Reklama

homilia

Jesteśmy dziećmi wieczności

2018-08-01 10:29

O. Stanisław Jarosz OSPPE
Niedziela Ogólnopolska 31/2018, str. 32-33

Wikipedia
Gerbrand van den Eeckhout, „Jezus głosi nad jeziorem Genezaret” (XVII wiek)

Żeby żyć, trzeba jeść. To oczywiste. Ale czy życie bierze się z tego, co się zje? Życie daje Bóg, nie rodzice. Rodzice to życie przekażą lub tego nie zrobią. Bóg jest życiem – mieć Dawcę życia w sobie, trwać w jedności z Bogiem to żyć pełnią życia niezależnie od tego, co i ile się zje. Dowodem jest Marta Robin, która przez 51 lat nie jadła i nie piła, a jedynym jej pokarmem była konsekrowana Hostia. O takim pokarmie danym od Boga mówi pierwsze czytanie. Prawdziwe są również słowa: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”.

Jeżeli ograniczymy nasze życie do lat przeżytych na ziemi, to wystarczy ten pokarm materialny. Ale my jesteśmy dziećmi wieczności. Nie umrzemy, ciało obumiera, aby Bóg je wskrzesił przy powtórnym, chwalebnym przyjściu Jezusa na końcu czasów – piękne i doskonałe, jakie miało być przy stworzeniu w raju.

Nasza wiara ma być przyjęciem Dobrej Nowiny od Jezusa posłanego od Ojca. Będzie to zmiana w naszym myśleniu. W Ewangelii Jezus mówi: „Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do syta”. Żyć aby jeść – to myślenie wielu ludzi tego świata. Pokarmem dla nich jest chleb powszedni. Pokarmem dającym życie wieczne jest Eucharystia.

Reklama

Tak jak bez codziennego chleba nie da się przeżyć, tak chrześcijanin nie przeżyje bez Eucharystii. Nie umrze fizycznie, ale będzie to życie poganina, o którym mówi drugie czytanie. Jak można „porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w naszym myśleniu i przyoblec się w człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości”?

Taką przemianę powoduje Duch Święty przez praktykę wiary i życie sakramentalne. Dlatego bez częstego korzystania z sakramentów świętych, szczególnie z Eucharystii, nie da się takiej przemiany dokonać samemu, o własnych siłach. Problemem jest rzadkie przystępowanie do Komunii św. Mannę na pustyni zbierano codziennie. Ktoś, kto raz na jakiś czas przystępuje do Komunii św., wegetuje w życiu duchowym, a nie wzrasta.

Innym problemem jest pytanie: W czym ludzie szukają nasycenia, o co zabiegają najmocniej? Na czym im zależy najbardziej? Czy na zbawieniu, na życiu wiecznym? Nie słyszałem, aby rodzice mówili dzieciom: najważniejsze, żebyś poszedł do nieba. Nie składamy życzeń: Życzę ci nieba! Pragnieniem człowieka jest miłość. Ona tak naprawdę nasyca spragnionych. Pełnią miłości jest Bóg. Tylko w Nim możemy zaspokoić nasze głody i pragnienia. Jeżeli w naszym ciele będzie Ciało Jezusa, w naszej krwi – Jego Krew, w naszym życiu – Jego życie, w naszym cierpieniu – Jego krzyż, w naszej śmierci – Jego umieranie, a w Jego chwale – nasza chwała – wtedy spełnią się w nas słowa drugiej lektury.

Tagi:
homilia

Śp. prof. Andrzej Wiktor (1931-2018) - człowiek nauki i wiary

2019-02-15 12:23

Bp Ignacy Dec

Homilia wygłoszona podczas Mszy św. pogrzebowej za śp. Andrzeja Wiktora w kościele pw. Świętej Rodziny we Wrocławiu.

adymyabya/pixabay.com

Wstęp

Ekscelencjo, Najdostojniejszy Księże Biskupie Adamie;

Czcigodni bracia kapłani na czele z ks. prałatem Andrzejem Dziełakiem;

Drodzy bracia klerycy;

Droga rodzino zmarłego pana profesora Andrzeja: pani Hanno, małżonko i pani Zofio, córko wraz z mężem, dziećmi i wnukami;

Szanowni przedstawiciele Wysokiego Senatu i Wydziału Przyrodniczego Uniwersytetu Wrocławskiego;

Szanowni byli i aktualni nauczyciele akademiccy Uniwersytetu Wrocławskiego oraz innych uczelni wrocławskich wszystkich stopni naukowych i pełnionych funkcji;

Drodzy Przyjaciele zmarłego Profesora;

Drodzy żałobni słuchacze, bracia i siostry w Chrystusie!

W homilii obecnej spojrzymy na fenomen śmierci, który stawia nam pytania, na które znajdujemy odpowiedź w Bożym słowie, które przyjmujemy naszą wiarą; następnie przypomnimy pokrótce przebieg życia zmarłego Profesora, wartości, którymi się kierował w życiu i zapytamy jaki testament zostawia nam Zmarły, nam, pozostającym jeszcze na ziemi.

1. Fenomen ludzkiej śmierci - pytania, na które odpowiada Bóg

Drodzy bracia i siostry, jesteśmy po rodzinnych świętach Bożego Narodzenia, podczas których odżyła w nas prawda, że na ziemię przyszedł Bóg, który stał się człowiekiem, zamieszkał wśród nas, by nas obdarzyć prawdą i miłością, by dokonać naszego odkupienia. Wraz z rozpoczętym Nowym Rokiem 2019. powróciliśmy do codziennych naszych zajęć i oto na wiadomość o śmierci pana profesora Andrzeja Wiktora, przybywamy dzisiaj do tej świątyni, by poprzez celebrację Eucharystii i modlitwy pogrzebowe pożegnać do wieczności zmarłego Uczonego - naszego Przyjaciela. Każde odejście człowieka z tej ziemi poza granicę śmierci jest dla nas sygnałem, że nie mamy tu stałego miejsca zamieszkania, że ten świat nie jest naszym, stałym, ostatecznym domem. Odchodząc stąd, pozostawiamy jakiś ślad naszego życia, naszej działalności i przenosimy się w nieznaną do końca krainę życia wiecznego. Pragnienie wiecznego trwania wpisane jest w naszą ludzką naturę. Rośliny i zwierzęta nie wiedzą, że umierają, nie pytają, co będzie po śmierci. Człowiek zaś pyta i się niepokoi, co powie Bóg, gdy stanę przed Nim i Go zobaczę takim, jakim jest? O naszym wiecznym trwaniu mówi nam Bóg w swoim słowie, Ten, który stworzył niebo i ziemię i który nas powołał do istnienia, wybrał nam historyczny czas życia na tej ziemi i On też wybierze nam godzinę odejścia z tego świata, jak wybrał ostatnio śp. profesorowi Andrzejowi Wiktorowi. Słyszeliśmy przed chwilą Jego bardzo ważne słowa, najpierw przekazane nam przez natchnionego autora Księgi Mądrości: "Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju" (Mdr 3, 1-3). Przez swojego Syna, który stał się człowiekiem, zaś powiedział: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele, Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce . A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14,2-3). Jezus przygotował miejsce dla swego wyznawcy i przyszedł po niego, by go zabrać do siebie, a kiedyś sprawi, że jego ciało obecne w tej trumnie zmartwychwstanie. Powiedział przecież do Marty, przed wskrzeszeniem jej brata Łazarza: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11,25-26). Słowa te z pewnością słyszał, czytał i nosił w pamięci śp. zmarły profesor Andrzej Wiktor. Możemy tak powiedzieć, gdyż wielokrotnie mówił o sobie i także napisał: "Jestem katolikiem". Popatrzmy przez moment na przebytą przez niego drogę życia, by zauważyć jak potrafił łączyć w swoim życiu drogę nauki i religii, rozumu i wiary, prawdy i miłości, intelektu i serca.

2. Droga życia św. prof. Andrzeja Wiktora - droga rozumu i wiary, prawdy i miłości, intelektu i serca

a) Droga nauki

Śp. prof. Andrzej Wiktor urodził się 4 lutego 1931 r. w Nowej Wsi koło Rzeszowa w rodzinie ziemiańskiej. Miał dwóch starszych braci i siostrę. W rodzinnym majątku mieszkał z rodzicami i rodzeństwem do roku 1944. Pod koniec wojny przeniósł się z rodziną najpierw do Gorlic a po zakończeniu wojny - do Sopotu. Tam zostali pochowani rodzice. Edukację w szkole powszechnej pobierał w latach okupacji w Czudcu koło Rzeszowa a do Gimnazjum uczęszczał najpierw w Gorlicach a następnie w Sopocie, gdzie w roku 1949 zdał maturę. . Studia na kierunku Biologia rozpoczął w Uniwersytecie Poznańskim, na Wydziale Przyrodniczym a potem je kontynuował na Uniwersytecie Wrocławskim. Magisterium z biologii uzyskał na Wydziale Przyrodniczym we Wrocławiu w r. 1954. Doktorat Nauk Przyrodniczych uzyskał w roku 1962 na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Poznańskiego. Habilitował się na Wydziale Przyrodniczym Uniwersytetu Wrocławskiego w roku 1971. Po dwóch latach został docentem. W roku 1980 uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego, a 9 lat później, w roku 1989 - tytuł profesora zwyczajnego.

Nie będę w tej homilii mówił o osiągnięciach naukowych zmarłego Profesora o jego zasługach na polu organizacji nauki i nauczania, o jego podróżach naukowych (Nowa Gwinea, Papua, Chiny, Tybet, Ziemia Święta i inne kraje świata), o przynależności do towarzystw naukowych, do redakcji i rad redakcyjnych, o nagrodach i wyróżnieniach. Jest to wszystko dobrze opisane po części przez niego samego, a także przez kompetentnych ludzi nauki. Powiem tylko, że zmarły Profesor zapisał się w polskiej, europejskiej i światowej nauce jako wybitny specjalista i znawca ślimaków nagich z rodziny mięczaków. Jego główna dziedzina badawcza to malakologia.

b) Droga wiary

W zakończeniu do swojej książki: "Życie z przyrodą w tle" (Kraków-Wrocław 2011, s. 293-294), czytamy słowa: "Do dziś mój ojciec pozostaje moim niezachwianym autorytetem... Oboje moi rodzice byli zaangażowanymi katolikami, ale dalecy od dewocji, przyjmowali natomiast zasady moralności i filozofii tej formacji. Ja podzielam ich poglądy i to nie dla tradycji, a w wyniku przemyśleń. To genialność przyrody sensu lato przywiodła mnie do tego. Nie ma większych problemów, by godzić wiedzę z wiarą. Także nauka o ewolucji, która wielu od wiary odstręcza, mnie do nie przywodzi... Od polityki zawsze stroniłem. Do żadnej partii nie należałem, byłem jedynie harcerzem, członkiem towarzystw naukowych i związków zawodowych. Na propagandę i "ideologie polityczne" byłem od dziecka odporny, zachowując własne poglądy i w sprawach społecznych i politycznych". Słowa te świadczą, że wielkość Pana Boga potrafił odczytać z przyrody, którą badał. Jego przyrodnicze badania naukowe naprowadzały go na Pana Boga, Tego, którego - jako praktykujący katolik - znał także z Objawienia chrześcijańskiego. Zwróćmy także uwagę, że w tym przytoczonym tekście, autor wskazał jak wielkie znaczenie na jego życie miał rodzinny dom, jego rodzice. Profesor miał świadomość jak ważne i cenne wiano wyniósł z rodzinnego gniazda, wiano dobrego wychowania. Jakież do ważne przesłanie dla nas, dla świata nauki i kultury, dla naszego Narodu.

Moi drodzy, prawdziwość tych zacytowanych słów, mogliśmy poznać wszyscy, także my - osoby duchowne w m in. w czasie noworocznych spotkań opłatkowych nauczycieli akademickich wrocławskich uczelni jakie od roku 1987 odbywały się i do dziś się odbywają w środowisku Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego i Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Jako pracownik tych uczelni brałem udział w osiemnastu takich spotkaniach: od pierwszego w roku 1987 aż do roku 2004, kiedy już jako biskup świdnicki kończyłem posługę rektora Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Czterokrotnie głosiłem homilię podczas Mszy św. w kaplicy seminaryjnej (1988, 1994, 1996 i 1998), a od roku 1993 każdego roku przemawiałem w refektarzu przy opłatku. Jeśli dobrze pamiętam to na pierwszym spotkaniu, w niedzielę Chrztu Pańskiego, 11 stycznia 1987 roku, gdy cały dzień przy temperaturze - 20*C, padał śnieg, o godz. 15,00 Mszę św. odprawił w kaplicy seminaryjnej dla ok. 350 uczestników nauczycieli akademickich, kard. Henryk Gulbinowicz, a homilię wygłosił ks. Mirosław Drzewiecki. Po Mszy św. w refektarzu seminaryjnym przemawiali: ks. prałat Aleksander Zienkiewicz, dziś Sługa Boży, ks. kardynał Henryk Gulbinowicz i w imieniu środowiska akademickiego Wrocławia - prof. Andrzej Wiktor. Wszyscy byliśmy pod wielkim wrażeniem tego przemówienia, w którym prelegent dał się poznać jako ktoś, kto zdąża do prawdy na skrzydłach rozumu i wiary.

Moi drodzy, dzisiaj 8 stycznia, mija dokładnie 15 lat, gdy w Watykanie jako rektorzy wrocławskich uczelni wręczaliśmy Ojcu św. Janowi Pawłowi II Złoty Laur Akademicki z okazji 50-tej rocznicy jego habilitacji. Po przemówieniu prof. Tadeusza Lutego, przewodniczącego Kolegium Rektorów Uczelni Wrocławia i Opola, św. Jan Paweł II mówił o więzi jaka łączy w Polsce świat nauki i Kościół, naukę i religię, rozum i wiarę. Wyrażał nadzieję, że tego dialogu nauki i religii nie zburzy już żadna ideologia. Zauważył, że historia ciągle potwierdzała i potwierdza, że nauka potrzebuje religii, a religia nauki.

Myślę, że prof. Andrzej Wiktor wraz z wieloma mecenasami wrocławskiej nauki jako jeden z pierwszych budował owe mosty między nauką i religią, naukami przyrodniczymi i teologią, rozumem i wiarą, budował - dodajmy - w trudnym czasie narzucania ideologii marksistowskiej - także polskim uczelniom.

3. Przesłanie życia śp. prof. Andrzeja Wiktora

Drodzy bracia i siostry, kończąc naszą refleksję, możemy powiedzieć, iż żegnamy dziś we Wrocławiu wielkiego człowieka nauki i wielkiego syna Kościoła, człowieka, który ubogacił polską i światową malakologię, czy szerzej biologię, czy jeszcze szerzej - nauki przyrodnicze. Profesor Wiktor kochał studentów, poświęcał im swój cenny czas, dbał o ich formację intelektualną, ale także o ich właściwą postawę życiową. Ktokolwiek zetknął się w życiu z prof. Wiktorem musiał odnieść wrażenie, że doświadcza wielkiego człowieka, człowieka o wspaniałej osobowości, człowieka o szlachetnych, chrześcijańskich zasadach moralnych, człowieka o wysokiej kulturze ducha.

Prof. Wiktor był wielkim miłośnikiem naszego Papieża i naszej Ojczyzny. Ogromnie przeżywał wraz z całym narodem zmiany jakie nastąpiły w życiu społeczno-politycznym w Polsce. Martwił się o przyszłość kraju. Tak bardzo chciał, by zmiany dokonujące się w Polsce toczyły się w dobrym kierunku. Dziękujemy dziś Panu Bogu za takiego człowieka, za takiego naukowca, za takiego męża i ojca, za takiego syna Narodu i Kościoła.

Zakończenie - słowo pożegnania

Drogi Panie Profesorze, cóż ci powiedzieć na pożegnanie?. Chcemy powiedzieć tylko jedno słowo - "Dziękujemy!". Niech dusza twoja uwolniona z więzów ciała biegnie ku miejscom twojego życia. Niech biegnie na Podkarpacie, do rodzinnych stron, do Sopotu i do Poznania; niech spojrzy na miejsca świata, które nawiedziłeś; niech zatrzyma się dłużej w Uniwersytecie Wrocławskim, niech biegnie na sale wykładowe, zakłady i pracownie Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie tyleż czasu spędziłeś z badaczami i z młodzieżą akademicką, niech biegnie na miejsca twego odpoczynku i relaksu; niech biegnie przed święte ołtarze, gdzie wysławiałeś Boga i czerpałeś moc do życia.

Niech biegnie przed Boży tron. Na twojej drodze do Boga składamy przed Jego Majestatem dar naszej kornej modlitwy prosząc, by Ojciec Miłosierdzia wybielił wszystkie cienie twego życia. Niech Światłość wiekuista i Pokój wieczny okryją cię na zawsze w niebieskim Domu. Amen.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież: błogosławieństwa pobudzają do pokładania ufności w sprawach Bożych a nie doczesnych

2019-02-17 13:20

st, kg (KAI) / Watykan

Błogosławieństwa Jezusowe są stanowczym przesłaniem, abyśmy pokładali swe zaufanie nie w sprawach materialnych i przemijających, ale w wartościach Bożych, które są wieczne - powiedział Franciszek w rozważaniach przed modlitwą Anioł Pański 17 lutego w Watykanie. Oparł je na czytanym dzisiaj w Kościele powszechnym fragmencie Ewangelii św. Łukasza o błogosławieństwach i przestrogach, jakie Jezus skierował do swych słuchaczy. Następnie papież odmówił modlitwę maryjną, udzielił wszystkim błogosławieństwa apostolskiego i pozdrowił wszystkich zgromadzonych na Placu św. Piotra.

Grzegorz Gałązka

Oto polski tekst przemówienia Ojca Świętego:

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Dzisiejsza Ewangelia (por. Łk 6, 17.20-26) ukazuje nam Błogosławieństwa w wersji św. Łukasza. Tekst składa się z czterech błogosławieństw i czterech przestróg, wyrażonych słowami „biada wam”. W ten sposób, mocno i stanowczo, Jezus otwiera nam oczy, pozwala nam widzieć Jego spojrzeniem, pomijając pozory, rzeczy powierzchowne i uczy nas rozeznawania sytuacji wiarą.

Jezus ogłasza błogosławionymi ubogich, głodnych, uciśnionych, prześladowanych; i upomina tych, którzy są bogaci, syci, śmieją się i są uwielbiani przez ludzi. Przyczyną tego paradoksalnego szczęścia jest fakt, że Bóg jest blisko tych, którzy cierpią i podejmuje działania, aby ich wyzwolić z ich zniewolenia. Jezus to widzi, widzi już błogosławieństwo niezależnie od negatywnej rzeczywistości. Także „biada wam”, skierowane do osób, którym obecnie dobrze się wiedzie, ma na celu „przebudzenie ich” z groźnej ułudy egoizmu i otwarcie ich na logikę miłości, póki nie jest za późno.

A zatem dzisiejsza karta Ewangelii zachęca nas do refleksji nad głębokim sensem wiary, która polega na całkowitym zaufaniu Panu. Chodzi o zburzenie bożków doczesnych, aby otworzyć serce na Boga żywego i prawdziwego. Tylko On może dać naszemu życiu tę tak pożądaną, a trudną do osiągnięcia pełnię. Wielu bowiem także dzisiaj przedstawia się jako szafarze szczęścia: obiecują powodzenie w krótkim okresie, wielkie zyski w zasięgu ręki, magiczne rozwiązania każdego problemu i tak dalej. I łatwo tutaj popaść, nie zdając sobie z tego sprawy, w grzech przeciw pierwszemu przykazaniu: bałwochwalstwo, zastępując Boga bożkiem. Bałwochwalcy i bożki zdają się sprawami z innych epok, ale w istocie pojawiają się w każdym czasie, także dzisiaj! Opisują niektóre postawy współczesne lepiej niż wiele analiz socjologicznych.

Dlatego Jezus otwiera nasze oczy na rzeczywistość. Jesteśmy powołani do szczęścia, by być błogosławionymi i stajemy się nimi już teraz w miarę, jak stajemy po stronie Boga, Jego królestwa, po stronie tego, co nie jest ulotne, ale trwa przez życie wieczne. Jesteśmy szczęśliwi, jeśli uznajemy siebie przed Bogiem - i to jest bardzo ważne: "Panie, potrzebuję Cię" - i jeśli, tak jak On i z Nim, jesteśmy blisko ubogich, cierpiących i głodnych. Również my nimi jesteśmy przed Bogiem: jesteśmy ubodzy, cierpiący, głodni przed Bogiem. Stajemy się zdolnymi do radości za każdym razem, gdy posiadając dobra tego świata, nie czynimy z nich bożków, którym trzeba zaprzedać swoją duszę, ale jesteśmy w stanie dzielić się nimi z naszymi braćmi. Liturgia dzisiejsza ponownie zaprasza nas do zadawania sobie pytań na ten temat i do czynienia prawdy w swoich sercach.

Błogosławieństwa Jezusa są orędziem decydującym, które pobudza nas, byśmy nie pokładali swej ufności w rzeczach materialnych i przelotnych, nie szukali szczęścia, idąc za specjalistami od wizerunku - którzy bardzo często są sprzedawcami śmierci - zawodowymi iluzjonistami. Nie należy iść za nimi, gdyż nie są oni w stanie dać nam nadziei. Pan pomaga nam otworzyć oczy, uzyskać bardziej przenikliwe spojrzenie na rzeczywistość, wyleczyć się z przewlekłej krótkowzroczności, którą zaraża nas duch doczesny. Swoim paradoksalnym Słowem wstrząsa nami i sprawia, że rozpoznajemy to, co nas naprawdę wzbogaca, zaspokaja, co daje nam radość i godność. To znaczy, co naprawdę nadaje sens i pełnię naszemu życiu. Niech Maryja Panna pomaga nam słuchać tej Ewangelii z otwartym umysłem i sercem, aby przyniosła owoce w naszym życiu i byśmy stawali się świadkami szczęścia, które nie zawodzi, szczęścia Bożego, które nigdy nie zawodzi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Kamil Bednarek: Lubię dawać siebie

2019-02-18 02:13

Agnieszka Bugała

Sukces może zmienić ludzkie serce i przyjaciół wokół – ale on sobie z tym poradził. Jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzyki reggae. Pisze, komponuje, wciąż się uczy. I ścisza głos, gdy mówi o domu, o przyjaźni, miłości i… o babci.

Paweł Bugała
Kamil Bednarek z dziennikarką Niedzieli Agnieszką Bugałą

Z Kamilem Bednarkiem rozmawia Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała: Kamil, już niebawem, bo 1 lutego premiera płyty „MTV Unplugged”. Dołączyłeś do listy niewielu artystów, którzy dostali szansę nagrania swoich utworów w aranżacjach akustycznych.

Kamil Bednarek: To było dla mnie i zespołu muzyczne wyzwanie i wyróżnienie, bo rzeczywiście, nie każdy dostaje propozycję realizacji takiego projektu. Zmobilizowaliśmy się, włożyliśmy mnóstwo pracy – odbyło się aż 40 prób, by wszystko brzmiało dobrze – i ten wysiłek się opłacał. Dzięki temu byliśmy przygotowani, choć nie ukrywam, że nigdy jeszcze nie czułem tak ogromnego stresu przed koncertem. Dzięki temu, jeśli chodzi o tremę przed koncertem, znów przesunęła mi się granica strachu. Mimo tego, że gram już od 10 lat, to zdarzało się, że stres się pojawiał. Teraz jestem spokojniejszy, raczej wyciszony, pewny siebie – jeśli chodzi o strach przed reakcją stresową. Udział w tym projekcie bardzo nas, jako zespół, rozwinął, podniósł poziom naszego grania.

Zawsze marzyłeś, by zagrać z orkiestrą…

Tak, a muzyczna oprawa tego projektu mnie zachwyciła. Mieliśmy kwartet smyczkowy, chórki – niezwykła przygoda. I byli też goście. W projekcie wziął udział Igor Herbut, Kuba Badach, Karolina Artymowicz, w sumie, z nami, aż 15 osób na scenie. Aranże są świeże – muzyka znana z radia brzmi w tej oprawie zupełnie inaczej. Zagrałem też na saksofonie.

A perkusja i gitara? Bo to Twoje muzyczne wyzwania instrumentalne…

Tak, perkusję też odpaliłem! Wcześniej nie grałem na niej śpiewając jednocześnie, dlatego stres sięgał zenitu, ale udało się, więc satysfakcja jest ogromna. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł to zobaczyć. Scena była piękna, piękne wizualizacje – pierwszy raz kręcono ten unplugged techniką filmową, więc przetarliśmy szlaki, jeśli chodzi o sposób nagrywania koncertu.

Gratulacje, czekam!

Dziękuję, zatem czekamy razem!

A teraz trochę cofniemy się w czasie, dobrze? Podobno w chwili, gdy w finale „Mam Talent” zająłeś drugie miejsce i zaczął się w Polsce szał na Bednarka, to sołtys Lipek, Twojej rodzinnej miejscowości, pan Władysław Świerczek martwił się, że Warszawa Cię zepsuje. Zepsuła?

Pozdrawiam, Panie Zdzichu!!! Nie, wiesz, ja zostałem w rodzinnych stronach – to jedna sprawa. Druga, że to chyba nie miasto może zepsuć, ale my sami, gdziekolwiek byśmy byli, jeśli nie wyznaczymy sobie granic i celu. Sława na pewno ma to do siebie, że może zniszczyć, zwłaszcza wnętrze człowieka. Trzeba zachować trzeźwe myślenie i dystans do tego, co się robi – nawet, jeśli to jest spełnienie marzeń. Nic nie trwa wiecznie, sława i sukces mogą się szybko skończyć. Pytanie, co wtedy? Dla mnie zawsze najważniejsi byli ludzie i starałem się okazywać im szacunek. Wiem, że dobro wraca. Staram się też, aby to, co robię było zgodne ze mną, żebym nie musiał się wstydzić. Najgorszy był dla mnie ten moment, gdy nagle, niemal z dnia na dzień, z osoby anonimowej stałem się rozpoznawalny. Zakupy zaczęły być problemem, przestałem chodzić do klubów – to, co się wydarzyło postawiło przede mną konieczność ułożenia świata wokół siebie od nowa. Zabrałem się do roboty.

Miałeś 19 lat, świat legł Ci u stóp…

Dostałem lekcję. Nabieranie dystansu do siebie, w nowych okolicznościach, pozwoliło mi skorygować wiele własnych wad, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Musiałem też nauczyć się słuchać ludzi – i uznać, że nie zawsze to, co o mnie mówią, albo czego chcą jest prawdą i jest dobre. Spotkałem ludzi, którzy chcieli wykorzystać przyjaźń, wizerunek, czasem nawet podpiąć się pod sukces, uśpić czujność, a potem po prostu wyciągnąć z tego korzyści dla siebie. Ale myślę, że tak jest nie tylko w branży muzycznej. Czy się zepsułem? Nie czuję, aby ten czas, który minął i zdobyte doświadczenia jakoś szczególnie mnie zmieniły. Wciąż lubię ludzi, choć może mam większy dystans, szanuję ich i robię swoje.

Pracujesz intensywnie od dekady – nowe płyty pojawiają się systematycznie i za każdym razem są sukcesem. Wielu Twoich rówieśników, po takim sukcesie, mogłoby powiedzieć: Pass, teraz odcinam kupony.

Staram się wciąż rozwijać, ale rzeczywiście, pracuję bardzo intensywnie. Doświadczyłem też momentów braku inspiracji, takiej suszy, w której nic nie rośnie. Wciąż uczę się balansu – bo gdy coś robię, to angażuję się cały i to mnie spala. Po koncercie zazwyczaj przez godzinę piszę autografy, każdy z fanów chce, aby traktować go szczególnie, wyjątkowo. Staram się. Lubię oddawać siebie, przecież to dla nich i dzięki nim gram.

A jak odpoczywasz?

Uwielbiam naturę, stare samochody – to mnie relaksuje i w taki sposób odpoczywam, dlatego często przesiaduję ze znajomymi w garażu i coś dłubię. Odpoczywam też w studiu.

No właśnie, bo masz już swoje studio nagrań i utwory do albumu „Talizman” nagrałeś już u siebie?

W części, wokale były nagrane u mnie, instrumenty wtedy jeszcze nie. Ale teraz udało się wreszcie zebrać te instrumenty, których potrzebuję i mogę zamykać się do pracy w miejscu, w którym dobrze się czuję. Sąsiedzi też chyba nie narzekają, bo staraliśmy się wszystko dobrze wyciszyć. Lubię pracować w nocy, wtedy lepiej słyszę, zmysły się odpalają, człowiek się wycisza i może usłyszeć coś, co przychodzi.

A jak powstają piosenki Kamila Bednarka? Bo są dwie ścieżki tego, co robisz: muzyka i tekst. Zachwyt muzyką mamy już omówiony, więc przejdźmy do tekstów piosenek. To, co piszesz, to nie jest tekściarstwo, wiele sformułowań w Twoich piosenkach to poetyckie obrazy i wersy. Ja mam kilka ulubionych, np. gdy piszesz o „brudnym sercu na loopach”…

Przecież to są proste teksty…

Poezja jest prosta, co nie znaczy, że łatwo przychodzi. Czy wiesz, jakie jest najczęściej pojawiające się słowo w Twoich piosenkach?

Oddycham?

Tak, właśnie to! Piszesz i śpiewasz: Oddycham - sobą, tobą, powietrzem, życiem…

Był taki okres, że wszystkim oddychałem. Albo może odetchnąłem, po wielu zawirowaniach, i mogłem zacząć świadomie oddychać i cieszyć się wszystkim, co robię. Teraz jestem niezależny – dzięki temu, że mam już swoją wytwórnię – zasypiam spokojnie, nie jestem ograniczany w tym, co chcę przekazywać moją muzyką.

Zrobiłeś kiedyś zdjęcie i podpisałeś je: Trzy kobiety mojego życia. Pamiętasz?

Tak! To była mama, siostra i babcia.

A to prawda, że pierwszą płytę nagraliście dla babci? Ty i Twoje rodzeństwo?

Byliśmy dzieciakami, podpiąłem klawisze do komputera i nagraliśmy piosenki, które babcia bardzo lubiła. To były stare piosenki, śpiewaliśmy je dla niej jako maluchy. Stawaliśmy w rzędzie i były przepychanki: Nie ty, teraz ja śpiewam! Każdy miał swój kawałek, a ona słuchała. Wiesz, jak słucha ktoś, kto kocha bezgranicznie? No to właśnie tak.

Co było na tej płycie?

O, na przykład: „Ładne oczy masz, komu je dasz”! (Kamil śpiewa)

Piękna historia… Kim jest babcia dla Kamila Bednarka?

Wiesz, babcia jest dla mnie drugą mamą. Mieszka w Bychawie, pod Lublinem, to mama mojej mamy. Wszystkie wakacje, ferie i czas wolny spędzaliśmy u niej, dawała nam dużo miłości, dużo ciepła. Czułem się tam, jak w domu. Często było tak, że nie chcieliśmy wracać do domu, bo u babci najlepiej! Szarlotki, pyszne jedzonko, które robiła dla nas… W domu też było dużo miłości, ale wiadomo, u babci najlepiej. W ciągu roku mam mało czasu, aby tam jeździć tak często, jakbym chciał, ale w styczniu mam trochę wolnego, więc na pewno ją odwiedzę. Z jej domem, z tym miejscem wiąże się mnóstwo miłych wspomnień. Tam zawsze spadało dużo śniegu i my, ubrani w jakieś kożuszki, zjeżdżaliśmy na dużych workach z górki…

A wiesz, że mówisz pięknie?

Rodzina to jest bezgraniczna miłość. Tego nie da się kupić. Niezależnie od tego, jak potoczy się los – czy będziesz świętować sukces, czy poniesiesz wielką porażkę – wiesz, że to jest szczere, że tam jest prawda. Kochają cię takim, jakim jesteś, a gdy ci coś nie wychodzi, to wspierają, bo wiedzą jak do ciebie dotrzeć, mają klucz. Ale rodzina to nie tylko więzy krwi. Mam trójkę przyjaciół, nie jesteśmy spokrewnieni, ale są dla mnie jak rodzina, bo zachowują się jak rodzina. Zawsze mogę liczyć na ich wsparcie,

Czyli taka wizja: Za pół wieku Kamil Bednarek, siwe dredy, domek w lesie, mnóstwo wnuków wokół pasuje Ci?

O tak, oby, życz mi tego! Jeszcze jakieś studyjko, żebym mógł trochę pograć. I najlepiej, żeby mówili: Dziadek, zagraj coś!

Ale to ładne marzenie…

Oby się spełniło!

A chodzisz jeszcze na lekcje śpiewu?

Tak, poprawiam emisję głosu.

A jest Ci to w ogóle potrzebne?

Gdyby nie było, to pewnie nie musiałbym już śpiewać nic nowego, to by znaczyło, że jakoś się wyczerpałem, a ja mam jeszcze dużo takich marzeń muzycznych, których mój obecny głos nie jest w stanie odmalować. Wyobrażam sobie jak może brzmieć mój głos i chcę to osiągnąć. Schowałem do szuflady kilka takich rzeczy, których na tym etapie nie jestem w stanie zaśpiewać. Ale spokojnie, nie zrażam się tym odkryciem. Z głosem jest jak z mięśniem – trzeba ćwiczyć, szlifować i rozwijać. Im więcej ćwiczysz, tym więcej możesz z siebie dać. Wiem, że miałem dużo szczęścia w mojej muzycznej przygodzie, ale jeszcze długa droga przede mną, zanim powiem sobie, że zrobiłem już wszystko, co zamierzałem. Teraz powinienem wykorzystać całą moją energię na poznawanie ludzi, na poznawanie nowych gatunków muzycznych, a potem transponowanie tych odkryć do mojej muzyki. Tak będzie z następną płytą – trochę więcej opowiem o świecie.

Już masz komplet utworów?

Mam komplet i nadwyżkę na dwie płyty, ale wciąż coś dopisuję. Pisząc kawałek wychodzę ze studia z jakimś zarysem piosenki – jest linia, ale gdy zamknę oczy widzę coś jeszcze, ten proces trwa. Często zdarza się też tak, że piosenki przychodzą w czasie spotkań z przyjaciółmi. „Chwile jak te” powstały w czasie wieczoru kawalerskiego mojego szwagra: wziąłem gitarę do ręki, zobaczyłem ludzi, których dawno nie widziałem, a bardzo ich lubię – i zabrzmiało, że to są „takie chwile, jak te”. Tworzenie piosenek nie zawsze wymaga kompletnej ciszy, izolacji, czasem czujesz radość i wyrzucasz ją z siebie – i masz piosenkę.

Śpiewałeś w projekcie „Polskie Betlejem”, wcześniej wziąłeś udział w poznańskim koncercie z okazji rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego…

I jeszcze 11 listopada, na Stadionie Narodowym z okazji 100- lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Cieszyłem się, że mnie zaproszono. Nastrój, emocje, które się wyzwalały – to było prawdziwe święto.

I masz orła na piersi…

Zawsze jest. Jestem patriotą – nie fanatycznym – ale jestem dumny, z naszej historii, z naszych przodków, z tego co zrobili dla Polski, ale też dla świata. Nie odpuściliśmy nigdy i za to jestem im wdzięczny. Mamy potencjał wojowników, dlatego, gdy nie mamy z kim walczyć na zewnątrz, często zaczynamy walczyć ze sobą.

Podobała mi się ta rozmowa…

Ja też Ci za nią bardzo dziękuję…

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem