Reklama

Niedziela Łódzka

Świadectwo: Wigilia w szpitalu - w tę świętą noc popłynie tu niejedna łza

Noclegownie, domy opieki społecznej, szpitale. Miejsca, w których tej szczególnej i świętej nocy popłynie pewnie niejedna łza. Być może wielu z tych, którzy tam przebywają, będzie odwracało wzrok, by nie spotkał się z oczyma personelu, innych chorych, pensjonariuszy.

Niedziela łódzka 51/2018, str. VI

[ TEMATY ]

wigilia

Karol Porwich/Niedziela

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ilu pomyśli o tym, że to radosny czas? Ilu będzie skrępowanych? Przecież Wigilia to ciepło, serdeczność, radość, wspólne kolędowanie, bliskość. Biały opłatek w dłoni, modlitwa, życzenia. Świadomość, że nikt tego wieczoru nie powinien być sam. Specyfika tej pięknej i radosnej nocy Bożego Narodzenia polega właśnie na byciu razem. Nie pozwólmy, by ktokolwiek był sam. Nie pozostawiajmy naszych rodziców, dziadków w szpitalach, samotnych w mieszkaniach. To miara naszego człowieczeństwa. Właśnie te święta.

Dyżurujące pielęgniarki. Lekarz. Kilkanaście osób, których bliscy nie mogli zabrać do domu. Najczęściej dlatego, że choroba poczyniła już takie spustoszenie, że strach ruszać ich ze szpitalnych łóżek albo są już w stanie agonalnym. Albo też nie mają dokąd wrócić w te święta. Przy niektórych czuwają rodziny – tu córka, tam mąż czy syn z synową.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Wigilia. Szczególna w szczególnym miejscu. Na oddziale opieki paliatywnej. Tu samotność jest dotkliwa i boli. Bardziej niż cierpienie fizyczne. Personel oddziału przygotuje symboliczną wieczerzę. Podzieli się opłatkiem. A po twarzach chorych popłyną pewnie łzy. To ich ostatnia Wigilia. Czy będą wypatrywać pierwszej gwiazdki? Czy pomyślą o tym, że to noc radości z narodzenia Jezusa? A może będą mieć szczęście i czyjąś kochaną dłoń obok?

Łzy

Kilkudziesięciołóżkowy oddział w szpitalu św. Jana Bożego w Łodzi. Zawsze pełen. Zazwyczaj leżących. Niewiele osób potrafi przejść kilka kroków, zrobić coś koło siebie. Są tu w ostatniej fazie życia. Pokonała ich choroba – rak płuc, mózgu, nowotwór narządów rodnych, trzustki. Umierają zazwyczaj na oddziale, nieliczni wracają do domu i tam odchodzą. Ci, którzy tu pracują, muszą mieć nie tylko wiele empatii, ale też być bardzo odporni.

Jednak czy śmierć można oswoić? Przyzwyczaić się do niej? Pielęgniarki mówią, że nie. Niezależnie, ile lat się tu pracuje. Nie da się nie uronić łez. W kąciku, na krótko, bo potem trzeba wrócić do pracy. Ale każde odejście pozostawia ślad. Jak to, gdy płacząc z bezsilności, jedna z pielęgniarek zapinając czarny worek, pytała: Dlaczego to ja muszę zamykać w tej folii trzydziestoletnie życie?!

Reklama

Cud

To trudny oddział i ciężka praca na nim. Wbrew myśleniu wielu osób, przychodzącym tu pacjentom nie wykonuje się żadnych badań, nie leczy tak, by choroba zniknęła. Bo jest ona w takim stadium, które nie daje odwrotu. – Musiałby stać się cud, by ktoś z tego wyszedł – tłumaczy nam jedna z pielęgniarek. Czy taki się zdarzył? – Przez dwanaście lat mojej pracy, nie – odpowiada. Ale przecież dziś jest noc cudów. Więc może?

Pamięć

Przed Wigilią personel wspomina tych, których już nie ma. W pokoju pielęgniarskim, lekarskim, w rozmowach z wolontariuszami – pamięta się żarty, uśmiechy kobiet, szarmanckie zachowanie wielu mężczyzn, drobne gesty, którymi mówili „dziękuję”, a nawet sale, na których leżeli. Pamięta się twarze, imiona. To, czy byli samotni, czy może ktoś ich odwiedzał. Przecież wielu boi się tego miejsca. Omija je z daleka. Rodziny, bliscy umierających, ale też lekarze. Także w tę noc.

– Staramy się namawiać chorych i rodziny, aby wyszli na święta do domu – mówi lekarka z paliatywnego. Wychodzą? – Część. Ci, którzy mogą zdrowotnie i ci, których rodziny chcą zabrać – dodaje. Rodziny boją się śmierci w oczach swoich bliskich. Jednak wystarczy choć na chwilę wejść na ten oddział. Przejść po salach. Wysłuchać historii tych ludzi, ich chorowania, spróbować porozmawiać, pomilczeć. By zobaczyć.

Miłość

Praca tu to nauka cierpliwości, pokory, miłości do drugiego człowieka. I bycia z kimś, komu w perspektywie pozostały dni, może miesiące, kto okrutnie cierpi, ma zmienione chorobą ciało, kogo oczy gasną. Jak się wtedy zachować, co powiedzieć, jak podejść?

Reklama

Pracujący tu mówią, że mądrze, z troską, wyrozumiałością i z miłością. Bo to przecież także na nią czeka ten leżący na szpitalnym łóżku. Ale też podkreślają, że to nie jest łatwe. Bo na hasło „paliatywny” – rodziny, nierzadko też lekarze, personel medyczny – uciekają. Dlaczego? Bo niewielu, jeśli nie żaden, z pacjentów tego oddziału nie powie już – „rak to nie wyrok”. Oni już nie wygrają. Mogą jedynie przy pomocy leków uśmierzających ból ciut wydłużyć swoje życie. I to tak nas przeraża.

Cierpienie

Na oddziale paliatywnym leczy się jedynie skutki choroby – ból, powstałe na ciele odleżyny czy sączące się rany. Pacjenci są też pod opieką psychologa. Bo pacjent z chorobą nowotworową, niezależnie od jej stadium, czy to w momencie rozpoznania, w trakcie długotrwałego i uciążliwego leczenia onkologicznego, czy też w ostatniej fazie, kiedy już nic nie da się zrobić i pozostaje tylko czekanie na koniec, cierpi w kilku wymiarach. To m.in. cierpienie fizyczne i duchowe, z którymi tu na oddziale starają się walczyć.

Czy efekty leczenia bólu fizycznego są widoczne? Jak tłumaczy nam pracująca na oddziale lekarka, Ewa Strzelczyk-Utz: – Medycyna radzi sobie już z tym, dysponując całą gamą słabszych i silniej działających leków przeciwbólowych.

Na drugi rodzaj bólu – cierpienie psychiczne – lekarstwem jest obecność, bliskość drugiej osoby, wsparcie psychologa oraz często leki uspokajające czy przeciwdepresyjne. – Tutaj towarzyszenie choremu, członkowi rodziny czy pacjentowi jest niezmiernie ważne – podkreśla. Bo ból psychiczny niejednokrotnie jest większy od fizycznego cierpienia.

Towarzyszenie

Dlatego oddział opieki paliatywnej jest taki specyficzny. Bo przez to towarzyszenie rodzi się więź miedzy lekarzem, pielęgniarką, wolontariuszem a chorym. To nie jest zwykła praca, nie wystarczy obejście sal z chorymi. Tu trzeba pochylić się nad drugim człowiekiem, potrzymać kogoś za rękę i być.

Reklama

– Choroba zmienia, uczy uczuć, relacji między ludźmi – mówi Ewa Strzelczyk-Utz. I przytacza historie tych, których już nie ma, ale pozostawili w sercach personelu szpitala ślad. I pamiętają. Pan z rurką do tracheotomii w przełyku, pani chora na raka mózgu, kobieta bez jednej kończyny z sączącymi się ranami, przez które widać kości, młoda mama dwójki dzieci, której nowotwór zaatakował narządy rodne, nauczycielka, która mimo cierpienia nie chciała nikomu sprawiać kłopotu. To tylko niektórzy.

Oszpeceni cierpieniem, znoszący ogromny ból, niektórzy z oczyma utkwionymi w sufit, jęczący, niemogący już nic wokół siebie zrobić, żadnej czynności, toalety, skazani na pomoc drugiego człowieka, często skrępowani. Kobiety, których ciała pełne ran i plam, nieludzko wychudzone, pokrzywione, kiedyś były piękne. Niektóre na paznokciach miały jeszcze ślady lakieru, w szufladach szminki. Kiedyś dbały o siebie, chciały się podobać. Panowie, po których piżamach i przyborach do golenia widać to samo. Choroba wszystko przerwała. I nie patrzyła na wiek.

Nadzieja

Wystarczy choć na chwilę wejść na ten oddział. Przejść po salach. Wysłuchać historii tych ludzi, ich chorowania, spróbować porozmawiać z nimi, z ich rodzinami, nawet pomilczeć. By zrozumieć, co w życiu jest wartością.

Czy w oczach chorych można zobaczyć śmierć? Bo taki krąży stereotyp. Nie. W oczach tych ludzi, choć niejednokrotnie nie można opanować łez, widzi się tylko wielką nadzieję na życie. I widać też, jak miłością udaje się pokonać cierpienie.

2018-12-18 11:05

Ocena: +4 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Obywatele, co wy tu robicie?

Niedziela przemyska 52/2017, str. III

[ TEMATY ]

wspomnienia

wigilia

Archiwum ks. Tadeusza Białego

Drużyna pod bronią. W dolnym rzędzie pierwszy z prawej alumn żołnierz Tadeusz Biały

Drużyna pod bronią. W dolnym rzędzie pierwszy z prawej
alumn żołnierz Tadeusz Biały

Opowieść wigilijna, która wydarzyła się naprawdę w JW 4413 w Bartoszycach 24 grudnia 1972 roku

Dla mnie i dla moich kolegów pierwsza Wigilia Świąt Bożego Narodzenia z dala od rodziny była szczególnym wydarzeniem (tylko nieliczni mieli szczęście wyjechać na urlop). Klimat świąt wyniesiony z domu rodzinnego przynaglał nas, aby w jednostce wojskowej pod specjalnym nadzorem komunistów spotkać się przy wigilijnym stole. Wieczorem zebraliśmy się w jednej z sal pierwszej kompanii, oczywiście dyskretnie – w konspiracji przed przełożonymi. Jednak nasi koledzy „cywile” byli bardzo czujni. Któryś z nich doniósł, że alumni żołnierze organizują wigilię. Nie trzeba było długo czekać na interwencję przełożonego. Tym razem służbowo wkroczył do sali dowódca naszej pierwszej kompanii mjr Apolinary Kaczmarek, który tego wieczora pełnił funkcję oficera dyżurnego i z wyraźną dezaprobatą zapytał: „Obywatele, co wy tu robicie?”. Nastała krótka cisza i po chwili jeden z naszych kolegów zwrócił się do oficera: „Obywatelu majorze, przecież dzisiaj jest wigilia Bożego Narodzenia” i podszedł z opłatkiem do majora. Byliśmy ciekawi, jak on zareaguje.

CZYTAJ DALEJ

Abp Galbas w Sosnowcu przeprosił wiernych za każde zgorszenie, które kiedykolwiek spowodowali księża

2024-03-28 23:35

[ TEMATY ]

Abp Adrian Galbas

flickr.com/episkopatnews

Abp Adrian Galbas

Abp Adrian Galbas

- Kościelne postępowanie w bulwersującej sprawie sprzed miesięcy dobiega końca - powiedział abp Adrian Galbas SAC, administrator apostolski diecezji sosnowieckiej sede vacante. W czasie Mszy Wieczerzy Pańskiej, którą odprawił w sosnowieckiej bazylice katedralnej, przeprosił wiernych za każde zgorszenie, które kiedykolwiek spowodowali księża.

- Po podjęciu ostatecznych decyzji, zostanie o nich poinformowana opinia publiczna. Także w sprawie, która w ostatnich dniach spowodowała, że diecezja sosnowiecka znalazła się na czołówkach gazet, jestem zdeterminowany, by wszystko wyjaśnić i adekwatnie zareagować. Proszę przyjąć moje zapewnienie, że nic w tej, jak i w żadnej innej gorszącej sprawie, nie jest i nie będzie zbagatelizowane - powiedział.

CZYTAJ DALEJ

Świdnica. Znakomite wieści dla świdnickiej katedry

2024-03-28 22:00

[ TEMATY ]

Świdnica

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

dotacje na zabytki

Beata Moskal-Słaniewska Prezydent Świdnicy

Proboszcz katedry podczas oprowadzania gości po katedrze

Proboszcz katedry podczas oprowadzania gości po katedrze

Stolicę diecezji odwiedziła Joanna Scheuring-Wielgus, wiceminister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, przywożąc ze sobą znakomite wieści dla miasta i jego dziedzictwa kulturowego.

Podczas spotkania w czwartek 28 marca ogłoszono, że katedra świdnicka, jeden z najcenniejszych zabytków Dolnego Śląska otrzyma wsparcie finansowe z corocznego programu ministerstwa. Informację przekazała w mediach społecznościowych Prezydent Świdnicy. - Z corocznego programu prowadzonego przez ministerstwo, wśród projektów zakwalifikowanych do dofinansowania, jest świdnicka katedra! Moja ulubiona figura św. Floriana, patrona strażaków, nareszcie zostanie odnowiona – napisała Beata Moskal-Słaniewska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

iv>

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję