Reklama

11 listopada 1918 w odsłonach

2018-11-07 08:41

Bogdan Kędziora
Niedziela Ogólnopolska 45/2018, str. 18-19

Wolski Saryusz /ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Rozbrajanie Niemców w Warszawie – plakat „Oddajcie broń!”.

Obraz ziem polskich w tym dniu przypominał, wbrew potocznym skojarzeniom, bardzo zróżnicowaną mozaikę. Wolność krocząca już od przeszło trzech tygodni dotarła tylko do niewielkiej części przedrozbiorowej Rzeczypospolitej

Był poniedziałek 11 listopada 1918 r. W Compiegne we Francji podpisano oczekiwane zawieszenie broni. Niemcy, mimo że żaden żołnierz obcej armii nie postawił nogi na niemieckiej ziemi, a armia niemiecka stała jeszcze we Francji, Belgii, Holandii oraz w głębi pogrążonej w chaosie rewolucyjnym Rosji, przegrywali wojnę, która dla milionów Europejczyków była największym koszmarem, jaki dotychczas przeżyli. Był to także koszmar dla milionów Polaków będących pod okupacją, ginących na polach bitew w służbie zaborców.

Wyspy Niepodległej

4 listopada wolność przyszła na Jasną Górę. Polscy żołnierze przejęli dowództwo nad jasnogórską twierdzą. Nad Jasną Górą załopotała biało-czerwona flaga.

Niepodległością cieszyli się od kilkunastu dni mieszkańcy polskiej części Śląska Cieszyńskiego. W Boguminie, Cieszynie, Skoczowie władzę objęła Cieszyńska Rada Narodowa, czekając na połączenie tych obszarów z Polską. Ponieważ obowiązywało porozumienie z czeskimi organami tymczasowej władzy na tym terenie, na razie panował spokój, choć zbierały się już chmury zapowiadające nadchodzący konflikt, gdyż centralny rząd w Pradze nie pogodził się z warunkami tego porozumienia.

Reklama

Kolejną wyspą wolności była Galicja Zachodnia, w której faktyczną władzę tymczasową sprawowała od prawie dwóch tygodni powstała w Krakowie Polska Komisja Likwidacyjna z Wincentym Witosem na czele. W wielu miastach trwało usuwanie oznak austriackiego panowania. Powiewały już polskie flagi, pojawiały się także polskie orły na budynkach urzędów przejętych po zaborcy. Budowano zalążki polskiej administracji, tworzyło się polskie wojsko.

Od kilku zaledwie dni wolnością cieszyli się mieszkańcy austriackiej okupacji byłego Królestwa Polskiego, czyli Lubelszczyzny. W Lublinie od czterech dni działał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej na czele z Ignacym Daszyńskim, aspirujący do roli pierwszego rządu niepodległej Polski. Ale jednocześnie pojawiło się zagrożenie ze strony zbolszewizowanej Rady Delegatów Robotniczych, która nawoływała do przewrotu rewolucyjnego. Powszechny i bardzo odczuwalny niedostatek materialny, zmęczenie latami okupacji oraz stan tymczasowości i dezorientacji części społeczeństwa stanowiły realne zagrożenie dla pokoju społecznego.

We Lwowie oblężonym przez Ukraińców dzielnie broniła się odcięta od świata grupa polskich patriotów, złożona z ochotników, w tym z młodzieży, oczekująca na pomoc.

11 listopada dotarła do Przemyśla grupa ekspedycyjna majora Juliana Stachiewicza i przystąpiła do zdobywania miasta, co trwało jeszcze kilkanaście dni.

Pospolite ruszenie na obszarze niemieckiej okupacji

Wyraźne przyspieszenie dynamiki wydarzeń w Warszawie i niemieckiej części okupowanego Królestwa związane było z przyjazdem z Magdeburga 10 listopada komendanta Józefa Piłsudskiego, o którego uwolnienie zabiegało wiele środowisk. Wprawdzie już od ponad miesiąca Rada Regencyjna sprawowała władzę jako ośrodek niezależny od Niemiec, tworząc zręby polskiego wojska i administracji, ale w warunkach obecności wojsk niemieckich w stolicy ta suwerenność wydawała się nadal problematyczna. 11 listopada w Warszawie, jak donosiła „Nowa Gazeta”, „po niezwykle ożywionej nocy, rozbrzmiewającej strzałami, turkotem szybko przejeżdżających samochodów wojskowych, nastał mglisty ranek. Ulice zaległy wkrótce gęste tłumy, podniecone i wojownicze. Na miasto wyszły patrole wojska polskiego i milicji. Rozbrajają przechodzących żołnierzy niemieckich i oficerów. Większość z nich oddaje broń dobrowolnie, zdarzają się jednak wypadki oporu. Wtedy zwykle interweniuje tłum, przechylając zawsze zwycięstwo na stronę polską. W paru miejscach doszło do wymiany strzałów, są zabici i ranni”. Zrewoltowani przez propagandę bolszewicką żołnierze armii niemieckiej w stolicy z reguły opuszczali posterunki, sprzedawali broń, a nawet nakładali czerwone opaski i kokardy. Ci, którzy mieli polskie pochodzenie, nakładali biało-czerwone i przechodzili do Polskiej Siły Zbrojnej – formacji podległej Radzie Regencyjnej. Rano Piłsudski udał się do gmachu byłego generała gubernatora (Pałac Namiestnikowski, dziś Pałac Prezydencki), gdzie wygłosił przemówienie do Rady Żołnierskiej, w którym stwierdził: „Naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i nie będzie!”. Zaapelował do żołnierzy, by zachowali spokój i nie prowokowali. Do zgromadzonych pod gmachem rodaków zaapelował o powstrzymanie się od wrogich działań przeciw żołnierzom. Prasa warszawska pisała o Piłsudskim jako o „wodzu narodu”, za którym stoi „murem zaufanie narodu”. Rada Regencyjna po południu, ok. godz. 17, po dłuższej rozmowie z komendantem, zdecydowała o przekazaniu mu władzy wojskowej i zapowiedziała, że po utworzeniu Rządu Narodowego złoży swoją władzę. Wieczorem rząd lubelski podporządkował się Piłsudskiemu, a ten powierzył misję tworzenia nowego Daszyńskiemu. I tu, w Warszawie, za sprawą agitacji skrajnej lewicy spod znaku SDKPiL i PPS-Lewicy, zaczęły się wybory do Rady Delegatów Robotniczych, a więc pojawiło się niebezpieczne widmo rewolucji.

Rozbrajanie żołnierzy niemieckich powtórzyło się w wielu miejscach, m.in. w:  Łodzi, Kaliszu, Łukowie, Siedlcach, Węgrowie, Sokołowie Podlaskim, Sieradzu i innych mniejszych miejscowościach. Towarzyszyło temu zajmowanie budynków publicznych i urzędów. Ogromną rolę odgrywała w tej żywiołowej akcji POW – przez okres wojny tajna armia utworzona na jej początku przez Piłsudskiego. Teraz jej żołnierze przystępowali do zrywania niemieckich napisów, przejmowania magazynów żywności i broni. Nie wszędzie obyło się bez ofiar. W Łodzi zginęło pięciu Polaków. Ale widać było satysfakcję, kiedy na ratuszach miejskich zaczęły powiewać flagi biało-czerwone, „tak rzadko (...) widywane”, a widok Niemców „gremialnie” wyjeżdżających końmi i samochodami napawał radością.

Mobilizacja w oczekiwaniu na wolność

W zaborze pruskim i na Kresach sytuacja była zgoła inna. Na obszarze zaboru pruskiego nadal funkcjonowała niemiecka władza, stacjonowały wojska niemieckie, a losy tych ziem nie były wcale przesądzone, tym bardziej że Prusy jako państwo nie przeżyły głębokiego kryzysu wewnętrznego. Wprawdzie Niemcy stanowili liczebną mniejszość na obszarze Wielkopolski i Górnego Śląska, ale stanowili tam od dziesięcioleci elity społeczne i gospodarcze wspierane przez państwo. Poza tym świadomość narodowa niektórych polskojęzycznych mieszkańców, zwłaszcza na Śląsku, była problematyczna. Natomiast na Pomorzu dominował język kaszubski i niemiecki, dlatego przed I wojną światową znaczna część ludności kaszubskiej wkraczała „mocno podniemczona”, bez ugruntowanego poczucia narodowego i wiary w odrodzenie Polski, choć wśród Kaszubów przyznających się do polskości pojawił się charyzmatyczny lider Antoni Abraham. Niemcy nie ustawali natomiast w wysiłkach, by udowodnić, że Pomorze od wieków jest niemieckie, a Kaszubi to nie Polacy.

W Wielkopolsce, w której jeszcze przed wojną polski ruch narodowy był najlepiej zorganizowany, dzięki długiej tradycji pracy wokół obrony polskości, a w ostatnim okresie – pracy obozu Narodowej Demokracji wraz z nasilającym się kryzysem wewnętrznym Niemiec, polskie środowiska podjęły działania zmierzające do wytworzenia polskiej reprezentacji. 9 listopada w Poznaniu powstał tajny Centralny Komitet Obywatelski, w którym zasiedli posłowie polscy do parlamentu Rzeszy i sejmu pruskiego oraz przedstawiciele organizacji społecznych. Natomiast w terenie, w tym także na Pomorzu, zaczęły powstawać rady ludowe jako terenowe organy polskiego ruchu narodowego. Równolegle powstała w Poznaniu Rada Żołnierska, reprezentująca zrewoltowane środowiska zmęczonych wojną żołnierzy. 11 listopada z jej inicjatywy powołano Radę Robotniczą, w której przewagę zdobyli Polacy. Obie rady połączono. Sieć rad powstawała także na Pomorzu. To był początek drogi do uniezależnienia Wielkopolski i Pomorza od Berlina.

Na Górnym Śląsku polski ruch narodowy ujawnił swoje aspiracje polityczne już w październiku 1918 r. W oświadczeniu polskich organizacji z terenu Rzeszy i kilkunastu polskich gazet oraz w wystąpieniu w Reichstagu Wojciecha Korfantego jasno formułowano wolę połączenia tej dzielnicy z odradzającą się Polską, upominając się o Poznańskie, Prusy Zachodnie z Gdańskiem (czyli Pomorze Gdańskie), Górny Śląsk, a nawet część tzw. Śląska Dolnego. Kryzys wewnętrzny Niemiec oraz abdykacja Wilhelma II 9 listopada zdynamizowały życie polityczne w Niemczech. Masowo powstawały rady robotniczo-żołnierskie, zdominowane przez lewicę socjaldemokratyczną, do których włączyli się na Górnym Śląsku tylko nieliczni Polacy, mimo że deklarowały one z reguły przychylny stosunek do polskiego ruchu narodowego. Dystansując się wobec nich, większość aktywnych środowisk polskich na tym obszarze odpowiedziała powoływaniem rad ludowych, własnych struktur administracyjnych, które ciążyły ku kształtującej się w Wielkopolsce Naczelnej Radzie Ludowej. Do końca 1918 r. było ich na Górnym Śląsku ponad 500. Trzeba pamiętać, że Polacy na obszarze zaboru pruskiego w listopadzie 1918 r. nie dysponowali żadną siłą militarną, która mogłaby wpłynąć realnie na układ sił w krytycznym momencie rywalizacji polsko-niemieckiej. Jedynie w Wielkopolsce istniała słaba liczebnie POW, a naturalna baza dla budowania siły zbrojnej, którą były drużyny Sokoła, nie mogła stanowić wartościowej przeciwwagi dla wojsk niemieckich.

Tymczasem na dawnych Kresach Rzeczypospolitej od roku trwał chaos rewolucyjny, który stanowił zagrożenie dla polskiej ludności. Ziemie te były okupowane przez wojska niemieckie, a ludność polska była odcięta niemieckim kordonem od wolnej już centralnej Polski. Kiedy tylko Niemcy się wycofywali, wzrastało zagrożenie ze strony zrewolucjonizowanych „watah”, które mogły bezkarnie palić, grabić i zabijać. Najbardziej narażone na napady bolszewików i zrewoltowanego chłopstwa ukraińskiego czy ruskiego, które próbowało wykorzystać istniejący zamęt dla grabieży, były polskie dwory na Kresach. Podburzeni przez bolszewików dopuszczali się pogromów „panów”, dewastowali sprzęty rolnicze, wyrzynali bydło, nożami i sierpami niszczyli księgozbiory i dzieła sztuki, fortepiany i antyczne meble rąbali na opał. Nie mieli żadnych skrupułów. Tak wspomina te momenty jedna z polskich ziemianek: „Widząc, że źle się dzieje, wzięłam figurę gipsową Dzieciątka Jezus (...). Oddałam ją do przechowania jednej z dziewcząt u mnie służących, prosząc, by u siebie w chacie przechowała. Tymczasem łotr jakiś wydarł jej z rąk statuę i rzucając na ziemię, zawołał: «Bodaj polskim bogom oczy powyłaziły!»”. Dwory były nierzadko profanowane fekaliami, a następnie puszczane z dymem. Przez krótki okres do wiosny i lata na niektórych obszarach mogły one liczyć na wsparcie polskich korpusów, ale te zostały rozbrojone przez Niemców lub Austriaków. Jedynym środkiem ratunku były organizowane na niektórych obszarach polskie samoobrony, głównie na terenach litewsko-białoruskich. Takie samoobrony jako organizacje formalnie tylko samopomocowe i porządkowe były de facto bazami dla polskiej konspiracji wojskowej. Powstały w Wilnie, Grodnie i Mińsku, a powiązane były z nimi samoobrony lokalne. Nie tylko starały się one bronić tutejszych Polaków, ale także podejmowały próby przejmowania władzy na obszarach opuszczanych przez Niemców, tworząc zalążki polskiej władzy cywilnej na obszarach wysp zamieszkiwanych przez rodaków. Wobec przewagi bolszewików oddziały samoobrony zmuszane były do działań konspiracyjnych, do prowadzenia walki partyzanckiej. Polacy na Kresach czekali aż do wiosny 1919 r. na wkroczenie jednostek Wojska Polskiego.

Zatem obraz 11 listopada 1918 r. był złożony. Na niektórych obszarach ziem historycznie polskich cieszono się już wolnością, a na innych trzeba było na nią czekać w niepewności jeszcze przez kolejne miesiące, a nawet lata. Kiedy mieszkańcy Krakowa, Lublina i Warszawy świętowali odzyskaną świeżo niepodległość, na Kresach rozgrywała się tragedia, ginął świat polskich dworów. Wszędzie natomiast miejscowe środowiska polskie podejmowały samoczynnie działania, by przygotować grunt dla restytuowania Polski. To było wielkie, spektakularne i wspólnotowe zwycięstwo narodu po 123 latach niewoli.

Tagi:
Niepodległość 100‑lecie niepodległości

Reklama

Niepodległa 2019

2019-03-08 12:07

Anna Majowicz

Wojewoda Dolnośląski Paweł Hreniak informuje, że ruszył nabór w programie dotacyjnym "Niepodległa 2019", którego celem jest szerokie włączanie się mieszkańców Polski w świętowanie 100. rocznicy odzyskania niepodległości oraz zwiększenie świadomości na temat wydarzeń związanych z odbudową naszej państwowości. Beneficjentami konkursu mogą być organizacje pozarządowe i samorządowe instytucje kultury.

Archiwum DUW we Wrocławiu
Spotkanie informacyjne ws naboru wniosków do programu dotacyjnego "Niepodległa 2019"

Wnioski składać można do 26 marca, a dofinansowane zadania będą mogły być realizowane od 17 maja do 20 listopada 2019 r. Instytucje mogą skorzystać z dofinansowania do 100 tys. zł na projekt, a w budżecie zarezerwowano 8 mln zł na cały program.

Szczegóły dotyczące naboru wniosków dostępne są na stronie www.niepodlegla.gov.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

25 marca – Dzień Świętości Życia

2019-03-23 10:59

BP KEP / Warszawa (KAI)

W uroczystość Zwiastowania Pańskiego, 25 marca, Kościół w Polsce będzie obchodził Dzień Świętości Życia. „Pasterze Kościoła w Polsce przypominają o największej wartości, jaką jest ludzkie życie” – czytamy w komunikacie po ostatnim zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski.

Ivan Kmit/Fotolia

Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie. W okolicach tego dnia na Jasną Górę przybywają obrońcy życia z całej Polski, by modlić się w intencji ochrony życia.

Co roku z okazji Dnia Życia w całej Polsce w różnym czasie organizowane są również Marsze dla Życia i Rodziny. To wyraz publicznego świadectwa o podstawowej wartości ludzkiego życia od poczęcia oraz rodziny opartej na małżeństwie kobiety i mężczyzny, otwartym na przyjęcie i wychowanie dzieci. W tym roku 24 marca, w Narodowym Dniu Życia, ulicami Warszawy przejdzie pierwszy ogólnopolski Narodowy Marsz Życia.

W Dniu Świętości Życia wiele osób składa też przyrzeczenia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego czyli zobowiązuje się do modlitwy w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Do tego, aby każda parafia włączyła się w dzieło Duchowej Adopcji, zachęcali biskupi w komunikacie po ostatnim zebraniu plenarnym. O włączenie się w tę inicjatywę apeluje również dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin ks. Przemysław Drąg oraz Krajowa Doradczyni Życia Rodzinnego Beata Choroszewska.

„Chcemy zaprosić, aby wszyscy księża proboszczowie, rodzice, katecheci i nauczyciele przypomnieli dzieciom i młodzieży, ale także małżeństwom i rodzinom o tym, że każde życie ludzkie jest piękne i jest święte” – podkreśla ks. Przemysław Drąg.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ks. Dziewiecki: aktywiści LGBT+ odmawiają nam nawet prawa do przytaczania faktów

2019-03-25 15:47

rm / Radom (KAI)

Aktywiści LGBT+ odmawiają nam nawet prawa do przytaczania faktów i cytowania wyników badań naukowych - uważa pedagog, psycholog i autor wielu książek o dojrzałości ks. Marek Dziewiecki. Jego zdaniem, w ostatnich tygodniach w coraz bardziej otwarty sposób odsłaniają swoje zamiary.

Monika Jaworska

Ks. Dziewiecki w swoim felietonie opublikowanym na stronie radioplus.com.pl napisał, że w reakcji na podpisanie przez prezydenta Warszawy deklaracji LGBT+, wielu rodziców, księży, psychologów i pedagogów, prawników, a także polityków i przedstawicieli mediów, wypowiedziało swoje poważne obawy i swój sprzeciw.

Dodał, że reakcją ze strony aktywistów LGBT+ oraz ich politycznych i medialnych sponsorów "jest skrajnie agresywny atak na tych, którzy odważyli się skorzystać z wolności słowa oraz z prawa do demaskowania demoralizatorów, którzy pod pozorem uczenia „tolerancji” chcą seksualizować polskie dzieci i wikłać je w uzależnienie od popędu".

Według ks. Dziewieckiego w celu realizacji obyczajowej rewolucji aktywiści LGBT+ posługują się hasłem „tolerowania” i „respektowania” mniejszości seksualnych. Dodaje, że wobec każdego, kto odważa się pokazywać, o jakie konkretnie mniejszości chodzi i jakie są ostateczne cele ich działania, środowiska LGBT+ stosują wszelkie formy agresji, zastraszania i terroru.

- Przekonała się o tym na przykład pani kurator z Małopolski czy polska mistrzyni świata w windsurfingu. O osobach, które precyzyjnie analizują deklarację LGBT+ oraz pokazują jej praktyczne konsekwencje, aktywiści gejowscy wyrażają się w sposób wulgarny i z pogardą. Usiłują takie osoby odczłowieczyć i odebrać im prawa obywatelskie, w tym wolność słowa i sumienia. Odmawiają nam nawet prawa do przytaczania faktów i cytowania wyników badań naukowych, pokazujących na przykład to, że wśród czynnych homoseksualistów jest zdecydowanie wyższy niż u heteroseksualistów odsetek chorób wenerycznych, pedofilii, uzależnień, agresji czy samobójstw - pisze ks. Dziewiecki.

Autor wielu książek o dojrzałości stwierdził też, że według aktywistów LGBT+ nie wolno nam mówić nawet o tak oczywistym fakcie, jak to, że osoby homoseksualne tworzą związki chore, bo niepłodne, a niepłodność jest przecież na liście chorób WHO. - Usiłują nam zakazać nawet samo już wyliczanie, o jakie konkretnie mniejszości seksualne chodzi. Agresywnie i wulgarnie atakują tych, którzy mają odwagę wyliczać mniejszości ukryte pod symbolem „Plus”. Wśród takich mniejszości są między innymi pedofile, zoofile czy nekrofile - pisze psycholog.

- Aktywiści LGBT+ nie mówią, że istnieją takie mniejszości seksualne, które ze względów etycznych czy z troski o dobro społeczeństwa, powinno się wyłączyć z owego „Plus”. Mimo to z furią atakują tych, którzy mają odwagę wymieniać po imieniu mniejszości, od których aktywiści LGBT+ się nie odcinają i których przecież nie potępiają (z wyjątkiem księży-pedofilów) - czytamy w felietonie.

Według ks. Dziewieckiego środowiska LGBT+ nie chronią wszystkich mniejszości, a jedynie niektóre. - Zupełnie nie przejmują się na przykład losem tych nastolatków - mimo, że są mniejszością - którzy w szkole, wśród rówieśników czy na stronach społecznościowych publicznie stwierdzają, że żyją w czystości, że postępują zgodnie z Dekalogiem, bo to daje im trwałą radość, że dumni są z tego, iż kierują się miłością i odpowiedzialnością, że panują nad swymi popędami. Pod adresem tych nastolatków kierowane są diabelskie wręcz wulgaryzmy i wyzwiska. Wylewa się na nich fala hejtu i skrajnej agresji. „Tolerancjoniści” spod znaku LGBT+ nie mówią nawet słowa w obronie bestialsko atakowanej i wyśmiewanej młodzieży, która dumna jest ze swej rozumności, wolności i zdolności, by wiernie kochać - pisze kapłan.

Ks. Dziewiecki zauważył, że w ostatnich tygodniach aktywiści LGBT+ w coraz bardziej otwarty sposób odsłaniają swoje zamiary. Z jednej strony chcą, by ich związki były uznane za „małżeństwa” i by mieli prawo do adoptowania dzieci. Z drugiej strony chcą doprowadzić do dyktatury seksualnych mniejszości po to, by większość społeczeństwa dała się zastraszyć i by poczuła się bezradna.

- W tym celu grożą większości społeczeństwa dręczeniem, a nawet więzieniem, gdy tylko dojdą do władzy. Z punktu widzenia aktywistów LGBT+ i ich politycznych oraz medialnych sponsorów to jedyna szansa na realizację przyjętych planów. Wiedzą bowiem, że w dyskusji na argumenty nie mają żadnych szans. Ci, którzy okazują się skrajnie wulgarni i agresywni, chcą wchodzić do przedszkoli i szkół pod pozorem uczenia tolerancji i szacunku. Ci, którzy publicznie chwalą się tym, że ich bogiem jest seks i szukanie przyjemności za każdą cenę, chcą być edukatorami seksualnymi dzieci. Ci, którzy walczą z własną płcią i okaleczają własne ciało, chcą uczyć polskie dzieci „określania” swojej tożsamości płciowej. Ci którzy tworzą pary niepłodne, chcą mówić o zdrowiu i płodności - pisze ks. Marek Dziewiecki.

- Środowiska LGBT+ wiedzą, że będą w stanie zrealizować swoje cele tylko wtedy, gdy zdobędą władzę dyktatorską i gdy skutecznie zastraszą większość naszego społeczeństwa. Wydaje się to nierealne, by garstka szaleńców seksualnych to osiągnęła. Historia kilku ostatnich dziesięcioleci dowodzi jednak, że jest to jednak całkiem realne zagrożenie. Wystarczy, żeby większość społeczeństwa - jak to miało miejsce w niektórych państwach Europy Zachodniej - pozostawała bierna i by zlekceważyła śmiertelne zagrożenie dla małżeństwa, rodziny, wychowania i cywilizacji życia - czytamy dalej w felietonie ks. Dziewieckiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem