Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Ignacy Jan Paderewski

2018-10-24 10:41

Grzegorz Gadacz
Niedziela Ogólnopolska 43/2018, str. 34

Narodowe Archiwum Cyfrowe
Ignacy Jan Paderewski (1860 – 1941)

Urodził się w Kuryłówce na Podolu. Jego ojciec był administratorem majątków ziemskich, matka była córką polskiego zesłańca.

Już jako dziecko przejawiał uzdolnienia muzyczne, a gry na fortepianie nauczył się na starym rodzinnym instrumencie. Studia muzyczne ukończył w Instytucie Muzycznym w Warszawie, a następnie doskonalił swój warsztat pianistyczny i kompozytorski w Berlinie i Wiedniu. Pobyt za granicą sfinansowała mu Helena Modrzejewska, zafascynowana jego talentem.

Pierwszy sukces odniósł już podczas debiutu scenicznego w 1887 r., a w 1888 r. dał pierwszy koncert w Paryżu. Koncertował też przed brytyjską królową Wiktorią. W latach 1891-92 odbywał tournée po Stanach Zjednoczonych, po którym na stałe zamieszkał w tym kraju. Jego kariera nabrała tempa, dużo podróżował po świecie, stał się niezwykle popularnym artystą. Ogromny majątek, który zgromadził, w dużej mierze przeznaczał na działalność charytatywną, a także pomoc rodakom.

Reklama

W 500. rocznicę bitwy pod Grunwaldem ufundował w Krakowie pomnik Władysława Jagiełły. Uroczyste odsłonięcie monumentu stało się okazją do wielkiej patriotycznej demonstracji. Paderewski porwał zebranych pełnym pasji przemówieniem. Okazało się, że jest równie znakomitym mówcą jak artystą.

W czasie I wojny światowej, dla sprawy polskiej, zawiesił na kilka lat koncertowanie i poświęcił się w pełni działalności dyplomatycznej. Został amerykańskim reprezentantem Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, wspólnie z Henrykiem Sienkiewiczem założył w Vevey Szwajcarski Komitet Generalny Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. Wykorzystując swoje znajomości wśród amerykańskich polityków, doprowadził do tego, że prezydent USA Thomas Woodrow Wilson w ogłoszonym w 1917 r. orędziu zawarł punkt dotyczący odbudowy państwa polskiego.

Przyjazd Ignacego Paderewskiego do Poznania w grudniu 1918 r. stał się impulsem do wybuchu zakończonego sukcesem powstania wielkopolskiego.

W styczniu następnego roku artysta i polityk otrzymał od Józefa Piłsudskiego propozycję utworzenia rządu. W trudnym okresie zmagania się o granice i starań o uznanie państwa polskiego na arenie międzynarodowej Ignacy Paderewski był najlepszym kandydatem na to stanowisko. Nie należał do żadnej frakcji politycznej, wyrastał ponad spory i miał pełne prawo odwoływać się do ideałów jedności, poświęcenia i pracy dla wspólnej sprawy.

Jako premier, razem z Romanem Dmowskim, reprezentował Polskę na konferencji pokojowej w Paryżu, zakończonej podpisaniem traktatu wersalskiego. Dał się tam poznać jako sprawny negocjator i dyplomata. W grudniu 1919 r. podał swój rząd do dymisji i powrócił do koncertowania.

Nie wycofał się jednak całkowicie z polityki. Jego szwajcarski dom w Morges stał się kuźnią politycznej myśli i miejscem dyskusji polskich polityków przebywających na emigracji, wśród których byli m.in. Władysław Sikorski, Wojciech Korfanty czy Józef Haller.

Po wybuchu II wojny światowej Paderewski został przewodniczącym Rady Narodowej w Londynie, która stanowiła substytut Sejmu na emigracji. Pod koniec 1940 r. w Stanach Zjednoczonych znów osobiście orędował w sprawie pomocy Europie i pokonania nazizmu.

Ignacy Paderewski zmarł w Nowym Jorku w 1941 r. Prezydent Franklin Delano Roosevelt specjalnym dekretem zezwolił na jego pochówek na Cmentarzu Narodowym w Arlington. Szczątki kompozytora sprowadzono do Polski w 1992 r. i złożono w katedrze św. Jana w Warszawie.

Tagi:
Polska ludzie Polska 100‑lecie niepodległości

Quo vadis Polsko?

2019-02-12 09:21

Ks. Mariusz Sztaba

W dziwnej sytuacji znalazła się Polska od ostatnich parlamentarnych wyborów w 2015 roku. Z jednej strony jesteśmy widoczni i doceniani w świecie m.in. za zrównoważony rozwój gospodarczy, za prospołeczne działania państwa na rzecz rodziny i potrzebujących, czy wreszcie za stabilne bezpieczeństwo.

Jakub Szymczuk/KPRP

Z drugiej strony Polska jest oskarżana przez przedstawicieli Brukseli i totalną opozycję za brak praworządności, tolerancji i demokracji. W przestrzeni publicznej sporo jest mowy nienawiści – obrażania, etykietowania, agresji oraz zwykłego chamstwa. Są pewni ludzie i organizacje, którym zależy na sztucznym podsycaniu „wojny polsko-polskiej”, sianiu niepokoju i tworzeniu wyimaginowanych podziałów oraz problemów.

Tragiczne wydarzenie w Gdańsku sprowokowały pytanie, czy Polacy są w stanie przerwać te spiralę chamstwa oraz słownej - a nawet coraz częściej - fizycznej agresji. Kto to może/powinien to zrobić? Odpowiedź na to pytanie jest zaskakująco prosta. Problem leży w rozumieniu i stylu uprawianiu polityki. Od kilku lat (od ostatnich parlamentarnych wyborów i przegranej koalicji PO-PSL) jesteśmy świadkami ścierania się na polskiej scenie politycznej dwóch wizji rozumienia i uprawiania polityki. Pierwsza wizja związana jest z rozumieniem polityki jako roztropnej troski o dobro wspólne. Druga zaś pojmuje politykę jako walkę o zdobycie i utrzymanie władzy. Problem polega na tym, że wizje te realizowane są w przeciwstawnych obozach politycznych. Partia rządząca optuje za polityką rozumianą jako troska o dobro wspólne, natomiast opozycja realizuje politykę utożsamianą z walką o zdobycie władzy i utrzymanie jej. Ścieranie się tych dwóch wizji polityki generuje problemy - często sztuczne - z którymi borykamy się w kraju i za granicą.

W związku z tą sytuacją, należy odpowiedzieć na podstawowe pytanie: jakiej polityki potrzebuje Polska, która chce być krajem nowoczesnym i liczącym się na arenie międzynarodowej oraz Polacy, którzy chcą zachować swoją narodowość i rodzimą kulturę? Aby wskazać sposób rozwiązania tego problemu, przyjrzymy się obecnie wspomnianym koncepcjom polityki.

Pierwsza z przywołanych wizji polityki ma rodowód klasyczny. Wskazuje ona na potrzebę kierowania się w działalności politycznej roztropnością i troską. Roztropność - jak uczył o. Jacek Woroniecki jest „cnotą dobrze wychowanego sumienia”. Roztropność, to o wiele więcej niż posługiwanie się „czystym”rozumem, który może nieraz być używany pragmatycznie, czy wprost utylitarnie. Roztropność pełni funkcję miary w odniesieniu do wszystkich cnót moralnych człowieka (sprawiedliwości, wstrzemięźliwości, męstwa i innych). Dlatego starożytni nazywali ją auriga virtutum – woźnicą cnót. Poznanie roztropnościowe realizuje się w trzech zasadniczych etapach: a) namysł nad środkami do celu, którego usprawnieniem jest rozwaga; b) rozmysł do wyboru środka najodpowiedniejszego, którego usprawnieniem jest rozsądek, c) nakaz powzięty z chwilą decyzji woli, który roztropności otwiera drogę do realizacji konkretnych celów. Dla własnej skuteczności cnota roztropności wymaga wyćwiczenia i umiejętnego zastosowania jej części składowych, które tworzą: a) pamięć (memoria) – zgromadzone już w uprzednim działaniu doświadczenie, b) pojętność (intelligentia) – polegająca na znajomości obowiązujących zasad moralnych; c) pouczalność (docilitas) – otwartość na rady innych; d) zapobiegliwość (sollertia) – polegająca na szybkiej zdolności znajdowania właściwego środka do celu; e) opatrzność (providentia) – zdolność do przewidywania przyszłości w zakresie środków prowadzących do celu życia; f) oględność (circumspectio) – zdolność pozwalająca dostrzec okoliczności czynu i ujęcia planu działania w konkretnych warunkach; g) ostrożność (cautio) - zdolność polegająca na takim pokierowaniu działaniem, które pozwala uniknąć ewentualnych trudności lub je pokonać; h) rozum (ratio) – zdolność pozwalająca właściwie ujmować to wszystko, co składa się na działanie w zmieniających się okolicznościach.

Pierwsza wizja rozumienia i uprawiania polityki, domaga się od polityka kierowania się zasygnalizowaną przed chwilą cnotą roztropności, a następnie wykazania troski, która jest uczuciem niepokoju wywołanym trudną sytuacją lub przewidywaniem takiej sytuacji, prowadzącym do dbałości o kogoś lub o coś. W przypadku polityki chodzi o troskę o dobro wspólne, którym jest naród oraz ojczyzna i to wszystko, co je stanowi: kultura rozumiana klasycznie (nauka, etyka, sztuka i religia) oraz kraj z jego ziemią i bogactwami, zwyczaje i obyczaje, historia, język, itd.

Jak można zauważyć na podstawie tej krótkiej charakterystyki, tak rozumiana i realizowana polityka służy rozwojowi całego i każdego człowieka, zarówno w jego wymiarze osobistym, jak i społecznym. Liczy się ona z konkretną osobą, ale także z narodem i ojczyzną. Jest ona trudna, bo wymaga zaangażowania rozumu, woli oraz sumienia. Dla skuteczności i owocności potrzebuje ona nieustannego kontaktu z rzeczywistością, to znaczy m.in. z realnymi, a nie wyimaginowanymi potrzebami konkretnego człowieka, rodziny, a nawet całego narodu. Roztropna troska potrzebuje czasu na namysł, atmosfery powagi, konstruktywnego dialogu i współpracy wszystkich. Osłabiają ją natomiast, a w długiej perspektywie niszczą - chaos i pseudoproblemy oraz kreowana atmosfera sztucznego niepokoju i wewnętrznej walki.

Druga wizja polityki związana jest z osobą dyplomaty florenckiego Nicolo Machiavellego (1469–1527), który swoją koncepcję działalności politycznej opisał w dziele pt. Książe. Koncepcja ta ma swoich zwolenników także dzisiaj. Uobecnia się w Europie w trzech postaciach: makiawelizmu, zasady „racji stanu” oraz legalizmu. Istota polityki pojmowanej przez Machiavellego oraz mniej lub bardziej świadomych jego kontynuatorów polega na walce o zdobycie i utrzymanie władzy za wszelką cenę. Kluczowym działaniem w tak rozumianej polityce jest walka. Wpierw jest to walka o władzę z każdym, kto ją posiada, lub do niej dąży. W tej walce nie liczą się argumenty rozumowe, ani żadna troska, ani roztropność, ani dobro wspólne. Najważniejsza jest walka o zdobycie, a później o utrzymanie władzy według zasad - „cel uświęca środki” . W tak realizowanej polityce wszystkie chwyty są dozwolone (np. kolaboracja, donos, mowa nienawiści, sianie społecznego niepokoju, tworzenie atmosfery wojny. itd.), po to, aby walka została wygrana. A skoro polityka jest walką o zdobycie władzy, to przeciwnik polityczny, członek innej partii nie jest partnerem do dyskusji, ale tylko i wyłącznie wrogiem, którego należy zniszczyć rożnymi sposobami i za wszelka cenę.

Dla zakamuflowania, czy może nawet bardziej osłabienia negatywnego wydźwięku tej wizji polityki, często używa się innego jej określenia, mówiąc o polityce jako „sztuce rządzenia państwem”. Politycy chcą rządzić państwem. Analiza tego sformułowania brzmiącego dość sympatycznie wskazuje jednak na jego podstawowe i niebezpieczne w konsekwencji braki. W definicji tej akcent jest położony na państwo, a nie na społeczeństwo, a więc na stronę administracyjno-instytucjonalną, a nie na wspólnotę ludzi. Poza tym, w tej definicji brakuje wyodrębnienia celu: jaki jest cel polityki? Jaki jest nadrzędny cel państwa? Jaki jest cel rządzenia? Ten podstawowy brak stawia pod znakiem zapytania zasadność tej definicji, jak i działalności politycznej bez celu. Chociaż historia pokazuje, że polityka tak definiowana ma swój ukryty cel: jest nim zdobycie, utrzymanie i powiększanie władzy za wszelka cenę! Politycy realizujący tę wizję chcą władzy dla niej samej. Społeczeństwo/naród jest dla nich tylko materiałem, który oni jako władza, urabiają odpowiednio do swojej woli. Na tym polega owa „sztuka”, która jest urabianiem/wytwarzaniem. W tej koncepcji polityki, najważniejsza jest władza i pośrednio struktury, które ją zapewniają – a więc państwo. Władza ma dać prestiż, immunitet, koneksje i finansowe zaplecze. W ten sposób polityk może rozwijać swoją karierę i realizować różne plany. A co z narodem? W tej wizji polityki naród jest nie potrzebny, a nieraz przez swoje tożsamościowe roszczenia i domaganie się szacunku dla swoje historii wprost staje się balastem. Dlatego politycy tej opcji są w stanie zgodzić się na powolną, a w końcu nawet całkowitą utratę suwerenności narodowej, aby tylko istniała struktura państwa zapewniająca im władzę. Z tego też powodu zdolni są do kolaboracji z innymi państwami i organizacjami międzynarodowymi, wyrzekając się własnej historii, tradycji, zwyczajów i obyczajów, zdrowej moralności, suwerenności gospodarczej (wysprzedaż narodowego dóbr i przemysłu), a w końcu politycznej. Ten styl rozumienia i uprawiania polityki jest charakterystyczny również dla populistów (i sezonowych partii), którzy przed i w trakcie kampanii wyborczej obiecują „gruszki na wierzbie”, byle zyskać jak najwięcej wyborców, a w gruncie rzeczy chodzi im tylko o zdobycie, a później utrzymanie władzy, aby realizować swoje partykularne interesy.

Naród polski stoi dziś przed fundamentalną decyzją, ważną dla własnej tożsamości, integralnego rozwoju i ogólnej atmosfery w kraju. Albo opowie się za polityką rozumianą jako roztropna troska o dobro wspólne, którym jest Polska, albo pozwoli na dalsze sianie zamętu, kreowanie sztucznych problemów, epatowanie mową nienawiści, fałszowanie wizerunku Ojczyzny przez tych, którym zależy tylko na zdobyciu i utrzymaniu władzy za wszelka cenę.

Jeżeli chcemy, aby polityka uprawiana w parlamencie, klubach poselskich, partiach, samorządach, była autentycznie roztropną troską o dobro wspólne i tym samym służyła poszczególnemu człowiekowi i całemu narodowi, to zdecydowanie musimy powiedzieć: NIE tym partiom i politykom, którzy działalność polityczną rozumieją tylko jako walkę o zdobycie oraz utrzymanie władzy, nie przedstawiając żadnego realnego i pro rozwojowego programu dla narodu i ojczyzny.

Uprawianie skutecznej polityki rozumianej jak roztropna troska o dobro wspólne wymaga atmosfery namysłu, powagi, współpracy i lojalności oraz zdrowej krytyki (która nie jest tym samym, co krytykanctwo i awanturnictwo). Polityka wrażliwa na poszczególnego człowieka i cały naród musi być w ciągłym kontakcie z rzeczywistością. A to znaczy, że musi być zdolna do ciągłych reform – również w sferze prawa, aby podążało ono za realnymi problemami.

Po owocach poznaje się drzewa, a ludzi po ich słowach, a jeszcze bardziej po ich czynach. Quo vadis Polonia?

ks. Mariusz Sztaba, doktor nauk humanistycznych w dziedzinie pedagogika, pedagog społeczny, członek Towarzystwa Naukowego KUL.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Zmieniły się relacje pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami

2019-02-16 17:29

vaticannews / Jerozolima (KAI)

Administrator apostolski Patriarchatu łacińskiego w Jerozolimie uważa, że wizyta Papieża Franciszka w Abu Zabi miała znaczenie historyczne. Być może dla katolików była to jedna z wielu podróży głowy Kościoła, ale na Bliskim Wschodzie została uznana za wyjątkowe wydarzenie, ponieważ odbyła się w sercu świata islamskiego – stwierdził abp Pierbattista Pizzaballa.

Vatican Media

W wywiadzie udzielonym jednej z niemieckich rozgłośni włoski franciszkanin zauważył, że muzułmanie uważają Papieża za osobę bardzo ważną dla chrześcijan, dlatego fakt, że udał się on na Półwysep Arabski i mówił o znaczeniu ludzkiego braterstwa miał ogromny wpływ na całą społeczność muzułmańską oraz na sposób myślenia ludzi Bliskiego Wschodu.

Hierarcha powiedział, że jego zdaniem historia chrześcijan w Ziemi Świętej, ale również w Europie, jest historią naznaczoną konfliktami pomiędzy różnymi wyznaniami. Potem, na końcu okazywało się, że były to konflikty władzy. Dodał, że dziś większe napięcia występują wewnątrz Kościoła prawosławnego, niż w jego relacji z katolikami. Naszym zadaniem jest zaś podtrzymywanie oraz polepszanie relacji z innymi Kościołami.

Mówiąc o roli katolików w Ziemi Świętej duchowny zaznaczył, że relacje pomiędzy chrześcijanami różnych wyznań znacznie się poprawiły w ostatnim dziesięcioleciu, szczególnie od czasu, od kiedy trwa wojna w Syrii. Zauważył, że do pewnego stopnia jest niestosowne dyskutowanie o miejscach, porach modlitwy czy o status quo miejsc świętych, w czasie, gdy chrześcijanie są zabijani w Syrii oraz Iraku z powodu noszenia krzyżyka na szyi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Częstochowa: posłanie misyjne Moniki Kręgiel do Tajlandii

2019-02-17 21:16

Ks. Mariusz Frukacz

„Miarą sądu i miarą naszego życia jest miłość w prostych gestach, a cóż dopiero powiedzieć, w darze z siebie samego dla innych” - mówił w homilii abp Wacław Depo metropolita częstochowski, który 17 lutego przewodniczył Mszy św. w kościele akademickim pw. św. Ireneusza w Częstochowie. Podczas Mszy św. została posłana na misje do Domu Serca w Bangkoku w Tajlandii wolontariuszka Monika Kręgiel.

Ks. Mariusz Frukacz/Niedziela

„Jesteśmy tu razem na tym posłaniu, aby także ucieszyć się tym, że ktoś od nas z błogosławieństwem Księdza Arcybiskupa leci na drugi kraniec świata” – powiedział na początku Mszy św. ks. Norbert Tomczyk, wikariusz w kościele akademickim w Częstochowie.

W homilii abp Depo podkreślił, że wielki polski poeta Cyprian Kamil Norwid kiedyś odpowiedział na pytanie, jakie słowo w języku polskim oddaje największą tragedię człowieka. - Czy tym słowem może być „niestety”, biblijne „biada”. Norwid odpowiedział, że jest nim słowo „za późno” – podkreślił abp Depo i dodał: „ Póki mamy czas spełnijmy to, co Bóg zamierzył, żeby nie było za późno”.

Zobacz zdjęcia: Częstochowa: posłanie misyjne Moniki Kręgiel do Tajlandii

Metropolita częstochowski przypomniał słowa papieża Franciszka skierowane do młodych całego świata w Panamie: „Wy jesteście teraźniejszością”.

- To dzisiaj trzeba podjąć decyzję. To dzisiaj trzeba się określić. Bo, czy wiemy, że „jutro” należy do nas – mówił metropolita częstochowski.

- Eucharystia jest uobecnieniem tajemnicy obecności Boga. Uobecnieniem Jego Kalwarii i zmartwychwstania. Jezusowe błogosławieństwa obok chrztu w Jordanie stanowią pewien punkt wyjścia dla publicznej działalności Jezusa. Bo przecież w Jordanie Jezus został potwierdzony od samego Ojca – kontynuował arcybiskup nawiązując do tekstu Ewangelii.

- Błogosławieństwa podejmują nie tylko obietnice dane narodowi wybranemu, ale wypełniają je. Jezusowe błogosławieństwa nie mają nic wspólnego z programem wyborczym. Program Ewangelii przyniesiony przez Jezusa szuka dobra konkretnego człowieka. Dla Jezusa to konkretny człowiek jest ubogi, chory, smutny, bezrobotny, czy prześladowany – zaznaczył arcybiskup.

- Miarą sądu i miarą naszego życia jest miłość w prostych gestach, a cóż dopiero powiedzieć, w darze z siebie samego dla innych. Tak, jak dotykamy tajemnicy twojego posłania Moniko, jako konkretnego człowieka, mającego swoją historię, swoje imię wpisane w tajemnicę Kościoła i konkretnej wspólnoty. Od tej pory będziesz wpisywała swoje imię we wspólnotę w odległym krańcu świata – zwrócił się arcybiskup do wolontariuszki misyjnej.

Metropolita częstochowski podkreślił, że „błogosławieństwa Jezusa, to jest On sam. To jest autoportret” - On jest ubogi i płaczący w betlejemskiej stajni. To On jest nieprzyjęty przez swoich. To On od chwili swoich narodzin jest prześladowany i zmuszony do ucieczki razem z Maryją i Józefem do obcego kraju. Jezus przez większą część swojego życia będzie dzielił sytuację ogromnej ilości ludzi prostych. Było to codzienne życie w Nazarecie, bez jakiejś spektakularnej wielkości i cudów. To była po prostu praca rąk przy Józefie – podkreślił arcybiskup.

- Trudna jest w oczach świata Jezusowa konstytucja, czyli On sam. Sprawą zasadniczą w przyjęciu Jego samego jest kryterium wolności, za lub przeciw. Jezus nigdy nie zmuszał do pójścia za sobą – kontynuował abp Depo.

- Krzyż Chrystusa był, jest i będzie próbą wolności, której pozostaje poddany każdy człowiek. Dopiero w świetle Kalwarii możemy dostrzec wyraźnie co to znaczy uwierzyć Jezusowi i opowiedzieć się po Jego stronie. Wiemy, że krzyż nie zamyka historii Jezusa. Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy – podkreślił arcybiskup i dodał na zakończenie: „ Jego konstytucja została potwierdzona krzyżem i zmartwychwstaniem i uczy nas być obecnym w świecie i zwyciężać ten świat swoją wiarą, swoją posługą miłości wobec potrzebujących”.

Podczas Mszy św. Monika Kręgiel złożyła na ręce arcybiskupa przyrzeczenia misyjne. Jako znak posłania na misje otrzymała różaniec i specjalne błogosławieństwo. Posłaniu misyjnemu towarzyszyła również modlitwa św. Franciszka z Asyżu „Uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju”.

Na Mszy św. obecni byli m.in. bliscy Moniki Kręgiel, studenci i przyjaciele wolontariuszki.

Po Mszy św. swoim świadectwem z pracy misyjnej podzieliły się: Magdalena, która była wolontariuszką misyjną w Argentynie i Klaudia, która była w Hondurasie.

Aktualnie na misjach pracuje z archidiecezji częstochowskiej: 11 kapłanów i 2 wolontariuszki misyjne.

Domy Serca - Points Coeur to międzynarodowa, katolicka organizacja pozarządowa, która została założona 4 stycznia 1990 r. we Francji, a której charyzmatem jest współczucie i pocieszenie wobec osamotnionych, ubogich i cierpiących na całym świecie.

W Polsce Domy Serca powstały w 2012 r. i ich celem jest m. in. przygotowanie i posłanie młodych ludzi na roczny lub dwuletni wolontariat misyjny w najbiedniejszych rejonach świata. Domy Serca opierają swoje życie na trzech filarach: modlitwie, życiu wspólnotowym i służbie.

Od 1990 r. ponad 2000 wolontariuszy misyjnych z 34 narodowości, w tym 100 Polaków, uczestniczyło w międzynarodowym wolontariacie misyjnym służąc ludziom w 26 krajach, na 4 kontynentach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem