Reklama

Aby więcej wiedzieć

Ks. Adam Klisko
Edycja przemyska 14/2003

"Światło przyszło na świat...
Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła,
aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu"
(J 3,19; 21).

Te słowa Ewangelii przyszły mi na myśl w trzecią rocznicę śmierci znanej szczególnie mieszkańcom Sanoka profesor Heleny Kosiny. W 2001 r. ukazała się drukiem praca zbiorowa w opracowaniu Ewy Oklejewicz pt. Przez Krzyż do Nieba, zawierająca wspomnienia byłych uczniów, znajomych i przyjaciół profesor Kosiny. Była Ona dla nich - jak napisano w dedykacji książki - "drogowskazem i wzorem jak zdążać przez Krzyż do Nieba". Materiałem zebranym w tejże książce posłużę się w przybliżeniu Czytelnikom tej pięknej postaci.

Profesor Helena Kosina

Urodziła się 22 maja 1900 r. w Starzawie koło Chyrowa (powiat starosamborski, woj, lwowskie, diecezja przemyska). . Rodzicami Heleny byli Jan Kosina oraz Paulina Girtler von Kleeborn. Rodzina ojca wywodziła się z Czech na pograniczu Bawarii, matki zaś z austriacko-węgierskiej szlachty. Ojciec Heleny po ukończeniu studiów, najpierw jako inżynier leśnictwa był nadleśniczym w kilku rejonach byłej Galicji, później prowadził założoną przez siebie w Sanoku prywatną kancelarię mierniczą i wykładał na Wydziale Leśnictwa w Politechnice we Lwowie. Matka ukończyła Konserwatorium Muzyczne we Lwowie i była uzdolnioną pianistką, ale po wyjściu za mąż, zajęła się prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci, trzech synów i córki. Helena po ukończeniu ówczesnej szkoły podstawowej w 1914 r. wyjechała z rodziną do Wiednia, a po powrocie do Sanoka uczęszczała do Wyższego Instytutu Żeńskiego Naukowo-Wychowawczego i po zdaniu wymaganych egzaminów w Krośnie, otrzymała prawo nauczania w szkołach podstawowych. Podjęła praktykę nauczycielską w szkołach powszechnych powiatu sanockiego; w Bukowsku i Olchowcach. Od początku pracy pedagogicznej pracowała w szeregach harcerstwa. Pragnąc dalej się kształcić, rozpoczęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim na wydziale filozofii, zakończyła zaś na wydziale humanistycznym Uniwersytetu w Poznaniu w 1930 r. tytułem magistra filologii polskiej. Studiując uczyła także w Prywatnym Miejskim Seminarium Żeńskim w Sanoku. Od 1931 r. do wybuchu II wojny światowej pracowała w Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Św. Stanisława Kostki w Końskiem, jako nauczycielka języka polskiego i wychowawczyni, prowadząc także bibliotekę oraz zajęcia w Drużynie Harcerskiej im. Królowej Jadwigi Komendy Chorągwi Kielecko-Radomskiej. W czasie okupacji nauczała nie tylko oficjalnie w szkole powszechnej, ale także prowadziła tajne nauczanie przygotowując nielegalnie młodzież do egzaminu dojrzałości oraz należała do komisji egzaminacyjnych. Po wojnie, w 1945 r., została powołana przez Kuratorium Okręgu Szkolnego na nauczyciela Państwowego Gimnazjum i Liceum Męskiego im. Królowej Zofii w Sanoku. Uczyła również w Liceum Męskim, w II Państwowym Gimnazjum i Liceum Żeńskim, wreszcie w Państwowym Liceum Pedagogicznym - do przejścia na emeryturę w 1957 r. z powodu powolnej utraty wzroku. Za swą pracę nauczycielską została odznaczona Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Odznaką za Tajne Nauczanie i Złotą Odznaką Związku Nauczycielstwa Polskiego. Już jako zupełnie ociemniała udzielała korepetycji z języka polskiego i łaciny. Kiedy zaczęły się kłopoty z oczyma, nawiązała kontakt z Ośrodkiem Niewidomych w Laskach koło Warszawy, jeździła tam nieraz zaczerpnąć duchowych mocy do niesienia krzyża swojego kalectwa. Wielką pomocą była dla niej wieloletnia opieka duchowa ks. Tadeusza Fedorowicza - duszpasterza Ośrodka, zmarłego w 2002 r. w opinii świętości. W pierwszych latach emerytury, gdy była jeszcze silniejsza, codziennie uczestniczyła we Mszy św. w kościele Najświętszego Serca Jezusowego w Sanoku, prowadzona przez ofiarnych przyjaciół. Potem nastąpił wieloletni okres cierpień i doświadczeń - poważne oparzenie nogi, pożar mieszkania, pobyty w szpitalu. W 96. roku życia złamała nogę w biodrze, co w jej wieku nie rokowało nadziei na wyzdrowienie. Po trzymiesięcznym pobycie w szpitalu wróciła do domu, skazana na stałe leżenie w łóżku i opiekę ofiarnych osób.
Zmarła zaopatrzona świętymi sakramentami w swoim mieszkaniu przy ul. Jagiellońskiej 51, 1 marca 2000 r. około godz. 5.30, w setnym roku życia. Pogrzeb odbył się na Cmentarzu Głównym w Sanoku, 3 marca przy nadzwyczajnie licznym udziale pogrążonych w żalu przyjaciół. Ciało zostało złożone w grobowcu rodzinnym Kosinów, ale przyjaciele Zmarłej zamierzają wybudować dla Niej osobny grobowiec. (1) Jak kiedyś w domu, tak obecnie grób jej nawiedzają wierni przyjaciele przekonani, nie tyle o potrzebie modlitwy za Nią, ile modlitwy za Jej przyczyną.

Reklama

Uczynki dokonane w Bogu

Życie Heleny Kosiny, było niezmiernie bogate w zdarzenia i doświadczenia, które hartowały Ją wewnętrznie i czyniły człowiekiem wartościowym.
Aby móc wskazywać drogę dobra innym, trzeba najpierw samemu tę drogę znać i nią iść. Dlatego pani Helena pragnęła wiedzy i pomimo wielu trudności zdobywała ją chcąc się nią dzielić z innymi, a zwłaszcza z umiłowaną młodzieżą, której się całkowicie poświęcała. Nawet już niewidoma cieszyła się ze spotkań z młodymi, dawała korepetycje, podnosiła na duchu, dzieliła się z nimi nie tylko wiedzą i czasem, ale niejednokrotnie i groszem, choć sama nie miała go za wiele. Chciała orientować się na bieżąco we wszystkich wydarzeniach politycznych, problemach społecznych świata, kraju i regionu. Słuchała radia, dyskutowała z odwiedzającymi ją osobami. Czytała wiele książek, także współczesną literaturę, a gdy już nie widziała, słuchała nagranych na taśmach magnetofonowych.
Z wiedzą ogólną i pedagogiczną łączyła pragnienie lepszego poznania Boga w Jego Słowie. Codziennie czytała, a gdy już nie mogła czytać, prosiła o odczytywanie jej tekstów Pisma Świętego i czasopism religijnych, a zwłaszcza Posłańca Serca Jezusowego. Jeździła do Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Warszawie, a potem do Lasek koło Warszawy na rekolekcje niewidomych, prowadziła korespondencję z kapelanem Ośrodka Niewidomych w Laskach ks. Tadeuszem Fedorowiczem.
Profesor Kosina była osobą bardzo religijną i rozmodloną. Każdego dnia modliła się na różańcu, który zawsze miała przy sobie. Prosiła też odwiedzające Ją osoby, aby razem z Nią go odmawiały w różnych intencjach. Gdy tylko mogła, każdego dnia uczestniczyła we Mszy św. Wielką radością był dla Niej pobyt w Domu Wypoczynkowym Sióstr Nazaretanek w Komańczy. Oprócz walorów rekreacyjnych pięknej, zdrowej okolicy, panią Helenę cieszyła bliskość Jezusa w domowej kaplicy. Komunia Święta, którą przyjmowała była dla Niej wielkim przeżyciem. Gdy już nie mogła chodzić do kościoła, przyjmowała Komunię Świętą w pierwsze soboty miesiąca, długie chwile trwając na modlitwie dziękczynnej.(2)
Gdy już mówić nie mogła, na zapytanie kapłana, czy chce przyjąć Komunię Świętą, ku wielkiemu zdziwieniu obecnych wprost krzyknęła: "Tak". I to było jej ostatnie słowo jakie usłyszeli - jej AMEN tyle razy wypowiadane podczas przyjmowania Komunii Świętej. Prosiła, aby do trumny włożyć jej różaniec, krzyżyk i gromnicę, przy której - jak mówiła - umarła Jej babcia i mama.
O śmierci rozmawiała, jako czymś zupełnie naturalnym, jako przejściu do Domu Ojca. Przygotowywała się do niej z całą powagą i z ufnością w miłosierdzie Boże. Była pełna wdzięczności dla Boga powtarzając innym, nieraz dotkniętym cierpieniem i przygnębionym na duchu: "Za wszystko trzeba Panu Bogu dziękować".
Umiała odważnie stanąć w obronie wiary. Uczestnicząc raz w tzw. "szkoleniu ideologicznym", którym poddawano w czasach zniewolenia komunistycznego przede wszystkim nauczycieli, gdy przysłany z Kuratorium Oświaty prelegent przeczył istnieniu Boga, pani Kosina włożyła obie ręce do swojej torebki i długo tam je trzymała. Zwróciło to uwagę zebranych i owego prelegenta, który zaintrygowany Jej zachowaniem zapytał, dlaczego trzyma ręce w torebce. Wtedy Profesor wyjęła z torebki różaniec i odpowiedziała: "Modlę się za Pana na różańcu, żeby się Pan nawrócił i nie plótł bzdur, że Pan Bóg nie istnieje".
Pani Helena dotknięta ciężkimi doświadczeniami utraty wzroku, różnych dolegliwości fizycznych i duchowych, a także zmartwień i cierpień osób sobie drogich, nie traciła równowagi ducha, nie rozczulała się nad sobą, nie chciała być ciężarem, ale pomocą dla bardziej nieszczęśliwych. Jasno widziała problemy i nieszczęścia drugich i przynajmniej modlitwą, dobrym słowem, a nieraz i humorem rozładowywała smutne nastroje ludzi szukających u Niej duchowego wsparcia. Sama wiele przeżyła. W czasie wojny, od wybuchu bomby zginęli Jej najmłodszy brat i narzeczony, z którym łączyła nadzieje małżeństwa. Dwóch Jej braci zostało rozstrzelanych w Katyniu, później zmarli rodzice, wreszcie utrata wzroku oraz inne cierpienia fizyczne i duchowe. Dlatego rozumiała cierpienia innych i potrafiła podnosić na duchu zwierzających się Jej ze swoich nieszczęść. Nie zapomnę spotkania z panią Kosiną podczas mojej pracy w parafii Najświętszego Serca Jezusowego, z którą zawsze szczególnie związana była pani Helena korzystając z posług duszpasterskich tutejszych kapłanów. W rozmowie na różne tematy, także jej kalectwa, usłyszałem słowa: "Jestem wdzięczna Panu Bogu za to, że nie widzę, bo teraz dopiero widzę więcej". (3)
Z miłością do Boga i ludzi pani Kosina łączyła miłość Ojczyzny. Poświęciła się pracy nauczycielskiej i wychowawczej, aby kształtować umysły i serca dzieci oraz młodzieży. Włączyła się w pracę w harcerstwie, aby uczyć młodych hartu ducha, pracy nad kształtowaniem w sobie człowieka wartościowego, odpowiedzialnego za siebie oraz innych. Wpajała swoim uczniom miłość do ojczystego języka, przyrody i tradycji narodowych. Interesowała się sprawami Ojczyzny, problemami bezrobocia i przestępczości, ubolewając nad degradacją człowieczeństwa i polskości u wielu Polaków. Podczas pracy w szkole (1931-1939) współpracowała w wydawaniu czasopisma dla młodzieży gimnazjalnej: Młoda myśl, prowadziła Kółko Polonistyczne wpajając w umysły młodych zamiłowanie do literatury polskiej. Od uczniów wymagała zdyscyplinowania, solidnej wiedzy, obowiązkowości, dążenia do doskonałości, odwagi w pokonywaniu trudności, dając przy tym swoją osobą przykład takiego stylu życia. Stąd ten wielki szacunek dla Niej u jej byłych uczniów i wdzięczność za pozostawiony wzór człowieczeństwa i pedagoga.
Profesor Kosina szanowała i kochała ludzi, nawet tych zagubionych i potępianych przez ogół. Szukała zawsze usprawiedliwienia ich postępowania. Dla wszystkich miała dobre słowo. Pamiętała o wszystkich swoich bliskich i znajomych, żyła ich problemami, uczestniczyła duchem w ich radościach i smutkach, przeżywając je jak swoje. Za wszystkich się modliła i ofiarowywała Panu Bogu swoje cierpienia. Wszystkich onieśmielała swoją bezpośredniością, serdecznością, gościnnością i niekłamaną dobrocią. Wspomniane przymioty charakteru profesor Heleny Kosiny zjednały Jej wielu przyjaciół, którzy towarzyszyli Jej życiu i cierpieniu aż do śmierci.
Mamy nadzieję, że Pan Bóg potwierdzi piękno nadprzyrodzone Jej życia znakami łask, które przyczynią się do pełniejszego ukazania Kościołowi przemyskiemu tej świątobliwej osoby. Niech Ona nadal świeci przykładem swojego życia i wskazuje nam drogę, którą Ona już przeszła, a która wiedzie przez Krzyż do Nieba.

1 W roku 2002 powstało w Sanoku przy parafii Podwyższenia Krzyża Świętego Stowarzyszenie Przyjaciół Heleny Kosiny, które zgodnie z wymogami prawa oficjalnie zarejestrowane, ma swój statut i liczy obecnie około kilkudziesięciu osób.
2 Opiekę duszpasterską nad chorą sprawowali Ojcowie Franciszkanie, z racji przynależności ulicy Jagiellońskiej do parafii Podwyższenia Krzyża Świętego.
3 Wspomnienie Autora powyższego artykułu.

Reklama

„Czy można ten dom poweselić?”

2019-04-22 16:14

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała
Kard. Henryk Gulbinowicz

Codzienność Wielkiego Postu

Po szaleństwach karnawału, środa popielcowa na Wileńszczyźnie wnosiła w każdą rodzinę spokój i wielkopostne zamyślenie. Co wtedy robiono? Mogę opowiedzieć tylko o tym, jak wyglądało to w środowiskach szlacheckiego zaścianka. Przede wszystkim trzeba podzielić obowiązki, które miały panie, i te, które mieli panowie. Do dobrych tradycji wielkopostnych należało, aby panie się od czasu do czasu spotykały, i po cichu, bo spotkania oficjalne, np. imieninowe nie były w czasie Wielkiego Postu wskazane, zastanawiały się jaki to też typ mody będzie obowiązywał w czasie najbliższej wiosny albo lata. Drugą rzeczą, już nieco poważniejszą, którą w czasie tych spotkań się zajmowały, było sprawdzanie, czy też wędliny przygotowane w czasie adwentu przechowują się dobrze, czy też nie. To była trudna sprawa, bo przecież post, a tu trzeba próbować, ale jakoś sobie i z tym radziły. W tym czasie panowie planowali zasiewy, ich ilość, i ,zwłaszcza właściciele większych gospodarstw, planowali też nabywców tych dóbr. Tak wyglądał rytm życia codziennego.

Dom modlitwy

Jeśli chodzi o rytm życia religijnego, to on się przedstawiał dosyć ciekawie. Z okresów zaborów, a byliśmy pod zaborem Rosji carskiej, pozostały piękne tradycje –zwłaszcza z czasów powstań roku 1831 i 1863. Oddawanie hołdu tym, którzy polegli za ojczyznę, było zabronione, ale przecież pragnienia takie były żywe, stad urządzano rozmaite nabożeństwa. Miały one przypominać tych, którzy walczyli za Polskę. Zamawiano więc Msze a ksiądz umiał przemycić te treści, które były rzeczywistymi przyczynami. Ze względu jednak na duże odległości dzielące od kościoła, wiele nabożeństw odprawiano w domu. I tak w okresie Wielkiego Postu dzielono Gorzkie Żale: w jedną niedzielę jedna część, w drugą druga, itd. Jak to się odbywało? Musiała być cała rodzina. W saloniku, albo w innej przyzwoitej izbie, siadano i z książeczek do nabożeństwa wspólnie śpiewano. Traktowano to jako hołd pamięci składany tym, którzy oddali życie za ojczyznę. W mojej rodzinie wspominano stryja Ignacego, który poległ w 1920 r. pod Warszawą.

Wyścig ze święconym

Dwa tygodnie przed Wielkanocą wietrzono wszystkie ubrania. Wynoszono wszystko na zewnątrz. Prac polowych jeszcze nie było, bo zazwyczaj leżał śnieg, wyszukiwano więc sobie różne zajęcia. Po Niedzieli Palmowej zaczynało się sprzątanie domu: pastowanie podłóg, czyszczenie sztućców. Wszystko musiało być na glanc. W Wielką Sobotę typowano kto pojedzie do parafii ze święconym. I tu była wielka tajemnica: musiał to być bardzo sprytny kuczer, musiały to być dobre, zdrowe, sprawne konie. Dlaczego? Bo była dziwna tradycja, chyba trochę szlachecki zabobon, że kto przyjedzie pierwszy z kościoła ze święconym, ten będzie miał najlepsze zbiory. Dlatego wszyscy stali w kościele bliżej wyjścia. Potem gnano, na łeb na szyję do domu.

Czar wspólnego stołu

Po mszy rezurekcyjnej, gdy delegaci wracali do domu, stół był już zastawiony. Pisanki, które robiono od Wielkiego Piątku, szynki w całości, aby każdy mógł sobie ukroić wedle życzenia. Do stołu zasiadali wszyscy, służba też. Było w tym jakieś zrównanie ludzi. Dzielono się święconym jajkiem, składano życzenia. Co ciekawe, nie wolno było święconego jajka jeść widelcem, trzeba było sięgać po nie palcami. Jedzenie było obfite, długo siedziano przy stole. Po śniadaniu była więc sjesta.

Zaraz po rezurekcji

Między wyjazdem do kościoła a powrotem ze święconym przychodzili „Aniołowie Zmartwychwstania”. Byli to chłopcy między 14, a 18 rokiem życia, którzy wędrowali od domu do domu, mówili „Chrystus zmartwychwstał”, odpowiadało się „Prawdziwie zmartwychwstał” i wysłuchiwało się Ewangelii o zmartwychwstaniu. W darze otrzymywali pisanki. Mnie się to bardzo podobało, też chciałem być Aniołem Zmartwychwstania...Ale niestety, mama wyjaśniła mi, że to raczej nigdy nie będzie możliwe, ponieważ tak mogli wędrować tylko ludzie ubodzy.

Na drugi dzień, gdy była pogoda, Aniołowie zbierali się razem i grali w pisanki. Gra polegała na tym, że puszczano jajko w korytku – łubiance, lekko pochylonej. Jajko toczyło się i jeśli dotknęło innego, to puszczający je zabierał.

Wielkanocna Niedziela

Pierwszego dnia świąt, wieczorem, kawalerka, a więc nieżonaci, stukali w okno i pytali: „Czy można ten dom poweselić?”, i gospodarz odpowiadał: „Proszę bardzo”. Najpierw śpiewali pieśni wielkanocne, ale potem odśpiewywali piosenki inne, zwłaszcza, jeśli w domu była panna na wydaniu. Jeśli była miła, lubiana – śpiewano mile, jeśli nie była zbyt szanowaną –śpiewano też piosenki nie całkiem uprzejme w treści. Pamiętam dwuwiersz o takiej damie, która przez tę grupę śpiewającą nie była honorowana, bo nie dbała o porządek: „A talerze pod ławą zarosły murawą”. Za śpiewy trzeba było, oczywiście, wynagradzać. Na drugi dzień udawano się z wizytami, albo przyjmowano wizyty.

Grób pełen kanarków

Każdy kościół miał swój grób Pański. Do dobrego tonu należało, aby wszystkie te groby odwiedzić. W mojej świadomości gimnazjalisty, a więc mówimy o roku 1938 i 1939, zostały dwa groby: u franciszkanów i u bonifratrów. Franciszkanie zrobili taki grób: najpierw obłoki, obłoki, obłoki, obłoki, a na końcu, w dziurze, gdzie już niewiele było można zobaczyć –monstrancja. Takiego grobu nigdzie nie było, dlatego chodziliśmy go oglądać zdumiewając się bardzo.

Mieszkałem na Bonifraterskiej, pod numerem 14, stamtąd było blisko do ojców bonifratrów, i grób, który pewnego roku tam przygotowano również zapamiętałem. Ponieważ miejsca było mało, brat Włodzimierz, którzy wszystko przygotowywał, umieszczał grób zaraz przy głównym ołtarzu, w takim lochu. Figurę trudno było zobaczyć, ale za to monstrancja była widoczna dobrze. Zadziwiające jednak były klatki z kanarkami. One się darły w niebogłosy! Podglądaliśmy, w którym miejscu są te ptaki umieszczone, ale to nie było łatwe. Brat bonifrater chował je dobrze za skałami z papieru.

Ocalanie drzewa

Szczególnie utkwiła mi w pamięci troska o zmarłych. Oni nie przestawali być częścią rodziny, dlatego czwartego dnia delegacja jechała na cmentarz. Zawożono bazie, nawet pisanki, aby zmarłego poweselić. Ubierano się skromnie, raczej powściągliwie. Jednak ci, którzy zostawali w domu, nie mogli być bezczynni, szli do sadu. Były przygotowane przewiąsła ze słomy i trzeba było każdy pień takim przewiąsłem opasać. Wtedy tego nie rozumiałem, ale po wielu latach dowiedziałem się, o co chodziło. Nie znano żadnej chemicznej ochrony przed insektami, więc był to sposób, aby chronić drzewa. Kiedy wszystkie niepożądane owady wdrapywały się po pniu do góry i mogły uszkodzić koronę drzewa, po drodze natrafiały na słomę i w niej się zagnieżdżały. Dziadek powiedział mi tak: „Wybierz sobie drzewko, opasaj, a potem pilnuj, aby szkodniki go nie zniszczyły”. Było to ważne, ponieważ wierzono, że jeśli dziecku uda się ochronić drzewo przed szkodnikami, będzie to zapowiadać pomyślność w jego dalszym życiu, a jeśli nie, to pewnie jakieś trudności. Nie pamiętam, jak te moje starania wyglądały, ale chyba nie najgorzej – jeśli wierzyć wileńskim przepowiedniom.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Warszawa: watykański minister spraw zagranicznych przyjeżdża do Polski

2019-04-23 14:53

mp / Warszawa (KAI)

Abp Paul Gallagher, Sekretarz ds. Relacji z Państwami Stolicy Apostolskiej, uczestniczyć będzie w uroczystej sesji naukowej z okazji setnej rocznicy przywrócenia relacji dyplomatycznych między Polską a Stolicą Apostolską, która odbędzie się na Uniwersytecie Warszawskim 20 maja br.

wikipedia.org

W konferencji organizowanej 20 maja (godz. 10 – 13) w gmachu starej Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego wezmą udział przedstawiciele polskich władz i korpusu dyplomatycznego, nuncjusz Salvatore Pannaccio, biskupi, świat nauki i kultury.

W imieniu polskich władz o znaczeniu relacji dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską mówić będzie prof. Jacek Czaputowicz, minister spraw zagranicznych RP a ze strony watykańskiej abp Paul Gallagher, Sekretarz ds. Relacji z Państwami Stolicy Apostolskiej. Natomiast misję Achillesa Rattiego, pierwszego nuncjusza apostolskiego w odrodzonej Polsce przedstawi ks. prof. Stanisław Wilk z KUL. Bp Jan Kopiec zaprezentuje wykład nt. „Kościół i społeczeństwo polskie wobec wyzwań odzyskanej niepodległości (1919 – 1939), a prof. Marek Kornat z PAN mówić będzie o stosunku do sprawy polskiej papieży Leona XIII i Piusa X.

W 1919 r. zostały wznowione stosunki dyplomatyczne między Polską a Stolicą Apostolską po ponad 120 latach przerwy. Ich oficjalne przywrócenie poprzedził przyjazd o rok wcześniej do Warszawy (29 maja 2018) wizytatora apostolskiego w osobie prał. Achillesa Rattiego. Jesienią 1918 r. - już po uzyskaniu przez Polskę niepodległości - wizytator Ratti nawiązał pierwsze kontakty dyplomatyczne z rządem polskim. A bezpośrednim powodem była obsada biskupstwa polowego.

Trudno jest wskazać precyzyjną datę odnowienia relacji dyplomatycznych pomiędzy Polską a Stolicą Apostolską po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. W kilka miesięcy później, 30 marca 1919 r. Stolica Apostolska w sposób formalny uznała istnienie państwa polskiego. 6 czerwca 1919 r. prałat Ratti został mianowany Nuncjuszem Apostolskim w Polsce i podniesiony do godności arcybiskupa tytularnego. Listy uwierzytelniające złożył na ręce Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego 19 lipca. 28 października w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie w otoczeniu całego Episkopatu Polski, Achilles Ratti przyjął sakrę biskupią z rąk abp. Aleksandra Kakowskiego.

Kolejnymi Nuncjuszami Apostolskimi w Polsce byli: abp Lorenzo Lauri (1921 – 1928), Francesco Marmaggi (1928 – 1936), abp Filippo Cortesi (1937 – 1939), abp Jozef Kowalczyk (1991 – 2009), abp Celestino Migliore (2010 – 2016) i abp Salvatore Pennaccio (od 2016).

Odpowiedzią ze strony polskiej na mianowanie nuncjusza w Warszawie było mianowanie 1 lipca 1919 r. posłem nadzwyczajnym i ministrem pełnomocnym przy Stolicy Apostolskiej prof. Józefa Wierusza-Kowalskiego, wybitnego fizyka. Funkcję tę pełnił on do 30 sierpnia 1921 r. Jego następcą został Władysław Skrzyński (do 1937 r.), który był wiceministrem spraw zagranicznych w latach 1919-1920. 27 listopada 1924 r. poselstwo polskie przy Stolicy Apostolskiej zostało podniesione do rangi Ambasady I klasy.

Kolejnymi ambasadorami RP przy Stolicy Apostolskiej byli: Kazimierz Papée (1939 – 1978), Henryk Kupiszewski (1990–1994 ), Stefan Frankiewicz (1995–2001 ), Hanna Suchocka (2001 – 2013), Piotr Nowina-Konopka (2013 – 2016) i Janusz Kotański (od 2016).

***

Paul Richard Gallagher, ur. 23 stycznia 1954 w Liverpoolu – arcybiskup, sekretarz ds. relacji z państwami w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej.

31 lipca 1977 otrzymał święcenia kapłańskie i został inkardynowany do archidiecezji Liverpoolu. W 1980 rozpoczął przygotowanie do służby dyplomatycznej na Papieskiej Akademii Kościelnej. 22 stycznia 2004 został mianowany przez Jana Pawła II nuncjuszem apostolskim w Burundi oraz arcybiskupem tytularnym Hodelm. Sakry biskupiej udzielił mu 13 marca 2004 sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej Angelo Sodano.

19 lutego 2009 został przeniesiony do nuncjatury w Gwatemali. 11 grudnia 2012 mianowany nuncjuszem w Australii.

8 listopada 2014 papież Franciszek mianował go sekretarzem ds. relacji z państwami w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem