w krajach zachodnich sprawiały wrażenie, że w tej materii jest więcej wątpliwości niż pewników, choć Paweł VI kilkakrotnie przestrzegał, że prace jakiejkolwiek komisji nie stawiają Kościoła w sytuacji wątpienia.

Dodatkowe tło stanowił powojenny „baby boom”, który jest znanym w demografii zjawiskiem odnawiania strat w ludności przez zwiększony przyrost naturalny po wyniszczeniu populacji w wojnie. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na tej podstawie, jak też wobec wysokiego przyrostu naturalnego w byłych krajach kolonialnych, rozpowszechniano pogląd o zagrożeniu przeludnieniem i rzekomo dramatycznych konsekwencjach wzrostu liczby ludności. Mnożono argumenty o potrzebie zapobiegania ubóstwu przez ograniczanie liczby przychodzących na świat dzieci, o możliwości podwyższenia jakości życia rodzin na tej samej drodze, o uwolnieniu kobiety od przymusu macierzyństwa i umożliwieniu jej rozwoju oraz awansu zawodowego, aby została zapewniona jej równość z mężczyzną. W świetle tej argumentacji płodność jawiła się jako zagrażający żywioł. Nic zatem dziwnego, że pigułka antykoncepcyjna została okrzyknięta dobroczynnym wynalazkiem geniuszu ludzkiego, który odmieni ciężką dolę człowieka.

W takiej atmosferze 25 lipca 1968 r. Paweł VI opublikował encyklikę „Humanae vitae” – o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego.

Choć encyklika obejmowała i wyjaśniała całość zagadnienia, to uwaga opinii publicznej skupiła się na fragmencie punktu 14: „W oparciu o te podstawowe zasady ludzkiej i chrześcijańskiej nauki o małżeństwie czujemy się w obowiązku raz jeszcze oświadczyć, że należy bezwarunkowo odrzucić – jako moralnie niedopuszczalny sposób ograniczania liczby potomstwa – bezpośrednie naruszanie rozpoczętego już procesu życia, a zwłaszcza bezpośrednie przerywanie ciąży, choćby dokonywane ze względów leczniczych.

Podobnie – jak to już Nauczycielski Urząd Kościoła wielokrotnie oświadczył – odrzucić należy bezpośrednie ubezpłodnienie, czy to stałe, czy czasowe, zarówno mężczyzny, jak i kobiety. Odrzucić również należy wszelkie działanie, które – bądź to w przewidywaniu zbliżenia małżeńskiego, bądź podczas jego spełniania czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego”.

Taka konstatacja z punktu widzenia dotychczasowego nauczania Kościoła nie była niczym dziwnym, jednak spotkała się z odrzuceniem. Paweł VI, który jeszcze trzy lata wcześniej był wynoszony pod niebiosa za przeprowadzenie do końca Soboru Watykańskiego II, teraz przedstawiany był jako nierozumiejący ludzi i czasów wsteczny despota. Na okładce niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” przedstawiono go z wykrzywioną złością twarzą, pigułką i napisem: „Nein” – Nie.

Szczególnie bolesne były reakcje wewnątrz samego Kościoła. W Stanach Zjednoczonych profesor teologii ks. Charles Curran zebrał podpisy 600 teologów pod tzw. deklaracją niezgody. Prymas Holandii kard. Alfred Alfrink powiedział, że encykliki nigdy nie są nieomylne. Prymas Belgii – bliski współpracownik Pawła VI – kard. Léon-Joseph Suenens oskarżył papieża o autorytaryzm i pogwałcenie soborowej zasady kolegialności. Niemieccy biskupi w miesiąc po publikacji encykliki wydali tzw. Deklarację z Königstein, która postawiła pod znakiem zapytania obowiązywalność papieskiej nauki na rzecz subiektywnej oceny dopuszczalności antykoncepcji w sumieniu wiernych.

Abp Henryk Hoser SAC uważa, że od publikacji „Humanae vitae” rozpoczęło się ciche męczeństwo Pawła VI, który od tej pory aż do swojej śmierci, dziesięć lat później, nie wydał już żadnej encykliki.

Skutki odrzucenia prawdy o człowieku, której bronił ten dokument, nie dały na siebie długo czekać. W 1968 r. ostrzegano, że więcej dzieci oznacza niebezpieczeństwo większego bezrobocia – dziś Europa przeżywa zimę demograficzną i z powodu braku rąk do pracy trzeba stymulować imigrację. Rozpowszechniła się mentalność antykoncepcyjna – przekonanie, że możliwość poczęcia i rodzenia dzieci stanowi swoiste zagrożenie. W następnej dekadzie (lata 70.) w krajach cywilizacji atlantyckiej wprowadzono prawną dopuszczalność przerywania ciąży, gwałtownie zaczęła wzrastać liczba rozwodów, tzw. wolnych związków, coraz późniejszy stał się też wiek, w którym kobiety zachodziły w pierwszą ciążę (której nie nazywano już stanem błogosławionym czy też „byciem przy nadziei”).

O czym naprawdę jest encyklika?

„Chociaż kochałam swego męża, żałowałam, że zdecydowałam się na małżeństwo – pisze autorka cytowanego na wstępie świadectwa. – Czułam, że jestem w pułapce takiego położenia, w którym mogłam być tylko przedmiotem seksualnego związku do czasu, gdy zdecydujemy się, że będę zapłodniona. Pragnęłam, żebyśmy wreszcie spróbowali mieć dziecko. Nie zaszkodziłoby to naszemu małżeństwu bardziej niż stosowanie antykoncepcji. Wierzyłam, że jeśli nasze małżeństwo ma się nie rozpaść, muszę zdobyć jakieś informacje o metodzie naturalnego planowania poczęć”.

Wnioski te wynikały z intuicji, czym jest natura pożycia małżeńskiego. Intuicja ta zgadza się idealnie z tym, co pisze Paweł VI, analizując nauczanie Kościoła: „Nauka ta, wielokrotnie przez Nauczycielski Urząd Kościoła podana wiernym, ma swoją podstawę w ustanowionym przez Boga nierozerwalnym związku – którego człowiekowi nie wolno samowolnie zrywać – między dwojakim znaczeniem tkwiącym w stosunku małżeńskim: między oznaczaniem jedności i oznaczaniem rodzicielstwa”.

Paweł VI odrzucał antykoncepcję, ponieważ wprowadzała ona zakłamanie w akt małżeński, który ma dwa nierozerwalnie ze sobą złączone znaczenia – jedność między małżonkami i płodność.

Małżonkowie, jednocząc się cieleśnie, przekazują sobie w każdym akcie dwie prawdy: „kocham cię” i „miłość jest życiodajna”. Oczywiście, nie każdy akt musi przynosić nowe życie, ale każdy musi zakładać otwartość na nie. Wtedy mowa ich serc, umysłów i ciał jest prawdziwa. Wykluczenie znaczenia płodności oznacza przekazanie sprzecznego komunikatu: kocham cię, ale pod pewnymi warunkami (czy jest to nadal miłość?), kocham cię, ale odrzucam tę integralną część ciebie, którą jest płodność. A zatem tak naprawdę nie kocham ciebie, tylko satysfakcję seksualną, której mi dostarczasz. Nic więc dziwnego, że autorka cytowanego świadectwa czuła się tak, jak się czuła. Zmieniło się to radykalnie, gdy zdecydowała się poznać fenomen swojej płodności: „Odczuwałam różne stadia mojej cielesności. Byłam szczęśliwa, gdy uczyłam się obserwować zmiany cyklu, niezależnie od samej kontroli płodności. Poznawanie i rozumienie tej części samej siebie sprawiło, że zaczęłam sama siebie szanować, zdobyłam pewność siebie także w innych dziedzinach. Aż trudno uwierzyć, że z dnia na dzień rozwiązane zostały wszystkie nasze problemy seksualne. Dużo czasu zabrało mi przełamanie starych nawyków myślowych, żeby podczas seksualnego zbliżenia nie myśleć, czy wzięłam dzisiaj pigułkę lub kiedy pójść i włożyć krążek. Natychmiast odpadły kłopoty z antykoncepcją. Mogłam być obecna w doznaniach od początku do końca seksualnego zbliżenia. To było cudowne! Oddając się sobie wzajemnie, wzmacniać doznanie rozkoszy i czuć się zespoloną w miłości”.

Ta zmiana przyniosła radość, ale również trud. Okresowa wstrzemięźliwość na początku była wyzwaniem dla obojga. Jednak po okresie około pół roku zmiana postawy przyniosła niespodziewane rezultaty.

„Wiem, że jestem dla niego atrakcyjna. On sam stał się dla mnie dużo bardziej atrakcyjny, odkąd zarzuciłam antykoncepcję. Wiem również, że mąż szanuje mnie w prawach osoby. Traktuje moją płodność jako część mnie. Obecnie, na przekór swoim trudnościom związanym z zachowaniem czasowej abstynencji, stał się entuzjastycznym propagatorem NPR i zaleca tę metodę swoim przyjaciołom. Stąd wiem, że nie jest to dla niego poważny problem. Czas abstynencji może być okresem romantycznych przeżyć, może sprawić, że potem seksualna strona miłości stanie się bardziej ekscytująca. Ciągle uczymy się oboje szczerze wyrażać swoje uczucia”. Zwróćmy uwagę na słowo „szczerość”. Pełna akceptacja podwójnego znaczenia aktu małżeńskiego rozwija szczerość między małżonkami, otwartość, poznanie siebie i wzajemną akceptację. On i ona stają się dla siebie przezroczyści, rozumieją się coraz lepiej i uczą się siebie. Ich miłość staje się pełniejsza, nie sprowadza się tylko do współżycia cielesnego, ale to raczej współżycie wynika ze wzrostu miłości. Niegdyś w przysiędze sakramentalnej ślubowali sobie uczciwość małżeńską. Teraz, żyjąc nią na co dzień, rozwijają tę miłość, którą otrzymali jako dar od Boga. Nic zatem dziwnego, że zmienia się zupełnie perspektywa patrzenia i na drugie znaczenie aktu małżeńskiego.

„Przez rok pomyślnie stosowaliśmy metodę NPR, żeby uniknąć ciąży, po roku użyliśmy jej dla zajścia w ciążę! Po wybraniu najlepszego dla zapłodnienia czasu po raz pierwszy spróbowaliśmy mieć dziecko”.

„Albowiem stosunek małżeński z najgłębszej swojej istoty, łącząc najściślejszą więzią męża i żonę, jednocześnie czyni ich zdolnymi do zrodzenia nowego życia, zgodnie z prawami zawartymi w samej naturze mężczyzny i kobiety – pisze Paweł VI. – Jeżeli zatem zostaną zachowane te dwa istotne elementy stosunku małżeńskiego, a więc oznaczanie jedności i rodzicielstwa, to wtedy zatrzymuje on w pełni swoje znaczenie wzajemnej i prawdziwej miłości oraz swoje odniesienie do bardzo wzniosłego zadania, do którego człowiek zostaje powołany – a mianowicie do rodzicielstwa” (HV 12).

Pomogliśmy papieżowi

W atmosferze zamętu i kontestacji, której doznawał Paweł VI, był ktoś, na kim mógł się on mocno oprzeć. Papież Montini zetknął się z Karolem Wojtyłą jeszcze przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową, kiedy jako arcybiskup Mediolanu ofiarował dzwony dla krakowskiej parafii św. Floriana. W czasie kolejnych sesji soboru poznawali się coraz lepiej. Paweł VI wyniósł Wojtyłę na stolicę arcybiskupią w Krakowie, a później uczynił go kardynałem. Krakowski arcybiskup powołał komisję, która opracowała tzw. Memoriał krakowski – obszerne teologiczne uzasadnienie zasad etyki małżeńskiej. Memoriał ten Paweł VI otrzymał w lutym 1968 r., na 5 miesięcy przed ukazaniem się „Humanae vitae”. Ks. Andrzej Bardecki, wieloletni asystent kościelny „Tygodnika Powszechnego”, twierdził, że 60 proc. tekstu „Humanae vitae” pochodzi bądź z opracowania krakowskiej komisji, bądź z prac samego Wojtyły, który po przeczytaniu encykliki miał powiedzieć: „Pomogliśmy papieżowi”.

Nasuwa się pytanie: Dlaczego tylu teologów zachodnich, a nawet biskupi i kardynałowie kontestowali Pawła VI, a Wojtyła i polscy teologowie mu pomogli? Czy dlatego, że „Polonia semper fidelis”? A może z powodu tradycyjnego konserwatyzmu Kościoła w Polsce pod przewodnictwem prymasa Wyszyńskiego? Nic bardziej błędnego!

Wojtyła już na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku dysponował bogatymi źródłami, z których mógł czerpać, pracując nad etyką małżeństwa.

Z jednej strony było to żywe doświadczenie spotkania z małżeństwami i rodzinami. Ścisła współpraca z dr Wandą Półtawską, bliski kontakt z młodzieżą z duszpasterstwa akademickiego, a potem z rodzącymi się w jej gronie związkami dawał mu znakomity ogląd sytuacji. Jednym z jego bliskich przyjaciół był – dziś kandydat na ołtarze – Jerzy Ciesielski, którego związek małżeński z Danutą Plebańczyk Karol Wojtyła pobłogosławił w 1957 r.

Z drugiej strony krakowski arcybiskup miał głęboką refleksję filozoficzną i teologiczną: patrzył na człowieka od strony jego „genealogia divina” – Bożego pochodzenia.

Przed ślubem Jerzego i Danuty przeprowadził dla nich swoiste rekolekcje na wycieczce z Ptaszkowej do Krynicy. Tematy, które poruszył, dają wiele do myślenia. W czasie pierwszej konferencji mówił im o Trójcy Świętej i o tajemnicy życia wewnętrznego Pana Boga. Potem – o bogactwie i niebezpieczeństwach miłości małżeńskiej i rodzicielskiej i o świętości w małżeństwie. Dlaczego do przyszłych małżonków mówił o tajemnicy życia wewnętrznego Boga? Ponieważ człowiek został stworzony „na obraz Boży mężczyzną i niewiastą”, to znaczy Bóg od samego początku pomyślał człowieka jako przeznaczonego do miłości, do relacji... do rodziny. Na obraz Trójcy Świętej, która jest Miłością.

Zachowały się notatki Jerzego Ciesielskiego z okresu jego małżeństwa, które dowodzą, że traktował wspólną drogę z Danusią jako drogę do świętości, która obejmuje całość życia obojga – także jego wymiar cielesny.

W swoich zapiskach umieścił taką m.in. refleksję: „Dążenie do naturalnej doskonałości aktu płciowego, mające na celu dać maksimum zadowolenia, jest również celowe z punktu widzenia katolickiego ideału małżeństwa. Dążenie to musi być – jak zresztą cała przyjemność płciowa – owiane duchem dawania, a nie brania, i oczywiście nigdy nie może zagrażać potomstwu”.

To potwierdzało wnioski, które Wojtyła wywodził, analizując naturę małżeństwa. Mąż i żona, wkraczając na wspólną drogę, nie zawiązują po prostu jakiejś wspólnoty. Relacja między nimi ma charakter oblubieńczy (nazywał to komunią osób), to znaczy jedno dla drugiego ma stawać się darem, a dar – aby był autentyczny – musi być całkowity. Czym jest owa całkowitość? To właśnie podwójne znaczenie daru: jestem darem dla ciebie, a ty dla mnie, i jestem otwarty na dar macierzyństwa/ojcostwa. Wykluczanie jednego lub drugiego znaczenia zawsze będzie uprzedmiotawiać małżonków, nawet jeśli oboje by się na to zgadzali. Wybór jest radykalny – między pełnym oddaniem się sobie i wzrostem miłości a egoistycznym nakierowaniem na siebie i śmiercią miłości.

Różnica między spojrzeniem Wojtyły a spojrzeniem zachodnich teologów i biskupów polegała na tym, że ten pierwszy patrzył na małżeństwo jako na drogę wzrostu miłości i realizowania projektu, który Bóg dał człowiekowi w momencie stworzenia go i zbawienia. Ci drudzy patrzyli zaś bardziej przez pryzmat świata, który zachwycony technicznymi możliwościami przedstawiał pigułkę jako drogę wyzwolenia człowieka. Wojtyła rozmawiał z małżonkami, którzy chcieli iść ku świętości, zachodni teologowie odbierali głównie sygnały od tych, dla których katolicka etyka była ciężarem i ograniczeniem.

Po 50 latach od publikacji encykliki widać wyraźnie jej profetyczny charakter. Mentalność antykoncepcyjna zakorzeniła się w cywilizacji atlantyckiej, promując wyższość osobistej przyjemności nad darem z siebie, stawiając pod znakiem zapytania sens trwałości związku kobiety i mężczyzny, odrywając seks od miłości i czyniąc z niego autonomiczny rodzaj rozrywki niezwiązanej z żadną odpowiedzialnością. Kryzys rodziny pociąga za sobą kryzys wiary, gdyż odchodzenie od Bożego projektu oznacza odchodzenie od samego Boga.

Z drugiej strony jednak zaczęły się pojawiać małżeństwa niesłychanie świadomie podchodzące do swojego powołania. Są to ludzie korzystający z różnych form formacji chrześcijańskiej, na Zachodzie i na Wschodzie, rodziny wielodzietne, kochające się, choć przechodzące też przez trudne doświadczenia. Są oni w zdecydowanej mniejszości, tak jak chrześcijanie w pierwszych wiekach, ale to oni są żywym świadectwem prawdziwości „Humanae vitae” i jej rozwinięcia w postaci „teologii ciała” św. Jana Pawła II. Są już wśród nich kandydaci na ołtarze, tacy jak francuski profesor Jérôme Lejeune – nie tylko wybitny genetyk i obrońca życia, ale wierny mąż i ojciec pięciorga dzieci, jest wspomniany Jerzy Ciesielski, jest hiszpańskie małżeństwo Tomasa i Paquity Alvira – jedni z pierwszych małżonków w Opus Dei.

Są też inni – może znani nam osobiście – mężowie i żony, których miłość, także po latach, pozostaje wciąż świeża, których dzieci również zawierają związki małżeńskie radosne i otwarte na życie lub wybierają drogę wyłącznego poświęcenia się Panu Bogu w kapłaństwie, zakonie lub celibacie apostolskim.

Są też ludzie, którzy pragną miłości, lecz szukają jej po omacku, wchodząc czasem na bezdroża wiodące donikąd. Czekają oni na jeszcze liczniejszych świadków Miłości – przez duże M.

Paweł Zuchniewicz, dziennikarz, pisarz, wicedyrektor ds. wychowawczych szkoły „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”, autor biografii Hanny Chrzanowskiej pt. „Siostra naszego Boga”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Hiszpania: biskupi przestrzegają przed eutanazją

2018-05-23 21:45

mz (Lizbona; KAI/ReL) / Madryt/Lizbona

Hiszpańska Konferencja Biskupia ogłosiła swe stanowisko w sprawie eutanazji, przestrzegając przed próbą jej legalizacji. List biskupów jest ich odpowiedzią na zgłoszony w maju do parlamentu przez Hiszpańską Socjalistyczną Partię Robotniczą (PSOE) projekt ustawy legalizującej tzw. śmierć wspomaganą. Uchwalono go głosami PSOE i radykalnej partii Podemos.

Fotolia.com/ Steve

Episkopat stwierdził, że eutanazja jest złem moralnym i działaniem wrogim wobec godności ludzkiej i nie ma nic wspólnego z medycyną. Podkreślono, że najlepszą formą walki z cierpieniem osób w stanie terminalnym jest opieka paliatywna. Autorzy listu wskazali ponadto, że dla autorów projektu ważniejsze od życia ludzkiego jest prawo do "samodzielnej decyzji" osoby cierpiącej.

Ożywiona debata społeczna w sprawie legalizacji eutanazji toczy się od kilku miesięcy także w sąsiedniej Portugalii, gdzie socjaliści (PS) i radykalny Blok Lewicy (BE) złożyli do parlamentu projekty w sprawie tzw. śmierci wspomaganej. Zdaniem komentatorów jeszcze przed końcem maja br. portugalskie Zgromadzenie Republiki może zalegalizować eutanazję.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem