Reklama

Marzenie o Niepodległej

2018-11-07 08:41

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 45/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W szkole uczono nas, Panie Profesorze, że Polacy pod zaborami nieustannie marzyli o niepodległej, wolnej Polsce. Czy jednak ta myśl niepodległościowa zawsze była powszechna i silna, bo przecież niełatwo było ją przekuć w skuteczny czyn niepodległościowy?

PROF. WIESŁAW J. WYSOCKI: – Upadek niepodległości był dla Polaków zjawiskiem szokującym; upadło przecież państwo ścigające się z Francją o to, które z nich jest większym mocarstwem. Zmowa trzech sąsiadów doprowadziła do tego, że Polska została starta z mapy Europy, co zostało potwierdzone traktatami międzynarodowymi i zatwierdzone – to też trzeba przypomnieć – przez Sejm, wprawdzie zewnętrznie przymuszony, ale przecież własny. Stąd już w pokoleniu, które doznało tego szoku upadku państwowości, pojawiły się silne tendencje do walki o niepodległość, powstały np. Legiony Dąbrowskiego, po których do dziś został nam przekaz: „Jeszcze Polska nie umarła...”.

– Potem były powstania, zrywy patriotyczne, z których jednakowoż – jak lubiano narzekać – niewiele wynikało...

– A jednak coś wynikało! Powstanie listopadowe, a potem Wiosna Ludów zrodziły swoisty mit konieczności walki. Kolejne pokolenia mogły więc bazować na tego rodzaju romantycznym przekazie. A najtragiczniejszy z polskich porywów – powstanie styczniowe, które zostało już niejako wymuszone, ma wielkie następstwa; Polacy zapłacili za nie wielką cenę, a okres popowstaniowy nazwano na ziemiach polskich „ciszą grobów”. Jednak właśnie to powstanie 1863 r. doprowadziło do tego, że po raz pierwszy stworzono koncepcję państwa podziemnego.

– A zatem, Panie Profesorze, mimo rozmaitych narzekań na „bezsensowne przelewanie polskiej krwi” – co w pewnych kręgach polskich elit ma miejsce do dziś – nawet te nieudane zrywy patriotyczne miały i zawsze mają wielki sens?

– Trudne doświadczenie powstania styczniowego jest tego potwierdzeniem. Niewątpliwy był wpływ tego powstania na późniejsze pokolenie niepodległościowe, które wyrosło na legendzie 1863 r. Dlatego, gdy tylko powstało Wojsko Polskie, w 1919 r. Józef Piłsudski nakazał, aby żyjący jeszcze powstańcy styczniowi dostali własne mundury, a w specjalnym rozkazie przywitał ich jako kolegów-żołnierzy, jako weteranów, po których polskie wojsko dziedziczy tradycję bojową i którzy są żywym symbolem ciągłości państwa polskiego. Powstańcy styczniowi cieszyli się w społeczeństwie i w wojsku II RP tak wielką estymą, że salutowali im nawet generałowie. Byli natchnieniem dla młodych chłopców wstępujących do wojska w 1920 r.

– Także dla samego Józefa Piłsudskiego?

– Bez wątpienia. Na przełomie XIX i XX stulecia w polskim społeczeństwie ukształtowały się dwie koncepcje rozumienia patriotyzmu – romantyczna i zachowawcza. Na czele nurtu romantycznego, proponującego bezwarunkową walkę o niepodległość, z biegiem lat niekwestionowanym przywódcą staje się właśnie Piłsudski, z całą swoją tradycją socjalistyczno-niepodległościową. Ta piękna tradycja polskiego romantyzmu niepodległościowego, socjalistycznego – niemająca nic wspólnego z agenturalnym socjalizmem importowanym ze wschodu – nawiązywała do postaw romantycznych bohaterów, do tych Winkelriedów, Gustawów i Konradów, przywołanych do życia przez wieszczów epoki Romantyzmu i Młodej Polski i sączących myśl o wyzwoleniu Polski.

– I znów musimy ponarzekać, że ta postawa romantyczna była – i nadal jest – traktowana nieufnie i krytykowana, a nawet wyśmiewana.

– To, niestety, prawda. Pomińmy tu jednak dzisiejsze skojarzenia... Wtedy przeciwnicy niepodległościowego romantyzmu zachowawczo proponowali odtworzenie substancji polskiej w oparciu o państwo carskie. Na terenie byłego Królestwa Polskiego (nazywanego pogardliwie priwislinskim krajem) ta prorosyjska ideologia przeorała społeczną świadomość do tego stopnia – mimo doznanych właśnie tu największych upokorzeń i cierpień – że gdy w 1915 r. wojska zaborcy wychodziły z Warszawy, to jej ludność płakała, że „nasi odchodzą”...

– Jednak doszło do patriotycznego przebudzenia. Jak to się stało?

– Aby ta prorosyjska postawa mogła być zastąpiona postawą niepodległościową, trzeba było budzić społeczeństwo przez organizację manifestacji patriotycznych przypominających Konstytucję 3 maja i powstanie styczniowe. I tak w 1916 r., w związku z rocznicą śmierci Romualda Traugutta i postawieniem krzyża w miejscu egzekucji tego dyktatora powstania oraz członków Rządu Narodowego, odbyła się manifestacja 150-200 tys. mieszkańców Warszawy. Zapanował patriotyczny klimat przypominający czas przed powstaniem styczniowym, kiedy to podczas pogrzebu zabitych na placu Zamkowym polskich patriotów czoło konduktu dochodziło do Powązek, a trumien jeszcze nie wyniesiono z kościoła Świętego Krzyża... Ten ostateczny przewrót świadomościowy Polaków zaczął się powoli dokonywać dopiero w czasie I wojny światowej.

– Bo dopiero wojna między zaborcami dała Polakom szansę na odzyskanie własnego państwa?

– Wcześniej było Mickiewiczowe błaganie: „o wojnę powszechną prosimy cię, Panie”, i rzeczywiście, realna szansa pojawiła się dopiero, gdy nasi zaborcy znaleźli się w konflikcie ze sobą. Wtedy ożywa też legenda własnego czynu zbrojnego, idea buntu, powstania, którego jednak Piłsudskiemu nie udaje się wzniecić. Przejmuje więc inicjatywę Naczelnego Komitetu Narodowego, opowiada się za Legionami, z czasem zostaje dowódcą jednej z brygad, stara się też oddziaływać na powszechną opinię.

– Można powiedzieć, że był świetnym propagandystą idei niepodległości?

– Rzeczywiście, był przecież redaktorem pisma „Robotnik”, sam wiele pisał i przez jakiś czas w rubryce zawód wpisywał: „literat”, a przy tym doceniał znaczenie mediów. A jako polityk dobrze wiedział, że bez szerokiego poparcia społecznego oraz bez wsparcia uznanych już przez społeczeństwo autorytetów wiele się nie zdziała. Dlatego dosłownie przymusił Wyspiańskiego, aby ten przygotował mu odezwę wzywającą naród do walki. I – jak lubił z przekąsem opowiadać – on, stary socjalista, szmuglował przez kordon graniczny obrazki z Matką Bożą Częstochowską i apelem Wyspiańskiego sformułowanym w słowach pięknego hymnu „Veni Creator Spiritus”– Przyjdź, Duchu Święty.

– Ale nie można chyba porównywać tych działań Piłsudskiego do dwulicowej religijności wielu polityków III RP?

– W żadnym razie. Tego rodzaju bogoojczyźniany przekaz wśród socjalistów niepodległościowych był czymś najzupełniej naturalnym. Piłsudski był bezwzględnie i szczerze przekonany, że wbrew polskiej tradycji religijnej nie można formować wizji Polski. O tej pewności Piłsudskiego pisze Stefan Żeromski. Otóż w 1911 r. Piłsudski odwiedza Żeromskiego w Zakopanem; przez kilka godzin rozmawiają o wolnej Polsce. Piłsudski siedzi w kalesonach – bo jedyne jego portki są akurat cerowane przez służącą – i snuje opowieść o Polsce. A jest to przecież czas, kiedy jakiekolwiek myślenie o niepodległej Polsce wydawało się fantasmagorią. A on ją już widział, jakby już istniała, już ją urządzał, organizował. Jaką trzeba mieć wiarę w sobie – pisze Żeromski w zadziwieniu – żeby siedząc w kalesonach, mówić o Polsce, której nie ma...

– A w dodatku tego rodzaju strategiczne myślenie chyba długo jeszcze nie zaprzątało polskich elit...

– Mało tego, jeszcze w 1914 r. abp Aleksander Kakowski i elity warszawskie widziały w Piłsudskim – mówiąc dzisiejszym językiem – terrorystę. Dopiero od 1916 r., a już na pewno w 1918, dostrzegli w nim męża opatrznościowego. Abp Kakowski wyraźnie wtedy napisał, że nie ma innej osoby, której można by powierzyć funkcję przywódcy narodowego. Piłsudskiego uznano wreszcie za jedyną osobę odpowiednio przygotowaną do tej roli i odpowiednio zdeterminowaną.

– Bo nie wystarczyło odzyskać niepodległość i cieszyć się z niej, ale tę rozsypaną polską państwowość i zdezorientowany naród należało ująć w jakieś karby...

– Tak. Ale co najważniejsze, Piłsudski miał świadomość, że nie można odbudować państwa polskiego tylko w oparciu o część społeczeństwa, o partie polityczne. Dlatego, gdy wysiadł z „czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość”, powiedział swoim towarzyszom: odtąd jesteśmy „na Pan”. Wiedział, że tej prawicy, która była i zawsze będzie mu przeciwna, nie można wykluczać z organizmu tworzonego państwa. Gdy wkrótce przyszła godzina próby, rok 1920, wtedy już nie było żadnych podziałów politycznych.

– A jednak niełatwo było nad nimi zapanować, a z dzisiejszej perspektywy patrząc, wydaje się to całkiem niemożliwe.

– Jednak w 1918 r. nasza polska elita zachowuje się pięknie. Dwaj najwięksi antagoniści – Piłsudski i Dmowski współpracują ze sobą; jeden działa w Polsce, drugi – w Paryżu. Gen. Józef Haller, który ma tytuł Naczelnego Wodza Wojsk Polskich, po przybyciu ze swoją Błękitną Armią na ziemie polskie, melduje się do dyspozycji Naczelnika Państwa, uznaje jego autorytet. Wielki polski pianista i kompozytor Ignacy Jan Paderewski staje na czele rządu. Wszystkie siły są więc skupione. Gdy na Polskę najeżdża bolszewicka armia „robotniczo-chłopska”, w Rzeczypospolitej mamy akurat także rząd robotniczo-chłopski Witosa i Daszyńskiego... Jednak po naszej stronie istnieje głębokie poczucie polskości, patriotyzm, a po stronie „robotniczo-chłopskiego” najeźdźcy potrzeba takiego umiędzynarodowienia rewolucji bolszewickiej, aby podbiła cały świat.

– Można zatem powiedzieć, że rok 1920 był ostateczną próbą odpowiedzialnego patriotyzmu elit oraz jedności polskiego narodu?

– Bez wątpienia. Okazało się, że naród polski nagle stał się jednym tworem, mimo podziału na trzy zabory i na tę „czwartą dzielnicę”, którą zawsze była polska emigracja i która teraz wnosi ogromny wkład w odbudowę niepodległego państwa polskiego.

– Czy jednak bez determinacji tej jednej osoby, bez charyzmy Józefa Piłsudskiego polska niepodległość byłaby możliwa?

– To pytanie wciąż sobie zadajemy...

– I od czasu do czasu marzymy, aby ktoś taki znów się w polskiej polityce pojawił?

– Rzeczywiście, ale w dzisiejszych czasach to niełatwe. To był człowiek, który niemal od dzieciństwa przygotowywał się do tego, żeby – mówiąc językiem romantyków – spełnić tę rolę mesjańską. Jako młody chłopak marzył, aby wyrzucić Moskali ze swego rodzinnego powiatu... Potem całe jego życie było walką z carem, z Rosją – białą i czerwoną.

– Gdzie znajdował ludzi podobnie myślących, współpracowników podobnie mesjańsko nastawionych?

– Przede wszystkim w kręgach akademickich Lwowa; na Politechnice Lwowskiej, na późniejszym Uniwersytecie Jana Kazimierza, wtedy jeszcze cesarskim. Także na uczelniach krakowskich – na Uniwersytecie Jagiellońskim, na Akademii Sztuk Pięknych. Właśnie z tych środowisk wywodzą się jego najbliżsi współpracownicy, późniejsi liderzy życia politycznego. Nie zapominajmy też o polskich naukowcach zachodnich z uczelni.

– To byli nie tylko marzyciele, ale – jak Piłsudski – ludzie konkretnego czynu, potrafiący skutecznie działać...

– To byli ludzie znakomicie przygotowani zarówno do czynu zbrojnego, jak i do pracy publicznej. Wielu generałów przeszło przecież do pracy w administracji cywilnej państwa. Nie zapominajmy też o wkładzie Władysława Zamoyskiego w odbudowę Niepodległej, który za własne pieniądze fundował struktury polskiej dyplomacji. A Ignacy Jan Paderewski zainwestował w kampanię wyborczą Thomasa Woodrowa Wilsona, przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, by mieć „dostęp do jego ucha” i móc go przekonać do sprawy polskiej... To prezydent Wilson, dzięki podpowiedzi Paderewskiego, rzuca hasło o Polsce z dostępem do morza... Itd., itd. Takich działań układających się w jedną całość było wtedy wiele.

– W setną rocznicę odzyskania niepodległości – po trzech dekadach od jej przywrócenia w 1989 r. – przyszło nam zazdrościć właśnie tego ówczesnego współdziałania dla dobra Polski.

– Pamiętajmy, że tamto pokolenie niepodległości wyrosło na prawdziwym, a nie tylko udawanym, czynie niepodległościowym. Doświadczyło zmaterializowania idei „snu o szpadzie”, jak to określał Żeromski. To był czyn czynów. Zazdrościć możemy też tamtej wielkiej świadomości tworzenia wolnego państwa polskiego w ciągłości z historią. W lutym 1919 r. zbiera się Sejm Polski – która nie ma jeszcze granic – i deklaruje, że rodząca się Druga Rzeczpospolita jest kontynuacją Pierwszej.

– A tymczasem Trzecia Rzeczpospolita nie jest kontynuacją Drugiej...

– Nasze pokolenie też odzyskało niepodległość, ale w żadnym razie nie jesteśmy spadkobiercami tamtej niepodległości, lecz co najwyżej spadkobiercami tzw. transformacji ustrojowej. Ciągłość polskiej historii została potargana... Dorobek niepodległościowy Drugiej Rzeczypospolitej został wręcz zanegowany, a świadomość niepodległości uległa zamazaniu. Gdy w 2014 r. środowiska niepodległościowe chciały obchodzić rocznicę czynu legionowego, to Sejm odrzucił tę propozycję. Uznano, że ważniejsze są obchody 25-lecia koncesjonowanych wyborów... Wtedy to pojawił się ów symbolizujący tę „nową niepodległość” czekoladowy orzeł...

– Na szczęście już dawno został zjedzony!

– A jednak do dzisiaj nie mamy żadnej deklaracji prawnej, że dzisiejsza Rzeczpospolita jest kontynuatorką Drugiej i Pierwszej. Mamy ciągle nieodciętą pępowinę z Polską komunistyczną.

Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki
Historyk, nauczyciel akademicki (UKSW) – specjalizuje się w najnowszej historii Polski, historii powszechnej w czasach nowożytnych, historii wojskowości; autor m.in. prac o marsz. Edwardzie Śmigłym-Rydzu, gen. Emilu Fieldorfie, rtm. Witoldzie Pileckim, ks. mjr. Ignacym Skorupce, kard. Stefanie Wyszyńskim i św. Janie Pawle II oraz duszpasterstwie wojskowym. Jest prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego.

Tagi:
Polska Polska Niepodległość

Patrzeć prosto w oczy

2019-03-20 09:25

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 38-39

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W ostatnim czasie wiele się w Polsce mówi o tzw. polityce historycznej, jednak w sprawie edukacji historycznej robi się niewiele. To smutne, że dopiero przy okazji uroczystego pogrzebu śp. Jana Olszewskiego wielu Polaków otrzymało za pośrednictwem TVP tę porcję wiedzy z najnowszej historii, która pozwoliła im inaczej spojrzeć na zachodzące w Polsce procesy polityczne. Wielu zweryfikowało swą ocenę tych rządów i tych polityków, których kiedyś nazwano nieodpowiedzialnymi „oszołomami”. Dlaczego ta pejoratywna ocena tak bardzo przylgnęła do wielu zacnych ludzi, którym szczerze zależało na niepodległości i suwerenności Ojczyzny?

DR ANDRZEJ ANUSZ: – Właśnie dlatego, że im zależało na Polsce, a Polacy tak mało o nich wiedzieli. Nie wiedzieli, że rząd Jana Olszewskiego prowadził politykę niepodległościową. Dążył do trwałego zakotwiczenia Polski w strukturach Zachodu, a w polityce wewnętrznej starał się przede wszystkim wyhamować spowodowane planem Balcerowicza pustoszenie polskiej gospodarki; zakładał, że to państwo polskie – a nie prywatny, często obcy kapitał – powinno mieć pieczę nad strategicznymi dziedzinami gospodarki. Oczywiste było, że aby tak rozumiana polityka niepodległościowa mogła osiągnąć swój cel, nieodzowne były dekomunizacja i lustracja osób wpływowych.

– I to właśnie przez tę zapowiedź dekomunizacji upadł rząd Jana Olszewskiego?

– Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Początkowo ten rząd miał poparcie niemal całego elektoratu Lecha Wałęsy z kampanii prezydenckiej 1990 r. Warto to dziś przypomnieć, że jeszcze wtedy Wałęsa występował z hasłami dekomunizacji i lustracji, deklarował prozachodnią politykę zagraniczną. Jednak wkrótce doprowadził do tzw. drugiej wojny na górze (pierwsza toczyła się wcześniej między Lechem Wałęsą a Tadeuszem Mazowieckim); zaczął tzw. wzmacnianie lewej nogi, czyli wspieranie postkomunistów. Prezydent Wałęsa odszedł więc od swojego programu wyborczego i właśnie tylko rząd Jana Olszewskiego kontynuował później ten program. Inne partie – nawet liberalny KLD Donalda Tuska – wspomagały Wałęsę we wzmacnianiu lewej nogi... Wojna na górze przynosiła fatalne skutki.

– Jednak dopiero pojawienie się tzw. listy Macierewicza i realne widmo lustracji wywołały prawdziwe trzęsienie ziemi...

– To była tylko bezpośrednia przyczyna odwołania rządu Jana Olszewskiego. Lustracja i dekomunizacja jakoby miały zachwiać posadami państwa – tak wtedy straszono Polaków. A w istocie szło o to, by zahamować proces naturalnych przemian społecznych i politycznych – zasygnalizowany przez wyborców 4 czerwca 1989 r. – który już nabierał rozpędu i już wymykał się spod kontroli okrągłostołowych decydentów. Musieli to zahamować, we własnym – często bardzo dosłownie – interesie.

– Do tego wyhamowania przemian przez odwołanie rządu Jana Olszewskiego przyczynili się jednak także niepodległościowcy...

– To prawda. KPN np. wycofała swoje poparcie z powodu przewidywanej lustracji i obecności jej przywódcy Leszka Moczulskiego na liście tajnych współpracowników SB. Podobnie zachowała się część ZChN, gdyż na liście tajnych współpracowników znalazło się nazwisko Wiesława Chrzanowskiego. Tak więc znaczna część niepodległościowych sojuszników przeszła do opozycji i mniejszościowy rząd nie mógł już wiele zdziałać.

– I miał przeciwko sobie prezydenta. Dlaczego Lech Wałęsa wycofał się z poparcia rządu? Dlaczego zgłaszał coraz bardziej szokujące pomysły polityczne?

– Wtedy nie wszyscy rozumieli, o co chodzi prezydentowi, większość społeczeństwa była zdezorientowana. Można przypuszczać, że ta desperacja Wałęsy brała się z jego niejasnej przeszłości, która właśnie mogła wyjść na światło dzienne... Niestety, zdecydował się na otwartą walkę z rządem; rzucał naprawdę groźnymi dla Polski pomysłami. Proponował np. zawarcie umowy polsko-rosyjskiej, na mocy której na terenie baz po wojskach radzieckich miały powstawać polsko-rosyjskie spółki, które byłyby niczym innym, jak bazą rosyjskiej agentury. Jan Olszewski kategorycznie się temu przeciwstawił.

– I to dosłownie w ostatniej chwili!

– Tak, bo Lech Wałęsa był już w Moskwie, już prawie siadał do stołu z Jelcynem! Na szczęście szyfrogram rządu do polskiej ambasady dotarł w porę i zapis o spółkach z polsko-rosyjskiej umowy został wycofany. Oczywiście, prezydent Wałęsa przyjął to jako swoją prestiżową porażkę i – w moim przekonaniu – to właśnie w tym momencie podjął decyzję o tym, że należy za wszelką cenę dążyć do odwołania rządu Jana Olszewskiego.

– Podobnie jak wtedy także dziś w społeczeństwie panuje przekonanie, że to jednak przede wszystkim „lista Macierewicza” zaważyła na ówczesnym zwrocie politycznym.

– To były naprawdę tylko wisienka na torcie i pretekst do ostatecznej rozgrywki z niezłomnymi „olszewikami”. 28 maja 1992 r. Sejm przyjął tzw. uchwałę lustracyjną, mimo że tzw. opozycja demokratyczna i część ugrupowań popierających Wałęsę nie wzięła udziału w głosowaniu, chcąc doprowadzić do zerwania quorum. Pamiętam, że na sali sejmowej było tylko 233 posłów, nieznaczna większość opowiedziała się za tą uchwałą. Na tzw. liście Macierewicza znalazło się ponad 60 nazwisk wysokich urzędników państwowych i posłów, ale o obrocie spraw zadecydowały trzy: Lech Wałęsa, Wiesław Chrzanowski i Leszek Moczulski. Jan Olszewski i my wszyscy z nim współpracujący już wiedzieliśmy, że rząd na pewno zostanie obalony.

– Jak Pan Doktor zapamiętał tamtą atmosferę, tamte zdarzenia?

– 4 czerwca rano zgodnie z uchwałą min. Macierewicz przekazał tę listę parlamentarzystom; zapanowały wielkie napięcie i konsternacja. W PAP pojawiło się słynne oświadczenie Lecha Wałęsy, w którym przyznał się, że w przeszłości podpisał kilka ubeckich dokumentów. W moim przekonaniu, gdyby wtedy szybko nie wycofał tego oświadczenia i przyznał się do „błędów młodości”, wszystko by mu wybaczono i historia Polski miałaby szansę pójść w innym kierunku.

– W tamtym czasie wielu Polakom wydawało się, że patrzą na jakiś sensacyjny film i nie nadążają za jego poplątaną akcją...

– A fakty są takie, że gdy tamtej nocy, 4 czerwca, policzono głosy – liczył je Donald Tusk – Wałęsa nabrał pewności, iż prościej będzie obalić rząd Jana Olszewskiego. Szybko wniósł więc wniosek poparty przez posła Jana Rokitę z UD o odwołanie rządu. Głosowanie zgodnie z porządkiem obrad miało się odbyć następnego dnia, jednak w Sejmie zapanowała jakaś dziwna gorączka, zarządzono natychmiastowe nocne głosowanie. Nie przejmowano się w ogóle nieobecnością głównego zainteresowanego...

– I wtedy to właśnie Pan Doktor zawiadomił premiera o tym, co się dzieje w Sejmie?

– Tak się złożyło. Z sekretarzem zespołu doradców premiera pojechaliśmy szybko do ówczesnego Urzędu Rady Ministrów. Był późny wieczór, premier odbywał naradę z prof. Zdzisławem Najderem – szefem zespołu doradców i z Wojciechem Włodarczykiem – szefem Urzędu Rady Ministrów. Zdziwił się: no jak to, przecież były ustalenia z marszałkiem Chrzanowskim, że głosowanie będzie jutro. Dał się jednak przekonać, że trzeba pilnie jechać do Sejmu. Pojechaliśmy, a równolegle z nami jechała z Belwederu kolumna samochodów z Lechem Wałęsą.

– Kto wygrał ten wyścig?

– Pierwszy do Sejmu wbiegł Lech Wałęsa. A premier za chwilę wygłosił swoje najważniejsze przemówienie w życiu.

– Niczego już nie dało się uratować, obronić?

– Miałem takie poczucie, że niektórzy oczekiwali, iż premier rozpocznie w Sejmie pewną polityczną „grę teczkami”, że dojdzie do jakichś negocjacji. Całe szczęście, że premier Olszewski tej gry nie podjął, bo i tak zostałoby to wykorzystane przeciwko niemu. Premier, ku zaskoczeniu swoich oponentów, zachował się bardzo prostolinijnie, do bólu uczciwie, w żaden sposób nie starał się odsuwać tego, co miało nastąpić. Nie mamił przeciwników obietnicami, że wszystko jeszcze trzeba spokojnie rozważyć. Nie targował się o przetrwanie rządu, czego się spodziewano. Gdyby postąpił zgodnie z tymi oczekiwaniami, byłoby to tragiczne nie tylko dla samej idei lustracji, ale przede wszystkim byłoby to zaprzeczeniem tego, jak rozumiał politykę i sprawowanie władzy.

– Czy tamto pamiętne przemówienie premiera Olszewskiego zrobiło wrażenie na obecnych w Sejmie?

– Obawiam się, że nie na wszystkich. Wielu zwyczajnie się cieszyło, że odchodzi, niektórzy zachowywali się jak kibice na meczu... Ja do końca życia zapamiętam, jak premier Oleszewski powiedział, że gdy wyjdzie na ulice swego miasta, to będzie mógł patrzeć ludziom prosto w oczy. To, moim zdaniem, było jego credo polityczne i najważniejszy przekaz dla wszystkich polityków.

– Dlaczego polityk takiego formatu nie mógł później znaleźć sobie godnego miejsca także wśród politycznych przyjaciół, w środowiskach niepodległościowych?

– Rzeczywiście, powinien mieć takie miejsce... I nawet próbował je znaleźć. Po tym, co się stało, było oczywiste, że nasze środowisko nie weźmie udziału w tworzeniu nowego rządu. Tylko Jarosław Kaczyński jako lider Porozumienia Centrum podjął pewne rozmowy na temat powołania rządu Hanny Suchockiej. Z tego powodu doszło do podziału w PC; do bólu konsekwentny Jan Olszewski ze związaną z nim na dobre i złe grupą posłów utworzył Ruch dla Rzeczypospolitej – ten nasz klub sejmowy liczył wtedy kilkunastu posłów i senatorów. Do końca tamtej kadencji miałem zaszczyt siedzieć na ławie sejmowej obok Jana Olszewskiego... Dużo się wtedy od niego dowiedziałem i nauczyłem. Czułem się wyróżniony tym, że podczas gdy inni targowali się o udział w nowym rządzie, to my pozostawaliśmy przy swoim – byliśmy wciąż twardą antykomunistyczną opozycją. Byliśmy niezłomni i dumni.

– A jednak mówiono, że na własne życzenie zamknęliście się w rezerwacie...

– Najsmutniejsze było to, że nikt wtedy tego naszego zamknięcia się nie rozumiał. Było dużo emocji. Po kilku tygodniach okazało się, że jednak Jarosław Kaczyński nie wszedł do koalicji popierającej nowy rząd i starał się ponownie zbliżyć do Jana Olszewskiego; przeszedł do twardej opozycji.

– Czy można powiedzieć, że Jan Olszewski pozostawał już w cieniu Jarosława Kaczyńskiego?

– Relacje między obu tymi politykami były bardzo ciekawe i zawsze pełne wzajemnego szacunku. W 1997 r. to Jan Olszewski podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu, który był wtedy bardzo krytyczny wobec powstającej właśnie Akcji Wyborczej Solidarność i nie chciał kandydować z jej list, chociaż cała jego partia PC kandydowała i w ramach AWS uzyskała mandaty dla kilkunastu posłów. Jarosław Kaczyński natomiast został posłem z listy Ruchu Odbudowy Polski Jana Olszewskiego. Taka bywa przewrotność historii.

– Jan Olszewski nadal krył się na drugim planie sceny politycznej. Dlaczego?

– W dużym stopniu z własnego wyboru. Zawsze służył swoją wiedzą i kompetencjami. Był doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego, współpracował z Antonim Macierewiczem jako szef Komisji Weryfikacyjnej ds. Likwidacji WSI. Choć był w cieniu, to zawsze ciężko pracował dla dobra Polski i był wielkim autorytetem, nie tylko dla przyjaciół politycznych.

Dr Andrzej Anusz
Działacz opozycji antykomunistycznej, były poseł na Sejm RP, autor kilkunastu książek z dziedziny politologii i historii najnowszej, wydawca reprintu „Pism zbiorowych Józefa Piłsudskiego”. Wiceprezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Warszawie

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kanada: ksiądz dźgnięty nożem w czasie Mszy

2019-03-22 16:57

pb (KAI/radio-canada.ca) / Montreal

Rektor Oratorium św. Józefa w Montrealu ks. Claude Grou został dźgnięty nożem w czasie, gdy odprawiał Mszę św. w tej świątyni, znajdującej się na górującym nad miastem wzgórzu Mont-Royal. Poranna liturgia jest transmitowana przez telewizję i w internecie, więc świadkami zdarzenia było wielu telewidzów i internautów.

Senlay/pixabay.com

Około 8.30 nieznany mężczyzna podszedł do odprawiającego Mszę kapłana i zaatakował go nożem. Ochrona świątyni szybko obezwładniła napastnika i zatrzymała do czasu przyjazdu policji, która go aresztowała.

Duchowny został przewieziony do szpitala. Okazało się, że został lekko ranny. Jego stan jest stabilny.

Na razie nieznane są tożsamość i motywy napastnika.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Tak wyglądała peregrynacja w Rzepinie

2019-03-24 21:58

Kamil Krasowski

Obraz św. Józefa Kaliskiego zanim trafił do Słubic, peregrynował w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Rzepinie.

za pośrednictwem ks. Michała Dekierta
Jednym z punktów nawiedzenia były dekanalne zbiórki ministrantów.

Chcecie zobaczyć jak wyglądało nawiedzenie tej parafii przez Cudowny Obraz św. Józefa? Zapraszamy!

Zobacz zdjęcia: Peregrynacja obrazu św. Józefa Kaliskiego w Rzepinie
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem