Reklama

Św. Maksymilian Maria Kolbe – Rycerz Niepokalanej

2018-08-01 10:32

Al. Rafał Oleksiuk
Edycja podlaska 31/2018, str. VII

Archiwum Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie

Z pewnością większości kojarzy się przede wszystkim z obozowym pasiakiem i oddaniem życia za współwięźnia, jednak jego męczeńską śmierć poprzedziło wiele lat równie heroicznej walki, aby zdobyć cały świat dla Chrystusa przez Niepokalaną

Dwie korony

Święty urodził się 8 stycznia 1894 r. w Zduńskiej Woli. Na chrzcie otrzymał imię Rajmund. Rodzice byli przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Gdy miał ok. 12 lat objawiła mu się Najświętsza Maryja Panna. Tak relacjonował to wydarzenie swojej mamie Mariannie: „Matka Boża pokazała mi się, trzymając dwie korony: jedną białą, a drugą czerwoną. Z miłością na mnie patrzała i spytała, czy chcę te korony? Biała znaczy, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”.

Militia Immaculatae

W 1910 r. wstąpił do Zakonu Franciszkanów i otrzymał imię Maksymilian. Dwa lata później zostaje wysłany na dalsze studia do Rzymu, gdzie spędzi 7 lat. W 1917 r. Maksymilian jest świadkiem obchodów 200-lecia powstania pierwszej loży wolnomularskiej. Ulicami Rzymu przetoczyły się wielkie manifestacje antykatolickie, a masoni jawnie zapowiadali walkę z Kościołem, głosząc, iż „diabeł będzie rządził w Watykanie, a papież będzie mu służył za szwajcara”. Maksymilian wstrząśnięty tymi wydarzeniami dochodzi do wniosku, że tylko Najświętsza Maryja Panna, która miażdży głowę szatana, jest w stanie doprowadzić do nawrócenia masonów i heretyków. 16 października 1917 r., Maksymilian wraz z sześcioma klerykami franciszkańskimi zakłada stowarzyszenie pod nazwą Militia Immaculatae, czyli Rycerstwo Niepokalanej, którego istotą i celem jest osobiste oddanie się Niepokalanej, aby pod Jej wodzą i opieką pracować nad uświęceniem własnego życia i nawracaniem wszystkich grzeszników.

Reklama

Dziennikarz

Po powrocie do Polski o. Maksymilian oddał się bez reszty pracy duszpasterskiej i wydawniczej. Ze względu na wzrastającą liczbę osób zapisanych w szeregi MI, w styczniu 1922 r. wydał pierwszy numer czasopisma „Rycerz Niepokalanej”. Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat z 5 tys. wzrósł on do 70 tys. egzemplarzy, a przed wojną nakład doszedł do 750 tys. egzemplarzy! W 1927 r. o. Kolbe założył pod Warszawą klasztor – wydawnictwo Niepokalanów, zostając jego pierwszym gwardianem. Wybudował go zaczynając od zera, na gruncie podarowanym przez księcia Jana Druckiego-Lubeckiego. W ciągu kilku lat Niepokalanów stał się największym katolickim klasztorem na świecie, który liczył ok. 700 mieszkańców. O. Kolbe nie chciał ograniczać się w dziele ewangelizacji tylko do terenu ojczyzny. W kwietniu 1930 r. dotarł do Japonii, gdzie przyjęty życzliwie przez biskupa Nagasaki, nie znając języka japońskiego, założył klasztor i zaczął wydawać japońską wersję „Rycerza”.

Czas wojny

1 września 1939 r. wybucha II wojna światowa. O. Maksymilian przyjął nowe warunki z heroicznym poddaniem się woli Bożej. Otworzył bramy klasztoru dla uciekinierów, rannych, chorych, głodnych, chrześcijan i Żydów. Niemcy zdawali sobie sprawę z ogromu siły duchowej płynącej z Niepokalanowa. 17 lutego 1941 r. o. Kolbe zostaje aresztowany przez gestapo i przewieziony do więzienia na Pawiaku, skąd 28 maja trafia do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Tutaj krzepił upadłych na duchu, spowiadał, potajemnie odprawiał Mszę św., dzielił się z innymi tym, co miał. Pod koniec lipca 1941 r. z obozu uciekł jeden z więźniów. W odwecie za ucieczkę Niemcy wybrali dziesięciu więźniów na śmierć głodową. Jednym z wyselekcjonowanych był Franciszek Gajowniczek, który rozpaczał, że zostawi żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wyszedł o. Maksymilian i zgłosił się dobrowolnie pójść na śmierć zamiast Gajowniczka. O. Kolbe w bunkrze głodowym spędził dwa tygodnie, pomagając reszcie skazanych dobrze przygotować się na śmierć. Sam zmarł jako ostatni, 14 sierpnia 1941 r. dobity zastrzykiem fenolu. Jego ciało zostało spalone w krematorium następnego dnia. Franciszek Gajowniczek przeżył wojnę i zmarł śmiercią naturalną wiele lat później. Zaraz po wojnie rozpoczęto starania o wyniesienie na ołtarze o. Maksymiliana. Został beatyfikowany przez papieża Pawła VI w 1971 r., natomiast kanonizacji dokonał Jan Paweł II 10 października 1982 r. W naszej diecezji możemy spotkać trzy świątynie pw. św. Maksymiliana Kolbe. Są to kaplice w Hucie Gruszczyno, Rytelach Wszołkach oraz Tołwinie. Poza tym odpust ku czci świętego jest obchodzony również w parafii Nieciecz oraz Chojewo.

Tagi:
Maksymilian Kolbe św. Maksymilian Kolbe

Śledztwo w sprawie Ojca Maksymiliana

2018-10-03 08:01

Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 40/2018, str. 26-29

Kilka lat temu, gdy zwiedzałam muzeum w Niepokalanowie, moją uwagę przykuł obozowy pasiak eksponowany w przeszklonej gablocie. Ojcowie franciszkanie potwierdzają: przywiózł go w 1986 r. były więzień Auschwitz – pan Stefan Ast. Ale czy pasiak ma jakikolwiek związek ze św. Ojcem Maksymilianem? I czy są inne pamiątki z ostatnich chwil jego życia?

Agnieszka Bugała

Obok gabloty z obozowym pasiakiem zamieszczono zaświadczenie, podpisane przez br. Innocentego Wójcika, w którym czytamy: „Dnia 11. 10. 1986 r. zgłosił się do Niepokalanowa były więzień obozów niemieckich, Stefan Ast, obecnie zamieszkały: 80-161 Gdańsk – Sucholino, ul. Betowena 162.

W obecności swoich krewnych przekazał na ręce brata Innocentego Wójcika pasiak obozowy: bluzę i spodnie, które nosił w obozie. Dołączył też dwa paski z czerwonym winklem i numerem 16670. Jednocześnie wyraził życzenie, aby ten pasiak był przechowywany w muzeum Niepokalanowa. Stwierdzam, że otrzymałem wyżej wymieniony pasiak od pana Stefana Ast do muzeum w Niepokalanowie” (pisownia oryginalna).

Rzeczywiście, na białym pasku można odczytać wyblakły numer 16670 – to ten, który otrzymał o. Maksymilian Maria Kolbe po przybyciu do obozu. Pasiak nosi też ślady krwi.

Szukajcie...

Przyjechałam w tym roku do Niepokalanowa, aby jeszcze raz zobaczyć pasiak podarowany przez p. Asta. Pamiątek po Ojcu Maksymilianie jest tak mało – zwłaszcza z ostatnich tygodni życia – że warto sprawdzić każdy ślad. Za zgodą ojców franciszkanów ośmieliłam się rozpocząć poszukiwania związków podarowanego pasiaka z samym świętym. Sprawa nie należy do łatwych, nawet z wykorzystaniem współczesnych metod badawczych, którymi dysponują naukowcy. Ciało świętego zostało przecież spalone, wydaje się, że nie dysponujemy żadnym materiałem źródłowym DNA Ojca Maksymiliana. Chyba że... No właśnie, chyba że włosy z jego brody.

Relikwie w słoiku

Przed beatyfikacją Ojca Maksymiliana w 1971 r. Akurcjusz Pruszak, współbrat z Niepokalanowa, wyjawił swój sekret gwardianowi. Otóż przed wywiezieniem ojca do Auschwitz ogolił go, a ponieważ był przekonany, że żyli obok świętego, zawinął pukiel włosów i schował do słoika. Skarb ocalał i to dzięki tym postrzyżynom mamy dziś relikwie ojca, które są rozsyłane na cały świat. Czy broda ze słoika wystarczy do określenia DNA Ojca Maksymiliana, a następnie do dokonania porównania ze śladami krwi na podarowanym przez p. Asta pasiaku?

Sprawdzamy

To trudne pytanie. Aby znaleźć na nie odpowiedź, nawiązałam kontakt z wybitnym naukowcem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych we Wrocławiu – prof. Tadeuszem Doboszem. To jego zespół jako pierwszy badał Hostię w Legnicy, której krwawe zabarwienie czcimy dziś jako noszące znamiona cudu eucharystycznego. Pan profesor nie ukrywa, że sprawa nie jest prosta, ale – co najważniejsze – podejmie się próby przeprowadzenia badania. – Obawiam się, że broda na pewno została obcięta, czyli nie będzie cebulek, korzeni włosa, a to właśnie z trzonu włosa można badać tylko DNA mitochondrialne, które identyfikuje z mniejszą mocą niż genomowe, a jeżeli stwierdzony wzór będzie dosyć częsty, powiedzmy, że przykładowo występujący raz na stu czy dwustu Polaków, to na pewno znajdą się osoby kwestionujące identyfikację opartą na takiej wysokiej częstości – to oczywiste. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku szczątków Mikołaja Kopernika – powiedział prof. Dobosz. – Poza tym będziemy musieli zniszczyć ok. pięciocentymetrowy odcinek włosa, bezpowrotnie – dodał. We wstępnej opinii nt. samego pasiaka profesor podkreślił, że Auschwitz, wbrew temu, co się pospolicie sądzi, było obozem o stosunkowo wysokim stopniu higieny formalnej. – Pasiak będzie więc wysycony resztkami środków piorących (co uszkadza DNA) i nie będzie zbyt przesycony potem (też zawierającym DNA). Poza tym, obawiam się, że jednak był prany w trakcie przechowywania przez kilkadziesiąt lat, być może nawet na gorąco – a to znowu niedobrze. W dodatku pasiak na pewno był wielokrotnie dotykany, bez rękawiczek, przez p. Asta i opiekunów eksponatu, czyli może nam wyjść mieszanka DNA. W tym wszystkim jest tylko jedna dobra wiadomość – mamy już metodę nieniszczącej izolacji DNA z tkanin, co oznacza, że nie wycinalibyśmy żadnych fragmentów do badania, pozostawilibyśmy pasiak – albo, co się dopiero okaże, relikwię – w całości nietknięty.

Ślady w Gdańsku

Czy to w ogóle możliwe, aby pasiak noszony przez p. Asta należał wcześniej do o. Maksymiliana? Teoretycznie tak. Więźniowie skazani na śmierć w bunkrze głodowym, jak o. Kolbe, byli tam kierowani nago, bez obozowej odzieży. Pasiak mógł trafić w ręce kogoś innego. Ale czy trafił? Zadzwoniłam do parafii, na której terenie mógłby mieszkać – zgodnie z adresem podanym br. Innocentemu Wójcikowi – p. Stefan Ast. Dziś to parafia pod wezwaniem... św. Maksymiliana Kolbego. Ks. prał. Piotr Toczek, proboszcz, potwierdził informację o tym, że p. Ast był więźniem w Auschwitz i że przez długi czas organizował spotkania byłych więźniów. O geście przekazania pasiaka do Niepokalanowa nie wiedział, a dalsze losy p. Stefana obiecał pomóc sprawdzić, za co już teraz należą mu się słowa podziękowania.

W sporządzonym zaświadczeniu przez br. Innocentego pojawił się błąd. Dzielnica, na której terenie mieszkał p. Ast, nazywa się Suchanino, a nie, jak zapisano, Sucholino.

Muzeum w Auschwitz, poproszone o zweryfikowanie tożsamości byłego więźnia, potwierdziło, że Stefan Ast był więźniem obozu.

I jeszcze jeden skarb...

Poszukiwania mają to do siebie, że gdy szukasz jednego przedmiotu, zupełnie niespodziewanie możesz trafić na kolejny. W archiwach ojców w Niepokalanowie znajduje się niewielki krzyż pokryty masą perłową. Trafił do franciszkańskiego domu 2 sierpnia 2004 r. Przywieźli go syn, wnuk i siostrzeniec p. Stanisława Hysa, innego więźnia Auschwitz. W dokumencie przekazania zanotowano: „(...) przekazujemy Klasztorowi O.O. Franciszkanów w Niepokalanowie – Krzyż Ojca Maksymiliana Kolbego. Krzyż ten według wspomnień nieżyjącego został mu osobiście przekazany przez o. Maksymiliana Kolbego w czasie pamiętnego apelu w Oświęcimiu w lipcu 1941 roku”.

Ostatnie zdanie poraża... Wiele razy próbowano rekonstruować ostatnie chwile tego apelu, Franciszek Gajowniczek zeznawał pod przysięgą przebieg wydarzeń, ale o tym fakcie nikt nigdy nie wspominał: że w ostatniej chwili, zanim wyszedł z szeregu, o. Kolbe mógł przekazać krzyż, który – jak się wydaje – może być tym samym, który był przyczepiony do franciszkańskiej koronki ojca, przywiązanej do paska habitu. Jeśli zaś tak, to by oznaczało, że jakimś cudem, narażając życie, przywiózł go do Auschwitz aż z Pawiaka.

Trzymałam ten krzyż w dłoniach długą chwilę. Nie wiemy, jaka jest jego prawdziwa historia, i być może nie dowiemy się tego nigdy, ale mamy obowiązek pytać, szukać i sprawdzać, być może do świadectwa rodziny p. Hysa dołączą inne osoby.

Dzielą ich trzy numery...

Prześledziłam obozowe losy p. Stanisława i jego ewentualne związki z Ojcem Maksymilianem. Gdy czytałam uważnie listy transportowe, a następnie tzw. Zugangliste – czyli listę przybyłych do obozu w Auschwitz, zawierającą nadany już numer, imię, nazwisko, datę urodzenia oraz zawód przybyłego – dokonałam takiego odkrycia: o. Kolbe trafił do obozu 28 maja 1941 r. i otrzymał numer 16670, a p. Stanisław Hys został zapisany 29 maja 1941 r. i nadano mu numer 16667. Z listów transportowych wynika, że się znali, jechali tym samym pociągiem z Warszawy, co sugeruje, że mogli też zamieszkać w tym samym baraku. Poza niedowierzaniem w prawdopodobieństwo tej historii nic nie daje podstaw, aby p. Hysowi i wykonawcom jego woli nie wierzyć. Oczywiście, wydaje się bardzo nieprawdopodobne, aby w warunkach obozowych przechować krzyż, ale skoro zachowały się maleńki kielich mszalny, miniaturowy mszalik i różaniec, który ojciec przewiózł z Pawiaka do Auschwitz, to przecież Ojciec Maksymilian mógł znaleźć też sobie wiadomy sposób na przechowanie krzyża, prawda?

Potwierdzone jest świadectwo o tym, jak rozdeptany przez esesmana w czasie przesłuchania na Pawiaku różaniec pozbierał co do okruszka z koralika i w maleńkim woreczku zabrał do Auschwitz. To sugeruje, że mógł się porwać na szaleństwo i z narażeniem życia ukrywać krzyż z Umiłowanym przyczepionym do niego w metalowej pasyjce.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Dzięki pomocy ojców franciszkanów w Niepokalanowie, jedynych kustoszy tych pamiątek, prof. Tadeusza Dobosza z Wrocławia i ks. Piotra Toczka, proboszcza z Gdańska, jest szansa na wyjaśnienie pochodzenia tych dwóch zagadkowych darów od byłych więźniów. Proszę również o pomoc Państwa, naszych Czytelników – ktokolwiek zna choćby ślad, który może nas poprowadzić do rozwiązania tych zagadek, połączmy siły! Ojciec Maksymilian nigdy nie zostawiał nikogo z pustymi rękami – być może przygotował nam prezent, który od lat czeka na odpakowanie...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kapłan został ekskomunikowany m.in. za oskarżenia papieża Franciszka

2018-11-15 11:14

kg (KAI) / Palermo

Grzechy herezji i schizmy zarzucił metropolita Palermo abp Corrado Lorefice jednemu z miejscowych kapłanów, ks. Alessandro Marii Minutelli, nakładając nań ekskomunikę „latae sententiae” (czyli z samego faktu popełnienia tych czynów) ze wszystkimi wypływającymi stąd skutkami. Powołał się przy tym na kanon 1364 par. 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który mówi o "przestępstwach przeciwko religii i jedności Kościoła". Według mediów sycylijskich kara ta od dłuższego czasu „wisiała w powietrzu” i sam duchowny liczył się z nią.

Grzegorz Gałązka

Podjęte surowe środki są odpowiedzią władzy diecezjalnej na liczne wcześniejsze publiczne wypowiedzi duchownego, który w kazaniach i za pośrednictwem portali społecznościowych mówił o „obłudzie fałszywego Kościoła”, o „wielonarodowym Kościele kłamstwa i fałszu”, będącym „bezwstydną prostytutką, zaprzedaną możnym tego świata”. Towarzyszyły temu liczne oskarżenia pod adresem papieża Franciszka i abp. Lorefice.

Arcybiskup, a także inni księża i przyjaciele kapłana wielokrotnie próbowali go przekonać i nakłonić do porzucenia takich metod działania. Dodatkowym powodem interwencji były głosy wewnętrzne i nadprzyrodzone oraz objawienia Maryi Panny, aniołów i niektórych świętych, których ks. Minutella miał doświadczać. O tym wszystkim informował on szeroko w internecie, co – zdaniem władz kościelnych – stanowiło poważne ryzyko wywołania zamieszania w sumieniach i prawdziwej ludowej pobożności maryjnej oraz w pojmowaniu kultu aniołów i świętych.

Mniejszym, ale też w sumie istotnym problemem była cudowna woda, która pojawiła się ponoć koło Palermo i miała rzekomo właściwości nadprzyrodzone i lecznicze.

Ponadto kapłan założył w swej parafii i prowadził duchowo żeńską wspólnotę zakonną, której Kościół nie zatwierdził. Początkowo gromadziła się ona w innej archidiecezji sycylijskiej – Monreale i to tamtejszy arcybiskup jako pierwszy wystąpił przeciw temu duchownemu, nakazując mu opuszczenie jej.

W tej sytuacji arcybiskup Palermo zwolnił buntowniczego księdza z obowiązków proboszcza jednej z parafii w stolicy Sycylii, ostrzegając jednocześnie wiernych przed stosowanymi przezeń niektórymi praktykami. Podkreślił, że są one sprzeczne z miłością do Kościoła i istnieje poważne niebezpieczeństwo, że służą manipulowaniu sumieniami.

W czerwcu br. ks. Minutella przewodniczył zebraniu około tysiąca wiernych z różnych regionów Włoch, ale istnieje podejrzenie, że wkrótce potem spotkanie to nie przyniosło oczekiwanych przezeń owoców. W każdym razie w październiku na swej stronie internetowej duchowny wyraził rozgoryczenie, że został sam, zapowiadając jednocześnie, że nie będzie już przedstawiał swych projektów za pośrednictwem sieci i że „na pewien czas zawiesza” swą działalność. Skarżył się przy tym, że „prawdziwy Kościół postanowił, że nie ma obowiązku działać ze mną”.

Oznajmił również, że wysłał dwa listy do Benedykta XVI i prośbę o spotkanie do kard. Raymonda L. Burke’a, ale na żadne z tych pism nie otrzymał odpowiedzi. Jego zdaniem bojkotują go również środki przekazu „prawdziwego Kościoła”. „Jeśli zatem także z tej strony panuje milczenie, to istnieje ryzyko stwierdzenia, jakobym zmierzał do [utworzenia] własnego Kościoła, że tworzę sektę. Ale ja nie robię niczego takiego. Bronię tylko Świętej Matki Kościoła” – zapewnił ekskomunikowany duchowny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Kochaj, by naprawdę żyć

2018-11-15 21:04

Spotkanie autorskie

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem