Reklama

Dziadzio nie ubek

2018-11-28 11:01

Marek Jan Chodakiewicz
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Alfred Lucjan Kalinowski

Będzie trochę prywaty, trochę kombatanctwa i trochę kopania biurwy. Dziadzio mojej żony – Alfred Łucjan Kalinowski (syn Łucjana i Julianny, ur. 10 maja 1924 r. w Tłuchowie) to żołnierz ZWZ, TAP, NSZ-AK i NZW. Pistolet. Nie dekował się, a był w pierwszej linii. I nigdy go nie złapali

Instytut Pamięci Narodowej dopiero w XXI wieku trafił na jego ślad. W zasadzie wszystkich jego komendantów zabili albo Niemcy, albo komuniści. Ma 94 lata. Właśnie niedawno na jego temat ignorancki urzędas wypowiedział się, że był ubekiem, a ściślej „utrwalaczem władzy ludowej”. A było tak.

Alfred Kalinowski urodził się na północnym Mazowszu, w Ziemi Dobrzyńskiej, w okolicach Płocka, w Tłuchowie. We wrześniu 1939 r. jako 15-letni woluntariusz dołączył do samoobrony. Ograniczało się to głównie do zwalczania dywersji przyfrontowej, a w jego przypadku do pilnowania volksdeutschów – sąsiadów. Trwało to kilka dni, aż wszedł Wehrmacht. Władza niemiecka natychmiast ukarała wielu uczestników samoobrony. Część aresztowano. Jeden z powinowatych dziadzia, stryjeczny dziadek mojej żony – Zygmunt Jabłoński został ujęty, a potem zatłuczono go na śmierć.

W 1940 r. dziadzia Alfreda wraz z rodziną wysiedlono z gospodarstwa. A potem wysłano na przymusowe roboty do Rzeszy. Na szczęście było blisko, bo w Prusach, dokładnie w Grosse Werder w okolicach Gdańska. I bauer był łagodny. Wiosną 1941 r. dziadzio z robót przymusowych uciekł. Głównym powodem było to, że obawiał się Eindeutschung, czyli wymuszenia przyznania się do niemieckiego pochodzenia, a co za tym idzie – wcielenia do armii Trzeciej Rzeszy.

Reklama

Uciekał właściwie bez przygód. Po prostu poszedł na stację, kupił bilety, kupił piwko, otworzył niemiecką gazetę i udawał, że jest wrogiem. Natknął się nawet na kolejarza ze szwabską gapą na czapie, a ten mu po polsku powiedział, jaki jest rozkład jazdy. Dziadzio wskoczył do pociągu i dojechał na Mazowsze. Potem przedostał się do swoich. Od tej pory prowadził nielegalne życie. Ukrywał się we własnej okolicy.

Niebawem wstąpił do konspiracji Związku Walki Zbrojnej. Po prostu taka organizacja była po sąsiedzku i do niej uciekiniera zarekomendowano. Jako spalony i poszukiwany został żołnierzem wypadówki dywersyjnej pod dowództwem plut. Stanisława Gujskiego („Stef”), komendanta placówki Łęg-Słupia w rejonie pułtuskim. Brał udział w kilkunastu wyprawach bojowych, zasadzkach i egzekucjach w rozmaitych miejscach – od Płocka, przez Pułtusk, do Sierpca.

Po pewnym czasie Alfred Kalinowski znalazł się w kręgach konspiracji narodowej, a ściślej Tajnej Armii Polskiej (TAP), tam, gdzie służył rtm. Witold Pilecki. Jego bezpośrednim komendantem został por. Stefan Broniarski („Liść”). Potem północnomazowiecki TAP (z dużą częścią ZWZ) wszedł właściwie w całości do Narodowych Sił Zbrojnych. Charakterystyczne jest to, że w narodówce wszyscy mówili do siebie „kolego” bądź „koleżanko”. Czasami do starszych zwracano się: „panie kolego”. Formalnie, oczywiście, funkcjonowały stopnie wojskowe, które władze oficjalnie po części uznały, gdy Narodowe Siły Zbrojne weszły w skład Armii Krajowej.

Wiosną 1944 r. cała wypadówka „Liścia” stała się wtedy oddziałem Kedywu AK Inspektoratu Płocko-Sierpeckiego. Tak jak poprzednio Alfred Kalinowski brał udział we wszystkich ważniejszych akcjach, m.in. na Ligenschaftsgut, czyli na majątek ziemski przejęty przez nazioli, gdzie AK-owcy przeprowadzili akcję likwidacyjną niemieckiego powiernika (Treuhänder) tych dóbr. Akcja była nieudana, wilczur Niemca rzucił się bowiem na 3-osobowy patrol i ostrzegł ujadaniem pana, który zaczął niedoszłych zamachowców ostrzeliwać wewnątrz dworu z pistoletu maszynowego. Dziadzio pamięta głównie walkę z rozjuszonym psem, którego w końcu udało się zabić bagnetem.

Północnomazowiecka AK, w tym Kedyw, szykowała się na pomoc Powstaniu Warszawskiemu, stoczono kilka potyczek z siłami okupacyjnymi, w tym z tzw. Ostlegionen – oddziałami kolaboranckimi składającymi się ze Słowian wschodnich (nagminnie, choć mylnie zwanymi „Ukraińcami” albo „własowcami”). W końcu dowództwo miejscowej AK zdecydowało, że pójście na pomoc Warszawie to samobójstwo. Oddział rozpuszczono w październiku, oprócz ścisłego jądra, w którym był też dziadzio Kalinowski. Dosłużył się w AK stopnia plutonowego.

W momencie wejścia Sowietów w styczniu 1945 r. „Liść” i jego podkomendni zostali postawieni przed faktami dokonanymi. Formalnie rozwiązano AK, ale w praktyce Kedywiacy wciąż uważali się za żołnierzy Polski Walczącej. Część z nich zdecydowała się kontynuować walkę czynną. „Liść” został najpierw zastępcą komendanta Podokręgu Północnego Narodowego Zjedoczenia Wojskowego, a następnie komendantem Okręgu Mazowsze Zachód NZW (lokalnie używającego wciąż nazwy NSZ).

Wiosną 1945 r. najbardziej palącą sprawą było – obok przeżycia – oczekiwanie na jakieś konkretne rozwiązanie. Wydawało się, że wszystko wisiało w powietrzu. Liczono naiwnie na interwencję Zachodu, a potem na cud Stanisława Mikołajczyka. W międzyczasie „Liść” rozkazał swoim chłopakom i dziewczynom zadekować się i być gotowymi na ponowną mobilizację. Dotyczyło to też Alfreda Kalinowskiego.

Ponieważ wiosną 1945 r. ogłoszono mobilizację do kierowanego przez komunistów wojska, dziadzio się zgłosił, aby tam się schować. Zrobił to jednak nie w Płocku czy Ciechanowie, ale w Olszytynie – daleko od domu. Rekrutował go przedwojenny oficer WP płk. dypl. Staszewski – szef sztabu 15. dywizji piechoty „ludowego” WP. Przydział dostał najpierw do oddziału przybocznego sztabu u por. Krzyżanowskiego w ramach 50. pułku piechoty, którym dowodził ppłk Jerzy Jotkowski. Ale wnet żandarmeria wywiozła cały oddział dziadzia do Suwałk, gdzie wcielono żołnierzy do samodzielnego batalionu artylerii (moździerzy 120 mm).

Latem 1945 r. jego baterię wysłano jako wsparcie do „zwalczania band” na terenie Augustowskiego. Ich porucznik, pochodzenia żydowskiego, odmawiał jazdy w szoferce i ze strachu siadał między kanonierami, i tytułował ich: „koledzy”. W budzie było bezpieczniej, w razie gdyby ciężarówka wpadła w zasadzkę powstańców antykomunistycznych. Pojeździli po bezdrożach i wrócili do koszar. Nic się nie stało. To był właśnie epizod „utrwalania władzy ludowej”.

Dziadzio naturalnie nie ujawnił nikomu swojej służby w AK ani prawdziwego stopnia. Gdy chciano go awansować z kanoniera na kaprala, zająknął się, niestety, o swojej prawdziwej szarży. To spowodowało natychmiastowy donos do Smersza (kontrwywiadu wojskowego komuny) i dziadzio wylądował w wojskowym areszcie śledczym w Olsztynie. Siedział pół roku. Potem przeniesiono go do karnej kompanii w Rembertowie, do należącej do pp. Welliszów fabryki „Pocisk”, czyli do byłego niemieckiego obozu jenieckiego, a następnie obozu NKWD, który wcześniej rozbiły oddziały poakowskie i wyzwoliły jeńców.

Alfred siedział w rembertowskim obozie do połowy 1946 r. Po wypuszczeniu go z wojska wrócił do domu i do podziemia antykomunistycznego. Formalnie był w NZW, a nieformalnie po prostu działał z kolegami i przyjaciółmi ze wszystkich grup, w tym ROAK, którego żołnierze w tych okolicach z czasem podporządkowali się strukturom narodowym.

Organizacyjnie dziadzio stał się żołnierzem 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Działał głównie na terenie rodzimej gminy Tłuchów. Brał udział w rozmaitych operacjach, głównie jako ustawiający i chowający, czyli w wywiadzie i logistyce. Tradycyjnie jednak dołączał się do akcji w miarę potrzeb. Na co dzień udawał prostego rolnika, a jak trzeba było, to chodził z chłopakami, takimi jak sierż. Wiktor Stryjewski („Cacko”) i inni. Zaopatrywał ich i ukrywał.

Kiedyś z wielkim zdziwieniem słuchałem opowieści dziadzia o tym, jak powstańcy antykomunistyczni „machnęli” komunistycznego sekretarza partii, Władysława Rypińskiego, w listopadzie 1947 r. Był on szefem czerwonego „szwadronu śmierci”, który porywał i mordował ludowców i ujawnionych żołnierzy podziemia, np. trzech braci Gujskich z Łęgu: Ryszarda, Juliana i Kazimierza. (Notabene, szef Rypińskiego z Gwardii-Armii Ludowej i PPR, Jakub Krajewski, w listopadzie 1945 r. porwał z banku spółdzielczego w Płońsku i zamordował kierownika tej placówki, a zarazem młodszego brata mego dziadka, Wacława Milczarczyka z PSL, w czasie niemieckiej okupacji konspiratora Stronnictwa Ludowego „Roch” w powiecie kraśnickim). Nikt nie mógł znać szczegółów operacji sprzątnięcia Rypińskiego. Wszyscy uczestnicy przecież nie żyli. A dziadzio Alfred znał, bo pewnie tam był, chociaż się tajemniczo na ten temat uśmiecha. Generalnie powstańcy z 11. GO NSZ zabili w walce 33 osoby z komunistycznego aparatu terroru. Zlikwidowano też 16 osób podejrzanych o donoszenie do czerwonych.

Zemsta komunistów była straszliwa. Ujęli „Liścia”, „Cacko” i innych. Rozstrzelali. Dla innych nie było przebaczenia. Powstańcy często woleli popełnić samobójstwo niż wpaść w ręce czerwonych. Wielką cenę płacili zwykli ludzie za pomoc powstańcom. Jak opisują Mariusz Bechta i Wojciech Jerzy Muszyński w pracy „Przeciwko Pax Sovietica. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i struktury polityczne ruchu narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944-1956” (Warszawa: IPN, 2017): „Życie oddało aż 22 żołnierzy [na 130 powstańców] z patroli bojowych 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Ujęto 103 osoby, a WSR orzekły karę śmierci wobec 24 konspiratorów – wyroki wykonano na 19 z nich. Kolejne 3 osoby zmarły podczas ciężkich śledztw. Represje objęły też wspierających podziemie cywilów – dotknęły one blisko 2000 osób (ponad 380 z nich otrzymało wyroki od roku do 15 lat pozbawienia wolności. Komuniści zagrabili przy tym mienie skazanych, konfiskując wszystko, co posiadali” (s. 250).

Tak wyglądało łamanie niezłomnych. Do tego należy dodać horror kolektywizacji wsi, z masowymi prześladowaniami, katowaniem rolników i ich rodzin, rozkułaczaniem i obozami. Ale nikt nie doniósł na Alfreda.

Dziadzio Kalinowski ożenił się w 1952 r. Poświęcił się gospodarstwu i rodzinie. Najbliższych uczył wiary katolickiej, o polityce czy swojej przeszłości nikomu nie opowiadał, nawet swojej żonie. Pamiętam, gdy babcia Kalinowska zaszokowana słuchała jednej z historyjek, którymi dziadzio mnie uraczył. Dopiero chyba w latach 70. ubiegłego wieku przyznał się do swego udziału w Armii Krajowej. Dopiero po 2000 r. IPN odkrył dziadzia i stopniowo zaczął opowiadać. Proszę pamiętać, jak głęboko komuna tkwiła u władzy na wsi.

1989 r. był przełomowy dla Alfreda Kalinowskiego. Uznał, że jest to dokładnie to samo, co było w 1956 r., czyli że komuna zaraz wróci do władzy. Uważał, że jeśli jest odwilż, to ma bardzo niewiele czasu, aby uczcić swoje koleżanki i kolegów, którzy polegli z rąk brunatnych i czerwonych. Postanowił wybudować pomnik dla nich w Tłuchowie. Zwrócił się do lokalnych władz o pozwolenie. Komuna powiedziała mu, że zgodzi się na to, o ile dziadzio wstąpi do kierowanej przez nich organizacji kombatanckiej – Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Alfred przystał na tę propozycję w maju 1989 r. Taka była cena upamiętnienia poległych.

Pomnik powstał, a potem następne na terenie gminy i okolic. Dziadzio w dużym stopniu używał swoich funduszy. W końcu kułak, nie? Ale ZBoWiD dziadzia zapisał jako „utrwalacza władzy ludowej”. Podstawa? Wyprawa ciężarówką „ludowego” WP w Augustowskie w 1945 r. Jak mówi Leszek Żebrowski, była to standardowa czynność biurokracji komunistycznej, aby poszerzyć szeregi ZBoWiD-u. Każdego wcielonego do „ludowego” WP zaliczano jako „utrwalacza”. A Leszek to wie, bo był szefem komórki weryfikacyjnej w Urzędzie do Spraw Kombatantów.

Niestety, ograniczona wiedza dała asumpt jakiemuś biurokracie, aby ignorancko storpedować próbę uhonorowania dziadzia państwowym orderem. Powinna być taka zasada, że najpierw bada się wniosek, a potem wydaje się ocenę. Dziadzio nie ubek.

Tagi:
ludzie

Reklama

Roksana

2019-02-06 11:47

Marian Florek
Niedziela Ogólnopolska 6/2019, str. 36-37

Roksana Węgiel: – Mam taką zasadę, żeby wystąpić najlepiej jak potrafię, włożyć wszystko w swój występ, a co ma być, to będzie. Wszystkie swoje sukcesy zawdzięczam Bogu

ForumGwiazd

Roksana Węgiel jest córką Edyty i Rafała. Mieszka w podkarpackim Jaśle. Ma młodszego brata Maksymiliana. W 2018 r. wygrała polską edycję programu „The Voice Kids” i Konkurs Piosenki Eurowizji dla Dzieci w Mińsku.

Rodzinny dom

– Roksana od przedszkola chciała występować, brać udział w różnorakich przedstawieniach... Pociągała ją scena – mówi w rozmowie z „Niedzielą” mama Roksany.

– Nie traktowaliśmy tego zapału w jakiś szczególny sposób. Zawsze była ruchliwa i bardzo żywa. Kiedy miała 4,5 roku, zaprowadziłam ją na zajęcia z gimnastyki artystycznej i tam była w swoim żywiole. Dlatego nie zwracaliśmy uwagi na to, że ona coś tam sobie podśpiewuje, że ma jakiś talent w tym kierunku. Potem były taniec towarzyski, judo... A śpiew wyniknął przez przypadek. Stało się to w czasie pobytu na obozie judo w Chorwacji. W czasie zabawowego konkursu karaoke Roksana zaśpiewała piosenkę „My, Cyganie”. Pani Celina, prezes klubu, kiedy ją usłyszała, podeszła do niej i powiedziała, że ma bardzo mocny głos. Po powrocie z obozu Roksana wszystko mi opowiedziała. Poprosiłam, aby zaśpiewała tę piosenkę. Po wysłuchaniu pomyślałam, że chyba coś w tym głosie jest. Widząc moją aprobatę, Roksana poprosiła mnie, bym ją zapisała na zajęcia wokalne. Wybrałam Jasielski Dom Kultury i zajęcia u Ewy Grzebień. Było to w 2013 r., Roksanka miała wtedy skończone 8 lat i była uczennicą trzeciej klasy, ponieważ edukację rozpoczęła o rok wcześniej.

Pani Ewa, czyli artystyczne początki

Jak wspomina Ewa Grzebień, mała Roksana z mamą przyszła na konsultacje dosyć późno. Zapisy na zajęcia muzyczne w Jasielskim Domu Kultury odbywają się zawsze we wrześniu i lista chętnych była już zamknięta. Jednak po przesłuchaniu, na którym Roksana zaśpiewała piosenkę z repertuaru Majki Jeżowskiej, instruktorka zdecydowała się dokooptować ją do grupy ze względu na dobry głos i słuch. Zgodnie z nauczycielską dewizą pani Grzebień osoby, które chciałyby robić tzw. karierę estradową, powinny jak najczęściej się sprawdzać, stale nabywać doświadczenia przez liczne występy i konfrontację z innymi artystami oraz publicznością. Dlatego na zajęciach Roksana systematycznie, wszechstronnie i z poświęceniem przygotowywała się do występów, a w trakcie edukacji uczestniczyła w konkursach na różnych szczeblach, począwszy od szkolnego, a skończywszy na ogólnopolskim i międzynarodowym. Zdobywała najwyższe nagrody i liczne Grand Prix. Tak było m.in. w Pacanowie w konkursie młodych talentów „Spotkania Mistrzów Muzyki”, gdy zdobyła Grand Prix. Sukces odniosła w międzynarodowym konkursie „Piosenki naszych Ojczyzn w Unii Europejskiej”, organizowanym przez Ośrodek Kultury w Wiśniowej na Podkarpaciu. Kolejne Grand Prix padły łupem Roksany na nowohuckim Ogólnopolskim Festiwalu Dzieci i Młodzieży „Tęczowe Piosenki Jana Wojdaka” i na radomskim Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Majki Jeżowskiej „Rytm i Melodia”. Wygrała też Międzynarodowy Festiwal „Orfeusz w Italii” oraz bułgarski Festiwal Młodych Talentów. Szerszej publiczności dała się poznać, gdy wygrała pierwszą edycję telewizyjnego programu „The Voice Kids” w 2018 r. Efektem tego sukcesu była propozycja Telewizji Polskiej uczestnictwa w Konkursie Piosenki Eurowizji dla Dzieci w 2018 r., który – jak wiemy – wygrała.

Pan Bóg i wielki świat

Po międzynarodowym zwycięstwie pojawiły się liczne propozycje występów, koncertów, dlatego ze zrozumiałych względów kontakty Roksany z domem kultury trochę się rozluźniły. Ale ku radości pani Ewy po wakacjach Roksana wróciła na zajęcia, aby skonsultować się w sprawach głosowych, poćwiczyć, podszlifować warsztat wokalny. Chociaż wielki świat show-biznesu coraz mocniej upomina się o młodą artystkę, to rodzice nie zapominają, że Roksana ma dopiero 13 lat i nadal musi się uczyć. Nadrobienie szkolnego materiału to też spore wyzwanie, ale i tutaj z pomocą przyszła pani Ewa, która poradziła rodzicom, jak mogliby pomóc córce w pogodzeniu obowiązków szkolnych z pasją śpiewania. Mama Roksany – Edyta jest pełna uznania dla Ewy Grzebień: – Jej rola w kształtowaniu talentu wokalnego córki jest nie do przecenienia. To dzięki niej Roksana ma solidne fundamenty warsztatu muzycznego.

Na razie Roksana chce się uczyć w liceum o profilu sportowym u siebie, w Jaśle. Chce pomieszkać z rodzicami. Wielki świat, Warszawa muszą jeszcze na nią poczekać. Na pytanie, jak wytrzymuje tę falę popularności, Roksana odpowiada: – Jest to dla mnie bardzo miłe, bo lubię, jak coś się dzieje. Zapytana o atmosferę rywalizacji na konkursie dziecięcej eurowizji mówi: – Nie odczuwałam jej, ponieważ wszyscy wykonawcy bardzo się ze sobą zaprzyjaźnili. Jedynym problemem było się później rozstać. A na koniec wskazała dwa źródła swojego sukcesu: – Mam taką zasadę, żeby wystąpić najlepiej jak potrafię, włożyć wszystko w swój występ, a co ma być, to będzie. I dalej: – Wszystkie swoje sukcesy zawdzięczam Bogu. Mam coś takiego, że dostaję to, o co się modlę. I to jest cudowne. Myślę, że Bóg zaplanował każdemu człowiekowi drogę. Ja nie staram się narzucać swojej woli Panu Bogu – że proszę Cię, Panie Boże, o to i o to. Staram się modlić, wiedząc, że Bóg i tak ma wszystko zaplanowane, że i tak będzie to, co On chce. Kiedyś na Facebooku widziałam obrazek, na którym byli Bóg i mała dziewczynka trzymająca w ręce swojego ulubionego misia. Pan Bóg chce zabrać dziewczynce tego małego misia, a trzyma za plecami większego. Dziewczynka płacze, nie wie, że otrzyma od Pana Boga coś znacznie większego i cenniejszego.

Pani Ewa potwierdza uduchowioną naturę Roksany. Przecież dobrze pamięta, jak jej podopieczna w każdą sobotę przybiegała na zajęcia prosto z prób parafialnej scholi w sanktuarium św. Antoniego z Padwy, u franciszkanów. Do dziś wspomina jej udane występy na Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki i Pieśni Religijnej „Miłosierdzie Boże wyśpiewać chcę” w Tarnowie w 2015 r. Roksana zdobyła wówczas pierwszą nagrodę, a w 2016 r. powtórzyła sukces z naddatkiem, zdobywając Grand Prix.

Jasielska wylęgarnia talentów

Tak jak z Roksany, tak i z pani Ewy Jasło jest bardzo dumne. Przecież spod jej ręki wyszedł znany polski wokalista Michał Szpak. Właśnie tam, w Jasielskim Domu Kultury, jeszcze jako dziecko zdobywał pierwsze wokalne szlify. Do pani Ewy przyprowadziła go siostra, która jest śpiewaczką operową, a która również pierwsze szlify zdobywała pod okiem pani Ewy. Przed udziałem w konkursie „X Factor” Michał przyszedł do pani Ewy, aby skonsultować wykonanie piosenki „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena.

Ewa Grzebień – pierwsza nauczycielka Roksany Węgiel jest absolwentką muzykologii kościelnej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Była nauczycielem muzyki w szkole. Przez osiem lat śpiewała w Strzyżowskim Chórze Kameralnym. W 1992 r. związała się z Jasielskim Domem Kultury.

Przez jasielską wylęgarnię talentów przewinęło się wiele osób, które swoje życie zawodowe związały albo z muzyką, albo z teatrem, jak wokalista Ralph Kaminski czy aktorka Teatru Dramatycznego w Warszawie Anna Gorajska. Wydaje się, że w najbliższym czasie najjaśniej zabłyśnie talent Roksany Węgiel. Rok 2019 będzie należał do niej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dokąd zmierza Kościół?

2019-02-20 06:49

st (KAI) / Watykan

Do podjęcia przez uczestników rozpoczynającego się 21 lutego w Watykanie spotkania przewodniczących episkopatów istotnych wyzwań moralnych, przed jakimi stoi Kościół, wezwali w opublikowanym 19 lutego liście otwartym kardynałowie Walter Brandmüller i Raymond Leo Burke. Wraz z nieżyjącymi już kardynałami Carlo Caffarrą i Joachimem Meisnerem wystosowali oni we wrzeniu 2016 r. list z prośbą o wyjaśnienie spornych – ich zdaniem – fragmentów adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia”.

Margita Kotas

Oto tekst listu otwartego w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia, przewodniczący Konferencji Episkopatów, Zwracamy się do was z głębokim niepokojem! Świat katolicki jest zagubiony i z bólem zadawane jest pytanie: dokąd zmierza Kościół? W obliczu mającego miejsce zagubienia zdaje się, że trudność jest sprowadzana do kwestii wykorzystywania małoletnich, będącego straszliwym przestępstwem, zwłaszcza gdy jest ono popełniane przez księdza, co jest jednak tylko częścią znacznie poważniejszego kryzysu. W Kościele ma miejsce plaga rozpowszechnienia programu homoseksualnego, krzewionego przez zorganizowane sieci i chronionego przez klimat współudziału i spisek milczenia. Korzenie tego zjawiska wyraźnie widać w atmosferze materializmu, relatywizmu i hedonizmu, w którym otwarcie kwestionowane jest istnienie bezwzględnego, nie uznającego żadnych wyjątków prawa moralnego.

Winę za wykorzystywanie seksualne zrzuca się na klerykalizm. Ale pierwsza i główna wina duchowieństwa nie polega na nadużywaniu władzy, lecz na oddaleniu się od prawdy Ewangelii. Źródłem zła, które deprawuje pewne kręgi w Kościele jest nawet publiczne zaprzeczanie, słowami i czynami, prawa Bożego i naturalnego. W obliczu tej sytuacji kardynałowie i biskupi milczą. Czy będziecie również milczeli przy okazji spotkania zwołanego w Watykanie na 21 lutego?

Należymy do tych, którzy w 2016 r. przedstawili Ojcu Świętemu pewne pytania, wątpliwości (dubia), które podzieliły Kościół w obliczu wniosków Synodu o Rodzinie. Dziś na te wątpliwości nie tylko nie pojawiła się jakakolwiek odpowiedź, ale stanowią one część bardziej ogólnego kryzysu wiary. Dlatego zachęcamy was, abyście podnosili głos, by chronić i głosić pełną naukę Kościoła.

Modlimy się do Ducha Świętego, aby wspierał Kościół i obdarzał światłem pasterzy, którzy nim kierują. Pilne i konieczne jest teraz stanowcze działanie. Ufamy Panu, który obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20).

Walter Kardynał Brandmüller, Raymond Leo Kardynał Burke

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Archiwiści podziękowali paulinom za wkład w ocalenie narodowego dziedzictwa

2019-02-20 21:01

mir/Radio Jasna Góra / Jasna Góra (KAI)

- To wielkie zadanie chronić przeszłość, niektórzy czynili to z narażeniem życia - mówił dziś na Jasnej Górze o. prof. Janusz Zbudniewek, historyk Kościoła. Przedstawiciele Archiwum Akt Nowych podziękowali Zakonowi Paulinów za pomoc w ocaleniu dużej części zbiorów w czasie II wojny światowej. W tym roku przypada 100-lecie podpisania przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego Dekretu o organizacji archiwów państwowych i opiece nad archiwaliami.

Biuro Prasowe Jasnej Góry

Mszy św. odprawionej w Kaplicy Matki Bożej przewodniczył bp Henryk Tomasik. Ordynariusz diecezji radomskiej podziękował troszczącym się o naszą kulturę i dokumentację dotyczącą „wielkich polskich spraw”. W modlitwie uczestniczyła ponad 20-osobowa delegacja archiwistów, w tym trzech dyrektorów archiwów państwowych.

Tadeusz Krawczak dyrektor Archiwum Akt Nowych zwrócił uwagę na wielką rolę jasnogórskich paulinów, którzy w czasie wojny przechowali część narodowego zasobu archiwalnego. Sporej części nie dało się uratować od wojennej pożogi. Jak podaje Krawczak, 37 kilometrów dokumentów z Archiwum Akt Nowych Niemcy spalili już po Powstaniu Warszawskim, 3 listopada 1944 r. Zbiory innych archiwów warszawskich zostały zniszczone przez hitlerowców w czasie Powstania Warszawskiego.

W listopadzie 1944 r. zwieziono na Jasną Górę najcenniejsze materiały przeznaczone do wywozu do Niemiec. Jak wyjaśnia o. prof. Janusz Zbudniewek, historyk Kościoła i Zakonu Paulinów, Jasna Góra na trasie między Warszawą a Katowicami była punktem zbornym wypatrzonym przez historyka, zasłużonego archiwistę, profesora Uniwersytetu Poznańskiego, Kazimierza Kaczmarczyka, który od grudnia 1939 do lipca 1940 roku porządkował jasnogórskie archiwum.

Dokumenty – jak podaje prof. Zbudniewek - w ponad 480 wielkich kartonach i ok. 800 workach materiałów w teczkach zwieziono na Jasna Górę. To były najcenniejsze materiały, sięgające dwunastego stulecia po rok 1944, które udało się przewieźć pracownikom polskim, za zgodą życzliwych Niemców. Kazimierz Kaczmarczyk uczestniczył w gromadzeniu i zabezpieczaniu archiwaliów wywiezionych z Warszawy nad którymi sprawował nadzór do marca 1945 roku.

Dyrektor Archiwum Akt Nowych Tadeusz Krawczak złożył na Jasnej Górze ryngraf jako wotum dziękczynne.

Z kolei o. Marian Waligóra, przeor Jasnej Góry przekazał w darze kopię Cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej, aby mogła zawisnąć w Archiwum Akt Nowych na pamiątkę dzisiejszej modlitwy. Paulin wyraził radość, że Jasna Góra, wpisując się w duchowe życie Polaków, w duchowe życie ludzi Kościoła, ludzi wierzących, mogła też stać się ważnym miejscem, które posłużyło przechowaniu pamięci narodu, w postaci archiwaliów. „Bardzo dziękuję za to, że razem z państwem możemy dziś, w ramach tej Mszy św., dziękować Bogu za to, że możemy też naszą pracą wpisywać się w wielkie dziedzictwo historii naszej Ojczyzny”- mówił przeor Jasnej Góry.

W 2019 r. trwają obchody stulecia istnienia sieci archiwów państwowych. 7 lutego 1919 r. Naczelnik Państwa Józef Piłsudski podpisał "Dekret o organizacji archiwów państwowych i opiece nad archiwaliami”. Obecnie sieć archiwów państwowych tworzy 75 instytucji, w tym 30 regionalnych, do których należy 39 wydziałów zamiejscowych i 3 ekspozytury, a także 3 archiwa centralne z siedzibami w Warszawie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem