Reklama

Nie chcemy być na marginesie

2018-10-10 11:16

Rozmawia Paweł Nowicki
Niedziela Ogólnopolska 41/2018, str. V

Paweł Nowicki: – Czym jest Zjednoczenie Chrześcijańskich Rodzin?

Dr Bogusław Rogalski: – Zjednoczenie Chrześcijańskich Rodzin jest odpowiedzią na coraz bardziej widoczne w życiu publicznym spychanie chrześcijan na margines, lekceważenie, ośmieszanie, a nawet zwalczanie wartości chrześcijańskich w przestrzeni publicznej. Chcemy to zmienić przez aktywny udział katolików, a mówiąc szerzej – chrześcijan, w życiu publicznym, zwłaszcza politycznym. Najwyższy czas, by katolicy przestali być bierni. Idziemy za głosem kard. Roberta Saraha, który wezwał katolików do wyjścia z katakumb, do których zostali zepchnięci przez lewicowo-liberalne środowiska i media. Musimy odważnie bronić naszego świata wartości, który jest istotą polskości, na którym została zbudowana nasza Ojczyzna.

– Na jakich wartościach opieracie swoją działalność?

- Wzorem jest dla nas założony przez ks. inf. Ireneusza Skubisia Ruch „Europa Christi”, postulujący powrót do korzeni, do wartości chrześcijańskich, jako antidotum na postępującą ateizację i islamizację. Naszą działalność opieramy na czterech bezkompromisowych filarach na: obronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci, ochronie rodziny i małżeństwa rozumianego jako związek kobiety i mężczyzny, odważnym sprzeciwie wobec związków homoseksualnych i ideologii gender oraz na przeciwstawieniu się nowej islamizacji, która staje się śmiertelnym zagrożeniem dla Europy. Żyjemy w czasach, gdy potrzebni są wśród świeckich odważni rycerze Chrystusa, nowi krzyżowcy, gotowi bronić tego, co święte, dziedzictwa ostatnich dwóch tysięcy lat, które jest w Europie brutalnie zwalczane. Wici zostały rozpuszczone, powstało Zjednoczenie Chrześcijańskich Rodzin. Polskę i Europę da się jeszcze uratować.

Dr Bogusław Rogalski
Prezes Zjednoczenia Chrześcijańskich Rodzin, europoseł w latach 2004 – 2009, doradca EKR w Parlamencie Europejskim

Tagi:
grupa Europa Christi

Każdy facet jest liderem

2018-02-14 11:09

Dominika Szymańska
Edycja łódzka 7/2018, str. IV

Dominika Szymańska: – Od stycznia tego roku rozpoczęliście cykl spotkań dla mężczyzn.

Jakub Mlost: – W tej chwili jest nas ok. 50 osób i spotykamy się w środy, co dwa tygodnie, przy duszpasterstwie akademickim „Piątka”. Opiekunem naszej grupy jest ks. Przemysław Góra. Przekrój wiekowy to jakieś 20-40 lat.
Zaczęliśmy w styczniu spotkaniem z ks. Mirosławem Jajko i Alkiem Betą, którego tematem przewodnim były decyzje. Cały cykl formacji wpisuje się w życie św. Józefa. Bardzo niewiele informacji znajdziemy o nim w Piśmie Świętym, ale te fragmenty, w których św. Józef się pojawia, ukazują jego postawę wobec tych właśnie zadań. Do końca tego roku poruszymy jeszcze takie tematy jak: małżeństwo, odpowiedzialność, słuchanie Boga, człowiek czynu i codzienność.

– Skąd w ogóle wziął się ten pomysł?

– W listopadzie ub.r. miało miejsce pierwsze Męskie Oblężenie Jasnej Góry. Wzięło w nim udział ok. 5 tys. mężczyzn z całej Polski. Pomyślałem wtedy: „Panie Boże, nie mam na to czasu, ale chcę to zrobić”. Jednocześnie spotkaliśmy się z Alkiem przy okazji Forum Charyzmatycznego (Forum Charyzmatyczne nt. kobiecości i męskości organizowane przez wspólnotę Mocni w Duchu odbyło się w październiku 2017 r. – przyp. red.) i – rozmawiając u niego w mieszkaniu – stwierdziliśmy, że owszem istniały już, także w Łodzi, podobne inicjatywy, ale brakuje grupy takiej prawdziwie żyjącej. Niemożliwym jest też, żeby w 700-tysięcznym mieście była tylko jedna taka wspólnota. Niech tam będzie nawet 1000 osób. Chwała Bogu za nich. Tylko co z pozostałymi, którzy widzą, że to nie do końca jest ich miejsce?


Aleksander Beta: – Ja z kolei, po moim nawróceniu, szukałem obrazu Pana Boga – Wojownika. I zacząłem Go odnajdywać w duchowości św. Józefa i w duchowości ignacjańskiej. Obaj z Kubą podejmowaliśmy różne inicjatywy, z których niewiele wynikało. Brakowało osób, które chciałyby się w to mocniej zaangażować. Mamy takie doświadczenie, że żeby powstało jakieś wielkie dzieło, trzeba się parę razy przejechać, coś musi nie wyjść. Początki są trudne.
Oczywiście, że istnieją już grupy i robią naprawdę dużo dobrego. Z reguły są one jednak skierowane do mężczyzn w średnim wieku, którzy mają swoje rodziny, albo do studentów. Chcieliśmy wypełnić tę lukę. Staramy się czerpać ze wzorców, które już działają. Ogromną inspirację stanowiły dla mnie spotkania „Only for men” w Lądku organizowane przez ks. Dominika Chmielewskiego. W pewnym momencie stwierdziłem: „Panie Boże, oddaję Ci moje ręce i stwórz coś z tego. Ja jestem nieudolnym narzędziem, ale wierzę, że możesz coś z tego zrobić”. Wtedy właśnie spotkaliśmy się z Kubą i zaczęło powstawać coś nowego.

– Dlaczego mężczyźni „giną” w Kościele?


J.M.: – Jest nawet taka książka „Dlaczego mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła”. Powtórzę za Donaldem Turbittem – założycielem Mężczyzn św. Józefa: przychodzisz do kościoła i pieśni w zasadzie są dostosowane do kobiet, mężczyźni, jeśli gdzieś stoją, to tylko pod chórem albo w ogóle poza kościołem. We wspólnotach widoczne są głównie kobiety, to one prowadzą spotkania itd. Niestety, ale jeśli facet nie musi się wysilać, to nic się nie zmieni. Gdy byliśmy na Jasnej Górze w pewnym momencie w czasie uwielbienia pojawił się taki spontaniczny śpiew. „Jezu, przyjdź do mego serca, przyjdź uwolnij mnie” – śpiewało 5 tys. chłopa wypełniając całą bazylikę. To naprawdę jest zupełnie inne doświadczenie niż zazwyczaj w czasie Mszy św. Dlatego mężczyźni potrzebują też spotykać się tylko we własnym gronie.
Mężczyzna potrafi porozmawiać o swoich problemach z drugim facetem, ale często to się dzieje przy wódce, przy piwie. Albo nie mówi o swoich problemach dopóki ich sam nie rozwiąże. Tymczasem później okazuje się, że jeśli jednak podzielisz się tym, możesz zobaczyć, że nie jesteś z tym sam. I okazuje się, że jeden drugiemu może pomóc.

– To czego tak naprawdę brakuje mężczyznom w Kościele „żeńsko-katolickim”?


J.M.: (długa cisza) – Często wyzwań... Chyba.
A.B.: – Facet musi mieć konkret. Musi mieć zadanie i misję do realizacji. Jesteśmy wąskotorowi. Jeśli już mamy ten cel, coś, co nas pociągnie, to idziemy i działamy pełną parą. To się też wiąże z moim poszukiwaniem Pana Boga.
Gdzieś do 20. roku życia Kościół kojarzył mi się bardziej ze słabością i chłopcem do bicia niż z męstwem i z żywą wiarą. Większość mężczyzn naprawdę ma taki obraz Kościoła. Musiałem się sporo nachodzić, żeby odkryć prawdziwy obraz Boga. Trenuję judo i zasady obowiązujące w sporcie przełożyłem sobie na wiarę. Skoro trenując judo, robię to na 100 proc., wkładam w to serce, pasję, zaangażowanie, czas, trenując dwa, trzy razy dziennie, i to przynosi sukces, to podobnie musi być też z Bogiem. To jest ta zadaniowość i cel. Stwierdziłem: „Panie Boże, daję Ci czas określony, chcę Cię poznać, ale wchodzę w to «na maksa». Nie, że widzimy się w niedzielę, a potem cześć i mnie nie ma. Chcę Cię poznać naprawdę”. Potem, czytając Pismo Święte, zacząłem odkrywać coraz bardziej, że Pan jest mocny, że wiara to rzeczywiście zmaganie, walka, wytrwanie w codzienności. I bardzo za tym głosem poszedłem.
J.M.: – Może dlatego jest nas tak mało, że nawet jeśli należysz do jakiejś grupy, to najczęściej polega to na tym, że przychodzisz, słuchasz i wychodzisz. Rzadko jest formacja lub jakiekolwiek działanie w codzienności. Albo jeździmy na jakieś rekolekcje, konferencje. I żyjemy od spotkania do spotkania. Potem wracamy do codzienności i nic to nie zmienia. Bez sensu, ale ja tak żyłem. Dopiero kiedy stwierdziłem, że chcę wziąć jakąś odpowiedzialność, zaczęło się coś dziać. Dlatego, że poszła za tym jakaś decyzja. Coraz bardziej widzę, że potrzeba żebyśmy pracowali pomiędzy spotkaniami.

– A dlaczego szukacie liderów?


A.B.: – Żeby zapalać kolejne osoby. To jest to, co mówił Jezus, my mamy łowić ludzi, a oni mają łowić kolejnych.
J.M.: – To nie jest tak, że każdemu z nich powiemy dokładnie, co oni mają robić. Bardziej chodzi o to, żeby uruchomić w nich to, co Bóg już od dawna w nich złożył. Celem jest to, żeby każdy facet wziął odpowiedzialność za to w czym jest. Czy w pracy, czy w rodzinie, czy na studiach...

– To znaczy, że każdy facet jest liderem?


– A nie jest? Innymi słowy, często nie jest, ale ma wpisane w swoją tożsamość to, żeby nim być.
A.B.: – Dla mnie lider to nie jest ktoś, kto daje innym odczuć swoją władz
J.M.: – Ostatnio Bill Moyer stwierdził: „Facet to nie jest ktoś, kto popycha, np. mówi idźcie do kościoła, a sam zostaje w domu, bo musi się wyspać. On po prostu idzie. Pociąga swoim przykładem”. Ale nie na siłę. Zawsze widać, czy ktoś jest prawdziwym liderem, czy tylko stawia się na takiej pozycji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież Franciszek modlił się przy grobie Jana Pawła II

2018-10-22 14:35

st (KAI) / Watykan

Papież Franciszek udał się dziś w południe do bazyliki watykańskiej i modlił się przy grobie Jana Pawła II w kaplicy św. Sebastiana – donosi agencja I-Media.

Radio Watykańskie

Ojciec Święty kanonizował Jana Pawła II przed czterema laty, 27 kwietnia 2014 roku. To Papież –Polak mianował o. Jorge Bergoglio SJ biskupem pomocniczym Buenos Aires 20 maja 1992 roku, a pięć lat później arcybiskupem -koadiutorem stolicy Argentyny i w 1998 roku ordynariuszem Buenos Aires. Z jego rąk otrzymał także biret kardynalski 21 lutego 2001 roku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

W wieluńskim Domu Kultury zabrzmiała muzyka cerkiewna

2018-10-22 18:39

Zofia Białas

Wieluń w czasie zaborów - miasto przygraniczne - nie mogło nie mieć cerkwi, skoro stacjonował tu garnizon wojska rosyjskiego, Brygada Straży Granicznej i działały urzędy zaborczej administracji rosyjskiej. Pierwsza cerkiew p.w. św. Włodzimierza istniała od 1852 r. przy ulicy Palestranckiej. Ze względu na swoją małość nie zabezpieczała potrzeb licznej rzeszy oficerów rosyjskich. O budowę większej cerkwi od 1898 roku zabiegali oficerowie wieluńskiej Brygady Straży Granicznej. Nową cerkiew p.w. Przenajświętszej Bogarodzicy Maryi wzniesiono w latach 1901 – 1902 na terenie ogrodu spacerowego przy ulicy Krakowskie Przedmieście. Od 1914 cerkiew stała opustoszała. W 1934 r. została wykupiona przez Sejmik Powiatowy na potrzebę muzeum regionalnego. Budynek przystosowano do potrzeb muzeum. Po II wojnie swoją siedzibę miał tu Powiatowy Dom Kultury Związków Zawodowych, od 1977 roku Wieluński Dom Kultury.

Zofia Białas

Tę krótką historię przedstawiła Zofia Spaleniak, pracownik Wieluńskiego Domu Kultury, zapraszając z Elżbietą Kalińską, burmistrzem Pawłem Okrasą i Anną Macińską do wysłuchania koncertu muzyki cerkiewnej w wykonaniu chóru Oktoich i obejrzenia poplenerowej wystawy „Oblicze Chrystusa w ikonie”.

Chór Oktoich pod kierunkiem Grzegorza Cebulskiego, polskiego księdza prawosławnego, przybył z Wrocławia do Wieluńskiego Domu Kultury, dawnej cerkwi, w ramach podsumowania realizacji projektu „Poszukiwanie korzeni. Wielokulturowe warsztaty artystyczne” dofinansowane ze środków Ministerstwa kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – wystawa poplenerowa „Oblicze Chrystusa w ikonie”. Realizując projekt, mówiła Zofia Spaleniak, mieliśmy na celu wspieranie dialogu i otwartości na drugiego człowieka bez względu na jego pochodzenie, status społeczny i wyznanie, dlatego dziś, w tych murach, wspominamy wszystkich tych, którzy tu modlili się pieśnią w języku staro – cerkiewno – słowiańskim. Dziś, po wielu latach znów zabrzmi muzyka cerkiewna, a koncert przygotował zespół Oktoich.

Wszyscy, którzy przybyli na otwarcie wystawy poplenerowej wysłuchali hymnów (stałe części liturgii kościoła prawosławnego). Wysłuchano Nieszporów, Jutrzni, Powieczerza. Były też fragmenty Psalmów 149 i 150, Hymn komunijny z Supraśla (tu wieluńskie Akwarelki tworzyły swoje ikony) i ostatni hymn mówiący o prośbie dobrego łotra (błagorozumnyj) „Jezu wspomnij na mnie, gdy będziesz w swoim Królestwie”.

Naszą obecność w tym miejscu, mówił prowadzący koncert ks. Grzegorz Cebulski, traktujemy, jako modlitwę. W tym miejscu, w tym kościele konsekrowanym w 1902 roku, być może, w roku 1932 lub 1934, była sprawowana ostatnia liturgia. To zobowiązuje. Przez tę modlitwę oczyszczamy swoje dusze, ogołacamy się z naszej pychy, zarozumialstwa, intelektu i wierzymy, że jedyną Drogą, Prawdą i Życiem jest Chrystus, a dała nam Go błogosławiona Maryja Dziewica, Matka, którą podarował nam z Krzyża, usynawiając św. Jana. Chrystus pozostawił nam Kościół Święty, nie religię. Nie obiecywał nam szczęścia (szczęście jest egoistyczne), lecz swoje błogosławieństwo i wejście do swojego Królestwa, jeśli będziemy mieli w zapasie wiele dobrych uczynków, o których mówi 8 błogosławieństw (w liturgii prawosławnej 9), będących uzupełnieniem Dekalogu. Jeśli po tej modlitwie w domu kultury (dawnej cerkwi) wyjdziemy o drobinę lepsi będzie znaczyło, że umieliśmy się modlić w czasie, kiedy tak wielu nie potrafi się modlić, a nasz zespół spełnił swoją misję ewangelizacyjną.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem