• SZUKAJ
  • Reklama

    Od porannej kawy do kakao przed snem

    2018-09-12 10:44


    Edycja zielonogórsko-gorzowska 37/2018, str. VI

    Karolina Krasowska
    Ks. dr Mariusz Dudka

    Z ks. dr. Mariuszem Dudką, diecezjalnym duszpasterzem rodzin, o szczególnej posłudze diecezjalnych doradców życia rodzinnego rozmawia Kamil Krasowski

    Kamil Krasowski: – Pod koniec września w Rokitnie odbędą się rekolekcje dla doradców życia rodzinnego, posługujących w parafiach naszej diecezji. Jaka tematyka będzie omawiana w czasie tego spotkania?


    Ks. Dr Mariusz Dudka: – Po pierwsze, każdy diecezjalny doradca życia rodzinnego ma obowiązek uczestniczenia w stałej formacji, a ta z kolei jest zarówno intelektualna, jak i duchowa. To znaczy, że zawsze podnosimy kwalifikacje naszych doradców i temu służą różnego rodzaju szkolenia, nasza bardzo bliska współpraca z Lubuskim Stowarzyszeniem Naturalnych Metod Rozpoznawania Płodności, która ciągle ich doszkala i podwyższa kompetencje od strony naukowej. Natomiast jeśli mówimy o pewnej posłudze i misji doradców w Kościele, to wiadomo, że potrzeba tu także wzrostu życia duchowego, dlatego rekolekcje nie są niczym innym jak poprawieniem ich kondycji duchowej czy też relacji do Jezusa, czyli ubogaceniem ich u podstaw przez stworzenie pewnej szansy na odnowienie bliskości z Panem.
    Na corocznych rekolekcjach dziękujemy tym, którzy ze względu na wiek kończą swoją posługę w diecezji, a także wręczamy misje do posługi naszym nowym doradcom. Poza tym, przy okazji rekolekcji, jest to też nasze uroczyste spotkanie.

    – Ilu doradców życia rodzinnego posługuje w naszej diecezji?

    – Jest to grupa ok. 120 osób. Oczywiście nie znaczy to, że mamy 120 poradni, bo są też takie miejsca, w których pracuje po 2-3 doradców. Najczęściej dzieje się tak w większych miastach, gdzie poradnie są większe. Generalnie mamy 5 rejonów w diecezji, w których się spotykamy, w których odbywają się formacje i są tam poradnie.

    – W jednej z wypowiedzi powiedział Ksiądz, że doradcy życia rodzinnego nie biorą się znikąd, z przypadku. Kim zatem najczęściej są te osoby?


    – Można powiedzieć, że to jest zlepek wszystkich zawodów. Od tych, którzy są związani z medycyną, jak pielęgniarki, lekarze, ale także osoby, które same doświadczyły w swoim życiu tego, że ktoś do nich wyciągnął rękę i im pomógł. Myślę tu o osobach, dla których np. wartością jest piękne życie małżeńskie, którzy widząc, że wokół ludzie mają trudności, kłopoty, wychodzą im naprzeciw. Mają wewnętrzne pragnienie bycia w Kościele nie dla siebie, tylko dla drugiego człowieka. Bardzo często odkrywając w sobie taką misję, zadają sobie pytanie o to, jak mogą stać się doradcą. Otóż wiadomo, że jest do tego potrzebna odpowiednia kwalifikacja, ponieważ ta posługa jest związana ze spotkaniem z drugim człowiekiem. Nasi doradcy przeprowadzają indywidualne spotkania z parami, ale też bardzo często występują podczas katechizacji przedmałżeńskiej czy są zapraszani do szkół. Coraz częściej są zapraszani przez wychowawców klas po to, by opowiedzieć o życiu rodzinnym czy też wprost o naturalnych metodach rozpoznawania płodności. Toteż potrzeba pewnych umiejętności i zdatności pracy z człowiekiem, zarówno w tym indywidualnym, jak i szerszym aspekcie, potrzebują więc po prostu szkoleń. Muszą poznać nauczanie Kościoła w danym przedmiocie, ale także uchwałową wiedzę w tym temacie.
    Doradcy są świadkami. Sami żyją tym, co głoszą. Są nauczycielami, którzy są jednocześnie świadkami, co nie znaczy, że są idealni.

    – Z jakimi trudnościami najczęściej przychodzą osoby, które korzystają z poradnictwa rodzinnego?


    – W 99 proc. to narzeczeni zobowiązani przed zawarciem sakramentalnego związku małżeńskiego do odbycia spotkania w poradni. Na tym poziomie bardzo często nasi doradcy pokazują pewnego rodzaju sylwetkę małżeństwa. To znaczy, że kiedy się szkolimy i nasi doradcy składają świadectwa, to mówią: „Widzimy słabą kondycję u podstaw, u fundamentów”. Przychodzą ludzie, którzy nie mają pragnień związanych z tym, że będą pogłębiać swoją wiarę. Są to pary, które przychodzą, żeby coś tylko zaliczyć. Małżeństwo jest utożsamiane przez nich wyłącznie z chwilą ceremonii. Czyli myśląc o przygotowaniu do małżeństwa, myślą o chwili. Bardzo często dzieje się tak dlatego, że są to osoby, które de facto już prowadzą życie małżeńskie. Przychodzą do poradni rodzinnej, bo im ksiądz każe, ale oni żyją jak małżeństwo – mieszkają ze sobą, często mają już swoje dzieci, zobowiązania majątkowe, wspólne kredyty itd. Kiedy więc wchodzimy w ich życie, to pytamy „po co małżeństwo?”.
    Pierwszą trudnością jest to, że oni nie do końca wiedzą, po co przychodzą do Kościoła, co w tej perspektywie tak naprawdę ma się w ich życiu zmienić, bo małżeństwem de facto są. Na pewno, od strony instytucjonalnej, zmieni się ich nazwisko. Nabędą wobec siebie praw, bo małżeństwo jest umową. Ale w perspektywie życia duchowego niewiele się zmienia, dlatego że rozbijamy się tak naprawdę o ich niewiarę. I to jest klucz. Z jednej strony brak wiary, a z drugiej przychodzenie do sakramentu. Dlatego spotkanie z doradcą ma zburzyć pewną dysproporcję, która w tym momencie następuje, i pewne poczucie, że wszystko jest dobrze. Nie jest dobrze. I my to pokazujemy. To są często bardzo trudne spotkania, bo jeżeli ktoś przychodzi i jest przekonany, że chce małżeństwa, a kiedy doradca pyta: „jakiego małżeństwa chcecie?” i „co w waszym małżeństwie ma się zmienić?”, to zaczynają się schody.
    Nie jest więc tak, jak zwykło się mówić, że doradca życia rodzinnego to „ten od śluzu, że on będzie uczył ich współżyć”, „co on nas nauczy, my już mamy dzieci, jestem w ciąży i bez sensu to spotkanie”. Nie jest bez sensu, bo wielu naszych doradców mówi, że bardzo często do tematu współżycia nawet nie dochodzą, bo jak rozpocząć mowę o odrzuceniu antykoncepcji, kiedy u samych fundamentów nie ma przestrzeni, żeby cokolwiek na tym etapie zbudować. I doradcy są tu wyrozumiali. Jeżeli widzą, że w czasie rozmowy para się nie szanuje, doradca od razu będzie wskazywał na potrzebę poprawienia komunikacji.

    – Trudności małżeńskie bardzo często, co pokazują statystyki, zwłaszcza w naszym województwie, prowadzą do rozwodów.

    – Trudności jest masa i one nigdy tylko nie dotyczą problemów zdrady, alkoholu, przemocy, braku dzietności. To są bardzo często krzyżowe meandra życia małżonków, które przez wiele lat bylejakości życia doprowadzają do sytuacji, w której małżonkowie mówią „nie” i z tej bylejakości po prostu wychodzą, nie chcą jej już naprawiać. Często na taką bylejakość trafia osoba trzecia, czyli ktoś, kto oczaruje drugą stronę, i wtedy więzi w naturalny sposób już rozwiązane sprawiają, że chętnie wchodzi ona w relację i wiąże się z kimś innym.

    – Czyli przed doradcami rysuje się szczególna misja.


    – Zdecydowanie tak. Jesteśmy zawsze otwarci na pary małżeńskie w kryzysie, które mogą przyjść do poradni. W dużej mierze nasi doradcy życia rodzinnego nie są terapeutami. Oni są osobami pierwszego kontaktu, to znaczy, że przychodząc do poradni, mogę im powiedzieć o swoim trudzie, a nasz doradca będzie starał się pomóc np. przez wysłuchanie, właściwe ocenienie sytuacji i przekazanie sprawy do specjalisty, kogoś, kto będzie mógł pomóc. Bardzo często ludzie, którzy proszą o pomoc, sygnalizują np. księdzu, że chcieliby pójść do psychologa i jednocześnie dodają: „ale niech ksiądz mi powie, do kogo”. Kiedy wybieramy lekarza, to szukamy tego najlepszego po to, żeby nas nie skrzywdził. Tak samo osoby, które przychodzą do poradni, dopytują: „do kogo mogę pójść, żeby ktoś mnie nie skrzywdził, żeby mi źle nie doradził, żeby znał pewne myślenie związane z nauczaniem Kościoła?”. I właśnie po to są nasi doradcy. Ktoś przychodzi od lekarza, który przepisał środki hormonalne na pewien proces leczenia, ale wtedy u tej osoby pojawiają się pytania: „czy mogę w tym momencie uznać to za normalne? czy już grzeszę, kiedy biorę takie środki, bo przecież one również wpływają na moją płodność? czy będę mogła w tym momencie być w bliskości z mężem?”. W wielu takich pytaniach ludzie przychodzą do naszych doradców, żeby zweryfikować swoje serce.
    Gdybym miał dzisiaj wcielić się w takiego doradcę dla małżeństw, dla narzeczonych, to przede wszystkim prosiłbym ich o to, żeby stwarzali jak najwięcej przestrzeni do spotkania, czyli wykorzystywali wszystkie możliwe środki do tego, żeby się spotkać – od porannej kawy, skończywszy na kakao przed snem.

    Tagi:
    rodzina duszpasterstwo

    Bp Jeż: śluby to wydarzenia często wyreżyserowane

    2019-02-12 20:56

    eb / Nowy Sącz (KAI)

    „Ślub w kościele to często wydarzenie dobrze wyreżyserowane, ale młodzi nie dostrzegają wymiaru sakramentalnego” - powiedział biskup tarnowski Andrzej Jeż podczas spotkania duszpasterzy rodzin z Polski południowej. Będą oni do środy obradować w Starym Sączu.

    Tomasz Lewandowski

    Podczas Mszy św. w starosądeckiej Opoce, biskup podkreślił, że dziś małżeństwo zostało poddane różnym negatywnym działaniom i wielu młodych ludzi ma wypaczony obraz małżeństwa. „Coraz więcej młodych ludzi patrzy na małżeństwo przez pryzmat zobowiązań, ograniczeń albo zamknięcia sobie drogi do swobodnego podejmowania decyzji. Mamy i będziemy mieli dużo pracy, bo choruje współczesny świat, a w nim choruje instytucja małżeństwa i rodziny. Są one notorycznie osłabiane” - stwierdził.

    Biskup tarnowski Andrzej Jeż dodał, że Kościół podejmując działania duszpasterskie pragnie chronić instytucję małżeństwa i rodziny. „U początku tych działań niech zawsze będzie ukazywanie wyjątkowego dobra jakie łączy małżeństwo i rodzinę. Takie przekonanie trzeba wpajać ludziom młodym, bo zdarza się że młodzi katolicy gdy zdecydują się na sakrament, gdzieś w głębi pozostawiają sobie furtkę, że gdyby nam się nie układało, to nie będzie dramatem rozejście się. Jest to bardzo niebezpieczne. Nasi rodzice, dziadkowie, gdy szli do ołtarza mieli świadomość, że jest to na zawsze” - dodał bp Jeż.

    Kaznodzieja wskazywał, że trzeba ukazywać piękno tych małżeństw, które żyją zgodnie, kochają się, wspierają się i wspólnie przechodzą różne trudności. „To najbardziej przekonywujące świadectwo piękna, siły, miłości małżeńskiej i rodzinnej, która dzięki łasce Bożej wszystko przetrzyma. My mamy takie małżeństwa w diecezji tarnowskiej” - dodał biskup.

    Do środy duszpasterze rodzin z Polski południowej będą dzielić się doświadczeniami, by wypracować kierunki pracy z małżeństwami i rodzinami.

    „Wiodącym tematem jest misja towarzyszenia małżeństwom i rodzinom. Chcemy pokazać m.in. duszpasterstwa kobiet i mężczyzn osadzone w duszpasterstwie małżeństw i rodzin” - mówi ks. Piotr Cebula, dyrektor Wydziału Duszpasterstwa Małżeństw i Rodzin Kurii Diecezjalnej w Tarnowie.

    CZYTAJ DALEJ

    Reklama

    Czy naród żydowski współpracował z nazistami?

    2019-02-15 18:37

    Artur Stelmasiak

    Przykład Hotelu Polskiego bardzo dobitnie ukazuje niezwykłą historię, jak polska Armia Krajowa wkracza do akcji, aby bronić Żydów przed Żydami. W tym miejscu kolaborujący z Gestapo Żydzi sprzedawali za grube pieniądze swoich rodaków.

    Archiwum

    Tak się składa, że warszawska redakcja tygodnika "Niedziela", w której pracuje, mieści się w dawnym budynku Hotelu Polskiego. Podczas II wojny światowej wydarzyła sie tu straszna i bolesna historia dla narodu Żydowskiego, bo w aferę Hotelu Polskiego zamieszani byli dwaj żydowscy kolaboranci Gestapo – Leon „Lolek” Skosowski i Adam Żurawin.

    Zgodnie z zabiegami dyplomatów ze Szwajcarii i USA, części Żydów z getta warszawskiego zezwolono wydać paszporty, żeby mogli wyemigrować do Ameryki Południowej. Przesłane na przełomie 1942 i 1943 roku dokumenty nie trafiły jednak do ich właścicieli, a do rąk Skosowskiego i Żurawina. Sprzedawali ukrywającym się Żydom paszporty, których cena dochodziła nawet kilkuset tysięcy złotych za sztukę. Chętnych nie brakowało. Żydzi, którym udało się zakupić paszport, zostali internowani w Hotelu Polskim przy ulicy Długiej 29 w Warszawie. Oczywiście wszystko odbywało się pod bacznym okiem Niemców, którzy pewnie także czerpali profity z tego zyskownego procederu. Wiosną 1943 r. urządzili nalot na Hotel Polski i prawie wszystkich rozstrzelano. Później to miejsce traktowano jako pułapkę warszawskiego gestapo, które w ten sposób wywabiało Żydów z kryjówek po aryjskiej stronie, by ich zamordować w obozach zagłady.

    Według Żydowskiego Instytutu Historycznego spośród ponad 2500 Żydów, którzy zgłosili się na Długą, przeżyło zaledwie 260 osób. "Lolkiem" i jego zbrodniczą działalnością zajęła się Armia Krajowa. Leon Skosowski został zabity 1 listopada 1943 roku przez żołnierzy kontrwywiadu Okręgu Warszawskiego AK. Tego dnia do Gospody Warszawskiej przy Nowogrodzkiej o godzinie 17-tej wkroczyło czterech żołnierzy polskiego podziemia uzbrojonych w pistolety i granaty. Zebranym kazano podnieść ręce do góry, a Lolka Skosowskiego zastrzelił podchorąży „Janusz”. Strzelał z bliska – AK chciało mieć pewność, że zlikwidowano tego groźnego agenta Gestapo.

    Takich historii, gdy Żydzi współpracowali ze swoimi oprawcami można znaleźć więcej. Parafrazując skandaliczne słowa premiera Izraela Benjamina Netanjahu wypadałoby zapytać: Czy naród żydowski współpracował z nazistami? Odpowiedź jest oczywista. Naród Żydowski był ofiarą, a nie oprawcą, choć tak jak w każdym narodzie zdarzały się czarne charaktery. To nie Polacy, ani nie Żydzi byli oprawcami i zbrodniarzami w czasie II wojny świtowej. Oba narody były ofiarami zbrodniczego niemieckiego nazizmu. Oczywiście Żydzi byli brutalniej traktowani przez Niemców, ale nie jest to w żadnym wypadku wina narodu polskiego.

    Przykład Hotelu Polskiego bardzo dobitnie ukazuje sytuację, jak polska Armia Krajowa wkracza do akcji, aby bronić Żydów przed Żydami. "W związku z ustaleniem tego ohydnego zbrodniczego procederu [afera hotelu Polskiego], szef kontrwywiadu AK Okręgu Warszawa, kpt. Bolesław Kozubowski, uzyskał od płk. Chruściela, późniejszego dowódcy Powstania Warszawskiego, zgodę na natychmiastowe zlikwidowanie całej szajki bez oczekiwania na wyrok sądowy, aby ratować jak największą liczbę kandydatów na tak organizowany przez Skosowskiego wyjazd do obozów zagłady" - czytamy we wspomnieniach podporucznika AK Janusza Cywińskiego ps. "Janusz", który wykonał wyrok na Skosowskim.

    Kilkadziesiąt metrów od Hotelu Polskiego jest maleńka uliczka im. Bohaterów Getta. Często widzę tam kręcące się wycieczki z Izraela. Dlaczego nie widzę takich wycieczek stojących przed Hotelem Polskim? Przecież to miejsce mogłoby być ważną dla narodu Żydowskiego lekcją historii. Pewne jest także, że taka lekcja bardzo przydałby się premierowi Izraela.

    CZYTAJ DALEJ

    Reklama

    Tę wspólnotę miał na myśli papież, gdy mówił o wykorzystywaniu zakonnic

    2019-02-18 20:52

    pb (KAI/freres-saint-jean.org/VaticanNews), st / Lyon

    W czasie lotu z Abu Zabi do Rzymu 5 lutego papież Franciszek odpowiedział na pytanie o wykorzystywanie seksualne zakonnic przez niektórych duchownych. Przyznał, że takie zjawisko istnieje i że „z tego powodu paru księży zostało usuniętych” z kapłaństwa, a nawet rozwiązano pewne żeńskie zgromadzenie zakonne.

    wikipedia.com
    O. Marie-Dominique Philippe, 2005 r.

    Dyrektor ad interim Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej Alessandro Gisotti wyjaśnił później, że papież miał na myśli francuski Instytut Sióstr św. Jana i św. Dominika, wywodzący się spośród byłych członkiń żeńskiej gałęzi kontemplacyjnej Wspólnoty św. Jana. Jej założyciel, o. Marie-Dominique Philippe już po swej śmierci w 2006 r. został oskarżony o zachowania sprzeczne z czystością, jakich miał się dopuścić wobec sióstr. Poinformował o tym - „z własnej inicjatywy” - w 2013 r. ówczesny przeor generalny Braci św. Jana.

    Założyciel

    Marie-Dominique Philippe urodził się w 1912 r. w Cysoing na północy Francji jako ósme z dwanaściorga dzieci, z których siedmioro wybrało życie zakonne (w tym znany w Polsce o. Thomas Philippe OP, współzałożyciel wspólnot Arki). W 1930 r. wstąpił do zakonu dominikanów, a w 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie. W latach 1939-45 i 1951-62 wykładał filozofię i teologię w Le Saulchoir (znanym dominikańskim domu studiów prowincji paryskiej), zaś w latach 1945-82 na uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim.

    Wokół o. Philippe skupiła się grupa studentów pragnących jedności między nauczanymi prawdami i osobistym życiem nauczającego. 8 grudnia 1975 r. w cysterskim opactwie Lérins we Francji, w trakcie głoszonych przez niego rekolekcji, zawiązała się wspólnota braci. Reguła wspólnoty, której patronowała francuska mistyczka Marta Robin, została oparta na Ewangelii św. Jana.

    O. Philippe był cenionym rekolekcjonistą dla księży i osób konsekrowanych. W domu Marty Robin przez 17 lat prowadził także rekolekcje dla członków powołanych przez nią Ognisk Miłości. W 1981 r. Wspólnota św. Jana osiadła w Burgundii. Po roku powstało zgromadzenie sióstr kontemplacyjnych, dwa lata później zgromadzenie sióstr apostolskich. Dziś około 550 braci oraz 300 sióstr kontemplacyjnych i apostolskich żyje w kilkudziesięciu domach zakonnych na całym świecie.

    Cechą charakterystyczną Wspólnoty jest poszukiwanie prawdy poprzez studiowanie filozofii i teologii. Szczególne miejsce zajmują tu myśl św. Tomasza z Akwinu i metafizyka. Wspólnota nie ma ukierunkowanego charyzmatu apostolskiego - pragnie służyć Kościołowi modlitwą i poszukiwaniem prawdy, a dzieła apostolskie podejmuje w zależności od lokalnych potrzeb. Np. we Francji bracia i siostry pracują wśród narkomanów, w Wilnie zajmują się formacją w diecezjalnym seminarium duchownym, a w Bukareszcie organizują opiekę nad tzw. dziećmi ulicy.

    Wokół zgromadzeń skupiają się też świeccy sympatycy duchowości św. Jana: oblaci, którzy przyrzekają żyć zgodnie z radami ewangelicznymi: ubóstwem, czystością i posłuszeństwem na tyle, na ile stan i obowiązki im pozwolą - inaczej wygląda życie małżonków, ludzi wolnych, czy osób w podeszłym wieku. Wraz z braćmi i siostrami tworzą oni Rodzinę św. Jana.

    Kryzysy

    Do pierwszego kryzysu doszło w męskiej gałęzi Wspólnoty. Pojawiały się zarzuty o presję psychologiczną, zrywanie więzi z rodziną, brak opieki medycznej, metody formacyjne właściwe sektom, co przełożeni kategorycznie odrzucali. Jednak w 2000 r. bp Raymond Séguy, ówczesny ordynariusz Autun, pod którego władzą znajdował się instytut, wyraził zaniepokojenie zmęczeniem fizycznym i moralnym braci, wyczerpaniem, zachowaniami sprzecznymi z życiem chrześcijańskim i religijnym. Skłoniło to Stolicę Apostolską do mianowania trzech asystentów, którzy mieli doradzać i pomagać w kierowaniu Wspólnotą.

    W 2009 r. doszło do kryzysu w żeńskiej gałęzi kontemplacyjnej Wspólnoty. Według samych sióstr, problemy dotyczyły zarządzania oraz różnic poglądów na temat powołania, co zakłócało ich jedność. Z tego powodu kard. Philippe Barbarin z Lyonu, któremu siostry podlegały, zwolnił z funkcji przeoryszy generalnej s. Alix Parmentier, która współpracowała z o. Philippe przy zakładaniu instytutu sióstr kontemplacyjnych i od 1982 r. nim kierowała. Po uzgodnieniu z watykańską Kongregacją ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego kard. Barbarin mianował nową przełożoną generalną. Decyzji tych nie zaakceptowała jednak część (ponad 30) sióstr, które postanowiły opuścić zgromadzenie.

    W związku z tym kongregacja mianowała komisarza, którego władza jest taka jak przełożonej generalnej. Został nim bp Jean Bonfils z Nicei, którego zadaniem było przywrócenie zgromadzeniu jedności. Kongregacja nakazała też, aby cztery siostry z dawnej rady generalnej, w tym s. Alix, nie wywierały wpływu na resztę zgromadzenia.

    Zdaniem bp. Bonfilsa, zgromadzenie sióstr kontemplacyjnych św. Jana przeżywało kryzys wzrostu, co jest typowe dla każdego zakonu, który po okresie fundacji musi przejść do fazy instytucjonalizacji. Tłumaczył, że s. Alix jest już w wieku, w którym powinna ustąpić ze stanowiska, tym bardziej, że Kodeks Prawa Kanonicznego przewiduje, że przełożeni nie powinni zbyt długo rządzić bez przerwy. Hierarcha podkreślał, że siostry powinny też uzgodnić między sobą, jaki jest charyzmat ich instytutu. Konieczne jest odnalezienie równowagi między czasem poświęcanym na modlitwę, studia biblijne i teologiczne, samotność, życie liturgiczne, wspólnotowe, pracę ręczną czy odpoczynek. Wspólnota św. Jana należała do najbardziej dynamicznie rozwijających się nowych gałęzi życia zakonnego. Wielokrotnie jednak rodzice młodych sióstr, czy też byłe zakonnice, które opuściły zgromadzenie, wskazywały na trudności: nadmierne obciążanie pracą najmłodszych sióstr czy problemy związane ze zdrowiem fizycznym i psychicznym.

    W 2011 r. nowym komisarzem został bp Henri Brincard z Puy-en-Velay. Rok później siostry, które opuściły zgromadzenie, założyły w Kordowie w Hiszpanii Instytut Sióstr św. Jana i św. Dominika. Dołączyło do nich 70 nowicjuszek z dotychczasowej żeńskiej gałęzi kontemplacyjnej. Jednak w styczniu 2013 r. papież Benedykt XVI rozwiązał instytut. W 2014 r., w porozumieniu ze Stolicą Apostolską, bp Brincard zaproponował siostrom, które opuściły Wspólnotę św. Jana, by stworzyły stowarzyszenie wiernych, które w przyszłości stanie się wspólnotą zakonną, pod warunkiem wykluczenia z niego wspomnianych wcześniej czterech sióstr z rady generalnej. W sierpniu 2014 r. powstała w diecezji San Sebastian wspólnota Maria Stella Matutina (Maryi Gwiazdy Zarannej). W lutym 2016 r. zmarła s. Alix Parmentier.

    Zarzuty

    W międzyczasie, w 2013 r. przeor generalny o. Thomas Joachim poinformował swych współbraci o istnieniu świadectw nt. uchybień w dziedzinie czystości w życiu założyciela Wspólnoty. O. Marie-Dominique Philippe miał się ich dopuścić wobec kobiet, których był kierownikiem duchowym.

    List do wszystkich braci Wspólnoty powstał w wyniku kapituły generalnej, jaka odbyła się w dniach 9-29 kwietnia 2013 r. Przyznając, że postać założyciela była dotychczas poddawana „pewnej idealizacji”, o. Joachim ujawnił, że podczas kapituły wspomniał o „świadectwach zgodnych i wiarygodnych w oczach tych, którzy mieli do nich dostęp (władz kościelnych i naszego zgromadzenia, w tym mnie), mówiących, że o. Philippe czasem podejmował działania sprzeczne z czystością wobec dorosłych kobiet, którym towarzyszył”. Według rzecznika Wspólnoty, br. Renaud-Marie, sprawa dotyczyła od pięciu do dziesięciu przypadków, wśród których nie było jednak stosunku płciowego.

    O. Joachim dodał, że o. Philippe pozostaje założycielem Wspólnot i przyznał, że sam wiele mu zawdzięcza, w tym formację filozoficzną i teologiczną. „Moja wdzięczność pozostaje nienaruszona. Umiejmy wszyscy zachować tę wdzięczność za to, co otrzymaliśmy od niego, bardziej uświadamiając sobie charyzmat, którego był narzędziem, i czuwajmy nad swoim życiem, aby się bardziej uświęcać” - napisał przeor.

    Wyjaśnienie

    Po wypowiedzi papieża Franciszka i sprecyzowaniu jej przez Gisottiego, przeor generalny braci oraz przeorysze generalne sióstr kontemplacyjnych i sióstr apostolskich ogłosili 7 lutego br. w internecie list, w którym wyrazili głębokie współczucie „kobietom, które wielkodusznie ofiarując swe życie Bogu, stały się ofiarami” nadużyć, a także zapewniając o zaangażowaniu w walkę z nadużyciami „w komunii z papieżem Franciszkiem”.

    - Rodzina św. Jana potępia nadużycia seksualne i nadużycia władzy swego założyciela, stwierdzone na podstawie zgodnych świadectw. Wśród kobiet-ofiar tych nadużyć znajdowały się siostry. Zgodne świadectwa sióstr i byłych sióstr mówią także o nadużyciach popełnionych w przeszłości przez braci. Zostały już na nich nałożone sankcje, a w [kolejnych] przypadkach trwają procedury. Władze Braci św. Jana są zdecydowane, by każdy przypadek nadużyć był potraktowany zgodnie z wytycznymi Kościoła katolickiego i prawa cywilnego - zapewnili przełożeni Wspólnoty.

    Podkreślili, że od kilku lat bracia podejmują liczne działania, mające na celu zapobieganie sytuacjom nadużyć i zajmowanie się nimi: ulepszenie rozeznawania powołaniowego, formowanie dojrzałości uczuciowej braci, wprowadzenie procedur (zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską), obejmujących m.in. przekazywanie informacji organom sądowym, stworzenie komisji (w skład której weszli także świeccy), mającej badać świadectwa, zeznania i skargi dotyczące nadużyć.

    Ponadto 80 sióstr, z których obecnie składa się żeńska gałąź kontemplacyjna, podporządkowało się decyzjom władz kościelnych podjętym w 2009 r. i wprowadziło wówczas żądane reformy, „dotyczące zarządzania i wpływu”. - Siostry św. Jana nigdy nie zostały rozwiązane - zaznaczyli przełożeni. Natomiast w 2014 r. papież Franciszek ostatecznie wykluczył z życia zakonnego „cztery byłe odpowiedzialne, które sprzeciwiały się decyzjom podjętym przez władze kościelne i promowały rozłam”. Zarówno siostry, jak i bracia św. Jana od kilku lat „podejmują pracę nad odbudową [Wspólnoty] i naprawą tego, co powinno być poprawione, w pełnej współpracy z Rzymem i z pomocą podmiotów zewnętrznych”.

    Osoby, które były ofiarami nadużyć ze strony członków Rodziny św. Jana mogą pisać do Komisji SOS Nadużycia, powołanej przez Wspólnotę, na adres: sos.abus@stjean.com lub na adres otwarty przez Konferencję Biskupów Francji: paroledevictimes@cef.fr.

    CZYTAJ DALEJ

    Reklama

    Reklama

    Najczęściej czytane

    W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
    Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

    Rozumiem