Reklama

Specjalnie dla „Niedzieli”

Takie pokazy zdarzają się raz na 100 lat!

2018-08-21 12:26


Niedziela Ogólnopolska 34/2018, str. 22-23

Krzysztof Tadej

W dniach 25-26 sierpnia br. w Radomiu odbędzie się XVI edycja Międzynarodowych Pokazów Lotniczych AIR SHOW 2018. Mają to być wyjątkowe pokazy. O przygotowaniach i kulisach tego wydarzenia opowiada „Niedzieli” radca – koordynator do spraw AIR SHOW w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych gen. bryg. Krzysztof Żabicki

Zobacz zdjęcia: Air Show Radom 2018

Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP: – Panie Generale, na czym będzie polegała wyjątkowość pokazów lotniczych Air Show 2018? Czego mogą oczekiwać ci, którzy przyjadą do Radomia?

Gen. bryg. Krzysztof Żabicki: – Zachęcam Czytelników tygodnika „Niedziela” do udziału w pokazach, bo rzeczywiście będą one wyjątkowe i niepowtarzalne. Organizujemy pokazy w roku 100-lecia powstania lotnictwa wojskowego. W tym niezwykle ważnym wydarzeniu będą uczestniczyły zespoły akrobacyjne i piloci soliści z 22 krajów. Dwa dni to ponad 17 godzin niezwykłych wrażeń podczas pokazów dynamicznych w powietrzu. Na niebie zaprezentuje się ponad 110 statków powietrznych.
Do Polski przyjadą jedni z najlepszych pilotów świata. To właśnie takich, najlepszych z najlepszych, dobiera się do lotniczych zespołów akrobacyjnych. A tych w Radomiu nie zabraknie. W Europie mamy 12 takich zespołów. W Radomiu zobaczymy aż 11, co – biorąc pod uwagę kalendarz imprez lotniczych na świecie – jest ogromnym sukcesem organizacyjnym.

– Wśród nich będzie włoski zespół akrobacyjny Frecce Tricolori...

– To jeden z najsłynniejszych zespołów świata. Zespół był już w Radomiu w poprzednich latach, ale teraz Włosi przygotowali dla nas specjalny, nowy, 40-minutowy program. Dotrą do nas również formacje spoza Europy. Miłośnicy lotnictwa będą mogli podziwiać Royal Jordanian Falcons z Jordanii. To formacja, która w roku ubiegłym zdobyła główną nagrodę przyznawaną przez Międzynarodowy Komitet Pokazów Lotniczych w Europie za najlepszy pokaz.

– Będą również piloci z Pakistanu.

– To dla nas miła niespodzianka. Przedstawiciele sił powietrznych Pakistanu zabiegali o to, żeby uczestniczyć w pokazach. Wynika to z ich szacunku dla naszego kraju. Chcą podkreślić wkład Polski w rozwój lotnictwa w Pakistanie. Po II wojnie światowej, gdy wielu słynnych polskich pilotów znalazło się w różnych krajach, część lotników zamieszkała właśnie w Pakistanie. Na czele tej grupy był gen. Władysław Turowicz i to on tworzył pakistańskie lotnictwo. Został generałem armii pakistańskiej i zastępcą sił powietrznych tego kraju. Dlatego Pakistańczycy pojawią się w Polsce. Przylecą samolotami JF-17 i Mushack. Samolot JF-17 nigdy wcześniej nie był pokazywany w naszym kraju.

– Czy będą jeszcze inne samoloty, których nigdy nie widzieliśmy?

– Będzie wiele niespodzianek. Gratką dla fanów awiacji będzie przelot samolotu wczesnego ostrzegania i kierowania AWACS (Airborne Warning and Control System). Pojawią się też słynni piloci soliści na interesujących miłośników lotnictwa samolotach. Zobaczymy grecki Demo Team Zeus, turecki Solo Türk, brytyjski i niemiecki Eurofighter, czeskie Jas-39 C Gripen, Mi-17 oraz Mi-24/35, belgijski F-16, austriacki SAAB 105 oraz ukraiński Su-27. Przy tej okazji chcę dodać, że obserwujemy zakupy biletów na portalu: www.eBilet.pl, czyli na oficjalnym portalu internetowym, na którym bilety sprzedajemy, i już wiemy, że kupują je ludzie z całego świata. Po to, żeby zobaczyć np. wspomniany ukraiński samolot Su-27. Do Polski przyleci też wielu fanów lotnictwa z Wielkiej Brytanii, Kanady czy Stanów Zjednoczonych. Będą lecieli przez pół świata, żeby zobaczyć samolot, który jest niezwykle rzadko pokazywany.
Atrakcją pokazów będą, oczywiście, występy polskich pilotów, którzy należą do światowej elity. Myślę np. o mjr. Dominiku Dudzie, który dokonuje niesamowitych wyczynów w powietrzu na samolocie F-16. Niektórzy zastanawiają się, jak można wykonywać takie cudowne akrobacje. Do światowej czołówki należą też nasze zespoły akrobacyjne, które zobaczymy na pokazach: Biało-Czerwone Iskry, Orlik i Żelazny. Możemy być dumni, że mamy takie zespoły i takich pilotów.
Inną atrakcją będą pokazy wiatrakowców, motoparalotniarzy, skoczków spadochronowych oraz baloniarzy. Zapewniam, że będą to wyjątkowe pokazy!

– W tym roku bilety na pokazy są płatne?

– I należy spieszyć się z ich zakupem, bo na radomskie lotnisko ze względów bezpieczeństwa każdego dnia możemy wpuścić nie więcej niż 80 tys. osób. Dlatego biletów, tak jak w ubiegłym roku, może zabraknąć. Ich sprzedaż pokryje tylko część kosztów tego wyjątkowego wydarzenia. Nasze pokazy nie są nastawione na zysk. U nas normalny bilet kosztuje 40 zł na cały dzień. W Wielkiej Brytanii, skąd niedawno wróciłem, koszt biletu to 40, ale funtów! W Europie bardzo rzadko cena biletów na pokazy lotnicze jest niższa niż 100 zł. My chcemy, żeby były one dostępne dla wszystkich. Dlatego przygotowaliśmy wiele biletów ulgowych. Po raz pierwszy wprowadziliśmy bilety dla posiadaczy Ogólnopolskiej Karty Dużej Rodziny.

– Interesujące wydarzenia będą się działy nie tylko na niebie, ale również na ziemi.

– W tym roku trudno będzie dokonać wyboru, czy spoglądać na niebo, czy na ziemię. Przygotowujemy też bowiem niezwykle interesujący pokaz sprzętu wojskowego. Widzowie AIR SHOW będą mieli okazję przyjrzeć się m.in.: czołgom, transporterom opancerzonym, armatom, zestawom przeciwlotniczym, radarom, broni osobistej żołnierzy i symulatorom szkolenia strzeleckiego. Z bliska będzie można obserwować nowoczesną technikę wojskową i indywidualne wyposażenie polskich żołnierzy, zazwyczaj niedostępne dla publiczności. Zaplanowano też pokaz sprzętu amerykańskiej armii stacjonującej w Polsce. Każdy będzie mógł podejść, dotknąć, zrobić sobie zdjęcie. Pokażemy wiele samolotów historycznych, m.in. z czasów II wojny światowej, które zawsze cieszą się ogromnym zainteresowaniem.
Na ziemi przygotowaliśmy również kilka stref tematycznych, np. strefę poświęconą historii Dywizjonu 303 i strefę o historii polskiego lotnictwa wojskowego. Będą specjalne strefy dla dzieci i wiele konkursów.

– Dla rodzin, które wybierają się na pokazy, np. rodzin Czytelników „Niedzieli”, najważniejsze pytanie dotyczy bezpieczeństwa. Czy gdy przyjadą z dziećmi, będą one bezpieczne?

– Bezpieczeństwo jest dla nas najważniejsze. Dotyczy to zarówno tego, co będzie się działo w powietrzu, jak i tego, co będzie się odbywać na ziemi. Nad bezpieczeństwem czuwać będzie Policja współpracująca z Żandarmerią Wojskową, Strażą Pożarną, Strażą Graniczną, Strażą Miejską, Pogotowiem Ratunkowym oraz Służbą Ochrony Państwa. Dyżury podejmą lekarze, ratownicy medyczni i pozostały personel pomocniczy służby zdrowia. Będziemy działali zgodnie z procedurami bezpieczeństwa, żeby jakiekolwiek ryzyko wyeliminować do zera.

– W czasie pokazów w minionych latach zdarzyły się dwa tragiczne wypadki lotnicze...

– Niestety, w historii lotnictwa mają miejsce tragiczne wypadki. Każda tragedia jest bardzo dokładnie analizowana i wyciągane są wnioski. Z tych dwóch katastrof również. Co roku wprowadzane są nowe zalecenia dotyczące pokazów, tak aby wyeliminować zagrożenia. Jestem dobrej myśli, bo znam lotników, którzy są ludźmi odpowiedzialnymi i przestrzegają procedur.

– Na pokazy do Radomia przyjeżdża zawsze wiele znanych osób. W ubiegłym roku uczestniczyli w nich słynny pilot Tadeusz Wrona, który w 2011 r. wylądował samolotem pasażerskim bez wysuniętego podwozia na Okęciu, a także znany aktor Lesław Żurek. Kto odwiedzi w tym roku pokazy?

– Zorganizujemy strefę FOTO-STAR, czyli strefę gwiazd, bo chcemy, żeby piloci, którzy wykonują akrobacje, spotykali się z publicznością. Każdy będzie mógł z nimi porozmawiać, dopytać o szczegóły, zrobić sobie zdjęcia. Dla fanów lotnictwa będzie to okazja, aby teoretyczną wiedzę z książek i filmów skonfrontować z wiedzą praktyków.
Zobaczymy wiele gwiazd i znanych osób. Nie zdradzę nazwisk, bo chcemy, żeby to była niespodzianka. Ponieważ jest to wywiad dla „Niedzieli”, mogę powiedzieć, że wśród gości pojawi się związany z tygodnikiem słynny watykański fotograf Grzegorz Gałązka – autor zdjęcia beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Jana Pawła II. Człowiek, który zrobił ponad milion zdjęć trzem papieżom: Janowi Pawłowi II, Benedyktowi XVI i Franciszkowi.
Oczywiście, zaszczytem będzie udział w pokazach kapłanów wojskowych. Zaproszenia honorowe, jak zawsze, otrzymali od nas: biskup polowy Wojska Polskiego Józef Guzdek, prawosławny ordynariusz wojskowy abp Jerzy Pańkowski i ewangelicki biskup polowy Mirosław Wola.

Tagi:
lotnictwo

Reklama

Dziękuję Bogu za życie

2018-10-03 08:01

Z kapitanem Jerzym Makulą rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 40/2018, str. 20-22

Jerzy Makula jest jednym z najlepszych pilotów w historii polskiego lotnictwa.
To siedmiokrotny indywidualny mistrz świata w akrobacji szybowcowej, czterokrotny srebrny medalista w tej kategorii i ośmiokrotny drużynowy mistrz świata. Przez 38 lat był pilotem samolotów pasażerskich w PLL LOT. Obecnie jest prezesem Aeroklubu Polskiego. W ekskluzywnym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” opowiada o miłości do latania, drodze do sukcesów, najtrudniejszych chwilach podczas lotów i o tym, co jest najważniejsze w życiu

Vatican Media
W 2016 r. papież Franciszek podróżował Polskimi Liniami Lotniczymi LOT. Kapitan Jerzy Makula pilotował samolot z tym wyjątkowym pasażerem na pokładzie. Na pamiątkę Ojciec Święty otrzymał model samolotu

Krzysztof Tadej: – Bał się Pan kiedyś, gdy pilotował samolot?

Jerzy Makula: – Będąc odpowiedzialny za pasażerów i załogę, nieraz czułem respekt. Ale to nie był strach. Pilot nie powinien się bać. To może paraliżować i skutkować niepodejmowaniem decyzji.

– Pod koniec 1982 r. miał Pan lecieć z Wrocławia do Warszawy. Wydawało się, że będzie to krótki, normalny lot. Jednak wydarzyło się coś niespodziewanego.

– A tak! Wtedy akurat byłem zdenerwowany, i to nawet bardzo. Lot był rzeczywiście nietypowy. Porwano samolot.

– Kto był porywaczem?

– Jeden z ochroniarzy. W tamtym okresie zdarzało się sporo porwań. Ludzie byli niezadowoleni z ówczesnego reżimu, niektórzy nie mogli wyjeżdżać z Polski i decydowali się na taki desperacki krok. Dlatego latali z nami ochroniarze. W naszym rejsie było ich dwóch. Pierwszy z przodu, między kabiną pasażerską a kokpitem, a drugi z tyłu samolotu. I właśnie ten pierwszy postanowił porwać samolot. Krótko po starcie wszedł do kokpitu z granatem. Widzieliśmy, że w każdej chwili może go odbezpieczyć.

– Jak Pan zareagował?

– Byłem w tym rejsie pierwszym oficerem. Z lewej strony siedział kapitan, a między nami mechanik pokładowy. Odwróciłem się w kierunku porywacza i zauważyłem, że oprócz granatu ma rewolwer. I to prawdziwego colta! Zażartowałem, czy może mi go dać potrzymać, bo nie byłem w wojsku i chciałbym zobaczyć, jak wygląda rewolwer. Bardzo się zdenerwował. Zobaczyłem zacietrzewienie i zmieniające się kolory na jego twarzy. Zażądał lotu do Berlina Zachodniego. Zakazał korzystania z urządzeń łączności. Wycelował w nas broń i zorientowaliśmy się, że żarty się skończyły.

– Poinformował Pan kontrolerów o tym, co się dzieje?

– Nie zdążyłem. Ale oni i tak szybko się zorientowali, co się stało. Po starcie powinniśmy lecieć w kierunku Trzebnicy, a następnie zmienić kurs na Warszawę. Zobaczyli, że polecieliśmy w inną stronę. Później, gdy analizowaliśmy lot, zastanawialiśmy się, czy mogliśmy postąpić inaczej. Gdyby np. pojawiły się chmury, to można byłoby coś wymyślić, żeby wprowadzić w błąd porywacza. Przy złej pogodzie nie zobaczy przecież ziemi, nie ma punktu odniesienia i nie zorientuje się, w jakim kierunku lecimy. Ale nic takiego nie można było zrobić. Była piękna, słoneczna pogoda. Lot trwał ok. 20 minut, bo odległość między Wrocławiem a Berlinem jest niewielka.

– Po kilku minutach nastąpiła kolejna stresująca sytuacja.

– Pojawiły się wojskowe samoloty. Zachowywały się bardzo agresywnie. Podlatywały bardzo blisko. Między pilotami mamy umówione znaki, dzięki którym można się porozumiewać bez słów, np. znak „Leć za mną”. Gdy pojawił się jeden myśliwiec, a potem drugi, to piloci dawali takie znaki. Zgodnie z żądaniem porywacza nie reagowaliśmy. To były bardzo stresujące chwile. Wiedzieliśmy, że piloci mogą dostać rozkaz zestrzelenia naszego samolotu. Dlatego jak nadlatywały myśliwce, to maksymalnie zwalnialiśmy prędkość, żeby szybko nas minęły, a po chwili lecieliśmy zdecydowanie szybciej. Takimi skokami pokonywaliśmy przestrzeń. Gdy wlecieliśmy na teren NRD, tam też pojawiły się wojskowe samoloty. Ale już widzieliśmy Berlin i stało się jasne, że zestrzelenie nam nie grozi. Wtedy zaczął się denerwować porywacz.

– Dlaczego?

– Myślał, że go oszukamy i wylądujemy w Berlinie Wschodnim. Musiałem mu wyjaśniać, że za chwilę zobaczy mercedesy, a nie trabanty czy wartburgi. Jak wylądowaliśmy, to wzdłuż drogi kołowania stały ładne karetki i straż pożarna. Agresor nieco się uspokoił. Gdy bardzo wolno kołowaliśmy na końcu pasa, wyskoczył przez otwarte drzwi bagażnika na płytę lotniska. W tym momencie zaczął do niego strzelać drugi ochroniarz.

– Jaki był finał tego porwania?

– Porywacz chciał się znaleźć w RPA i z późniejszych informacji wynikało, że tam trafił. My spędziliśmy wiele czasu na składaniu wyjaśnień. Ale cała sprawa zakończyła się dobrze, nikt nie ucierpiał. Pasażerowie zachowywali się bardzo spokojnie, co jest zasługą całej załogi, która spokojnie, rzeczowo, konkretnie przekazywała potrzebne informacje. Tak jak powinno być w każdym locie.

– W odpowiedzi na pytania dotyczące cech pilotów dodaje Pan często jeszcze jedną: należy szybko podejmować decyzje.

– Gdy pilotuje się samolot, nieraz trzeba natychmiast reagować, a nie zastanawiać się, dlaczego wystąpił jakiś problem. Jeśli pilot tego nie zrobi, to skutki mogą być tragiczne. Z taką sytuacją miałem do czynienia już na początku swojej przygody z lotnictwem.

– Podczas startu szybowcem Czapla...

– Startowałem za pomocą wyciągarki. Na małej wysokości, może 20-30 m, kiedy szybowiec wznosi się pod kątem 45 stopni, pękła lina. Gdybym błyskawicznie nie zareagował, to spadłbym na ziemię i skutki mogłyby być opłakane. Skierowałem szybowiec w dół, żeby złapał trochę powietrza i żeby można było nim sterować. Udało mi się wyjść z opresji. Ale reakcja musiała być natychmiastowa. Od tego momentu uwierzyłem w siebie.

– Nieraz mówił Pan: „Moja droga do sukcesów to pokonywanie trudności i problemów”.

– Początki były rzeczywiście ciężkie i szło mi jak po grudzie. Ale każde, nawet drobne niepowodzenie powodowało, że zdobywałem nowe doświadczenia. Gdy instruktorzy byli niezadowoleni albo gdy sam zrobiłem coś nie tak, to starałem się dokładnie to analizować. Te doświadczenia okazały się podstawą sukcesu. Możemy odbyć kilka szkoleń, poznać doskonale teorię i zdać wszystkie potrzebne egzaminy, ale to przecież nie wszystko, żeby być dobrym pilotem. Pierwsze niepowodzenia podczas lotów były dla mnie nauką, jakich błędów nie popełniać w kolejnym locie.

– Niewiele brakowało, żeby został Pan nie pilotem, ale... górnikiem.

– Uczyłem się w technikum górniczym. Pracowałem rok pod ziemią w kopalni „Pniówek”. Zajmowałem się transportem do przodków, czyli miejsc, gdzie wydobywa się węgiel. Cieszę się z tego okresu mojego życia. Wiem, jak ciężko pracują górnicy. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie wiedzą, jaki wielki to jest wysiłek, jak trudne warunki panują pod ziemią. Zjeżdżając na dół, marzyłem jednak o lataniu i o tym, żeby być pilotem.

– Miłość do lotnictwa zaczęła się u Pana już w najmłodszych latach?

– W czwartej lub piątej klasie szkoły podstawowej przeczytałem opowiadanie o szybowcu, który wylądował na polu. Wcześniej nawet nie wiedziałem, co to jest szybowiec. Drugim impulsem były informacje w telewizji, że mój wujek, Edward Makula, w 1963 r. w Argentynie został szybowcowym mistrzem świata. Kiedy miałem 12 lat, sklejałem modele samolotów i marzyłem o lataniu. Chciałem, żeby sklejony model latał najwyżej i najdłużej. Udało mi się wygrać zawody modelarskie. Nagrodą był lot samolotem An-2. Poleciałem z rodzicami. Gdy zobaczyłem ziemię z góry, to ze szczęścia miałem łzy w oczach.

– Przez 38 lat pracował Pan w PLL LOT. Czy poza porwaniem samolotu spotykał się Pan z nietypowymi sytuacjami podczas rejsów?

– Było wiele przyjemnych chwil, np. ślub na pokładzie samolotu, gdy lecieliśmy do Bangkoku. Na pokładzie mieliśmy księdza i urzędnika stanu cywilnego. Ponieważ lot był długi, trwał prawie 10 godzin, ślub stanowił wielką atrakcję dla pasażerów i bardzo sympatycznie reagowali. Ale zdarzały się też trudne sytuacje. Kiedyś lądowałem na lotnisku w Newark, nad którym przechodziła gwałtowana burza. W powietrzu, w każdej minucie, krążyły dziesiątki samolotów i ruch był ogromny. Gdy lądowaliśmy, to burza pojawiła się nad pasem. Na końcówce podejścia do lądowania zobaczyliśmy ścianę wody, a po chwili już nic nie było widać. Trzeba było odejść na drugi krąg. Niestety, musnąłem środek burzy, samolotem trochę rzucało i było bardzo nieprzyjemnie. Do tego samolot uległ niewielkiemu uszkodzeniu od uderzenia pioruna. Ale po chwili opanowaliśmy sytuację i wszystko zakończyło się szczęśliwie.

– Często używa Pan określeń: „Opanowaliśmy”, „zrobiliśmy”.

– Lotnictwo to praca zespołowa, a nie tylko działania pilota. Każdy ma zadania do wykonania i wszystkie są bardzo ważne. Podczas wielogodzinnego lotu zdarza się wiele sytuacji, nad którymi muszą zapanować stewardesy i stewardzi. Ktoś choruje, boi się latać, ktoś za dużo wypił i obraża pasażerów... Sposób, w jaki rozwiąże problemy ta część załogi, wpływa na dalsze losy lotu. Nigdy też nie zapominam o mechanikach. Ktoś o nich powiedział, że są „szarymi korzeniami bujnych kwiatów”. Od nich bardzo wiele zależy. Co może zrobić pilot, jeśli samolot jest niesprawny? Często podkreślam, że każdy udany lot to wspólny sukces.

– 31 lipca 2016 r. pilotował Pan samolot z wyjątkowym pasażerem – papieżem Franciszkiem. Był to lot z Krakowa do Rzymu, gdy Papież wracał ze Światowych Dni Młodzieży w Polsce.

– Wspaniały, niezapomniany, wyjątkowy pod każdym względem lot. Muszę przyznać, że byłem bardzo przejęty. Gdy witałem Papieża, to słowa czytałem z kartki. Wcześniej, witając znane osoby, zawsze mówiłem swobodnie, a wtedy nie. Gdy wystartowaliśmy, postanowiłem zrobić dla Papieża coś wyjątkowego. Wiedziałem, po której stronie siedzi, i nad Krakowem zatoczyłem krąg, na niskiej wysokości – 900 m. Chciałem, żeby Ojciec święty jeszcze raz mógł zobaczyć Wawel, Błonia i Kampus Miłosierdzia w Brzegach, gdzie odprawiał Mszę św. dla młodzieży. Dla Papieża była to miła niespodzianka. Potem, po raz drugi, zrobiłem jeszcze coś niekonwencjonalnego. W trakcie lotu rozpoczęła się konferencja prasowa na pokładzie. Niestety, przedłużała się, a lecieliśmy stosunkowo szybko. Powiadomiłem kontrolerów w Austrii, że zrobię okrążenie w okolicach Grazu, żeby samolot był o 10 minut dłużej w powietrzu. Chodziło o to, żeby Papież mógł spokojnie zakończyć konferencję. Później, po wylądowaniu, w Internecie pojawiło się wiele wpisów osób z różnych krajów świata, które śledziły ten lot. Zastanawiano się, co się stało w Austrii. Jedni pisali o usterce samolotu, inni – że Papież chciał zobaczyć Alpy. A przecież nie mogłem zatrzymać samolotu w powietrzu! Po wylądowaniu Ojciec święty przyszedł do nas i nam podziękował. Potem nas pobłogosławił i się z nami pożegnał.

– Pan nigdy nie ukrywał, że jest osobą wierzącą.

– Nie miałem powodów, żeby to robić. Uważam, że nie należy przesadnie demonstrować swojej wiary, ale ukrywanie jej nie jest właściwe.

– Czy wiara pomaga Panu w lataniu? Czy modlił się Pan przed lotami?

– W czasie zawodów szybowcowych zawsze się modliłem. Mówiłem: „Panie Boże, pomóż mi. Nie chcę nikogo zawieść!”. Ta modlitwa mi pomagała.

– Panie Kapitanie, jaka będzie przyszłość lotnictwa cywilnego? Dużo się mówi o jeszcze większej komputeryzacji. Nawet Pan powtarzał anegdotę, że w przyszłości w kokpicie może się znaleźć tylko jeden człowiek i pies. Pies po to, by pilnować, żeby pilot niczego nie dotykał.

– To oczywiście żarty! Trzeba jednak przyznać, że obecnie bez komputerów koordynacja ruchu lotniczego, przy tak ogromnym zagęszczeniu samolotów w powietrzu, byłaby po prostu niemożliwa. 20 lat temu nad Atlantykiem w ciągu godziny znajdowało się ok. 500 samolotów. A dzisiaj dziesięć razy więcej! Człowiek jest i pozostanie niezbędny. To, że po starcie włączamy autopilota, nie zmienia tej sytuacji. Mamy bardzo dużo czynności do wykonania. Nie da się wszystkiego zaplanować, przewidzieć i zaprogramować. Piloci decydują np., ile zatankować paliwa, jaki powinien być ciężar samolotu, jakie uzyskiwać prędkości i co zrobić w powietrzu, gdy samolot jest za ciężki i nie powinien lądować. Decydujemy również, co robić w nagłych sytuacjach, gdy zachoruje pasażer czy nagle zmienią się warunki pogodowe.

– W 2017 r., ze względu na wiek, przeszedł Pan na emeryturę. Obecnie jest Pan prezesem Aeroklubu Polskiego. Czy Pan, mistrz lotnictwa, teraz się nie nudzi? Czy jest Pan szczęśliwym człowiekiem?

– Do wszystkiego trzeba się przygotować. Wiedziałem kilka lat temu, że ten moment nastąpi. Znając siebie, zdawałem sobie sprawę, że po przejściu na emeryturę nie mogę nagle nic nie robić. Ale też realnie patrzyłem na życie. Pewnych planów czy marzeń nie da się już zrealizować. Nie polecę np. w kosmos. Mam świadomość, że coś się kończy i powoli trzeba zacząć zwalniać. Takie jest życie. Z drugiej strony nie można się poddawać. Jestem dumny, że społeczność aeroklubowa, która liczy 7 tys. członków, wybrała mnie na swojego prezesa. Zaufali mi, uznali, że dobrze będę się zajmował Aeroklubem Polskim. Czynię to najlepiej, jak potrafię. Swoją wiedzę i doświadczenie chcę przekazać młodzieży. Inna radość jest związana z faktem, że nadal jestem potrzebny w PLL LOT. Zajmuję się pozyskiwaniem młodych pilotów i ich szkoleniem. Fundamentem mojego szczęścia jest rodzina. Mam czterech synów. Trzech wybrało lotnictwo, a czwarty, Wojtek, dochodzi do mistrzostwa w fotografii. Robi zdjęcia sportowe i ślubne w różnych krajach Europy.

– A żona?

– Żona była stewardesą. Poznaliśmy się podczas podróży wiele lat temu. Gdy urodziły się dzieci, zajmowała się ich wychowaniem. Patrząc na żonę, na dzieci i wszystko to, co mi się wydarzyło, jestem spełniony i szczęśliwy. I dziękuję Bogu za każdy przeżyty dzień, dziękuję Bogu za życie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Projekt konstytucji o Kurii Rzymskiej do konsultacji episkopatów

2019-02-20 14:13

st (KAI) / Watykan

Rada Kardynałów przeanalizowała projekt konstytucji apostolskiej „Praedicate evangelium” o Kurii Rzymskiej i postanowiła, że zostanie on przesłany do konsultacji konferencjom episkopatów, synodom katolickich Kościołów wschodnich, dykasteriom Kurii Rzymskiej, konferencjom wyższych przełożonych zakonów męskich i żeńskich i niektórym uniwersytetom papieskim – poinformował tymczasowy rzecznik Stolicy Apostolskiej, Alessandro Gisotti.

Grzegorz Gałązka

Podczas briefingu z dziennikarzami podał on, że właśnie analiza projektu konstytucji apostolskiej „Praedicate evangelium” była głównym przedmiotem 28 zgromadzenia Rady Kardynałów. Obok Ojca Świętego w pracach tego gremium wzięli udział: kardynałowie Pietro Parolin, Oscar Rodriguez Maradiaga SDB, Reinhard Marx, Seán O'Malley, OFM Cap., Giuseppe Bertello i Oswald Gracias. Obecni byli także sekretarz Rady, bp Marcello Semeraro i jego zastępca bp Marco Mellino.

We wtorek 19 lutego członkowie Rady Kardynałów wysłuchali opinii księdza Federico Lombardiego SJ, moderatora spotkania na temat ochrony małoletnich w Kościele, które odbędzie się w Watykanie od 21 do 24 lutego. W tym kontekście Rada omówiła sprawę wydalenia ze stanu duchownego emerytowanego arcybiskupa Waszyngtonu, Theodore’a McCarricka. Podkreślono, że watykańskim spotkaniu wezmą udział także członkowie Rady, nawet jeśli nie są przewodniczącymi episkopatów a także sekretarz Rady i jego zastępca. Kolejne, 29 spotkanie Rady Kardynałów odbędzie się w dniach 8, 9 i 10 kwietnia 2019 r. – podał Alessandro Gisotti.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Potrzebujemy realnej polityki wspierającej kobiety

2019-02-20 19:14

Parlament Europejski przegłosował rezolucję na temat wrogiego nastawienia w odniesieniu do praw kobiet i równouprawnienia płci w UE. W głosowaniu udało się odrzucić kilka najbardziej skandalicznych postulatów m.in. dotyczących przeciwdziałania dezinformacji ws. ochrony życia oraz wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej dzieci i młodzieży. Niestety PE zaakceptował postanowienia potępiające ukierunkowanie polityki równości na politykę rodzinną i macierzyńską oraz prowadzenie kampanii przeciwko Konwencji Stambulskiej. Europosłowie zgodzili się również na uznanie aborcji jako środka zwiększającego równouprawnienie kobiet. Debata i głosowanie nad rezolucją były kolejnym przykładem ośmieszenia i dyskredytowania polityki równości płci przez populizm skrajnej lewicy.

Biuro Poseł do Parlamentu Europejskiego

Rezolucja została przygotowana przez Komisję Praw Kobiet i Równouprawnienia (FEMM) zdominowaną przez środowiska lewicowe, co znalazło odzwierciedlenie w tekście rezolucji, która zmierzała m.in. do ograniczenia wolności słowa, poprzez wezwanie do potępienia krytyki Konwencji Stambulskiej. Jest to dowód na niebywałą hipokryzję bowiem środowiska te na sztandarach mają obronę wolności słowa, będącą jednym z filarów Karty Praw Podstawowych UE, a tymczasem podejmują działania tę wolność ograniczające.

Ta, tzw. postępowa lewica potępiła również ukierunkowanie polityki równości płci na politykę rodzinną i macierzyńską. Argumentowano to tym, że wspieranie rodziny i macierzyństwa nie służy trwałym zmianom, które prowadziłyby do poprawy praw kobiet w dłuższym czasie. Takie myślenie jest koronnym dowodem na to, że dla środowisk liberalno-lewicowych macierzyństwo jest przysłowiową „kulą u nogi”, która przeszkadza kobiecie w rozwoju zawodowym. W tekście znalazło się także skandaliczne wezwanie do uznania ochrony życia poczętego za dezinformację, co byłoby próbą ograniczenia działalności ruchów pro-life. W tym akurat przypadku Parlament Europejski zachował zdrowy rozsądek i zapis ten odrzucono w głosowaniu.

Uznanie, że aborcja i prawa mniejszości seksualnych miałyby być rozumiane jako pogorszenie praw kobiet uznaję za aberrację. Dlatego zgłosiłam alternatywną rezolucję wskazującą realne problemy kobiet. Podkreślam w niej potrzebę zmniejszania luki płacowej i emerytalnej pomiędzy kobietami i mężczyznami. Zwracam uwagę na konieczność zwalczania przemocy wobec kobiet. Potępiam okaleczanie żeńskich narządów płciowych oraz zawieranie przymusowych małżeństw, które dotyczą małżeństw osób dorosłych z dziećmi. Ponadto wskazuję, że udział kobiet w życiu publicznym powinien być większy oraz podkreślam potrzebę dążenia do równowagi między życiem zawodowym i prywatnym. Zwracam również uwagę na problem postępującej seksualizacji wizerunku kobiet.

Niestety Parlament Europejski po raz kolejny dał się złapać na lep lewicowej propagandy i przyjął rezolucję przygotowaną przez Komisję Praw Kobiet i Równouprawnienia. Dokument ten poparła niestety spora grupa posłów PO. Widać, że Platforma będzie się ścigać z Wiosną Roberta Biedronia o elektorat skrajnie lewicowy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem