Reklama

Dziadzio nie ubek

2018-11-28 11:01

Marek Jan Chodakiewicz
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Alfred Lucjan Kalinowski

Będzie trochę prywaty, trochę kombatanctwa i trochę kopania biurwy. Dziadzio mojej żony – Alfred Łucjan Kalinowski (syn Łucjana i Julianny, ur. 10 maja 1924 r. w Tłuchowie) to żołnierz ZWZ, TAP, NSZ-AK i NZW. Pistolet. Nie dekował się, a był w pierwszej linii. I nigdy go nie złapali

Instytut Pamięci Narodowej dopiero w XXI wieku trafił na jego ślad. W zasadzie wszystkich jego komendantów zabili albo Niemcy, albo komuniści. Ma 94 lata. Właśnie niedawno na jego temat ignorancki urzędas wypowiedział się, że był ubekiem, a ściślej „utrwalaczem władzy ludowej”. A było tak.

Alfred Kalinowski urodził się na północnym Mazowszu, w Ziemi Dobrzyńskiej, w okolicach Płocka, w Tłuchowie. We wrześniu 1939 r. jako 15-letni woluntariusz dołączył do samoobrony. Ograniczało się to głównie do zwalczania dywersji przyfrontowej, a w jego przypadku do pilnowania volksdeutschów – sąsiadów. Trwało to kilka dni, aż wszedł Wehrmacht. Władza niemiecka natychmiast ukarała wielu uczestników samoobrony. Część aresztowano. Jeden z powinowatych dziadzia, stryjeczny dziadek mojej żony – Zygmunt Jabłoński został ujęty, a potem zatłuczono go na śmierć.

W 1940 r. dziadzia Alfreda wraz z rodziną wysiedlono z gospodarstwa. A potem wysłano na przymusowe roboty do Rzeszy. Na szczęście było blisko, bo w Prusach, dokładnie w Grosse Werder w okolicach Gdańska. I bauer był łagodny. Wiosną 1941 r. dziadzio z robót przymusowych uciekł. Głównym powodem było to, że obawiał się Eindeutschung, czyli wymuszenia przyznania się do niemieckiego pochodzenia, a co za tym idzie – wcielenia do armii Trzeciej Rzeszy.

Reklama

Uciekał właściwie bez przygód. Po prostu poszedł na stację, kupił bilety, kupił piwko, otworzył niemiecką gazetę i udawał, że jest wrogiem. Natknął się nawet na kolejarza ze szwabską gapą na czapie, a ten mu po polsku powiedział, jaki jest rozkład jazdy. Dziadzio wskoczył do pociągu i dojechał na Mazowsze. Potem przedostał się do swoich. Od tej pory prowadził nielegalne życie. Ukrywał się we własnej okolicy.

Niebawem wstąpił do konspiracji Związku Walki Zbrojnej. Po prostu taka organizacja była po sąsiedzku i do niej uciekiniera zarekomendowano. Jako spalony i poszukiwany został żołnierzem wypadówki dywersyjnej pod dowództwem plut. Stanisława Gujskiego („Stef”), komendanta placówki Łęg-Słupia w rejonie pułtuskim. Brał udział w kilkunastu wyprawach bojowych, zasadzkach i egzekucjach w rozmaitych miejscach – od Płocka, przez Pułtusk, do Sierpca.

Po pewnym czasie Alfred Kalinowski znalazł się w kręgach konspiracji narodowej, a ściślej Tajnej Armii Polskiej (TAP), tam, gdzie służył rtm. Witold Pilecki. Jego bezpośrednim komendantem został por. Stefan Broniarski („Liść”). Potem północnomazowiecki TAP (z dużą częścią ZWZ) wszedł właściwie w całości do Narodowych Sił Zbrojnych. Charakterystyczne jest to, że w narodówce wszyscy mówili do siebie „kolego” bądź „koleżanko”. Czasami do starszych zwracano się: „panie kolego”. Formalnie, oczywiście, funkcjonowały stopnie wojskowe, które władze oficjalnie po części uznały, gdy Narodowe Siły Zbrojne weszły w skład Armii Krajowej.

Wiosną 1944 r. cała wypadówka „Liścia” stała się wtedy oddziałem Kedywu AK Inspektoratu Płocko-Sierpeckiego. Tak jak poprzednio Alfred Kalinowski brał udział we wszystkich ważniejszych akcjach, m.in. na Ligenschaftsgut, czyli na majątek ziemski przejęty przez nazioli, gdzie AK-owcy przeprowadzili akcję likwidacyjną niemieckiego powiernika (Treuhänder) tych dóbr. Akcja była nieudana, wilczur Niemca rzucił się bowiem na 3-osobowy patrol i ostrzegł ujadaniem pana, który zaczął niedoszłych zamachowców ostrzeliwać wewnątrz dworu z pistoletu maszynowego. Dziadzio pamięta głównie walkę z rozjuszonym psem, którego w końcu udało się zabić bagnetem.

Północnomazowiecka AK, w tym Kedyw, szykowała się na pomoc Powstaniu Warszawskiemu, stoczono kilka potyczek z siłami okupacyjnymi, w tym z tzw. Ostlegionen – oddziałami kolaboranckimi składającymi się ze Słowian wschodnich (nagminnie, choć mylnie zwanymi „Ukraińcami” albo „własowcami”). W końcu dowództwo miejscowej AK zdecydowało, że pójście na pomoc Warszawie to samobójstwo. Oddział rozpuszczono w październiku, oprócz ścisłego jądra, w którym był też dziadzio Kalinowski. Dosłużył się w AK stopnia plutonowego.

W momencie wejścia Sowietów w styczniu 1945 r. „Liść” i jego podkomendni zostali postawieni przed faktami dokonanymi. Formalnie rozwiązano AK, ale w praktyce Kedywiacy wciąż uważali się za żołnierzy Polski Walczącej. Część z nich zdecydowała się kontynuować walkę czynną. „Liść” został najpierw zastępcą komendanta Podokręgu Północnego Narodowego Zjedoczenia Wojskowego, a następnie komendantem Okręgu Mazowsze Zachód NZW (lokalnie używającego wciąż nazwy NSZ).

Wiosną 1945 r. najbardziej palącą sprawą było – obok przeżycia – oczekiwanie na jakieś konkretne rozwiązanie. Wydawało się, że wszystko wisiało w powietrzu. Liczono naiwnie na interwencję Zachodu, a potem na cud Stanisława Mikołajczyka. W międzyczasie „Liść” rozkazał swoim chłopakom i dziewczynom zadekować się i być gotowymi na ponowną mobilizację. Dotyczyło to też Alfreda Kalinowskiego.

Ponieważ wiosną 1945 r. ogłoszono mobilizację do kierowanego przez komunistów wojska, dziadzio się zgłosił, aby tam się schować. Zrobił to jednak nie w Płocku czy Ciechanowie, ale w Olszytynie – daleko od domu. Rekrutował go przedwojenny oficer WP płk. dypl. Staszewski – szef sztabu 15. dywizji piechoty „ludowego” WP. Przydział dostał najpierw do oddziału przybocznego sztabu u por. Krzyżanowskiego w ramach 50. pułku piechoty, którym dowodził ppłk Jerzy Jotkowski. Ale wnet żandarmeria wywiozła cały oddział dziadzia do Suwałk, gdzie wcielono żołnierzy do samodzielnego batalionu artylerii (moździerzy 120 mm).

Latem 1945 r. jego baterię wysłano jako wsparcie do „zwalczania band” na terenie Augustowskiego. Ich porucznik, pochodzenia żydowskiego, odmawiał jazdy w szoferce i ze strachu siadał między kanonierami, i tytułował ich: „koledzy”. W budzie było bezpieczniej, w razie gdyby ciężarówka wpadła w zasadzkę powstańców antykomunistycznych. Pojeździli po bezdrożach i wrócili do koszar. Nic się nie stało. To był właśnie epizod „utrwalania władzy ludowej”.

Dziadzio naturalnie nie ujawnił nikomu swojej służby w AK ani prawdziwego stopnia. Gdy chciano go awansować z kanoniera na kaprala, zająknął się, niestety, o swojej prawdziwej szarży. To spowodowało natychmiastowy donos do Smersza (kontrwywiadu wojskowego komuny) i dziadzio wylądował w wojskowym areszcie śledczym w Olsztynie. Siedział pół roku. Potem przeniesiono go do karnej kompanii w Rembertowie, do należącej do pp. Welliszów fabryki „Pocisk”, czyli do byłego niemieckiego obozu jenieckiego, a następnie obozu NKWD, który wcześniej rozbiły oddziały poakowskie i wyzwoliły jeńców.

Alfred siedział w rembertowskim obozie do połowy 1946 r. Po wypuszczeniu go z wojska wrócił do domu i do podziemia antykomunistycznego. Formalnie był w NZW, a nieformalnie po prostu działał z kolegami i przyjaciółmi ze wszystkich grup, w tym ROAK, którego żołnierze w tych okolicach z czasem podporządkowali się strukturom narodowym.

Organizacyjnie dziadzio stał się żołnierzem 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Działał głównie na terenie rodzimej gminy Tłuchów. Brał udział w rozmaitych operacjach, głównie jako ustawiający i chowający, czyli w wywiadzie i logistyce. Tradycyjnie jednak dołączał się do akcji w miarę potrzeb. Na co dzień udawał prostego rolnika, a jak trzeba było, to chodził z chłopakami, takimi jak sierż. Wiktor Stryjewski („Cacko”) i inni. Zaopatrywał ich i ukrywał.

Kiedyś z wielkim zdziwieniem słuchałem opowieści dziadzia o tym, jak powstańcy antykomunistyczni „machnęli” komunistycznego sekretarza partii, Władysława Rypińskiego, w listopadzie 1947 r. Był on szefem czerwonego „szwadronu śmierci”, który porywał i mordował ludowców i ujawnionych żołnierzy podziemia, np. trzech braci Gujskich z Łęgu: Ryszarda, Juliana i Kazimierza. (Notabene, szef Rypińskiego z Gwardii-Armii Ludowej i PPR, Jakub Krajewski, w listopadzie 1945 r. porwał z banku spółdzielczego w Płońsku i zamordował kierownika tej placówki, a zarazem młodszego brata mego dziadka, Wacława Milczarczyka z PSL, w czasie niemieckiej okupacji konspiratora Stronnictwa Ludowego „Roch” w powiecie kraśnickim). Nikt nie mógł znać szczegółów operacji sprzątnięcia Rypińskiego. Wszyscy uczestnicy przecież nie żyli. A dziadzio Alfred znał, bo pewnie tam był, chociaż się tajemniczo na ten temat uśmiecha. Generalnie powstańcy z 11. GO NSZ zabili w walce 33 osoby z komunistycznego aparatu terroru. Zlikwidowano też 16 osób podejrzanych o donoszenie do czerwonych.

Zemsta komunistów była straszliwa. Ujęli „Liścia”, „Cacko” i innych. Rozstrzelali. Dla innych nie było przebaczenia. Powstańcy często woleli popełnić samobójstwo niż wpaść w ręce czerwonych. Wielką cenę płacili zwykli ludzie za pomoc powstańcom. Jak opisują Mariusz Bechta i Wojciech Jerzy Muszyński w pracy „Przeciwko Pax Sovietica. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i struktury polityczne ruchu narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944-1956” (Warszawa: IPN, 2017): „Życie oddało aż 22 żołnierzy [na 130 powstańców] z patroli bojowych 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Ujęto 103 osoby, a WSR orzekły karę śmierci wobec 24 konspiratorów – wyroki wykonano na 19 z nich. Kolejne 3 osoby zmarły podczas ciężkich śledztw. Represje objęły też wspierających podziemie cywilów – dotknęły one blisko 2000 osób (ponad 380 z nich otrzymało wyroki od roku do 15 lat pozbawienia wolności. Komuniści zagrabili przy tym mienie skazanych, konfiskując wszystko, co posiadali” (s. 250).

Tak wyglądało łamanie niezłomnych. Do tego należy dodać horror kolektywizacji wsi, z masowymi prześladowaniami, katowaniem rolników i ich rodzin, rozkułaczaniem i obozami. Ale nikt nie doniósł na Alfreda.

Dziadzio Kalinowski ożenił się w 1952 r. Poświęcił się gospodarstwu i rodzinie. Najbliższych uczył wiary katolickiej, o polityce czy swojej przeszłości nikomu nie opowiadał, nawet swojej żonie. Pamiętam, gdy babcia Kalinowska zaszokowana słuchała jednej z historyjek, którymi dziadzio mnie uraczył. Dopiero chyba w latach 70. ubiegłego wieku przyznał się do swego udziału w Armii Krajowej. Dopiero po 2000 r. IPN odkrył dziadzia i stopniowo zaczął opowiadać. Proszę pamiętać, jak głęboko komuna tkwiła u władzy na wsi.

1989 r. był przełomowy dla Alfreda Kalinowskiego. Uznał, że jest to dokładnie to samo, co było w 1956 r., czyli że komuna zaraz wróci do władzy. Uważał, że jeśli jest odwilż, to ma bardzo niewiele czasu, aby uczcić swoje koleżanki i kolegów, którzy polegli z rąk brunatnych i czerwonych. Postanowił wybudować pomnik dla nich w Tłuchowie. Zwrócił się do lokalnych władz o pozwolenie. Komuna powiedziała mu, że zgodzi się na to, o ile dziadzio wstąpi do kierowanej przez nich organizacji kombatanckiej – Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Alfred przystał na tę propozycję w maju 1989 r. Taka była cena upamiętnienia poległych.

Pomnik powstał, a potem następne na terenie gminy i okolic. Dziadzio w dużym stopniu używał swoich funduszy. W końcu kułak, nie? Ale ZBoWiD dziadzia zapisał jako „utrwalacza władzy ludowej”. Podstawa? Wyprawa ciężarówką „ludowego” WP w Augustowskie w 1945 r. Jak mówi Leszek Żebrowski, była to standardowa czynność biurokracji komunistycznej, aby poszerzyć szeregi ZBoWiD-u. Każdego wcielonego do „ludowego” WP zaliczano jako „utrwalacza”. A Leszek to wie, bo był szefem komórki weryfikacyjnej w Urzędzie do Spraw Kombatantów.

Niestety, ograniczona wiedza dała asumpt jakiemuś biurokracie, aby ignorancko storpedować próbę uhonorowania dziadzia państwowym orderem. Powinna być taka zasada, że najpierw bada się wniosek, a potem wydaje się ocenę. Dziadzio nie ubek.

Tagi:
ludzie

Chcę żyć!

2019-04-16 18:56

Anna Skopińska
Edycja łódzka 16/2019, str. III

– Nie wymagam dużo. Tylko pokój z łazienką. To wszystko, bym mógł jakoś normalnie funkcjonować – mówi niepełnosprawny 43-letni Piotr. I płacze.Trzęsą mu się sino-fioletowe, zesztywniałe z choroby, ręce. Chce żyć, bardzo. I ma nadzieję, że mu się uda

Anna Skopińska
Jedna z kamienic, w której ktoś pomieszkuje

Mężczyzna jest chory na stwardnienie skóry. Jest po zawale. W lokalu kamienicy przy ul. Przybyszewskiego 77 mieszka wraz z ojcem od 2004 r. Obaj mają grupy inwalidzkie. Pan Piotr – I, jego leżący w łóżku ojciec – II. Decyzją sądu mieli być eksmitowani z mieszkania do noclegowni na ul. Szczytowej. Za zadłużenie czynszowe sprzed kilku laty. Gdyby nie interwencja stowarzyszenia Bratnia Pomoc, trafiliby tam. Sąd wydał zaoczny wyrok. Nie sprawdził w żadnej z instytucji ich sytuacji. Nie było pytania ani do ZUS, ani do miasta – właściciela kamienicy, ani do MOPS. Zresztą to ostatnie nic by nie zmieniło.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wielki Czwartek – początek Triduum Paschalnego

2018-03-28 17:10

OP / Warszawa (KAI)

Od Wielkiego Czwartku, który w tym roku przypada 18 kwietnia, Kościół rozpoczyna uroczyste obchody Triduum Paschalnego, w czasie którego będzie wspominać mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. W Wielki Czwartek liturgia uobecnia Ostatnią Wieczerzę, ustanowienie przez Jezusa Eucharystii oraz kapłaństwa służebnego.

Pio Si/pl.fotolia.com

Wielki Czwartek jest szczególnym świętem kapłanów. Rankiem, jeszcze przed wieczornym rozpoczęciem Triduum Paschalnego, ma miejsce szczególna Msza św. We wszystkich kościołach katedralnych biskup diecezjalny wraz z kapłanami (nierzadko z całej diecezji)odprawia Mszę św. Krzyżma. Podczas niej biskup święci oleje (chorych i krzyżmo), które przez cały rok służą przy udzielaniu sakramentów chrztu, święceń kapłańskich, namaszczenia chorych. Kapłani koncelebrujący ze swoim biskupem odnawiają przyrzeczenia kapłańskie. Msza Krzyżma jest wyrazem jedności i wspólnoty duchowieństwa diecezji.

Wieczorem w kościołach parafialnych i zakonnych Mszą Wieczerzy Pańskiej rozpoczyna się Triduum Paschalne. Przed rozpoczęciem liturgii opróżnia się tabernakulum, w którym przez cały rok przechowywany jest Najświętszy Sakrament. Odtąd aż do Nocy Zmartwychwstania pozostaje ono puste.

Msza św. ma charakter bardzo uroczysty. Jest dziękczynieniem za ustanowienie Eucharystii i kapłaństwa służebnego. Ostania Wieczerza, którą Jezus spożywał z apostołami, była tradycyjną ucztą paschalną, przypominającą wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej. Wszystkie gesty i słowa Jezusa, błogosławieństwo chleba i wina nawiązują do żydowskiej tradycji.

Jednak Chrystus nadał tej uczcie nowy sens. Mówiąc, że poświęcony chleb jest Jego Ciałem, a wino Krwią, ustanowił Eucharystię. Równocześnie nakazał apostołom: "To czyńcie na Moją pamiątkę". Tradycja upatruje w tych słowach ustanowienie służebnego kapłaństwa, szczególne włączenie apostołów i ich następców w jedyne kapłaństwo Chrystusa.

W liturgii podczas śpiewu hymnu "Chwała na wysokości Bogu", którego nie było przez cały Wielki Post, biją dzwony. Po homilii ma miejsce obrzęd umywania nóg. Główny celebrans (przeważnie jest to przełożony wspólnoty - biskup, proboszcz, przeor), umywa i całuje stopy dwunastu mężczyznom. Przypomina to gest Chrystusa i wyraża prawdę, że Kościół, tak jak Chrystus, jest nie po to, żeby mu służono, lecz aby służyć.

Po Mszy św. rusza procesja do tzw. ciemnicy. Tam rozpoczyna się adoracja Najświętszego Sakramentu. Wymownym znakiem odejścia Jezusa, który po Ostatniej Wieczerzy został pojmany, jest ogołocenie centralnego miejsca świątyni, czyli ołtarza. Aż do Wigilii Paschalnej ołtarz pozostaje bez obrusu, świec i wszelkich ozdób.

Wielki Piątek

Wielki Piątek to dzień Krzyża. Po południu odprawiana jest niepowtarzalna wielkopiątkowa Liturgia Męki Pańskiej. Celebrans i asysta wchodzą w ciszy. Przed ołtarzem przez chwilę leżą krzyżem, a po modlitwie wstępnej czytane jest proroctwo o Cierpiącym Słudze Jahwe i fragment Listu do Hebrajczyków. Następnie czyta się lub śpiewa, zwykle z podziałem na role, opis Męki Pańskiej według św. Jana.

Po homilii w bardzo uroczystej modlitwie wstawienniczej Kościół poleca Bogu siebie i cały świat, wyrażając w ten sposób pragnienie samego Chrystusa: aby wszyscy byli zbawieni. Szczególnie przejmujące są modlitwy o jedność chrześcijan, prośba za niewierzących i za Żydów.

Centralnym wydarzeniem liturgii wielkopiątkowej jest adoracja Krzyża. Zasłonięty fioletowym suknem Krzyż wnosi się przed ołtarz. Celebrans stopniowo odsłania ramiona Krzyża i śpiewa trzykrotnie: "Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata", na co wierni odpowiadają: "Pójdźmy z pokłonem". Po liturgii Krzyż zostaje w widocznym i dostępnym miejscu, tak by każdy wierny mógł go adorować. Jest on aż do Wigilii Paschalnej najważniejszym punktem w kościele. Przyklęka się przed nim, tak, jak normalnie przyklęka się przed Najświętszym Sakramentem. Po adoracji Krzyża z ciemnicy przynosi się Najświętszy Sakrament i wiernym udziela się Komunii.

Ostatnią częścią liturgii Wielkiego Piątku jest procesja do Grobu Pańskiego. Na ołtarzu umieszczonym przy Grobie lub na specjalnym tronie wystawia się Najświętszy Sakrament w monstrancji okrytej białym przejrzystym welonem - symbolem całunu, w który owinięto ciało zmarłego Chrystusa. Cały wystrój tej kaplicy ma kierować uwagę na Ciało Pańskie. W wielu kościołach przez całą noc trwa adoracja.

W Wielki Piątek odprawiane są także nabożeństwa Drogi Krzyżowej. W wielu kościołach rozpoczyna się ono o godz. 15.00, gdyż właśnie około tej godziny wedle przekazu Ewangelii Jezus zmarł na Krzyżu.

Wielka Sobota

Wielka Sobota jest dniem ciszy i oczekiwania. Dla uczniów Jezusa był to dzień największej próby. Według Tradycji apostołowie rozpierzchli się po śmierci Jezusa, a jedyną osobą, która wytrwała w wierze, była Bogurodzica. Dlatego też każda sobota jest w Kościele dniem maryjnym.

Po śmierci krzyżowej i złożeniu do grobu wspomina się zstąpienie Jezusa do otchłani. Wiele starożytnych tekstów opisuje Chrystusa, który "budzi" ze snu śmierci do nowego życia Adama i Ewę, którzy wraz z całym rodzajem ludzkim przebywali w Szeolu.

Tradycją Wielkiej Soboty jest poświęcenie pokarmów wielkanocnych: chleba - na pamiątkę tego, którym Jezus nakarmił tłumy na pustyni; mięsa - na pamiątkę baranka paschalnego, którego spożywał Jezus podczas uczty paschalnej z uczniami w Wieczerniku oraz jajek, które symbolizują nowe życie. W zwyczaju jest też masowe odwiedzanie różnych kościołów i porównywanie wystroju Grobów.

Wielki Piątek i Wielka Sobota to jedyny czas w ciągu roku, kiedy Kościół nie sprawuje Mszy św.

Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca. Rozpoczyna ją liturgia światła. Na zewnątrz kościoła kapłan święci ogień, od którego następnie zapala się Paschał - wielką woskową świecę, która symbolizuje zmartwychwstałego Chrystusa. Na paschale kapłan żłobi znak krzyża, wypowiadając słowa: "Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen". Umieszcza się tam również pięć ozdobnych czerwonych gwoździ, symbolizujących rany Chrystusa oraz aktualną datę. Następnie Paschał ten wnosi się do okrytej mrokiem świątyni, a wierni zapalają od niego swoje świece, przekazując sobie wzajemnie światło. Niezwykle wymowny jest widok rozszerzającej się jasności, która w końcu wypełnia cały kościół. Zwieńczeniem obrzędu światła jest uroczysta pieśń (Pochwała Paschału) - Exultet, która zaczyna się od słów: "Weselcie się już zastępy Aniołów w niebie! Weselcie się słudzy Boga! Niech zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo!".

Dalsza część liturgii paschalnej to czytania przeplatane psalmami. Przypominają one całą historię zbawienia, poczynając od stworzenia świata, przez wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej, proroctwa zapowiadające Mesjasza aż do Ewangelii o Zmartwychwstaniu Jezusa. Tej nocy powraca po blisko pięćdziesięciu dniach uroczysty śpiew "Alleluja". Celebrans dokonuje poświęcenia wody, która przez cały rok będzie służyła przede wszystkim do chrztu. Czasami, na wzór pierwotnych wspólnot chrześcijańskich, w noc paschalną chrzci się katechumenów, udzielając im zarazem bierzmowania i pierwszej Komunii św. Wszyscy wierni odnawiają swoje przyrzeczenia chrzcielne wyrzekając się grzechu, szatana i wszystkiego, co prowadzi do zła oraz wyznając wiarę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Wigilia Paschalna kończy się Eucharystią i procesją rezurekcyjną, by oznajmić, że Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył śmierć. Zgodnie z dawną tradycją w wielu miejscach w Polsce procesja rezurekcyjna nie odbywa się w Noc Zmartwychwstania, ale o świcie w niedzielny poranek.

Noc Paschalna oraz Niedziela Wielkanocna to największe święto chrześcijańskie, pierwszy dzień tygodnia, uroczyście obchodzony w każdą niedzielę przez cały rok. Apostołowie świętowali tylko Wielkanoc i każdą niedzielę, która jest właśnie pamiątką Nocy Paschalnej. Dopiero z upływem wieków zaczęły pojawiać się inne święta i okresy przygotowania aż ukształtował się obecny rok liturgiczny, który jednak przechodzi różne zmiany.

Oktawa Wielkiej Nocy

Ponieważ cud Zmartwychwstania jakby nie mieści się w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy - przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał. Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela, nazywana obecnie także Niedzielą Miłosierdzia Bożego. W ten dzień w Rzymie ochrzczeni podczas Wigilii Paschalnej neofici, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy św. Jan Paweł II ustanowił ten dzień świętem Miłosierdzia Bożego, którego wielką orędowniczką była św. Faustyna Kowalska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Baranek i wspólnota

2019-04-18 21:25

Magda Nowak

– Kiedy w ten Wielki Czwartek próbujemy po raz kolejny pokłonić się wobec tajemnicy Mszy św., to dziś wydobądźmy z niej te dwie prawdy: Baranek i wspólnota, dwie nieodłączne tajemnice każdej Mszy św. – powiedział bp pomocniczy archidiecezji częstochowskiej Andrzej Przybylski. Słowa te wybrzmiały podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej sprawowanej w archikatedrze częstochowskiej na pamiątkę ustanowienia sakramentów kapłaństwa i Eucharystii.

– Nie mamy wątpliwości, że baranek ofiarny to dla nas Chrystus, bo zawsze kiedy przyjmujemy Jego ciało przed komunią św. słyszymy te słowa: oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Ale czy przyjmujemy Go tylko dla siebie? Tylko dla własnej pobożności, świętości, bliskości z Bogiem? – pytał biskup. – Pan wyraźnie nam mówi, dlaczego Baranek nazywa się podczas Mszy św. komunią, bo Bogu chodzi o wspólnotę, bo tych wszystkich najważniejszych tajemnic, które w tych dniach będziemy przeżywać, Bóg nie czyni dla siebie. Bóg nie ponosi cierpienia dla samego siebie, żeby pokazać swoje bohaterstwo, Bóg nie umiera na krzyżu dla samego siebie i wreszcie nie zmartwychwstaje dla samego siebie, ale dla nas, dla każdego z nas.

Bp Andrzej Przybylski podkreślił, że Eucharystia kształtuje w nas zdolność do jedności. – Jesteśmy wiarygodnymi uczniami Chrystusa tylko we wspólnocie. Kiedy będziemy głosić Ewangelię i nie będziemy żyć we wspólnocie, i nie będziemy zdolni do jedności, to nasza ewangelizacja nie będzie skuteczna, bo nam nikt nie uwierzy, że jesteśmy reprezentantami Boga, a nie umiemy jak Bóg się miłować, przebaczać, być jednym – stwierdził. Wskazał również, że Kościół to nie organizacja społeczna, stowarzyszenie czy instytucja, Kościół to relacja z Bogiem i nasze wzajemne relacje.

Tradycyjnie Liturgia Wielkiego Czwartku połączona była z obrzędem umycia nóg. Biskup Przybylski obmył stopy dwunastu mężczyznom na znak, jaki uczynił Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy obmywając stopy dwunastu apostołom, dając im tym przykład miłości i pokory. Eucharystia zakończyła się procesyjnym przeniesieniem Najświętszego Sakramentu do ołtarza wystawienia tzw. Ciemnicy symbolizującej uwięzienie Chrystusa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem