Reklama

Amerykański jastrząb pokoju

2018-06-19 11:34

Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 25/2018, str. 12-13

FORUM/REUTERS/Jonathan Ernst
Donald Trump i Kim Dzong Un na szczycie w Singapurze, 12 czerwca 2018 r.

Historyczny szczyt Trump-Kim w Singapurze stał się faktem. Zdaniem wielu, to przełomowy moment w dziejach ludzkości, a szczególnie w relacjach na linii Waszyngton-Pjongjang. Pokojowy Nobel dla prezydenta Donalda Trumpa wisi w powietrzu. Otwarte pozostaje jednak pytanie, czy spotkanie realnie przełoży się na zapewnienie pokoju na Półwyspie Koreańskim.
Co tak naprawdę uzgodnili najkrwawszy dyktator na świecie oraz przywódca wolnego świata?

Prezydent USA Ronald Reagan w trakcie swojej przemowy inauguracyjnej wypowiedział następujące słowa: „Pokój jest najwyższym celem narodu amerykańskiego. Będziemy dla niego negocjować, poświęcać się, ale nie poddamy się dla niego ani teraz, ani nigdy. Jesteśmy Amerykanami!”. Był styczeń 1981 r. Ameryka zmieniała swoją doktrynę polityki zagranicznej. Od teraz miała się ona opierać na zasadzie „pokoju poprzez siłę”. Po słabo ocenianej kadencji ustępliwego Jimmy’ego Cartera w Białym Domu zasiadł wreszcie prawdziwy amerykański jastrząb. Dekadę później Związek Sowiecki przestał istnieć, co dla wielu stało się potwierdzeniem słuszności strategii obranej przez Waszyngton. Ronald Reagan wierzył w to, że silna i nowoczesna armia daje Ameryce lepszą pozycję negocjacyjną. Stanowi najlepsze wsparcie dyplomacji, bo zmusza wrogów, by zasiedli przy stole i chcieli rozmawiać na zasadach i warunkach Waszyngtonu.

Trump jak Reagan

Wydaje się, że prezydent Donald Trump implementuje do swojej polityki zagranicznej dokładnie tę samą doktrynę. Podobnie jak Reagan stawia na zdecydowaną, twardą retorykę, za którą stoi silna armia, gotowa bronić bezpieczeństwa narodowego USA oraz sojuszników wszędzie tam, gdzie zawiedzie dyplomacja. Niedawno Trump wypracował z Kongresem rekordowe zwiększenie wydatków na obronność. To zdecydowana zmiana po prowadzonej przez jego poprzednika polityce cięć w budżecie Pentagonu. „Utrzymujemy pokój dzięki naszej sile; słabość tylko zachęca do agresji” – przypomniał w 1983 r. prezydent Reagan. Przychylni Trumpowi komentatorzy zwracają uwagę, że historyczne spotkanie z północnokoreańskim dyktatorem to efekt twardej retoryki siły, którą od początku stosował prezydent USA. Na prowokacyjne groźby ze strony Kim Dzong Una, którymi północnokoreański dyktator próbował zastraszyć Amerykę, Trump odpowiadał zdecydowanie i ostro. Drwił ze swojego wroga, określając go mianem „Malutkiego Człowieka Rakiety”, co było bezpośrednim nawiązaniem do kolejnych prób rakietowych przeprowadzanych przez Koreę Północną.

Administracja Trumpa nie ograniczała się jednak wyłącznie do ostrej retoryki. Za słowami szły również czyny, chociażby ponowne wpisanie Korei Północnej na listę państw sponsorujących terroryzm oraz nałożenie na Pjongjang kolejnych sankcji gospodarczych. Nie bez znaczenia były także zakrojone na szeroką skalę manewry wojskowe oraz wysłanie do koreańskich wybrzeży potężnego lotniskowca USS Ronald Reagan.

Reklama

Retoryka siły

We wrześniu 2017 r., po raz pierwszy przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ, prezydent Trump stwierdził, że „Człowiek Rakieta” prowadzi samobójczą misję zarówno dla siebie, jak i dla swojego reżimu. – Stany Zjednoczone są bardzo silne i cierpliwe – powiedział. W kolejnych słowach użył jeszcze bardziej ostrego i zdecydowanego tonu. Zagroził, że jeżeli USA zostaną przez północnokoreański reżim zmuszone do obrony siebie lub swoich sojuszników, to nie pozostanie im nic innego, jak tylko całkowite unicestwienie Korei Północnej. Wtedy demokraci krytykowali go, sugerując nieodpowiedzialną retorykę. Bili na alarm, twierdząc, że takie wypowiedzi mogą doprowadzić do konfliktu i rozlewu krwi na Półwyspie Koreańskim. Kiedy jednak Reagan określał Związek Sowiecki mianem „Imperium Zła”, miałcy politycy spod znaku ustępstw i słabości również obawiali się wybuchu III wojny światowej. Historia pokazała, że mylili się wówczas równie mocno jak ich dzisiejsi odpowiednicy.

Tworząc historię

Po 65 latach od zakończenia wojny koreańskiej, 12 czerwca 2018 r., w relacjach na linii Waszyngton – Pjongjang doszło do historycznego momentu. Organizowany w hotelu Capella na wyspie Sentosa w Singapurze szczyt Trump-Kim stał się faktem. W ten sposób amerykański przywódca realizuje kolejny krok w drodze do zażegnania zagrożenia płynącego ze strony Korei Północnej. W trakcie bilateralnych negocjacji prezydent USA Donald Trump podpisał z dyktatorem Kim Dzong Unem specjalne porozumienie, w którym obaj przywódcy zobowiązali się ustanowić nowe relacje między swoimi krajami oraz współpracować w celu zbudowania trwałego i stabilnego pokoju w regionie. Umowa zakłada także podjęcie wspólnych wysiłków na rzecz całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Waszyngton zobowiązał się ponadto zapewnić gwarancję bezpieczeństwa dla komunistycznego reżimu z Pjongjangu. Sygnatariusze umowy mają także współpracować w kwestii identyfikacji i wymiany szczątków żołnierzy, którzy polegli w wojnie koreańskiej oraz których uznano za zaginionych. Obie strony wyraziły chęć i gotowość do odbycia kolejnych spotkań bilateralnych w najbliższej przyszłości w celu wprowadzenia w życie postanowień wypracowanych na szczycie.

Koniec manewrów?

Na odbywającej się po spotkaniu konferencji prasowej prezydent Trump zapewnił, że dotychczasowe amerykańskie sankcje nałożone na Koreę Północną pozostają w mocy. Wyraził również przekonanie, że chciałby kiedyś sprowadzić amerykańskich żołnierzy stacjonujących na Półwyspie Koreańskim do domu. Zastrzegł jednak, że nie było o tym mowy w trakcie negocjacji. Trump ogłosił także koniec wspólnych manewrów wojskowych, które USA przeprowadzały do tej pory razem z sojuszniczą Koreą Południową. Północnokoreański reżim od zawsze określał je mianem „prowokacyjnych”. Ku zdziwieniu niemalże wszystkich, dokładnie tego samego słowa do ich opisania użył Trump, dodał ponadto, że ich zakończenie pozwoli zaoszczędzić ogromne sumy pieniędzy. Tym samym gospodarz Białego Domu ściągnął na siebie falę krytyki. Tym razem już nie tylko ze strony Demokratów, ale również niektórych polityków republikańskich, m.in. senatora Lindsey’a Grahama. Wyraził on przekonanie, że co prawda popiera wstrzymanie manewrów, jako pewnego rodzaju gest dobrej woli wobec Korei Północnej, jednak za poważny błąd uważa określanie ich mianem „prowokacyjnych” oraz „bardzo kosztownych”. Senator podkreślił, że pieniądze wydane na wspólne ćwiczenia militarne Ameryki z jej sojusznikami zawsze są pieniędzmi dobrze wydanymi. Krytycy prezydenta USA ostrzegają, że odwołując manewry wojskowe, Trump poszedł na zbyt duże ustępstwa wobec reżimu Korei Północnej, jednocześnie dostał w zamian ze strony Kim Dzong Una jedynie puste obietnice bez żadnego pokrycia. Mój rozmówca jest jednak innego zdania.

– Myślę, że prezydent Trump jest bardzo dobrym negocjatorem. Manewry wojskowe można łatwo odwołać i tym samym dać Kimowi coś, co wygląda na pokaźny gest. Równie łatwo można je jednak reaktywować, gdyby północnokoreański dyktator zaczął sobie znowu pogrywać. To świetny ruch Donalda Trumpa – mówi „Niedzieli” Rocco Spencer, emerytowany major U.S. Army: – Zobacz, robię wobec ciebie gest. Hej, znowu zaczynasz fikać? W takim razie za chwilę możesz mieć 75 tys. amerykańskich żołnierzy ćwiczących tuż pod twoimi drzwiami. To wszystko w zaledwie 72 godziny – dodaje.

Według Spencera, nie kto inny jak prezydent Trump powinien przypisywać sobie zasługi za doprowadzenie do historycznego spotkania z Kim Dzong Unem. Spotkania, które jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się zupełnie nieprawdopodobnym scenariuszem.

Pokojowy Nobel?

Poprzednie amerykańskie administracje nie potrafiły skutecznie zatrzymać nuklearnego programu Korei Północnej ani też zastopować kolejnych i coraz bardziej zaawansowanych prób rakiet balistycznych Pjongjangu. Jak się okazuje, obecny prezydent USA potrzebował zaledwie nieco ponad roku, by osiągnąć to, czego przez dwie kadencje nie mogli dokonać Bill Clinton, George W. Bush oraz Barack Obama. Ten ostatni wycofał większość sił USA z Iraku, zachęcony przyznaną z góry Pokojową Nagrodą Nobla. Dzisiaj wielu komentatorów zwraca uwagę, że doprowadzając do historycznego szczytu z północnokoreańskim przywódcą, Trump zdecydowanie bardziej zasłużył sobie na wyróżnienie przez norweski Komitet Noblowski. Podobną opinię wyraził m.in. prezydent Korei Południowej Moon Jae-in. Na początku maja br. grupa kilkudziesięciu republikańskich kongresmenów w specjalnym liście do norweskiego Komitetu Noblowskiego oficjalnie nominowała Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla. Niedługo po zakończonym szczycie w Singapurze uczyniło to również dwóch polityków z norweskiej narodowo-konserwatywnej i neoliberalnej Partii Postępu. Jeżeli Komitet Noblowski podzieli te opinie, Trump ma szansę zostać 5. amerykańskim prezydentem, który obok Obamy, Cartera, Wilsona i Roosevelta dostąpi tego zaszczytu.

Post factum

Doprowadzając do historycznego szczytu w Singapurze, prezydent USA ewidentnie triumfuje, choć na próżno szukać potwierdzenia tego faktu w lewicowych mediach głównego nurtu. Z drugiej jednak strony wraca ze szczytu z pustymi deklaracjami. Wielu ekspertów powątpiewa w to, że Kim Dzong Un dotrzyma słowa w sprawie denuklearyzacji i zrezygnuje ze swojej najmocniejszej karty przetargowej, czyli broni nuklearnej. Tej samej, której posiadanie utorowało mu przecież drogę na najważniejsze salony polityczne świata. Donald Trump wrócił jednak ze szczytu w przekonaniu, że Kim Dzong Un dotrzyma warunków umowy. Z dumą ogłosił, że Korea Północna nie stanowi już zagrożenia nuklearnego, a Amerykanie mogą wreszcie spać spokojnie. Takie wypowiedzi przywodzą jednak na myśl rok 1938, kiedy to brytyjski premier Neville Chamberlain ogłosił po negocjacjach z Hitlerem, że oto zapewnił Europie pokój. Problem w tym, że owe negocjacje polegały de facto na kolejnych ustępstwach wobec III Rzeszy, i zaledwie rok później po obiecanym pokoju nie było śladu. Sam Trump przyznał jednak na antenie stacji ABC, że choć teraz wierzy przywódcy z Pjongjangu, to w przyszłości może się okazać, że w tej ocenie się pomylił i będzie musiał przyznać się do błędu. Faktem pozostaje jednak ogromny sukces administracji Trumpa, czyli doprowadzenie do historycznego porozumienia. Może się ono okazać kluczowym preludium w drodze do faktycznego rozbrojenia nuklearnego Korei Północnej i zapewnienia pokoju w regionie. Jeżeli tak się właśnie stanie, Donald Trump nie tylko może zagwarantować sobie reelekcję. Przejdzie również do historii jako mąż stanu i jeden z najlepszych prezydentów USA, bo jak sam powiedział: „Każdy może rozpocząć wojnę, ale tylko najbardziej odważni mogą wprowadzić pokój”.

Tagi:
polityka USA

Reklama

USA: nie będzie zakazu zabijania noworodków

2019-03-03 14:15

Michał Król SJ – Watykan

Senat Stanów Zjednoczonych nie przegłosował ustawy zabraniającej dzieciobójstwa noworodków urodzonych pomimo zabiegów aborcyjnych. Ustawa broniąca ocalonych z aborcji zakładała, że dzieci, które narodzą się żywe otrzymają taki sam poziom opieki, jak każde inne dziecko na tym etapie rozwoju. Aby ustawa została przyjęta potrzeba było 60 głosów, zabrakło siedmiu.

„Nie powinno być ustawy łatwiejszej do przegłosowania niż ta, która jasno stwierdza, że zabijanie noworodków jest złe i nie powinno być tolerowane” – napisał w oświadczeniu abp Joseph F. Naumann, przewodniczący komisji ds. obrony życia przy amerykańskim episkopacie. „To, że jeden z senatorów, a co dopiero 44, głosowało przeciw tej ustawie powinno nas przerażać i bulwersować” – dodaje ordynariusz Kansas City.

Hierarcha wzywa również do zdecydowanej akcji politycznej. Jak mówi, większość Amerykanów wspiera tę ustawę, która blokuje rozszerzenie praktyki zabijania nienarodzonych na mordowanie noworodków. „Musimy domagać się sprawiedliwości dla tych niewinnych dzieci” – czytamy w oświadczeniu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Szata Pana w Rzymie Północy

2014-08-05 15:18

Ks. Jacek Molka
Niedziela Ogólnopolska 32/2014, str. 14-15

Wakacyjny cykl „Niedzieli” nosi tytuł: „Dotykamy śladów Boga”. Inspiracją w naszej wędrówce jest hasło przyświecające pracy duszpasterskiej w bieżącym roku: „Wierzę w Syna Bożego”. Czteroletni cykl duszpasterski: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie. Przez wiarę i chrzest do świadectwa” nawiązuje do 1050. rocznicy chrztu Polski, którą będziemy obchodzić w 2016 r. Naszą wiarę chcemy umacniać, dotykając relikwii Chrystusa. Wyjątkowym przewodnikiem jest tu książka Grzegorza Górnego i Janusza Rosikonia pt. „Świadkowie Tajemnicy. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych”. W tym tygodniu dziennikarz „Niedzieli” zabiera nas do Trewiru w Niemczech

Janusz Rosikoń/Rosikon Press

Eksponowana Święta Szata to tunika z dosyć długimi rękawami. Jej długość z przodu wynosi 1,48 m, a z tyłu – 1,57 m. Na dole zaś ma 1,09 m szerokości. Człowiek, który ją nosił, był wysoki. Obliczono, że mógł mieć mniej więcej 180 cm wzrostu. Ciekawa rzecz, że postać widoczna na Całunie Turyńskim również dokładnie odpowiada tym rozmiarom.

Wystawienie relikwii odbyło się w 500. rocznicę pierwszego jej publicznego pokazania w 1512 r. Nie wiemy, ilu ludzi ją wtedy nawiedziło. Na pewno rzesze wiernych. W 2012 r. było ich ok. 600 tys. Wcześniej, w 1996 r., ekspozycja Szaty Pańskiej odbyła się z udziałem ok. 700 tys. ludzi. Przy podobnej okazji w 1959 r. było ich ponad 1,7 mln, a w 1844 r. ponad milion.

Według tradycji, tę suknię miała utkać sama Matka Boża – Maryja. W 2012 r. tunikę można było zobaczyć tuż przed głównym ołtarzem katedry w przeszklonej skrzyni z cedrowego drzewa. Uroczystościom jej odsłonięcia przewodniczył specjalny wysłannik ówczesnego papieża Benedykta XVI – kard. Marc Ouellet, prefekt watykańskiej Kongregacji ds. Biskupów.

Badania

Prezentowana relikwia, niestety, nie została poddana tak szczegółowym i kompleksowym badaniom naukowym, jak np. Całun Turyński czy Chusta z Manoppello. Wielu zatem wątpi w jej autentyczność. Na pewno badano ją w 1890 r. W latach zaś 1973-74 Świętą Szatę poddała ekspertyzom szwajcarska grupa naukowców pod przewodnictwem dr Mechthild Flury-Lemberg, uznanej i renomowanej konserwator tkanin.

Skupiła się ona wyłącznie na analizie techniczno-tekstylnej samego materiału, z którego wykonano tunikę. Nie szukała ona na niej śladów krwi ani też np. roślinnych pyłków. Niemniej jednak dokonała bardzo ciekawych odkryć. Otóż okazało się, że owo odzienie składa się z siedmiu nałożonych na siebie warstw różnych tkanin. Zostały one sklejone w 1891 r. roślinną gumą. Warstwy te to: jedwabna satyna z 1891 r. koloru czerwonobrunatnego, brązowy tiul z roku 1890, bardzo delikatna jedwabna gaza z 1512 r., sfilcowane wełniane włókna, jedwabna tafta koloru zielonkawego również z 1512 r., po raz kolejny owe sfilcowane włókna wełniane, a także jedwabna gaza – też z roku 1512.

Zdaniem szwajcarskiej znawczyni materiałów, fragmentami pierwotnej relikwii mogą być tylko owe sfilcowane wełniane włókna. Te w rzeczywistości ulotne strzępki, rozpadające się praktycznie w pył przy najmniejszym dotknięciu, datowane są na wczesny okres cesarstwa rzymskiego (I-IV wiek po Chr.). W bardzo wilgotnym klimacie Trewiru przetrwały tylko dzięki temu, że właśnie na początku XVI stulecia naszyto na nie inne tkaniny, a potem pod koniec XIX wieku posklejano je. Gdyby tego nie zrobiono, po Świętej Szacie po prostu nie byłoby już dawno śladu.

Uczona stwierdziła zatem, że jądro tkaniny pochodzi z czasów antycznych. Nie jest to jednak dowód na absolutną autentyczność tej relikwii. „W świetle dotychczasowych badań sprawa pozostaje otwarta (…). Tym bardziej że to nie koniec zagadek. Doktor Flury-Lemberg odkryła bowiem na sukni resztki złotych i zielonych nitek jedwabnych, pochodzących ze Środkowego Wschodu, najprawdopodobniej z Syrii. Jedne z nich pochodzą z VI, inne zaś z przełomu VIII i IX wieku. To poszlaka wskazująca, iż szata mogła być czczona we wczesnym średniowieczu na wschodzie imperium rzymskiego” (Grzegorz Górny, Janusz Rosikoń, „Świadkowie Tajemnicy. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych”, Rosikon Press 2012, str. 215).

Historia

Katedra, w której przechowywana jest Święta Szata, jest najstarszym kościołem w Niemczech. Została zbudowana na polecenie samego Konstantyna Wielkiego, syna cesarzowej Heleny. Postanowił on na początku IV wieku uczcić dwudziestolecie swojego panowania wzniesieniem czterech potężnych świątyń: Bazyliki Grobu Pańskiego w Jerozolimie, kościoła Narodzenia Chrystusa w Betlejem, Bazyliki św. Piotra w Rzymie i właśnie katedry pod tym samym wezwaniem w Trewirze. Taka, a nie inna decyzja świadczy o tym, że miasto nad Mozelą odgrywało niezwykle ważną rolę w rzymskim imperium. Było ono w tym czasie wręcz nieformalną stolicą Europy Zachodniej i dlatego nazywano je często Rzymem Północy.

Nie dziwi więc fakt, że w Trewirze mogła zostać zdeponowana tak ważna relikwia. Co prawda pierwsza wzmianka o niej pojawia się dosyć późno, bo dopiero w XI wieku. Anonimowy autor, który spisał biografię jednego z trewirskich biskupów, wspomina w niej o tym, że cesarzowa Helena przywiozła ze swej pielgrzymki do Ziemi Świętej wiele relikwii i podarowała je owemu biskupowi o imieniu Agritiusz. I tak w Trewirze znalazły się np.: gwóźdź z krzyża Chrystusa, nóż, którego miał używać Pan Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy, i wreszcie Jego szata.

Historycy zastanawiali się, dlaczego wcześniejsze źródła nic nie wspominały o Jezusowym odzieniu. Otóż trzeba pamiętać, że Trewir był najczęściej nękanym przez barbarzyńców miastem w Niemczech. Tylko w V i VI stuleciu był sześciokrotnie wręcz doszczętnie obrabowywany. Masowo mordowano ludność. Jak podaje anonimowy mnich w dziele „Gesta Treverorum” z 1105 r., tutejsi duchowni zakopywali relikwie i to, co było święte, w ziemi, by nie zostały zbezczeszczone przez hordy najeźdźców. Być może zatem i Święta Szata została w taki sposób ukryta, a ci, którzy to zrobili, po prostu zginęli z rąk oprawców. To tłumaczyłby brak pisanych wzmianek o niej.

Jawna historia tej relikwii zaczyna się dopiero w 1512 r., kiedy to cesarz Maksymilian I zażądał pokazania mu jej przez ówczesnego biskupa Trewiru Richarda von Greiffenklaua. Od tego czasu można dość szczegółowo prześledzić jej dzieje, sięgając choćby do cytowanej wyżej książki „Świadkowie Tajemnicy...”. W każdym razie jej historia zarówno przed, jak po 1512 r. jest bardzo burzliwa, jak dzieje całej Europy.

Głos Kościoła

W 1996 r. ówczesny biskup Trewiru Hermann J. Spital nazwał Jezusową tunikę „relikwią dotykową drugiego stopnia”. Innymi słowy, zasugerował, że nie jest ona bezpośrednim odzieniem Pana Jezusa, ale że owego odzienia niejako „dotykała”. Historycy są jednak zgodni co do tego, że zwyczaj tworzenia relikwii przez dotyk pojawił się dopiero w średniowieczu. Jeśli zaś przyjmiemy, że Suknia z Trewiru pochodzi z okresu antycznego, a przynajmniej jakaś jej część, to kwestia jej autentyczności jest nadal nierozstrzygnięta.

Swego czasu Kuria Diecezjalna w Trewirze wydała specjalny komunikat, w którym przestrzegała przed traktowaniem tej relikwii na zasadach talizmanu. Innymi słowy, adorując ją jako obraz i znak samego Pana Jezusa Chrystusa, wyznajemy wiarę w duchu i prawdzie Nowego Testamentu. Choć historia i pochodzenie szaty z Trewiru dla wielu wydaje się tylko kompilacją legend i przekazów, a naukowo na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie stwierdzić, że rzeczywiście należała ona do Jezusa, to jednak nie ma to w gruncie rzeczy tak wielkiego znaczenia. Rzesze pielgrzymów udają się bowiem do Rzymu Północy, by dzięki Świętej Szacie doświadczyć ożywiającej obecności zmartwychwstałego Pana. A to przecież jest dla człowieka wierzącego najważniejsze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: wręczenie Medali św. Brata Alberta

2019-03-18 17:24

md / Kraków (KAI)

Jan Kanty Pawluśkiewicz, Krystyna Mrugalska, ks. Stanisław Łada oraz Diana i Wojciech Bonowiczowie odebrali 18 marca w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie Medale św. Brata Alberta. Wyróżnienie przyznawane jest od 1997 r. za działalność na rzecz osób z niepełnosprawnościami. Uroczyste wręczenie odznaczeń odbyło się podczas XIX Festiwalu Twórczości Osób Niepełnosprawnych „Albertiana”.

YouTube.com
Jan Kanty Pawluśkiewicz

Jan Kanty Pawluśkiewicz, kompozytor i malarz, od lat wspiera Fundację Anny Dymnej „Mimo wszystko”. Artysta od samego początku zasiada w jury Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, wspiera także osoby z niepełnosprawnościami, które marzą o karierze artystycznej.

Odbierając wyróżnienie, kompozytor podkreślał, że od osób z niepełnosprawnościami więcej otrzymuje niż sam daje. „Jeśli dają mi medal, to kocham ich i deklaruję, że do końca moich dni będę ich wspominał” – dodał.

„Życie z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie jest wielkim przywilejem i zaszczytem” - mówił na scenie teatru Wojciech Bonowicz. On i jego żona Diana zaangażowali się w pomoc osobom z niepełnosprawnością intelektualną już jako studenci. W latach 80., w ramach Ruchu Wiara i Światło prowadzili wspólnotę dla małych dzieci, zwaną „małymi Muminkami” i choć potem założyli rodzinę, wciąż prowadzą tę wspólnotę.

„Mówi się o mowie nienawiści, o mowie, która dzieli. Moi przyjaciele nigdy tak nie mówią” – podkreślał Bonowicz. Jego zdaniem, osoby z niepełnosprawnością intelektualną są "wielkimi akumulatorami wybaczania". „Jeśli nasze społeczeństwo w ogóle się jeszcze trzyma, to tylko dzięki nim” - zaznaczył.

Krystyna Mrugalska została wyróżniona za działalność społeczną na rzecz osób niepełnosprawnych intelektualnie i ich rodzin. „To legenda w tym środowisku. Jej syn, nieżyjący już Grzegorz, był osobą niepełnosprawną. Gdy się narodził, całkowicie poświęciła się wspieraniu innych rodzin” – podkreślał ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Laureatka działała w trudnych czasach komunizmu, kiedy to istnienie osób z niepełnosprawnościami było tematem tabu, a jednak udało się jej stworzyć specjalny dział w ramach Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Podobne koła powstały w całej Polsce.

Ks. prałat Stanisław Łada jest kapłanem archidiecezji gdańskiej, pracuje w Pruszczu Gdańskim. Został doceniony za to, że od lat 80. otacza opieką duszpasterską i pomocą charytatywną osoby niepełnosprawne i potrzebujące. „Początkowo wspierał swoich parafian, dziś jego działalność obejmuje już całą archidiecezję” – mówił ks. Isakowicz-Zaleski.

Medal św. Brata Alberta, ustanowiony w 1997 r., przyznawany jest za niesienie pomocy osobom niepełnosprawnym. Jego pierwszym laureatem był kard. Franciszek Macharski. Wśród laureatów są również m.in. premier Jerzy Buzek, prof. Zbigniew Brzeziński, bp Jan Chrapek, Anna Dymna, kard. Stanisław Dziwisz, prof. Andrzej Zoll, Agata Kornhauser-Duda czy Jakub Błaszczykowski.

Medal przedstawiający św. Brata Alberta przytulającego dzieci zaprojektował Krzysztof Sieprawski, podopieczny Schroniska dla Niepełnosprawnych w Radwanowicach.

Wyróżnienie tradycyjnie wręczane jest podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie „Albertiana”. W tym roku odbył się on po raz 19.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem