Reklama

Gdy chcesz głosić Chrystusa, nie myślisz o niebezpieczeństwach

2019-01-08 11:58

Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 18-20

Archiwum Centrum Formacji Misyjnej
S. Amadeusza Sowińska i s. Karola Matyjaszczyk akompaniują na gitarach podczas Mszy św. w kaplicy Centrum Formacji Misyjnej

Trzech księży diecezjalnych, cztery siostry zakonne, jeden kapłan zakonny, brat zakonny i jedna osoba świecka przygotowują się w warszawskim Centrum Formacji Misyjnej do wyjazdu na misje. Między najmłodszym i najstarszym kandydatem jest 40 lat różnicy

Większość z nich powołanie misyjne odkryło bardzo wcześnie. Przypadek s. Janiny Samolewicz ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii, zwanych popularnie eucharystkami, świadczy o tym, że na posługę misyjną nigdy nie jest za późno. Bóg może się upomnieć o człowieka nawet wówczas, gdy zbliża się on do emerytury albo nawet zaczyna korzystać z jej dobrodziejstw. Tak było w przypadku ks. Józefa Zyzaka z diecezji tarnowskiej, który nazywa siebie „misjonarzem ostatniej godziny”, bo wyjechał do Boliwii w wieku 72 lat.

Na Kubę, do ludzi głodnych Boga

S. Janina Samolewicz wie, co to znaczy być z dala od ojczyzny. Siostra, która jest w zgromadzeniu eucharystek od 1967 r., pracowała bowiem na Syberii i w Wilnie.

O misjach na Kubie zaczęła myśleć stosunkowo niedawno. Na pytanie, skąd się wzięło u niej powołanie misyjne, odpowiada: – A skąd może pochodzić, jak nie z Ducha Świętego? I dodaje: – Z mojej strony była to tylko odpowiedź „tak” na potrzeby Kościoła.

Reklama

Te potrzeby s. Janina dostrzegła na dalekiej Kubie. W 2012 r. uczestniczyła w zjeździe referentów misyjnych w Niepokalanowie. Jej uwagę zwrócił obecny tam ksiądz „z innej niż nasza kultury”, którym okazał się dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych na Kubie ks. Castor José Alvarez Devesa. Opowiadał on o wspaniałym kapłanie z Polski, który porwał ludzi ku Matce Bożej. Ks. Devesa przekazał też prośbę kubańskich biskupów o misjonarzy. – Od tego czasu byłam modlitwą na Kubie, zawierzałam Panu Bogu pracę misyjną w tym kraju – wspomina s. Janina.

Pięć lat później eucharystka uczestniczyła w podobnym zjeździe. Dowiedziała się wówczas, że byli w Polsce biskupi z Kuby z prośbą o misjonarzy, w tym o siostry zakonne z Polski. Argumentowali, że Polacy najlepiej rozumieją Kubańczyków, gdyż sami przeszli doświadczenie ateizacji.

– To podziałało jak ocknienie, choć wydawało się nierealne. Misja na Kubie nie jest w możliwości naszego małego zgromadzenia, żadna z nas nie mówi po hiszpańsku, a ja dobiegam do siedemdziesiątki. Ale cóż mogę powiedzieć, skoro Pan Jezus mnie dotknął, a u Boga nie ma nic niemożliwego. Toteż kiedy podczas Mszy św. poczułam łaskę Bożą, odpowiedziałam: „jestem do dyspozycji” – wyznaje s. Janina.

Jednak żeby zostać kandydatem do wyjazdu na misje, trzeba było pokonać wiele trudności. – Jak to siostra widzi? Bo ja nie widzę – powiedziała szczerze matka generalna, kiedy s. Samolewicz rozmawiała z nią o gotowości wyjazdu na Kubę. Sprawa ta stanęła jednak na zarządzie. Radna generalna skontaktowała się z ks. Maciejem Będzińskim, sekretarzem krajowym Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary, który z kolei skierował ją do ks. Jana Fecki, dyrektora Centrum Formacji Misyjnej. Po rozmowie z ks. Fecką dwie eucharystki – s. Janina Samolewicz i s. Magdalena Odolińska wykonały badania medyczne w Gdańsku, które dały pozytywny wynik, a ponadto – także z wynikiem pozytywnym – ukończyły czteromiesięczny kurs języka hiszpańskiego w Instytucie Cervantesa.

S. Janina, w porozumieniu ze swoją przełożoną generalną, nawiązała korespondencję z ordynariuszem diecezji Santa Clara bp. Marcelem Arturem Gonzálezem Amadorem. Przekazał on dwa listy od proboszcza z parafii świętych Piotra i Pawła w Corralillo, który prosił o żeńską wspólnotę zakonną oraz ukazywał potrzeby „ludzi głodnych Boga, którym nie ma kto Go przybliżać”.

Kiedy s. Janina poinformowała bp. Artura o zgodzie przełożonej generalnej na podjęcie przez obie siostry przygotowania w CFM do wyjazdu na Kubę, nie zdążyła zamknąć komputera, gdy nadeszła odpowiedź. Biskup Santa Clara wyraził wielką radość w nadziei przyjazdu polskich sióstr i dziękował za to Jezusowi ukrytemu w Eucharystii.

Rzeczywistość zmienia się modlitwą

Ks. Paweł Dąbrowa, pochodzący z parafii Najświętszej Maryi Panny Szkaplerznej w Dąbrowie Tarnowskiej, już gdy wstępował do seminarium, wiedział, że będzie misjonarzem. Jako kilkunastoletni chłopak interesował się misjami. Z zaciekawieniem słuchał opowieści misjonarzy, w tym pracującego kiedyś w jego rodzinnej parafii ks. Mieczysława Pająka, który posługiwał w Republice Środkowoafrykańskiej. W seminarium to zainteresowanie się pogłębiło. Wstąpił do kleryckiego Ogniska Misyjnego, a po drugim roku seminarium wyjechał z dwoma kolegami na staż misyjny do Republiki Środkowoafrykańskiej i Kamerunu, pod kierunkiem obecnego ojca duchownego tarnowskich misjonarzy ks. Stanisława Wojdaka. Przyglądali się posłudze księży z diecezji tarnowskiej, pomagali im w pracach fizycznych. To wówczas w kleryku Pawle zrodziło się pragnienie, żeby zostać misjonarzem w Afryce. – Afryka ma to do siebie, że jak się tam już raz było, to chce się wrócić – opowiada ks. Dąbrowa.

Kandydat na misjonarza zdaje sobie sprawę, że RŚA to niebezpieczny kraj, targany bez przerwy rebeliami. Nie myśli jednak o niebezpieczeństwach. Chce tam pracować bez względu na to, czy będzie tam wojna, czy pokój. Jego zdaniem, nie ma sensu rozmyślać o czymś, na co się teraz nie ma wpływu.

– Wszystko jest w ręku Boga, a rzeczywistość najlepiej zmienia się modlitwą – podkreśla ks. Dąbrowa.

Wzorem misjonarza dla ks. Pawła jest zamordowany w 1998 r. w Loulombo w Republice Konga fideidonista z diecezji tarnowskiej ks. Jan Czuba. – Chciałbym być taki jak on – deklaruje ks. Dąbrowa.

Po ukończeniu Centrum Formacji Misyjnej czeka go dwuletni kurs językowy i duszpasterski we Francji.

Jeden z Legionu Misyjnego

Przykład kolegi kursowego ks. Pawła Dąbrowy – ks. Tomasza Kaczora pokazuje, jak kapitalne znaczenie ma animacja misyjna. Po trzeciej klasie gimnazjum Tomasz (przypadkiem?) w zastępstwie kolegi pojechał na „Misyjne wakacje z Bogiem”, prowadzone przez ks. Waldemara Sosnowskiego. Jeszcze podczas tych samych wakacji trafił pod skrzydła ks. Andrzeja Augustyna, który prowadził Szkołę Animacji Misyjnej. Z tej inicjatywy zrodziło się Stowarzyszenie Inicjatywa Młodzi Misjom, które prowadzi animację misyjną na terenie diecezji oraz organizuje różne akcje mające na celu pomoc tarnowskim misjonarzom. Umożliwia także młodzieży wyjazdy na staże misyjne. To był początek powołania misyjnego chłopca z parafii Wielogłowy.

Ks. Kaczor wspomina, że „od razu go wciągnęło”. I tematyka, i fajni ludzie, którzy – tak jak on – zaczęli sobie uświadamiać, jak ważnym zadaniem dla Kościoła są misje.

Kiedy Tomasz wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie, od razu zaangażował się w działalność kleryckiego Ogniska Misyjnego. Zapisał się na lektorat języka hiszpańskiego, bo postanowił, że jako misjonarz będzie pracował w kraju, gdzie ten język jest w użyciu. W 2011 r. odbył staż misyjny w Ekwadorze. Dziś podkreśla ważność tej inicjatywy: dzięki stażom blisko dwudziestu młodych kapłanów z diecezji tarnowskiej wyjechało na misje.

Kleryk Kaczor cały czas intensywnie uczył się języka. Raz nawet bp Leszek Leszkiewicz, były misjonarz w Ekwadorze, skwitował to słowami, że Tomek w seminarium uczył się tylko hiszpańskiego. Oczywiście, kandydat na misjonarza wiedział, że to tylko żart. Faktem jest, że wykorzystywał każdą okazję, aby pogłębiać znajomość języka, jak np. pielgrzymka do Santiago de Compostela czy kolejny staż misyjny, na który wraz z klerykami udał się do Peru w 2015 r., półtora miesiąca po przyjęciu święceń kapłańskich. Już jako kapłan dwukrotnie zastępował księdza z diecezji tarnowskiej pracującego w Hiszpanii. Wiele razy wyjeżdżał do krajów języka hiszpańskiego.

Ks. Kaczor, podobnie jak ks. Dąbrowa, należy do Legionu Misyjnego, nieformalnego stowarzyszenia przyjaciół misji – duchownych i świeckich – powołanego przez ks. Stanisława Wojdaka oraz seminarzystów WSD w Tarnowie. Spotykają się raz w miesiącu. Efektem ich działalności jest wzrost powołań misyjnych w diecezji tarnowskiej – kilka osób z tego grona ukończyło Centrum Formacji Misyjnej.

Ks. Tomasz Kaczor przygotowuje się do wyjazdu do Ameryki Południowej. Krajem jego posługi będzie najprawdopodobniej Boliwia.

Najważniejsze są sakramenty

O. Elizeusz Czwerenko OFM od młodości miał predyspozycje na misjonarza. – Byłem wagabundą, lubiłem się wałęsać, nie stanowiło dla mnie problemu, aby gdzieś wyjechać „tak jak stoję” – wspomina kandydat do wyjazdu do Boliwii.

Jako chłopak Krzysztof (Elizeusz to jego imię zakonne), pochodzący ze Sztumu k. Malborka, czytał książki podróżnicze, fascynował się Indianami.

Z misjami zetknął się w nowicjacie, gdzie słuchał opowieści franciszkańskich misjonarzy. Nie czuł jakiegoś szczególnego impulsu, ale pod koniec nowicjatu zadał sobie pytanie: „A może jechać?”. Gdy wstępował do Wyższego Seminarium Duchownego Zakonu Braci Mniejszych w Panewnikach, postanowił uczyć się hiszpańskiego, bo już wiedział, że chce pracować w Boliwii. Dlaczego tam? Bo w Ameryce Łacińskiej tylko w Boliwii polska prowincja Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny Zakonu Braci Mniejszych ma misjonarzy. – To było praktyczne podejście, choć, oczywiście, mogę jechać gdzie indziej, jeśli taka będzie wola przełożonych – mówi brodaty franciszkanin.

O. Elizeusz jest przygotowany na wszystko. Nie wie, dokąd zostanie posłany: w góry, na niziny czy do dżungli. – Oczywiście, najlepiej byłoby pracować gdzieś na nizinie, bo nad jeziorem Titicaca leżącym na wysokości prawie 4 tys. m n.p.m. nawet Boliwijczycy nie wytrzymują zbyt długo, a co dopiero Europejczycy – zauważa franciszkanin.

W jakiej roli widzi się na misjach? – Będę robił to, co będzie trzeba. Jednak najważniejsza jest posługa sakramentalna. Boliwia to kraj, który potrzebuje kapłanów do odprawiania Mszy św. Nieraz trzeba przedzierać się prawie 200 km przez dżunglę, aby odprawić Mszę św. dla ludzi, którzy czekają na kapłana – mówi o. Elizeusz.

W Boliwii w ostatnich kilku latach zginęło tragicznie troje młodych polskich misjonarzy. Na pytanie, czy jest tego świadomy, franciszkanin odpowiada, że zginąć tragicznie można wszędzie, także w Polsce. – W Boliwii od kilkudziesięciu lat żyją Polacy, którym nic się nie stało, choć mówi się o Ameryce Południowej jako o beczce prochu z tykającym zegarem. Najbardziej przeraża nas to, co jest nieznane – uważa o. Elizeusz.

Wzorem są dla niego misjonarze, którzy nie uciekają pod wpływem grożącego niebezpieczeństwa. Tak – bohatersko – zachowali się jego konfratrzy, polscy franciszkanie z misji w Republice Środkowoafrykańskiej, których napadli muzułmańscy rebelianci. – Oni nie opuścili ludzi, bo wiedzieli, że jak to zrobią, miejscowa ludność pozostanie całkowicie bez jakiejkolwiek ochrony i nadziei na przyszłość – twierdzi o. Elizeusz.

Marzenie o Chinach

Do wyjazdu do Boliwii szykuje się też jedyna osoba świecka, Barbara Kubicka. Co może robić na misjach 25-letnia dziewczyna z tytułem magistra obojga praw? Życie pokaże, ale możliwości jest wiele, np. praca wychowawczyni w internacie dla dziewcząt.

Fascynacja misjami zrodziła się u małej Basi w rodzinnej parafii w Lublińcu, prowadzonej przez misjonarzy oblatów. Pierwsze marzenie o wyjeździe na misje pojawiło się w tamtejszym liceum o profilu geograficzno-językowym.

Na studiach na UKSW w Warszawie myśl o misjach przycichła. Barbarę pochłonęły formacja w duchu nowej ewangelizacji i prowadzenie rekolekcji kerygmatycznych w ramach projektu ewangelizacyjnego Młodzi – Młodym.

Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w ramach Międzynarodowego Centrum Ewangelizacji, wraz ze Wspólnotą św. Tymoteusza, przemierzała miasto wzdłuż i wszerz. – Od pierwszego dnia Pan Bóg zaczął się o mnie upominać: Co jest dla ciebie najważniejsze? Jakie jest twoje powołanie? Odebrałam to jako wezwanie do tego, bym przestała się kurczowo trzymać swoich pomysłów i planów i pozwoliła działać Bogu – wspomina Barbara.

Wówczas powróciła myśl o misjach. Po ŚDM do Lublińca przyjechali studenci z Chin. Barbara gościła u siebie w domu zakonnika – oblata i chłopaka – lidera wspólnoty młodzieżowej. Z pasją dyskutowali o życiu duchowym: jak prowadzić spotkania formacyjne, jak przeżywać wiarę w warunkach prześladowania Kościoła. Zaraz po wyjeździe gości Barbara pomyślała o przygotowaniu dla nich rekolekcji. No, ale jak tu wyjechać do Chin?

Na przełomie września i października 2016 r. wspólnota Basi prowadziła rekolekcje w Górznie, w diecezji siedleckiej. Dołączył do nich tamtejszy wikariusz, opiekun KSM, ks. Paweł Wysokiński.

Dwa miesiące po tych rekolekcjach w jednej z rozmów Basia opowiedziała ks. Pawłowi o jeszcze większej chęci głoszenia Ewangelii, o nowej ewangelizacji, o gościach z Chin i o myślach związanych z przygotowaniem rekolekcji dla nich. Ks. Paweł opowiedział też o swoich marzeniach i pomysłach, które miał w sercu, i na koniec powiedział: – Basia, jedziemy do Chin! Bez żadnego namysłu odparła: – Tak. Ochłonęli nieco i po 10 minutach dziewczyna zapytała: – Czy Ksiądz sobie zdaje sprawę z tego, co powiedział?

Doszli do wniosku, że można połączyć pracę misyjną z nową ewangelizacją, ale w miejscu, gdzie jest to obecnie możliwe.

– Zaczęliśmy się o to modlić i pytać Boga, jak to zrealizować. Po jakimś czasie pojawiła się perspektywa wyjazdu do Boliwii. Oprócz mnie do wyjazdu zgłosiły się jeszcze dwie dziewczyny z mojej wspólnoty. Wszyscy chcemy głosić Chrystusa i – wzorem św. Pawła – tak formować grupy, aby one, gdy będą gotowe, mogły robić to samo – tłumaczy Barbara Kubicka.

W październiku 2018 r. ks. Paweł Wysokiński wyleciał do Boliwii. W tym roku dołączy do niego Barbara, a następnie wspomniane dwie dziewczyny.

– Nie wykluczam jednak, że polecę do Chin. Pan Bóg ma przecież duże poczucie humoru – przekonuje Barbara Kubicka.

Tagi:
reportaż

Chwila w raju

2019-02-13 07:43

Maciej Kaczor
Niedziela Ogólnopolska 7/2019, str. 18-19

Tłum wiernych zgromadzonych w kaplicy lotniska Okęcie powoli kierował się ku pozostawionym przed wejściem w nieładzie walizkom i plecakom. Pielgrzymi po zakończonej Eucharystii udawali się do stanowisk linii lotniczych, aby odprawić bagaż i rozpocząć długą podróż. Był poranek 14 stycznia. Za mniej więcej 24 godziny dotrą do celu – diecezji Chitré, aby uczestniczyć w Dniach w Diecezjach, poprzedzających główne wydarzenia Światowych Dni Młodzieży w Panamie

Archiwum Magdaleny Wolińskiej-Riedi
Parze Polaków, którzy wzięli ślub w Monagrillo, jako prezent podarowano sesję zdjęciową w tradycyjnych panamskich strojach. Sam wianek panny młodej ma wartość 14 tys. dolarów, a kapelusz pana młodego – 500 dolarów

Panama nazywana jest przez swoich mieszkańców „Mostem Ameryk” i „Sercem wszechświata”. To pierwsze określenie odnosi się do niewielkiego przesmyku, który zajmuje ten kraj, a który jest łącznikiem między ogromnymi połaciami terenu Ameryk Północnej i Południowej. Drugie zaś wynika z historii naszej planety, bo jak z pełnym przekonaniem donoszą Panamczycy, to wtedy, gdy z wody wynurzył się ich kraj, zmieniły się prądy morskie, a tym samym klimat całej Ziemi.

Różnice pogodowe natomiast między Polską a Panamą były równie zaskakujące dla Polaków i dla Panamczyków. – Naprawdę u was teraz jest śnieg? Jak on wygląda? Jest miękki, twardy?  – pytali z niedowierzaniem. Jednym z marzeń ludzi mieszkających w kraju o tropikalnym klimacie, w którym średnia temperatura to +25°C, jest na własnej skórze poczuć biały puch.

Polska ziemia w Ameryce

Chłód w kraju naszych gospodarzy nie utrzymałby się długo, bo ich serca momentalnie stopiłyby każdy lód. W relacjach pielgrzymów przybyłych do Chitré powtarzają się zachwyty nad gościnnością miejscowej ludności. – Uderza wielka otwartość Panamczyków. Od powitania, przez otwarcie swoich domów, serwowane posiłki (w takich ilościach, że na pewno wróciłam z Panamy z małym nadbagażem), uśmiech i ciekawość poznania nas, Polaków, i naszych tradycji – opowiada Kasia, która na ŚDM udała się ze wspólnotą karmelitańską. – Jest to naród dumny ze swojej kultury, pełen wiary. Rodzina, która przyjęła mnie w Chitré, mieszka skromnie, ale gościnność jej członków może niejednokrotnie zawstydzić naszą polską. Od samego początku traktowali mnie jak swoją córkę – dodaje.

Dni w Diecezjach to okazja do poznania życia codziennego i tradycji lokalnej ludności. Obok tego, że śpiewaliśmy pieśni uwielbienia po hiszpańsku, mieliśmy okazję obejrzeć całą paletę panamskich tradycyjnych tańców – od najbardziej reprezentatywnego el punto, przez la espinę, mającą na celu przyciągnięcie uwagi kobiety, po baile diabolico, czyli ukazanie walki dobra ze złem, tańczone na Boże Ciało. Oprócz tego słuchaliśmy improwizacji w stylu torente, w którym śpiewak na bieżąco wymyśla tekst do podkładu gitarowego. W naszym przypadku wychwalał piękno ŚDM w Panamie.

Polacy nie pozostali dłużni w promowaniu własnej kultury. – Ja poprowadziłam poloneza w domu gospodarzy, pokazałam też filmy z krakowiakiem oraz tańcem góralskim. Największe wrażenie zrobiły jednak energiczne pieśni lednickie – wspomina Kasia z grupy karmelitańskiej. Panamczyków zaskoczyły także nasze zwyczaje związane z wiarą: – Zdziwiło mnie, że nie jecie mięsa w piątki. My czynimy tak tylko w Wielkim Poście – przyznaje Oris, gospodyni przyjmująca pielgrzymów. Dużo radości sprawiała też nauka podstaw języka polskiego, niezwykle wymagającego dla Panamczyków. – Gdy mówicie między sobą, nie mamy pojęcia, o co chodzi! Słychać tylko jakieś „sz” i „cz” – śmieje się Dario de Gracia, mąż Oris. Dużym sukcesem było nauczenie gospodarzy słowa „smaczne”, odnoszącego się do przygotowanych dla nas dań. Mała Keyrin, u której w domu także mieszkali pielgrzymi, od tej chwili używa tego zwrotu przy rodzinnych posiłkach. – Byłam bardzo szczęśliwa, że przyjechał do nas papież Franciszek i nas błogosławił. Ze Światowych Dni Młodzieży zapamiętam przepiękny hymn – dodaje 6-latka, która z zainteresowaniem słuchała także polskiej wersji tej pieśni.

Wspomnienia z Chitré to przede wszystkim lawina dobra, którą zostali zasypani Polacy. – To najlepiej spędzony czas w moim życiu. Mnóstwo nowych przyjaciół, wspólnych zabaw, śpiewów – mówi Tomasz, inżynier mechaniki, który pielgrzymował z grupą z archidiecezji warszawskiej. – Poznaliśmy wspaniałą osobę, Anę, która codziennie spędzała z nami czas, chciała cieszyć się tym świętem. To dla mnie typowa przedstawicielka panamskiej społeczności: wesołe oczy, hart ducha i wspaniałe serce, które okazywała nam każdego dnia. Gdy wyjeżdżaliśmy z Chitré, niektórzy płakali – tak byliśmy zżyci.

Jednym z najbardziej wzruszających momentów była adoracja Najświętszego Sakramentu w kościele w Monagrillo. Chór śpiewający w dwóch językach i prawdziwa obecność Jezusa, którą nagradzano oklaskami, potęgowały przeżycia. Na wielu twarzach łzy wzruszenia pojawiły się także po pięknym geście ze strony polskich pielgrzymów, którzy przeprowadzili zrzutkę dla wolontariuszy z Chitré, bo nie stać ich było na wyjazd na główne obchody. – Niech pieniądze nigdy nie będą problemem dla spotkania z Bogiem!  – nawoływali polscy księża. Proboszcz tamtejszej parafii, żegnając nas, z mocą podkreślał, że ziemia Monagrillo to teraz także nasza ziemia.

Rzeczywistość nie istnieje

W stolicy kraju można było doświadczyć Kościoła globalnego, którego każdy z nas jest częścią. – Kościół naprawdę jest powszechny. Chciałbym, by młodzi w Polsce wystrzegali się jakichkolwiek uprzedzeń w stosunku do innych nacji. Każdy człowiek to niesamowita historia i jako ludzie jesteśmy sobie bardzo bliscy – przekonuje Maciej, 24-letni student z Warszawy. – Nie bójcie się wyjść do świata i zanieść Jezusa tam, gdzie żyjecie. Po ŚDM jestem przekonany, że drzemie w nas ogromna siła. Trzeba tylko przestać się bać i żyć Ewangelią na 100 procent – dodaje.

Na ulicach Panama City nieustannie słyszeliśmy klaksony samochodów. Nie oznaczało to jednak, że zaburzaliśmy ruch uliczny – po prostu w taki sposób panamscy kierowcy wyrażali radość z widoku spacerujących z flagami pielgrzymów z całego świata. W Panamie można było odkryć inną radość od tej, którą znamy z naszych stron. – Na własne oczy mogłem zaobserwować, jak pięknie uwielbia się Boga w Ameryce Łacińskiej. Masa energii, śpiew i tańce do białego rana przy dźwiękach gitary czy bębnów to tutaj codzienność. Do tego dochodzą niewiarygodna otwartość i życzliwość ludzi gotowych dzielić się swoimi doświadczeniami związanymi z wiarą i wysłuchać, co w tej kwestii do powiedzenia mamy my. W takich okolicznościach zdecydowanie łatwiej się otworzyć i pozwolić Duchowi Świętemu wlać radość, by potem przekazywać ją innym ludziom – tłumaczy Jan, student prawa z Warszawy.

Święto młodych to okazja do zawarcia nie tylko nowych znajomości. My spotkaliśmy się z Justinem z RPA, którego poznaliśmy na ŚDM w Krakowie. Od jego znajomych usłyszeliśmy doniesienia, jakoby następne po Lizbonie dni młodych miały się odbyć w Durbanie w RPA, gdzie organizuje się na razie Mini-ŚDM dla Afryki. Bo każdy chciałby gościć ten festiwal miłości u siebie. Panamczycy z żalem żegnali się ze swoją rolą. – Dziękuję za bycie od teraz częścią Panamy i za przybycie do naszego malutkiego kraju na spotkanie z Ojcem Świętym – mówi wzruszony David, wolontariusz. Nathalie, także wolontariuszka, dodaje: – Wy, pielgrzymi, daliście mi mnóstwo miłości i radości, pogłębiłam swoją wiarę. To, co pozostanie po ŚDM, to pewność, że Chrystus jest w moim sercu, i że poznałam wiele osób, o których zawsze będę pamiętała.

Podczas tego święta rzeczywistość została jakby zachwiana. Nie ma barier, granic, języków. Jeden z dziennikarzy opowiadał, że spotkał chłopaka, który nie rozumiał hiszpańskiego, a mimo to twierdził: – Wystarczy, że spojrzę w twarz Papieża i już odczytuję ten spokój, który chce przekazać!

Zgodnie potwierdzają to inni. – Nie liczył się czas ani trud. Cieszyliśmy się tym wszystkim, jakbyśmy byli przez chwilę w raju – przekonuje Tomasz. I dodaje dla niezdecydowanych na kolejne edycje ŚDM: – Jeśli ktoś szuka Boga lub podważa Jego istnienie, to musi przeżyć COŚ TAKIEGO. Nie da się przejść obojętnie przez Światowe Dni Młodzieży!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Oko na gender

2019-03-20 11:54

Niedziela TV

W redakcji Tygodnika Katolickiego "Niedziela" gościł ks. dr hab. Dariusz Oko. Zdaniem księdza, gender, homoseksualizm to problemy, o których trzeba mówić, ponieważ przyzwolenie na szerzenie poglądów o ''kulturowej płci'' jest szkodliwe i nie może być zgody na proceder oswajania tego typu wynaturzeń; natomiast jak najbardziej zachowujemy szacunek w stosunku do osób homoseksualnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Jędraszewski: potrzebna jest kontrrewolucja katolicka

2019-03-21 11:36

Joanna Folfasińska/ Archidiecezja Krakowska / Kraków (KAI)

Jest potrzebna kontrrewolucja katolicka. Jedynie Kościół potrafi powiedzieć, że trzeba się opamiętać, jeśli chcemy przekazać dalej najlepsze wartości kultury europejskiej. Nie możemy powiedzieć, że nas to nie obchodzi. Konieczna jest mobilizacja mężczyzn, którzy czują się odpowiedzialni za swoje rodziny i dzieci, które mogą stać się ofiarami wielkiej krzywdy - powiedział abp Marek Jędraszewski w Krakowie podczas konferencji „Bitwa o odpowiedzialność”, zorganizowanej przez wspólnotę Mężczyźni św. Józefa.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Na początku metropolita krakowski postawił tezę, że walka o odpowiedzialność jest równocześnie batalią o człowieczeństwo. Wyjaśnił, że swój wykład oparł o przemyślenia współczesnego francuskiego myśliciela żydowskiego pochodzenia Emmanuela Levinasa.

Hierarcha krótko przedstawił jego biografię i podkreślił, że jego filozofia wyrosła z pytania: czy my, Żydzi, możemy jeszcze po doświadczeniach Auschwitz, filozofować? – Odpowiedź dla wielu była prosta – „nie!” (…) Holokaust był obrazą ludzkiego rozumu i kompromitacją. Uważano, że po Auschwitz nie ma miejsca dla filozofii. Część, a wśród nich Levinas, twierdziła jednak, że tym bardziej trzeba - argumentował abp Jędraszewski.

Levinas próbował zrozumieć, dlaczego doszło do Holokaustu i dlaczego odpowiedzialni są za niego Niemcy – naród wybitnych poetów i filozofów? W swoich rozważaniach zwrócił uwagę na obojętność Kaina, który po zabójstwie Abla bezczelnie odpowiedział Stwórcy, że nie jest stróżem swojego brata. Odpowiedzialność za drugiego człowieka stała się centralnym punktem dwóch dzieł Levinasa: „Całość i nieskończoność” i „Inaczej niż być lub ponad istotą”. W pierwszym z nich, filozof skupił się na doświadczeniu „twarzy” innej osoby.

– Jest jakaś potęga w ludzkim spojrzeniu, która wskazuje na siłę zakazu moralnego: nie możesz mnie zabić, okazać wobec mnie przemocy. Relacja między „mną” a drugim człowiekiem nie jest symetryczna. Jeżeli ten drugi, z którym się spotykam i którego twarz widzę, mówi mi: „tobie nie wolno”, to po pierwsze on mnie uczy mojej wolności. Nie jest ona dowolnością, kaprysem, ale ma reguły (…) Ten drugi jawi się jako mistrz i nauczyciel, ktoś, kto mnie uczy mojego człowieczeństwa - powiedział hierarcha.

Człowiek ma własne sumienie i już w nim jest rozliczany ze swoich uczynków. Odpowiedzialność to odpowiedź na słowa drugiego człowieka. Jednakże, we wzroku drugiego człowieka można odszukać również prośbę o pomoc, na którą bezwzględnie należy odpowiedzieć. – Odpowiadam na wołanie. Jestem odpowiedzialny, to znaczy czuję, że jestem wezwany do dobra, nie uchylam się przed nim, niekiedy nawet za cenę własnego poświęcenia - mówił arcybiskup.

Drugie dzieło – „Inaczej niż być lub ponad istotą” pogłębia koncepcję odpowiedzialności. Levinas wyjaśnił w nim, że odpowiedzialność człowieka jest wrodzona. Centralną figurą dzieła jest postać cierpiącego Sługi Jahwe, który wziął na siebie odpowiedzialność za grzechy ludzkości. – Odpowiedzialność to inne imię człowieczeństwa. Obojętność to postawa Kaina, rezygnacja z ludzkiego powołania - przypomniał hierarcha.

Arcybiskup wspomniał potem o rewolucji 1968 roku, która zburzyła europejski porządek moralny i zakwestionowała zasadność Dekalogu. – Całkowita wolność. Wszystko skoncentrowane na własnym „ja”. Inny się nie liczy. To było przesłanie rewolucji ’68 - mówił.

Jak dodał, rok ’68 był czasem szczególnej dyskusji o człowieku i odpowiedzialności. - Rewolucja ’68 mówi: ja mam siebie realizować! Levinas mówi, że człowiek realizuje się, będąc odpowiedzialny za drugiego człowieka, przede wszystkim za jego życie. Wojtyła mówi: ja jestem odpowiedzialny wobec własnego sumienia, które mi mówi o dobru i złu - tłumaczył hierarcha.

Metropolita zauważył, że współczesny świat przedstawia aborcję jako prawo kobiety. Polska jednoznacznie mówi, że jest to zło, a walka o rzekome prawo wyboru dla innych to przyjęcie postawy obojętności. Rewolucja ’68 roku sprawiła, że najistotniejszą wartością jest szukanie przyjemności. Współżycie między kobietą i mężczyzną zostało pozbawione elementu prokreacji, otwierając tym samym drogę homoseksualnemu lobbingowi.

Arcybiskup zwrócił uwagę, że kolejną konsekwencją tej rewolucji jest wczesna i deprawująca edukacja seksualna najmłodszych. Jasno podkreślił, że pedofilia jest przerażająca. Pytał, jak to możliwe, że Kościół jawi się jako przestępcza instytucja, podczas gdy wokół kwitnie seksturystyka, wykorzystywanie dzieci i nowe deprawujące przepisy dotyczące edukacji seksualnej.

– Jest potrzebna kontrrewolucja katolicka. Jedynie Kościół potrafi powiedzieć, że trzeba się opamiętać, jeżeli chcemy przekazać dalej najlepsze wartości kultury europejskiej. (…) Nie możemy powiedzieć, że nas to nie obchodzi! Konieczna jest mobilizacja mężczyzn, którzy czują się odpowiedzialni za swoje rodziny i dzieci, które mogą stać się ofiarami wielkiej krzywdy - powiedział.

Zgromadzeni na konferencji mężczyźni pytali arcybiskupa o kwestię stawiania granic. Metropolita zaznaczył, że jest nią miłość. – Gest miłości i przygarnięcia do siebie sprawia, że lęk w oczach drugiego przestaje być widoczny i zamienia się w błysk radości - wyjaśnił.

Padło też pytanie o jeden z absurdów współczesności, gdy zwykłe, codzienne i czułe gesty mogą być w dzisiejszym świecie zrozumiane opacznie. Arcybiskup zaznaczył, że szczęście dzieci polega na tym, że są chronione przez swoich najbliższych. Odwołał się do słów papieża Franciszka, który mówił o działaniu złego ducha, chcącego unieszczęśliwić człowieka. Zaczerpnięte z totalitaryzmu sformułowanie „zero tolerancji” stoi w opozycji do języka Kościoła, który głosi miłosierdzie - powiedział abp Jędraszewski.

– Wielką siłą jest to, czego uczy nas św. Józef – wierność Bogu, przyjęcie odpowiedzialności za drugiego człowieka, czystość, cześć oddawana Bogu, przepełnione miłością życie. To jest siła chrześcijaństwa. To jest to, czym możemy odpowiedzieć na przemoc wobec Kościoła katolickiego - powiedział.

Dodał, że chrześcijanie byli oskarżani o to, że są wrogami ludzkości. Z drugiej strony, byli podziwiani przez pogański świat za to, że się kochali i dbali o siebie.

Ostatnie pytania dotyczyły sposobu przemiany świata. Metropolita zauważył, że chrześcijanie spotykali się w małych grupach. Kluczem jest odwaga, do której wzywał wiernych Jan Paweł II.

– Wasza odpowiedzialność powinna przejawiać się tam, gdzie jesteście, żyjecie, macie swoje domy i rodziny! (…) Rodzice mają prawo protestować przed wszelkimi formami deprawacji w szkołach. Dzieci mają prawo pozostać dziećmi - zakończył metropolita krakowski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem