Reklama

Petycja do prezes Trybunału Konstytucyjnego

Gdy chcesz głosić Chrystusa, nie myślisz o niebezpieczeństwach

2019-01-08 11:58

Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 18-20

Archiwum Centrum Formacji Misyjnej
S. Amadeusza Sowińska i s. Karola Matyjaszczyk akompaniują na gitarach podczas Mszy św. w kaplicy Centrum Formacji Misyjnej

Trzech księży diecezjalnych, cztery siostry zakonne, jeden kapłan zakonny, brat zakonny i jedna osoba świecka przygotowują się w warszawskim Centrum Formacji Misyjnej do wyjazdu na misje. Między najmłodszym i najstarszym kandydatem jest 40 lat różnicy

Większość z nich powołanie misyjne odkryło bardzo wcześnie. Przypadek s. Janiny Samolewicz ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii, zwanych popularnie eucharystkami, świadczy o tym, że na posługę misyjną nigdy nie jest za późno. Bóg może się upomnieć o człowieka nawet wówczas, gdy zbliża się on do emerytury albo nawet zaczyna korzystać z jej dobrodziejstw. Tak było w przypadku ks. Józefa Zyzaka z diecezji tarnowskiej, który nazywa siebie „misjonarzem ostatniej godziny”, bo wyjechał do Boliwii w wieku 72 lat.

Na Kubę, do ludzi głodnych Boga

Pełna treść tego i pozostałych artykułów z NIEDZIELI 2/2019 w wersji drukowanej tygodnika lub w e-wydaniu.

Tagi:
reportaż

Wigilijne powroty

2018-12-18 10:59

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 51/2018, str. 24-25

Świąteczne powroty to trochę Boże Narodzenie w pigułce – najpierw jest tęsknota za kimś, potem oczekiwanie, tracenie i odzyskiwanie nadziei i wreszcie rozsadzająca serce radość

skeeze/PIXABAY.COM

Zapewne także podczas tych świąt zdarzą się takie historie. Ktoś ukochany, najdroższy, za kim się tęskniło, na kogo się czekało, choć nadzieja na spotkanie wydawała się niewielka, wraca nagle do domu. Zjawia się ze zmarzniętymi policzkami, z mrozem we włosach, i nagle pojmujemy, że święta to czas naprawdę niezwykły, darowany...

Jerzyk ma swoją własną opowieść wigilijną. Zdarzyło się to bowiem wtedy, gdy – jak mawia Jerzyk – „dokumentnie” zawiało drogi w całej północnej Europie. Burza śnieżna nie odpuszczała od ponad doby. Jerzyk rozumiał, że szans na dostanie się do domu nie miał już żadnych, ale walczył o każdy kilometr. Gdy ciężarówkę rzuciło w poprzek drogi, błyskawicznie ocenił, że życie jest ważniejsze. Udało mu się zjechać powolutku na najbliższy parking, gdzieś w tle majaczyły światła niemieckiej stacji benzynowej. Doczłapał do niej, walcząc z podmuchami zawiei, i zastał w środku zaspaną obsługę i tylko jednego klienta – smutnego Niemca, uwięzionego jak on w śnieżnym potrzasku w środku sparaliżowanej śniegiem Europy. Wysłał do swoich dziewczyn (żona plus trzy córki) sms-a z prośbą, żeby same usiadły do wieczerzy.

Zawieja wyglądała na taką, co szybko nie mija. Za oknami wyło i rzucało śniegiem niemal całą noc. Niemiec okazał się sympatyczny i z gatunku tych, co lubią słuchać, ot taki jowialny grubasek z piwnym brzuszkiem. Jednak gdy wstał dzień i niebo zalśniło klarownym błękitem, Hans, bo tak miał na imię, powiedział zdecydowanym tonem do Jerzyka: – Zbieraj się! Podrzucę cię do domu. – Niby jak? – odparł Jerzyk. – A tak – uśmiechnął się Hans i pokazał palcem niebo. Okazało się, że starszy pan to lokalny krezus i zapalony pilot z własną cessną. „La piu Bella” stała na pobliskim lotnisku zawsze z pełnym bakiem. Wylądowali pod Wrocławiem. Jerzyk spacerkiem poszedł do domu. Odtąd w jego rodzinie mawia się, że jak Bóg błogosławi, to nawet na niemieckim odludziu spotkasz gościa z własnym samolotem.

Czasem, gdy nikt już nie wierzy

Waldka nie było tutaj jakieś 65 dni. Dwa miesiące wcześniej jego auto wbiło się w nasyp kolejowy. Nie znaleziono świadków zdarzenia, a mózg Waldka nie chciał się obudzić, więc nie ustalono, co zaszło. Lekarze powtarzali wymijająco, że rokowania są umiarkowanie optymistyczne, bo coś trzeba było przecież powiedzieć. Ludzie z tego wychodzą, ale...

Jadzia przychodziła do szpitala codziennie, czasem zabierała dzieci, żeby popatrzyły na tatę. Raz mała Marysia została złapana na szczypaniu ręki ojca. Narobiła mu potężnych siniaków – bo jak potem z płaczem tłumaczyła, chciała tylko, żeby tatko się obudził.

Na oddziale trudnych przypadków rodziny pacjentów wpuszcza się rzadko i na krótko, Jadzia jednak ubłagała ordynatora, by pozwolił jej urządzić dla ludzi z nocnego świątecznego dyżuru poczęstunek wigilijny. Skąd mogła przypuszczać, że lepi pierogi na Wigilię życia, nie tylko swojego zresztą...

Ten szpital to nie było ładne miejsce. Koniec lat 90. XX wieku w powiatowym mieście – korytarze i sale szpitalne w nieśmiertelnym mdłym beżu i zdezelowane jarzeniówki, których zimne światło odbierało resztę wdzięku rachitycznym sztucznym choinkom.

W noc Bożego Narodzenia praca jest jak kara, wiadomo. Skazańców było troje – dwie pielęgniarki i młody lekarz, stażysta. Do zmroku zajmowali się przemycaniem do łóżek nieprzytomnych pacjentów rodzin, które chciały choć przełamać się z nieszczęsnymi opłatkiem.

A potem zrobiło się cicho. Za oknami zimny wiatr targał gałęziami drzew. Deszcz tłukł w szyby.

Jadzia wtarabaniła się na piętro, niosąc w obu rękach ciężkie reklamówki, przodem szły dzieci. I to one pierwsze usłyszały alarmujące sygnały. Pisk maszyn wwiercał się w mózg, wypełniał całą chłodną przestrzeń. Jedno przeciągłe, drażniące „piiiiii” górowało nad innymi. Ktoś wołał, ktoś w białym fartuchu biegł tak szybko, że zgubił chodak. Męski głos nakazywał, by natychmiast dzwonić do ordynatora. Po latach Jadzia powie, że zapamiętała z tamtej chwili tylko synka wołającego na głos: – Tylko nie tata! Jezusku, tylko nie tata...

Jeszcze starczyło im sił, by pod ścianą postawić torby z wigilijną wieczerzą. A potem biegli już bez opamiętania przed siebie. Pielęgniarka zagrodziła im drogę. – Nie teraz! – krzyknęła. A jednak zajrzeli...

Waldek opierał się na jednym łokciu, jakby chciał się podciągnąć wyżej na poduszce. Popatrzył na nich, oniemiałych stojących w drzwiach i uśmiechnął się od ucha do ucha, tak jak tylko on potrafi. – Proszę się nie ruszać, proszę nic nie robić – mówił drżącym głosem młody lekarz. – Że też właśnie mnie musiał się dziś przydarzyć cud. Nikt mi przecież nie uwierzy...

Odzyskana przeszłość

Zuzanna prowadzi mnie do ściany obwieszonej fotografiami w jednakowych brązowych ramkach. – Widzisz – mówi cicho, wskazując jedną – tak wyglądał mój dom. Obiecałam mu, że kiedyś do niego wrócę. Może to głupie przyrzekać coś chałupie, ale tylko ona tam została. Ona jedna. I ja.

Zuzanna jest stara. Ma dorosłe wnuki i niską emeryturę. Dekadę temu, gdy jeszcze bez trudu szła pieszo latem na Jasną Górę, pewnej nocy przyśnił jej się rodzinny dom w małej kresowej wioseczce, jakieś 50 km na wschód od Lwowa. Zapragnęła powrotu. Opanowała ją przemożna potrzeba stanięcia na starej ziemi, zaciągnięcia się głęboko powietrzem i dotknięcia miejsca rodzinnego, tak bliskiego jak już żadne inne potem. Rodzina nie chciała o tym słyszeć. Tylko najmłodszemu z wnuków na moment zalśniły oczy. Tak więc na dzień przed Wigilią babcia Zuzia spakowała plecak, wsunęła stopy w trapery i nakazała wnukowi jechać na wschód. – Z babci to niezłe ziółko – śmiał się Grześ, gdy gnali zamarzniętą drogą.

Za Lwowem wjechali w krajobraz zbudowany z mgły i śniegu. Na szczycie kolejnej górki Zuza kazała zatrzymać samochód. Wyszła i spojrzała w dół. Z kominów sterczących ponad zasypane dachy unosiły się ku górze szare wstążki dymu. Zuzanna próbowała znaleźć swój dom. Pamiętała, że stał na skraju wsi, za rzędem drzew posadzonych przez ojca, gdy wrócił szczęśliwie z wojny, którą potem ludzie nazwali pierwszą światową. Przy drodze powinna być też kapliczka z Matką Bożą Częstochowską, pod którą chodziło się wieczorami na „Zdrowaśkę”, a przed którą czapkę ściągał z głowy nawet głupek Wasyl.

Z tej wysokości nie było widać ani domu, ani kapliczki, więc zjechali powoli w dół.

Przed kościołem zobaczyli grupę ludzi okutanych w chusty i czapy z nausznikami. Grześ zatrzymał samochód i wysiedli. Pyzata, zaczerwieniona mrozem kobieta pokazała ich palcem. Reszta odwróciła szmaciane głowy i zamilkła zdumiona.

– A skąd wy przyjechawszy? – zagadnął ktoś śpiewnie.

– Z daleka – wytłumaczył Grześ.

Grupka poruszyła się raptownie. – Znaczy się z Polski! – krzyknął radośnie jakiś mężczyzna, ubrany tak grubo, że z trudem ruszał rękami. Grupka gałgankowych ludzi zakotłowała się raptownie, więc Zuza zaczęła wyjaśniać, że przyjechała, by pożegnać się z rodzinnym domem. Stoi na końcu wsi, wyjaśniła. – To ty od Sucheckich jesteś? – padło pytanie. Pokiwała głową, nim oboje przybysze utonęli w objęciach obcych ludzi.

Ruszyli wąską ścieżką, wydeptaną w białym, skrzypiącym śniegu. Mijali domy, które Zuzannie nie przywodziły na pamięć żadnych wspomnień. Pochód zatrzymał się w szczerym polu, ograniczonym z jednej strony potężnymi drzewami, wybielonymi mrozem aż po koniuszki delikatnych gałązek.

Dom stał pochylony z jednej strony ku ziemi, z krzywymi oknami i zmurszałym daszkiem. Malutki i kruchy jak staruszka. Zuzanna podeszła bliżej, sadząc niepewnie kroki w śniegu miękkim i ustępującym pod jej stopami. Zobaczyła na progu kobietę i młodego chłopaka.

– To pani Zofia, wdowa, i jej syn – usłyszała za plecami głos. – Porządni ludzie. Mieszkają tu od lat...

– Mogę? – zapytała cicho. Kobieta wzięła ją za rękę, popatrzyła z lękiem w oczy.

Z pieca buchało ciepło na niewielki pokój i maleńką kuchnię. Kwadraciki okien zabielone mrozem przepuszczały niewiele światła, mlecznego w barwie, swojskiego w zapachu.

Na stole były biały obrus i stary porcelanowy serwis ze startym wzorkiem niezapominajek. U sufitu młody chłopak mocował kilka świerkowych gałęzi, obsypanych sreberkiem lamety i papierowymi łańcuchami. Pachniało makiem, miodem i dawnymi świętami.

– Jaki on malutki, ten twój domek – dziwił się Grześ. – Opowiadałaś o pałacu, a tu wiejska chatynka pod strzechą.

Im bardziej mrok zadomawiał się na horyzoncie, tym więcej ludzi przybywało do chałupki. Schodzili się zobaczyć zagubionych wigilijnych wędrowców, którzy w zimowy czas niemal z nieba spadli do ich wsi. Niczym korowód krążyli wokół stołu z wyciągniętym przed siebie opłatkiem i ukradkiem ocieraną łzą. Przytulali ich obcy i jakby już nieobcy ludzie, bo połączeni tą nocą świętą, wspólną ojczyzną i wspólnym oczekiwaniem na narodzenie Pana.

Wspomnienia i tęsknoty

Czas biegł niespiesznie i po staroświecku, odmierzany biciem zegara z kukułką i gwarzeniem. Zuzanna opowiadała o dzieciństwie i świętach w Polsce. Przywoływała wspomnienia w nadziei, że ktoś z obecnych stanie się jej towarzyszem podróży w dawny świat zaścianków, dworków, wiejskich chat z trzechsetletnią tradycją. Z czasem odnaleźli wspólne drogi, kawałek przeszłości nie całkiem martwej i niczyjej, bo ciągle zaludnionej ich wspomnieniami i tęsknotami. A potem, gdy przedarli się już przez zaspy i weszli do maleńkiego kościółka, Zuza z niedowierzaniem słuchała, jak wnuk śpiewa na całe gardło kolędy. Oczy mu przy tym tak błyszczały jak onegdaj u dziadka Leona. Zuza pomyślała: – Wróciłam.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019 300x300 nowy termin

Przesłanie arcybiskupa Panamy do polskich uczestników ŚDM

2019-01-19 21:01

pb (KAI Panama) / Panama

Arcybiskup Panamy José Domingo Ulloa Mendieta przekazał za pośrednictwem KAI krótkie przesłanie skierowane do pielgrzymów z Polski, przybyłych na Światowe Dni Młodzieży, jakie odbędą się tam w dniach 22-27 stycznia.

Paulina Krzyżak/epikospat.pl
Jose Domingo Ulioa

Podziękował Kościołowi w Polsce za podzielenie się doświadczeniami z organizowania ŚDM w Krakowie w 2016 r., a także za przekazanie relikwii św. Jana Pawła II, która zostanie umieszczona w ołtarzu głównym katedry w Panamie.

- W ten sposób Jan Paweł II zostanie na zawsze pośród nas, a wraz z nim Kościół w Polsce - powiedział 62-letni hierarcha, który od 2010 r. stoi na czele stołecznej archidiecezji, a zarazem jedynej w Panamie prowincji kościelnej (metropolii).

Oto słowa arcybiskupa Panamy w tłumaczeniu na język polski:

„Serdeczne pozdrowienia dla ponad trzech i pół tysiąca pielgrzymów polskich! Chcemy podziękować Kościołowi w Polsce za to, że jako nasi starsi bracia w przygotowaniu Światowych Dni Młodzieży podzielili się z nami tym, jak je zorganizować i zawsze byli przy nas, gdy przygotowywaliśmy to wielkie wydarzenie. Dlatego płyną do Kościoła w Polsce nasze wyrazy wdzięczności. A szczególnie za to, że wczoraj arcybiskup Krakowa przywiózł nam relikwię św. Jana Pawła II, która zostanie umieszczona w ołtarzu pierwszej katedry na lądzie amerykańskim pw. Matki Bożej Starszej. Tak więc Jan Paweł II zostanie na zawsze pośród nas, a wraz z nim Kościół w Polsce.”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Włochy: po trzęsieniu ziemi benedyktynki wracają do Nursji

2019-01-20 10:14

ts / Nursja (KAI)

W niemal trzy lata od tragicznego trzęsienia ziemi w środkowych Włoszech siostry benedyktynki powoli powracają do swego klasztoru w Nursji. Jak poinformował arcybiskup Spoleto-Nursji, Renato Bocardo, 10 lutego siostry klauzurowe zamieszkają w kontenerach w pobliżu swego dawnego klasztoru.

wikipedia.org

W 2016 r. miasto Nursję we włoskiej Umbrii zrujnowało trzęsienie ziemi. Klasztor sióstr benedyktynek został tak mocno uszkodzony, że zakonnice trzeba było przenieść do ich sióstr w Trevi. Z bazyliki św. Benedykta pozostała tylko fasada. Nursja jest rodzinnym miastem św. Benedykta i jego bliźniaczej siostry św. Scholastyki. Po trzęsieniu ziemi nie ma już bazyliki wzniesionej nad rodzinnym domem Benedykta (ok. 480-547) i Scholastyki. Cudem ocalała jedynie na centralnym placu figura świętego, założyciela zachodniego monastycyzmu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019 300x300 nowy termin

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem