Reklama

Dom na Madagaskarze

Czy ktoś nas przeprosi?

2018-07-17 13:10

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 29/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski

O pamięci KL Auschwitz, politycznych manipulacjach i pieniądzach z byłą więźniarką obozu Barbarą Wojnarowską rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Była Pani jednym z najmłodszych więźniów KL Auschwitz i zapewne niewiele Pani pamięta z tego okresu dzieciństwa. Kiedy dotarła do Pani świadomość „oświęcimskiej przeszłości”?

BARBARA WOJNAROWSKA: – Gdy mama odnalazła mnie dwa lata po wojnie w jakimś sierocińcu, zaczęłam już co nieco kojarzyć, że wokół mnie działo się coś dziwnego. Ale wówczas nie miałam jeszcze sześciu lat i nie mogłam zrozumieć nawet tego, że mama jest moją mamą. Mama nie lubiła mówić o obozowych przejściach, ale świadectwem naszego pobytu w Auschwitz były listy wymieniane między moją babcią a rodzicami (po latach oddałam je do oświęcimskiego muzeum). Dopiero znacznie później zaczęłam się powoli i z różnych źródeł dowiadywać, jak to było.

– Jak to było?

– Z powstańczej Warszawy wywieziono mnie z rodzicami do obozu, tam rodziców rozdzielono, ja zostałam przy mamie. Przetrwałyśmy do wyzwolenia obozu i na skutek panującego tam wówczas chaosu trafiłam do sierocińca. Mama – jak mi po wielu latach dość niechętnie opowiadała – była świadkiem wyzwalania obozu, gwałtów na więźniarkach... Mama nie lubiła wspominać, a ja mam w pamięci ledwie jakieś wrażenia, jakieś uczucia, jak leżałam chora na pryczy... Pamiętam, że jadłam placek ziemniaczany, który upadł na podłogę, i że bardzo mi smakował. Ten wyjątkowy rarytas mieliśmy na wigilijną wieczerzę w 1944 r. Całkiem dobrze pamiętam natomiast to, że lata powojenne były dla mnie jako dziecka niezwykle trudne, buntowałam się, sama nie wiem przeciwko czemu, było mi jakoś wyjątkowo przykro...

– Ale w końcu przecież udało się Pani dokładniej poznać i zrozumieć swoją osobistą historię...?

– Historię mojej rodziny poznałam właściwie dopiero z książki „Moja wojna” („Mein Krieg”) Joego J. Heydeckera, która ukazała się w 2009 r. Dowiedziałam się np., że moją matką chrzestną nie była, jak to utrzymywali rodzice, pochodząca z Krakowa i mieszkająca z nami w czasie wojny ciocia Genia. Ciocia Genia Byczkowska była Żydówką, wchodziła w skład Rady Pomocy Żydom „Żegota”. Była więc „moją chrzestną”, bo rodzice w ten sposób ją ukrywali...

– I z tego powodu znaleźli się w Auschwitz?

– Tego nie wiem. Do dziś nie zdołałam ustalić, w jaki sposób i dlaczego trafiliśmy do obozu koncentracyjnego. Autor wspomnianej książki nic o tym nie mówi, bo choć bardzo był związany z moimi rodzicami, to jednak o tym, co robili, niewiele wiedział. W ubiegłym roku udało mi się nawiązać kontakt z panią Marą Kraus, przyjaciółką nieżyjącego Joego J. Heydeckera, która twierdzi, że moi rodzice w czasie wojny pomagali wielu Żydom i zostali wydani Gestapo przez konfidentów, których w środowisku aktorskim Warszawy było bardzo wielu... A może dlatego, że w restauracji „Gospoda Włóczęgów”, którą prowadzili w czasie okupacji, był zakonspirowany magazyn broni...? Ja do dziś naprawdę nie wiem, dlaczego jako 3-letnie dziecko znalazłam się w KL Auschwitz.

– Niedawno po dziesięcioleciach pobytu na emigracji powróciła Pani na stałe do Polski. Jak przyjmuje Pani tę dyskusję, która niedawno rozgorzała właśnie wokół spraw oświęcimskich, a zwłaszcza oskarżanie Polaków przez międzynarodową opinię o udział w Holokauście?

– Jestem tym do głębi oburzona, ale chyba rozumiem, że musiało dojść do takiego stanu rzeczy. Moim zdaniem, jedna z przyczyn tego opluwania Polski tkwi w dzisiejszym Izraelu, w którym dominujący wpływ mają Żydzi pochodzący z Rosji, tradycyjnie wrogo nastawieni do Polaków, bo np. francuski Żyd nigdy nie będzie pluł na Polskę...

– A amerykański Żyd?

– Tu bywa różnie, a przeważnie chodzi o pieniądze. Bywałam często w Stanach Zjednoczonych – mam tam wielu kolegów prawników – i bardzo otwarcie rozmawiałam o polsko-żydowskich zaszłościach, także o biznesie związanym z Holokaustem. Oni nie lubią odpowiadać na pytania dotyczące tego tematu, nie tolerują sprzeciwu, natomiast bardzo dbają o swoje sprawy. Gdy w latach 80. XX wieku Amerykański Kongres Żydowski wytoczył bankom szwajcarskim proces w celu przejęcia pieniędzy z kont Żydów, którzy zginęli bezpotomnie w Holokauście, mieliśmy niemal globalne polityczne trzęsienie ziemi. Wtedy Szwajcarzy zdecydowali się pójść na ugodę, a ja się tu muszę przyznać, że na tym skorzystałam.

– W jaki sposób?

– Banki szwajcarskie zgodziły się wypłacić Amerykańskiemu Kongresowi Żydowskiemu pewną część pieniędzy zdeponowanych na „martwych kontach’” – to były miliardy franków szwajcarskich – jednakże pod warunkiem, że 25 proc. tej sumy zostanie wypłacone więźniom nieżydowskim, którzy mieli konta w Szwajcarii. Oczywiście, nie dostałam się na tę listę „nieżydowskich” wybrańców losu – nigdy wcześniej nie starałam się o jakiekolwiek odszkodowania z tytułu pobytu w KL Auschwitz – ale nieco okrężną drogą obiecano mi jednak wypłacić jakieś pieniądze. Niezbędne formalności musiałam załatwiać przez gminę żydowską w Genewie. Denerwowało mnie, że ja, Polka, muszę korzystać z łaskawego pośrednictwa gminy żydowskiej! Tam mi powiedziano, że to dlatego, iż Polacy sami nie potrafią się zorganizować, że nie dbają o własne sprawy. Złożyłam odpowiednie formularze, a urzędniczka odebrała je z ironicznym komentarzem: Nie wstyd pani starać się o odszkodowanie z takimi zarobkami, z takim stanowiskiem...? Czułam, że wymierzyła mi ten policzek tylko dlatego, iż byłam zamożną Polką, a nie bogatą Żydówką...

– Dostała Pani to odszkodowanie?

– Po ponad 15 latach, gdy już na emeryturze zamieszkaliśmy z mężem w Hiszpanii, dostałam korespondencję z Nowego Jorku – czek na 15 tys. dolarów do wypłaty w ratach. Wielkość tego „odszkodowania” mnie nie rozczarowała, chodziło mi tylko o wyegzekwowanie choćby minimum sprawiedliwości dla „nieżydowskich” ofiar wojny... Przy czym to wcale nie było odszkodowanie za obóz, lecz drobna rekompensata za to, że moi rodzice mieli kiedyś pieniądze w banku szwajcarskim. Moim zdaniem, nie-Żydzi nigdy nie mieli większych szans na godziwe odszkodowania wojenne.

– Wydaje się, że zwłaszcza Polacy nie mogą w tej sprawie liczyć na sprawiedliwość...

– Najbardziej boli to, że Polacy, którzy w czasie tej wojny cierpieli najwięcej, dostali najmniej odszkodowań, a teraz mówi się jeszcze, że Polsce nie należą się żadne reparacje wojenne...

– Rzeczywiście, są ogromne dysproporcje w traktowaniu ofiar niemieckich obozów zagłady – w krajach zachodnich, w Niemczech, w Izraelu Niemcy wypłacają im comiesięczne wsparcie, natomiast w Polsce 15-20 lat temu wypłacono jedynie jednorazowe mikroskopijne świadczenia, czyniąc przy tym wiele szumu o polsko-niemieckim pojednaniu.

– Po powrocie do Polski postanowiłam się przyjrzeć bliżej tym sprawom, wcale nie we własnym interesie; chciałam po prostu wyjaśnić to, czego nie potrafiłam zrozumieć... W Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie już na pierwszy rzut oka widać było, że jest martwa. Poinformowano mnie tam, że już dawno skończyły się pieniądze, które nie pochodziły ze stałego źródła, czyli z budżetu państwa niemieckiego, lecz z prywatnych darowizn, które już nie napływają. Zdziwiło mnie to, bo przecież obowiązek wypłacania odszkodowań wojennych nie ulega przedawnieniu, roszczenia poszkodowanych mogą się pojawiać bardzo długo po wojnie. Dziwne, że inni to wykorzystują, a Polacy nie!

– Często odwiedzała Pani Oświęcim po wojnie?

– Jak mówiłam, naznaczeni ogromną traumą moi rodzice – zwłaszcza mama – nie lubili wracać do obozowych wspomnień i chyba robili wszystko, abym ja też niczego nie pamiętała... Sama więc dość późno zaczęłam wracać do tej niepamiętanej przeszłości. Od 2005 r. dostawałam zaproszenia na uroczystości związane z wyzwoleniem KL Auschwitz.

– Jak do tego doszło, że organizatorzy przypomnieli sobie o więźniarce nr 83638?

– Sama o sobie nikomu nie przypominałam... Pierwsze zaproszenie przyszło do mnie dość okrężną drogą – przez moją dobrą znajomą panią Simone Veil. I to ona, dobrze znając moją przeszłość, zaproponowała mi wyjazd z delegacją francuską na obchody 60. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. A ja postanowiłam pojechać, ale jako Polka. Bo choć miałam inne obywatelstwo, to zawsze bardzo dbałam o swoje polskie papiery. Simone Veil napisała – nie wiem, czy do dyrekcji obozu, czy do Władysława Bartoszewskiego – aby przysłano mi zaproszenie. Dostałam je na mój hiszpański adres. Potem dostawałam już zaproszenia co roku, ale nie zawsze jeździłam.

– Jakie były Pani pierwsze wrażenia, czy próbowała Pani odnaleźć ślady swojego dzieciństwa?

– Moim celem było odnaleźć obozowe dzieci – czyli dziś panie ok. osiemdziesiątki. Szukałam więźniarek w moim wieku, wypytywałam. Takiego tłumu na terenie obozu nigdy później już nie widziałam. Środkowa, największa trybuna – w całości zarezerwowana wyłącznie dla delegacji izraelskiej. Tam, dzięki specjalnej przepustce „gościa honorowego”, która umożliwiała mi swobodne poruszanie się po odizolowanych od siebie sektorach, starałam się zaleźć osoby, które jako dzieci były w tym samym bloku, co ja. Niestety, kiedy osoba z sektora izraelskiego, z którą nawiązałam kontakt, dowiedziała się, że nie jestem Żydówką, zręcznie znalazła pretekst, aby nie kontynuować naszej rozmowy. Osobę, która była krótko w tym samym bloku (w październiku 1944 r.) – znalazłam nie podczas uroczystości w Oświęcimiu, lecz dopiero później, w Paryżu. Kontakt dostałam od kustosza Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – pani Heleny Kubicy. A wtedy, w Oświęcimiu, odniosłam wrażenie, że nikt nic nie wiedział albo może nie chciał wiedzieć...

– Zdziwiło to Panią?

– Nie od razu. Dopiero gdy podobnie zachował się dziennikarz z BBC, który dowiedziawszy się, że jestem polską więźniarką, wyłączył kamerę... Wtedy zrozumiałam, że więźniowie KL Auschwitz zostali podzieleni lub dali się podzielić na lepszych i gorszych. O co chodzi? – pytałam sama siebie. Przecież kiedyś wszyscy razem, zziębnięci, staliśmy tu co rano na tym samym apelu, piliśmy tę samą wstrętną kawę, tak samo nas bito i maltretowano, a teraz nagle dzielimy się na Żydów i nie-Żydów?! W tymże 2005 r., podczas hucznych rocznicowych uroczystości w Oświęcimiu – na które przybyli wielcy politycy i głowy państw z całego świata – uświadomiłam sobie, że my, Polacy, tu nie istniejemy! Że nas tu nie ma i nie było! Wtedy postanowiłam działać, i to od razu.

– Jak?

– Gdy na uroczystym przyjęciu dla VIP-ów – do których dzięki Simone Veil zostałam zaliczona – usłyszałam, jak amerykański wiceprezydent Dick Cheney mówi do kogoś z wielkim ubolewaniem, że ten „żydowski obóz tak bardzo ucierpiał”, natychmiast do niego podeszłam i grzecznie się przedstawiwszy, zadałam pytanie: dlaczego mówi się wyłącznie o więźniach żydowskich? – przecież byli także inni, a pierwsi trafili tu Polacy, skazana na zagładę polska inteligencja? Odpowiedział zdawkowo: Być może, być może... I na tym rozmowa się skończyła. Byłam zaszokowana.

– Chyba nie bardziej niż podczas uroczystości oświęcimskich w 2018 roku...

– To prawda. I nadal nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, co się tam wtedy stało. Trudno mi dziś ocenić, jakie będą skutki politycznego kompromisu i deklaracji podpisanej po kilku miesiącach przez premierów Polski i Izraela, ale pytam: dlaczego do tej pory nikt nas, więźniów, nie przeprosił za to, że tę podniosłą uroczystość wykorzystano tak niegodziwie, dla politycznego interesu?! KL Auschwitz nie powinien być areną politycznych rozgrywek i mam nadzieję, że to, co się tam zdarzyło 27 stycznia 2018 r., już się nie powtórzy.

Jerzy Owsiak na bakier z Kościołem i patriotyzmem

2014-06-10 14:43

Jerzy Robert Nowak
Niedziela Ogólnopolska 24/2014, str. 42-43

TOMASZ URBANEK/DDTVN/EAST NEWS
Jerzy Owsiak

Niedawno ogłoszono, że laureatem plebiscytu „Ludzie Wolności”, organizowanego przez „Gazetę Wyborczą” i TVN, w kategorii „społeczeństwo” został Jerzy Owsiak. Dla wielu osób była to wiadomość szokująca ze względu na ogromną kontrowersyjność tej postaci. Powszechnie znana jest rola Jerzego Owsiaka jako najgłośniejszego propagatora „luzu”, amoralnej zasady „róbta, co chceta”. Wielokrotnie wskazywano również, jak za jego rzekomą apolitycznością i ogromnie nagłaśnianą przez media ideą charytatywnej zbiórki pieniędzy kryje się jednoznaczna stronniczość na rzecz lewej części sceny politycznej. W tym tekście chciałbym skrótowo pokazać niektóre – nie dość znane – fakty, ilustrujące wyraźne uprzedzenia Owsiaka wobec Kościoła i Polaków jako narodu.

Antykościelne fobie

Jerzy Owsiak jest synem pułkownika milicji, zajadłego ateisty. Jego ojciec w pisanych przez siebie życiorysach akcentował swój negatywny stosunek do duchowieństwa katolickiego, określając je jako „szkodnika państwa demokratycznego” (P. Lisiewicz, M. Marosz, „Ten, który zniszczył bunt”, „Nowe Państwo”, ½013). Niewierząca była również matka Owsiaka (por. M. Narbutt, „Człowiek orkiestra”, „Rzeczpospolita” z 31 stycznia – 1 lutego 2004 r.).

Pomimo wychowania w ateistycznej rodzinie Owsiak deklarował się jako „niechodzący do kościoła katolik” (M. Narbutt, tamże). O tym, jaki jest faktyczny stosunek Owsiaka do Kościoła, najwymowniej świadczy fakt, że na początku lat 90. Owsiak ogłaszał jako hymn w programie „Róbta, co chceta” antyklerykalną piosenkę „Hipisówka” zespołu „Kobranocka” (por. P. Lisiewicz, „Seks zamiast armat”, „Gazeta Polska” z 3 stycznia 2007 r.). Piosenka w obrzydliwy wręcz sposób lżyła Kościół i duchownych. Dość zacytować choćby taki fragment:

„Modlitw szept w usta wbiegł
O stosunkach, o stosunkach przerywanych,
Głupi pech i lęk klech
Na głupotę, na durnotę przekuwany.
Wiara w cud, mrowie złud,
Które ty opłacasz swoją mrówczą pracą,
Dokąd pójść, zewsząd gnój,
Zwykły znój, za który nigdy nie zapłacą”.

I jakoś dziwne wyszydzanie w piosence „lęku klech na głupotę przekuwanego”, „wiary w cud” nijak nie przeszkadzało „katolikowi” Owsiakowi. Promowanie antykościelnej „Hipisówki” u Owsiaka nie było czymś odosobnionym. Grzegorz Wierzchołowski wspominał: „Na pierwszej edycji Przystanku w 1995 r. gromkie brawa wśród części publiczności zebrał np. lewacki zespół «Hurt», śpiewając m.in.: «Zdejmij ten krzyż, on przeszkadza ci, zdejmij ten krzyż, wyrzuć go za drzwi»” („Przystanek Postęp”, „Gazeta Polska” z 29 sierpnia 2007 r.).

W wywiadzie dla czasopisma „Zdrowie” „katolik” Owsiak wprost wyszydzał wiarę w cudowne powstanie człowieka, mówiąc m.in.: „Ludzie za granicą mnie pytają: «Czy naprawdę u was w rządzie myślą, że człowiek powstał wyłącznie w sposób cudowny?». Co ja mam odpowiadać? Jak głupoty opowiada ktoś w autobusie, można się odwrócić. Ale kiedy to mówią politycy – trzeba reagować” (za postkomunistycznym „Przeglądem” z 14 stycznia 2007 r.).

Szokujący był fakt, że „katolik” Owsiak jakoś szczególnie nietolerancyjny był wobec Kościoła katolickiego, podczas gdy równocześnie był bardzo łaskawy wobec innych wyznań, zwłaszcza wobec sekty Hare Kryszna. Socjolog Jacek Kurzępa komentował: „Pan Owsiak z niewiadomych powodów toczy boje z Przystankiem Jezus, podczas gdy bez oporów przyzwala na aktywność sekty Hare Kryszna, która ponad 20 lat temu została uznana za szczególnie niebezpieczną przez Parlament Europejski. Hare Kryszna zaprasza woodstockową młodzież do udziału w procesjach, oferuje tanie posiłki, wabi do swojej świątyni, z której dobiegają dźwięki modlitwy i mantry. Ludzie nie rozumieją, że uczestniczą w rytuałach sekty. Ten kryptoprzekaz oceniam jako bardzo subtelną, ale niebezpieczną promocję Hare Kryszny” (wywiad A. Mikołajczyka z dr. J. Kurzępą pt. „Świat według Owsiaka”, „OZON” z 2 sierpnia 2008 r.). Trzeba stwierdzić, że dr Kurzępa (dziś już profesor) miał rację. Na tle życzliwego stosunku Owsiaka do sekty Hare Kryszna tym bardziej szokujący był jego nader niechętny stosunek do Przystanku Jezus. Po kilku latach tarć i trudnych rozmów w końcu doszło do ostatecznego konfliktu z winy Owsiaka. W marcu 2003 r. Jerzy Owsiak w wypowiedzi dla „Gazety Lubuskiej” (powtórzonej później przez KAI) powiedział, że „nie chce widzieć na Przystanku Woodstock namiotu i duchownych z Przystanku Jezus”. Na uwagę ks. Draguły, że organizatorzy Przystanku Jezus spełnili już w zeszłym roku wszystkie warunki Owsiaka, szef WOŚP warknął: „Powiedzmy, że w tym roku odbiła mi palma”. Wśród zbieraniny młodych na Woodstocku nader silnie uzewnętrzniały się nastroje antykatolickie. W czasie Przystanku Woodstock w 1999 r. pod adresem młodzieży z Przystanku Jezus, która szła w Drodze Krzyżowej, „posypały się wyzwiska ze strony zbuntowanych punków. Poleciało też kilka butelek” (M. Majewski, „Żar stu tysięcy”, „Rzeczpospolita” z 7 sierpnia 1999 r.). Wielokrotnie dochodziło do profanowania krzyża przy namiocie na Przystanku Jezus. Zdziczali młodzi ludzie rzucali w niego puszkami od konserw i wyszydzali go (por. M. Jeżewska, M. Marosz, D. Łomicka, „Przystanek Woodstock – profanują krzyż”, „Gazeta Polska Codziennie” z 3 sierpnia 2013 r.). Ze szczególną zajadłością Owsiak atakował Radio Maryja i o. Tadeusza Rydzyka. Po publikacji we „Wprost” osławionych „taśm Rydzyka” pisał w liście do prezydenta i premiera: „Słowa o. Rydzyka mogę tylko porównać z najbardziej absurdalnymi wypowiedziami partyjnych bonzów III Rzeszy (...). Jest tak głupio znowu wstydzić się za ten kraj” („Gazeta Wyborcza” z 11 lipca 2007 r.).

Owsiak: „Polacy są straszliwymi rasistami”

W 2000 r., w czasie ogromnego kryzysu prawicy w związku z upadkiem AWS-u, Jerzy Owsiak pozwolił sobie na publiczne ujawnienie całej fobii wobec swego narodu. Zrobił to w wywiadzie dla tropiącego „nacjonalizm” i „antysemityzm” antyfaszystowskiego czasopisma „Nigdy Więcej”, mówiąc m.in.: „Polacy są straszliwymi rasistami. Szowinizm narodowy jest obecny w Polsce i nie jest to wcale bardzo marginalne zjawisko. Potwierdza to np. program Wojciecha Cejrowskiego «WC Kwadrans» (...). Polacy lubią być rasistami, chcą polepszyć przez to swój wizerunek, swoją własną wartość. (...) Duży udział w tym ma np. Kościół, który, nie rozumiejąc pewnych rzeczy, stawia kropkę nad «i». (...) Jesteśmy bardzo nietolerancyjni w stosunku do osób innej wiary. (...) Polacy są okropnymi rasistami (wywiad A. Zachei z J. Owsiakiem pt. „Trzeba być konsekwentnym”, „Nigdy Więcej”, 1½000). W wywiadzie znalazło się jeszcze odpowiednie określenie Polski w porównaniu z innymi krajami, zdaniem Owsiaka – „Polska... to zaścianek”.

Owsiaka pogarda dla Polski

Można tylko żałować, że te niemądre uogólnienia Owsiaka są tak mało znane w Polsce, bo na pewno pomogłyby w podważeniu jego mitu. Przypomnijmy jednak, że kilkakrotnie nawet podczas publicznych spotkań posuwał się on do otwartego wypowiedzenia jakiejś obrzydliwej opinii o Polsce. Oto kilka przykładów. 8 czerwca 2001 r. w Żarach, podczas publicznego spotkania zorganizowanego przez władze miasta i w ich obecności, Owsiak wypowiedział słowa: „W Polsce, tym pieprzonym kraju, zawsze będą narkotyki” (MZM, „Polska to «piep... kraj»”, „Nasza Polska” z 19 czerwca 2001 r.). Oburzony wypowiedzią Owsiaka Krzysztof Błażejczyk skierował do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa z art.133, polegającego na znieważeniu Ojczyzny. Wkrótce okazało się jednak, że prokuratura, decyzją z 31 lipca 2001 r., odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie znieważenia narodu i Rzeczypospolitej Polskiej. Pismo prokuratury nie zawierało żadnej argumentacji (por. A. Echolette, „Nie obraził Narodu”, „Nasza Polska” z 21 sierpnia 2001 r.). Do ponownego plugawienia imienia Polski przez Owsiaka doszło na Przystanku w Woodstock w 2003 r. Andrzej Poray tak pisał na ten temat: „«Polska to pop... kraj. Żyjemy w pop... kraju» – tymi słowami lider Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzy Owsiak otwierał Przystanek Woodstock. Wykreowany przez lewicowe media «autorytet» i później nie szczędził wulgarnych, agresywnych słów pod adresem Ojczyzny” („Owsiak i jego armia”, „Nasza Polska” z 12 sierpnia 2003 r.).

Dziennikarz „Do Rzeczy” Wojciech Wybranowski wspominał podobnie ohydne wystąpienie Owsiaka: „To był 2002 lub 2003 rok. Jeden z Przystanków Woodstock, jakie jako dziennikarz relacjonowałem (...). Mija godzina 17-ta. W tym czasie w wielu miastach Polski ludzie stają na baczność, w milczeniu oddając hołd Powstańcom Warszawskim. A w Żarach na scenę wychodzi Owsiak. (...) I dokładnie w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wrzeszczy do tych młodych zgromadzonych pod sceną obraźliwe słowa pod adresem Polski, coś, że pieprzy Polskę, że Polska to… i tu padają bardzo wulgarne słowa. (...)” („Jerzy Owsiak publicznie zbluzgał mój kraj, czyli jak szef WOŚP «oddał hołd» Powstaniu Warszawskiemu”, www.niezlomni.com, dostęp z 11 stycznia 2014 r.). W czasie gdy mamy tak wielkie zaległości w odsłanianiu przemilczanej najnowszej historii, dziejów Żołnierzy Wyklętych czy prześladowań politycznych doby stanu wojennego, Owsiak perorował: „Trzeba raz na zawsze skończyć z tymi pomnikami ku czci i chwale, z tym wiecznym gadaniem, co kto zrobił 30 lat temu” (wywiad M. Szymaniaka z J. Owsiakiem pt. „Mam dość pomników ku czci i chwale”, „Życie Warszawy” z 25-26 sierpnia 2007 r.).

Szerszy portret J. Owsiaka znajduje się w świeżo wydanym 3. tomie mojej książki „Czerwone dynastie przeciw Narodowi i Kościołowi”, którą można zamówić – tel. 608-854-215 i e-mail: maron@upcpoczta.pl) J.R.N.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Cierpienie można przyjąć tylko wiarą

2019-01-16 21:37

Justyna Walicka/Archidiecezja Krakowska

- To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą - o cierpieniu mówił abp Marek Jędraszewski podczas kolędowej wizyty duszpasterskiej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu.

Jaonna Adamik/Archidiecezja Krakowska

Wicedyrektor szpitala lek. med. Andrzej Bałaga przywitał metropolitę i podziękował za kolejną wizytę, która, jak zaznaczył, jest wsparciem zarówno dla personelu w podejmowaniu nierzadko trudnych decyzji, jak i dla małych pacjentów w ich powrocie do zdrowia.

Prof. Szymon Skoczeń w imieniu zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego szpitala poprosił arcybiskupa o błogosławieństwo.

Delegacja dzieci również przywitała metropolitę krakowskiego i złożyła wierszowane życzenia. Młodzi pacjenci zapewnili arcybiskupa o swej pamięci modlitewnej w ich szpitalnej kaplicy.

Metropolita wyjaśnił, że dzisiejsze czytania mówiące o tym jak Chrystus wyrzuca złe duchy i uzdrawia, dopełniają tego, co zaczęło się w Betlejem.

– Bo chodziło o to, żeby Chrystus się światu objawił jako Boży Syn. Jako Ten, który zrodzony przed wiekami z Ojca stał się z Jego woli człowiekiem po to, aby nam przynieść zbawienie.

Arcybiskup podkreślił, że w dzisiejszej Ewangelii jest także mowa o tym, że Chrystus udał się w odosobnione miejsce, by się modlić. I na słowa Apostoła, że wszyscy Go szukają, odpowiedział, że trzeba iść dalej, do kolejnej miejscowości nauczać o Bogu.

W Liście do Hebrajczyków natomiast słyszymy dziś przypomnienie tego, że Chrystus stał się do nas podobny we wszystkim – oprócz grzechu. Metropolita szczególnie podkreślił, że Pan Jezus stał się do nas podobny we wszystkim i stał się jednym z nas. Metropolita zacytował zdanie: „W czym bowiem sam cierpiał, będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.” – Ludzie są poddawani próbom. Ludzie są doświadczani cierpieniem i to miejsce jest szczególnym nagromadzeniem ludzkiego cierpienia. Nie w postaci abstrakcyjnej, nie w postaci ksiąg o cierpieniu czy o tym jak z cierpienia ludzi wydobywać. To jest miejsce, w którym cierpienie przybiera kształt konkretnego człowieka, konkretnego dziecka. I jest to dla nas wszystkich jakaś ogromna tajemnica.

Metropolita zaznaczył, że Chrystus stał się jednym z nas także w cierpieniu, bo On naprawdę cierpiał. I pokazał jak trzeba to cierpienie przyjąć – z całkowitym zaufaniem wobec Boga, nawet, jeśli jest to niezwykle trudne.

– Bo na krzyżu Golgoty (…) było poczucie osamotnienia, była ogromna boleść, ale było też oddanie wszystkiego swemu Ojcu. I była tam także, co trzeba bardzo mocno podkreślić, błogosławiona obecność tych, którzy Pana Jezusa kochali i pozostali Mu wierni aż do końca. Zwłaszcza Jego Przenajświętsza Matka, zwłaszcza Jego najbardziej spośród wszystkich ukochany uczeń Jan. Byli przy Nim i swoją obecnością pokazywali – nie jesteś sam, kochamy Ciebie. Arcybiskup powiedział także, że zdaje sobie sprawę, że łatwo jest powiedzieć, że mamy przyjmować cierpienie. Szczególnie jeśli chodzi o cierpienia dziecka, wobec którego jesteśmy kompletnie bezradni.

– To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą. Bo jeśli On przeszedł przez bramę cierpienia do pełni życia, to i my ufamy, zmierzając także do Dzieciątka narodzonego w Betlejem, że nas rozumie, że nas swoją miłością ubogaci, że swoim ubóstwem podniesie i że przy wszystkich nierozumieniach tego czym jest cierpienie, a zwłaszcza czym jest cierpienie dziecka, będziemy, będąc blisko Niego, mogli z całą głębią wiary powtarzać słowa wyśpiewywane w Betlejem przez aniołów: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom Bożego upodobania, pokój ludziom dobrej woli”.

Po Mszy św. arcybiskup niosąc słowa otuchy odwiedził małych pacjentów w szpitalnych oddziałach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem