Reklama

Jeśli się poddamy…

2018-07-10 12:29

Witold Gadowski
Niedziela Ogólnopolska 28/2018, str. 40

Nadstawiajcie drugi policzek, wszak tak macie napisane w Ewangelii – tak brzmi stały postulat lewicowców, którzy w ten sposób starają się przygważdżać katolików w dyskusji. Nic to, że ich znajomość naszej teologii właściwie na tym się kończy, nic to, że niewiele wiedzą o właściwym sposobie rozumienia naszych zasad, który nie jest możliwy bez Magisterium Kościoła i bez rozumienia całego kontekstu, w którym chociażby ta zasada została wygłoszona – oni wiedzą lepiej i już.

Jakie zatem konsekwencje może przynieść mechaniczne spełnianie ich postulatu? Po pierwsze (i najważniejsze) – nie przyniesie to żadnych efektów dydaktycznych. Nadstawianie drugiego policzka komuś, kto absolutnie nie widzi niewłaściwości swojego postępowania, jest zajęciem tyleż nieskutecznym, co – w efekcie – demoralizującym. Liczy się skutek naszego postępowania, a nie jedynie jego literalne przedstawienie. Kiedy zatem nadstawienie drugiego policzka przynosi dobry skutek i jest czynem zalecanym? Tylko wtedy, gdy kogoś zmienia, przynosi mu ożywczą refleksję nad własnym życiem i postępowaniem. Jeśli fakt nadstawienia drugiego policzka daje wzrost dobra w agresorze, budzi w nim głębokie – uzdrawiające – zastanowienie, to wtedy jest to czyn ewangelicznie zalecany. W innych przypadkach mamy do czynienia z głupotą lub zwyczajnym tchórzostwem. Jedno i drugie nie kwalifikuje się do kanonu postępowania świadomego i odważnego katolika.

Po co o tym piszę? Często ktoś pyta: czy nie lepiej miast nawoływać do walki i oporu przeciwko architekturze „nowego ładu społecznego” po prostu nie walczyć, dać się rozbroić, przystać na to, jak „nieuchronnie” zmienia się ludzki świat? Wyobraźmy sobie zatem, jak będzie wyglądało społeczeństwo, jeśli my – katolicy – pokornie uniesiemy ręce w górę, aby zademonstrować naszą pokojowość i łagodność.

Reklama

Uwaga na marginesie: katolik nie może być pacyfistą. Pacyfizm bowiem to ideologia, która absolutyzuje metodę. Stawia sobie za cel osiąganie pokoju za wszelką cenę, nawet za cenę przystania na nieludzkie przemiany. Gdybyśmy uważali, że pacyfizm leży w naturze naszej duchowości, to wtedy mechanicznie nieomal musimy potępić chociażby powstańców z Wandei, którzy zbrojnie – choć bez najmniejszych szans na zwycięstwo – stanęli przeciwko totalitaryzmowi i antyreligijności rewolucji francuskiej. Jeśli pacyfizmem potępimy Wandejczyków, tedy po raz drugi ich umęczymy. Przyznamy rację ich bestialskim oprawcom, którzy robili sobie abażury z ich skór, mordowali niemowlęta i ciężarne kobiety, aby tylko wytępić katolickie nasienie z francuskiej ziemi. Pacyfizm jest więc grzechem stawiania metody ponad wyznawane przez nas wartości.

Wracamy jednak do wizji świata, który powstanie, gdy my zaniechamy oporu. Po pierwsze więc, nieprawdą jest, że nowe porządki nie są podporządkowane żadnej doktrynie. Oczywiście są – jest to doktryna antykatolicyzmu głęboko czerpiąca swoje rozwiązania z mistycznych przesłań Kabały. Tworzenie „nowego społeczeństwa” musi podlegać zasadzie, że „świat jest jak źle zrośnięta noga i aby ją wyleczyć, należy jeszcze raz ją złamać i złożyć ponownie – tym razem już poprawnie”. Rozumiejąc takie przesłanie, zrozumiemy także, dlaczego ideologom nowej szczęśliwości tak przeszkadza to, co tradycyjne, związane z wierzeniami przodków, to, co ponadludzkie, niezmienne i nieprzemijające.

Tej ideologii dramatycznie zawadza koncepcja prawdy istniejącej obiektywnie, niewzruszonej i dającej się poznawać. Takie podejście do poznania jest dla rewolucjonistów, ideologów „otwartego społeczeństwa” śmiertelnie niebezpieczne, nieodmiennie bowiem pokazuje papierowość ich wizji, upraszczanie obrazu zdarzeń i dążenie do wpojenia wszystkim jednego tylko sposobu rozumienia sensu świata. Wywracanie tradycji jest, oczywiście, także niszczeniem naturalnego środowiska człowieka – rodziny, pracy, nauki i wiary. Powoduje, że ludzie tracą wszelkie punkty oparcia. I właściwie... o to chodzi. Temu służy także koncepcja prawdy relatywnej, uwikłanej w konteksty. Taka „prawda” jest na tyle skomplikowana, a jej poznawanie wręcz niemożliwe, że chcąc utrzymać jaką taką stałość warunków swojego życia, ludzie będą musieli zasięgać opinii i rad u swoistych wyroczni „nowego świata”. Ci właśnie „nauczyciele” staną się przewodnikami duchowymi i fizycznymi. O to chodzi, aby komisarze „nowego świata” – bez używania przemocy – stali się przewodnikami mas. Ludzie tracący tradycyjne punkty oparcia stają się swoistą mierzwą, uzależnioną od wiatrów wiejących w opanowanych przez nowych proroków środkach masowego przekazu.

Zniszczenie rodziny to kierunek zupełnie naturalny. Już komuniści próbowali wyrywać dzieci ze środowiska rodzinnego i kształtować je za pomocą wpajanej im nachalnie ideologii. Im się nie udało, stosowali bowiem fizyczną siłę, a ta zawsze rodzi naturalny odruch oporu. Nowi komuniści – przystrojeni w europejskie garnitury – już nie popełniają błędów swoich poprzedników. Wiedzą, że przymusowe zabieranie dzieci z rodzin to będzie dopiero następny etap ich rewolucji. Najpierw muszą nas obezwładnić i ogłuszyć swoją świetnie wyglądającą i przystrojoną w piórka najbardziej modnych idoli ideologią. Ona nie jest już tak przaśna i odstręczająca jak jej poprzedniczka. Zasadza się na wpojeniu przekonania, że właściwie wszystko wolno, a każdy, kto twierdzi inaczej, powinien być wolności pozbawiony, nie ma bowiem wolności dla wrogów wolności. Świat proponowany przez proroków nowej lewicy jest trudny i pozbawiony wyraźnych drogowskazów. Na tym właśnie polega jego siła... Nie może być opanowany bez nowych przewodników, bez nauczycieli od wszystkiego.

Ludzie wyrwani ze swoich środowisk, pozbawieni zdolności posługiwania się własnym zdrowym rozsądkiem, staną się bezwolnymi kukiełkami w rękach „tych, co wiedzą lepiej”. Nie będzie już pewności sądzenia o niczym. Płcie ludzkie ulegną rozmnożeniu, zachowania zboczone urosną do rangi najbardziej hołubionych manifestów. Nauka stanie się zlepkiem nieopartych na doświadczeniu sądów i mniemań.

Do czego to wszystko doprowadzi? Ano do tego, do czego doprowadziły degeneracje potężnych cywilizacji, które istniały już przed łacińską Europą. Staniemy się bezwolni, pozbawieni władzy osądzania zdarzeń, zdani na kaprysy kapłanów nowej kultury i „nowego świata”. Będziemy nieustannie gwałceni przez własne oczy, ale także przez istniejącą w nas podświadomość. Prawomyślności – a właściwie bezmyślności – będzie w nas strzegła „policja nowego świata”, czyli zainfekowane nowymi miazmatami nasze własne umysły. Znikną pojęcia brzydoty i zła, przestanie się mówić o jakichkolwiek przejawach duchowości, bo sama duchowość stanie się tylko skwapliwie zwalczanym przesądem z okresu, gdy ludzkość jeszcze nie uległa wyzwoleniu.

To tylko kilka obrazków ze starannie zaplanowanego świata przyszłości. Nie piszę już o powszechnym wszczepianiu ludziom mikrochipów, które rzekomo będą chronić nasze zdrowie, a w rzeczywistości będą niejako on-line informować „centralę” o każdym naszym ruchu i myśli, będą czytane przez czujniki policji, służb granicznych i każdej innej formacji strzegącej nowych porządków.

Jeżeli uważacie, że takie pomysły to jedynie zły sen, to zacznijcie się baczniej przyglądać temu, co teraz właśnie podpełza do waszych stóp. Świat nie zniknie z dnia na dzień, będzie się kurczył, szarzał i zakładał coraz bardziej totalitarne maski przez całe długie lata. W zasadzie to właśnie już się dzieje. Tym, którzy dziarsko pokrzykują, że na to nie pozwolą, radzę, aby wyraźnie porównali swoje środowiska dwadzieścia lat wcześniej i dziś...

I co? Zatrważające, jak to jednak wszystko się zmieniło? To idzie coraz szybciej. Tylko nasz uparty opór, nasza kontrofensywa mogą to jeszcze spowolnić, a kto wie, może nawet zatrzymać. I – żeby była jasność – od „nowego świata” nikt nie ucieknie, nikt się nie wymknie z jego morderczo opiekuńczych ramion.

Tagi:
felieton

Biała flaga

2018-07-17 13:10

Mirosław Piotrowski
Niedziela Ogólnopolska 29/2018, str. 43

pixabay.com

Nad Tamizą dymisje. Z funkcji ministra ds. brexitu ustąpił David Davies, a fotel ministra spraw zagranicznych opuścił Boris Johnson.

To dwaj najwięksi eurosceptycy w konserwatywnym rządzie Theresy May. Ten ostatni w liście do brytyjskiej premier napisał, że rezygnację składa w proteście przeciwko jej rządowej strategii dotyczącej wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W jego ocenie prowadzi to do „półbrexitu”, który zapewni jego krajowi „status kolonii”. Stwierdził, wprost, że jest to wywieszenie białej flagi, i to jeszcze przed rozpoczęciem bitwy. W języku dyplomacji nazywa się to „miękkim wyjściem”, czyli „miękkim brexitem”, a były już minister spraw zagranicznych reprezentuje obóz „twardego brexitu”. Innymi słowy, idzie o niemal całkowite wyswobodzenie się z jarzma Unii Europejskiej. Premier May chce pozostać w obszarze wolnego handlu i ceł. Przyznam, że z politologicznego punktu widzenia to interesujące doświadczenie, jednakże Parlament Europejski i Rada Europejska cały czas czekają na oficjalne stanowisko negocjacyjne brytyjskich partnerów. Z wielu stron, zwłaszcza od euroentuzjastów, słyszę głosy nadziei, że Wielka Brytania jeszcze wycofa się z brexitu. Tuż po referendum w 2016 r. wydawało się to niemożliwe. Unijni decydenci byli rozwścieczeni i obrażeni. Formułowali krótki, a zdecydowany przekaz do Brytyjczyków, który można streścić w słowach: „Wynocha z naszej Unii!”. Przypomnę, że zaraz po tymże referendum brytyjski komisarz w Brukseli podał się do dymisji. „Będziecie jeszcze żałować” – powtarzało wielu kolegów. Po dwóch latach sytuacja jest zgoła inna. Już jakiś czas temu „ojciec brexitu” Nigel Farage powiedział mi, że teraz unijni decydenci chcą powstrzymać proces wyjścia. Wydaje się, że okoliczności im sprzyjają, gdyż Brytyjczycy sami mają problem z określeniem strategii. Konserwatyści od dawna byli podzieleni w sprawie brexitu. Theresa May, podobnie jak ówczesny premier David Cameron, opowiadała się za pozostaniem w Unii, a Boris Johnson, tak jak ówczesny szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa Nigel Farage, agitował za wyjściem. Wprawdzie zwyciężyli brexitowcy, ale ciężar decyzji spadł na barki tych, którzy wychodzić nie chcieli. Do dziś mamy więc do czynienia z kakofonią. O ile na początku nikt nie śmiał nawet zaproponować drugiego referendum, to obecnie odżyły nadzieje, że będzie można głosować nad warunkami wyjścia. I tu włączył się znany miliarder George Soros, organizując na Wyspach kampanię „Best for Britain” (Najlepsze dla Wielkiej Brytanii), i od razu zasilił ją kwotą 700 tys. funtów, a jak podaje angielska prasa, ma zamiar dorzucić kilka milionów. Oficjalnie procedura wyjścia nadal się toczy, a zegar bije. Pod koniec marca przyszłego roku formalnie Wielka Brytania powinna być już poza Unią. Jeśli tak się nie stanie, to może oznaczać, że miękki brexit przekształca się w kapitulację. Wówczas do boju ponownie ruszy, co zapowiedział, Nigel Farage, który nie zamierza się pogodzić z wywieszeniem białej flagi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Polak jako pierwszy na świecie zjechał na nartach z K2

2018-07-22 19:01

wpolityce.pl

Wcześniej takiego wyczynu dokonał w 2013 roku zjeżdżając z Sziszapangmy (8013 m), w kolejnym roku z Manaslu (8156 m), a w 2015 z Broad Peak (8051 m).

wikipedia.org

Wspinaczkę na położoną w Karakorum górę K2 Andrzej Bargiel i Janusz Gołąb oraz czterech pakistańskich tragarzy wysokościowych rozpoczęło w czwartek.

Góra K2 była drugą próbą zakopiańczyka, ubiegłoroczna zakończyła się niepowodzeniem.

Wtedy zdecydowanie zawiodła pogoda. Chociaż mogłem wejść na szczyt, to zjazd ze względu na bezpieczeństwo był wykluczony — wyjaśnił pochodzący z Łętowni koło Limanowej Bargiel.

„Modę” na ekstremalne wyczyny narciarskie zapoczątkował na dobre Francuz Jean Afnasi, kiedy w 1978 roku zjechał z Mount Everestu z wysokości 8200 m. Legenda ski-extreme Sylvian Saudan zjechał na nartach ze szczytu Hidden Peak w Pakistanie w 1982 roku i stał się pierwszą osobą, która kiedykolwiek zjechała z samego szczytu powyżej 8000 metrów. Do grona prekursorów zaliczali się także Bruno Gouvy (snowboard) i Veronique Perillat (monoski) zjeżdżając z Czo Oju (8188 m npm) w 1988 roku. Tym samym Perillat została pierwszą kobietą, która dokonała zjazdu na takiej wysokości.

Jeden z najbardziej utytułowanych narciarzy, Słoweniec Davorin „Davo” Karnicar, który na nartach zjechał z siedmiu najwyższych szczytów wszystkich kontynentów (tzw. Korona Ziemi), wspominał podczas pobytu w Polsce, że jazda z tak wysokich gór wygląda zupełnie inaczej niż w narciarstwie alpejskim. Na tak dużej wysokości jest bardzo mało tlenu i podczas zjazdu trzeba robić przerwy. Ogromnym niebezpieczeństwem jest także groźba lawin.

Jak przyznał były reprezentant Słowenii z narciarstwie alpejskim, uczestnik Pucharu Świata w tej dyscyplinie, z Mount Everestu zjeżdżał cztery godziny i 25 minut, z czego półtorej poświęcił na odpoczynek? Był pierwszym człowiekiem, który z najwyższej góry świata zjechał bez odpinania nart. Jego poprzednicy niektóre odcinki pokonywali pieszo, z nartami na plecach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Święto patrona Wrocławia

2018-07-22 21:33

Marek Zygmunt

Błogosławiony Czesław jest głównym patronem Wrocławia, założycielem tutejszego klasztoru Ojców Dominikanów. 20 lipca w kościele pw. św. Wojciecha, gdzie znajduje się grób błogosławionego, odbyły się uroczystości ku Jego czci.

Anna Majowicz
kaplica bł. Czesława we wrocławskim kościele Ojców Dominikanów

Mszy św. przewodniczył przeor wrocławskich dominikanów o. Wojciech Delik OP, a homilię wygłosił Prowincjał Polskiej Prowincji tego Zgromadzenia o. Paweł Kozacki OP. Wskazał w niej m.in., że w życiu bł. Czesława najpiękniejsze nie są cuda, ale fakt, że był On prawdziwym kaznodzieją. Głosił Słowo Boże bezinteresownie. - Każdy kaznodzieja, patrząc na siebie w prawdzie, stwierdza, że nie nadaje się do tego, ale podejmuje zadanie, bo został wezwany przez Pana Boga – mówił o. Paweł Kozacki OP dodając, że za przykładem bł. Czesława powinniśmy stawać się głosicielami Ewangelii, świadkami Chrystusa. – Można to robić na rożne sposoby – puentował.

Po Eucharystii w kaplicy bł. Czesława sprawowano specjalne nieszpory i śpiewano litanię. Dodatkowo, w wigilię głównych uroczystości rozpoczęto nowy cykl kulturalny „Wieczory Czesławowe”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem