Reklama

Pigmej, nasz brat umiłowany

2019-01-08 11:58

Z ks. Grzegorzem Kucharskim SMA, misjonarzem, dyrektorem Centrum Misji Afrykańskich, rozmawia Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 21-23

Centrum Misji Afrykańskich
Polski misjonarz z dziećmi z grupy etnicznej pasterzy Pyhl wśród kobiet obierających kasawę – bulwę przypominającą naszego ziemniaka, stanowiącą podstawę wyżywienia tamtejszej ludności

Ks. Grzegorz Kucharski, przez wiele lat misjonarz w Republice Środkowoafrykańskiej, tłumaczy, dlaczego w XIX wieku młodzi Francuzi, niczym żołnierze z pierwszej linii frontu, masowo ginęli, gdy docierali ze światłem Ewangelii do Afryki; opowiada o ewangelizacji najbiedniejszego plemienia w jednym z najbiedniejszych państw świata oraz o działalności w Polsce mało znanego zgromadzenia, którym jest Stowarzyszenie Misji Afrykańskich.

Grzegorz Polak: – Początki Waszego stowarzyszenia były dramatyczne. Jak to się stało, że przetrwaliście?

Ks. Grzegorz Kucharski SMA: – 8 grudnia 1856 r. pierwsi członkowie naszej wspólnoty w malutkiej kaplicy pw. św. Tomasza, poświęconej później Dziewicy Maryi, na wzgórzu Fourviere w Lyonie zawierzyli nowo powstałe Stowarzyszenie Misji Afrykańskich Niepokalanemu Sercu Maryi. Było to genialne posunięcie naszego fundatora, bp. Melchiora de Marion-Brésillac, który oddał całą naszą przyszłość, wszystkie sprawy wspólnoty, w ręce Matki Bożej. Pan Bóg przyjął w darze życie naszych pierwszych misjonarzy, z którymi bp de Marion-Brésillac w 1859 r. popłynął do Sierra Leone w Afryce Zachodniej, naszego pierwszego misyjnego kraju. Po nich w darze dla misji oddało życie wielu innych misjonarzy SMA, ale w naszym stowarzyszeniu zawsze mocna była świadomość, że czuwa nad nami Opatrzność Boża.

– Może to się wydać nieroztropne, bo pierwszych Waszych misjonarzy ostrzegano u kresu podróży: nie wychodźcie na ląd, bo panuje epidemia.

– Istotnie, kiedy dopłynęli do wybrzeży Sierra Leone, kapitan ostrzegł, że panuje epidemia żółtej febry i że jest wielce nieroztropne wychodzić na ląd. Oni byli świadomi, że postępując wbrew temu ostrzeżeniu, podpisują na siebie wyrok śmierci. Po 28 dniach nie było już nikogo, kto przeżył. Ostatni umarł ksiądz, który kilka dni wcześniej udzielił ostatniego namaszczenia naszemu fundatorowi, bp. de Marion-Brésillac. Tutaj skończyła się najtragiczniejsza historia Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Ale jeszcze do końca XIX bardzo wielu naszych misjonarzy ginęło zaraz po przyjeździe do Afryki. Ten stan rzeczy zmienił się dopiero wtedy, gdy wynaleziono szczepionki na choroby tropikalne. Początki były jednak bardzo trudne. Przez pierwsze 40 lat istnienia naszego stowarzyszenia wielu młodych chłopców wyjechało na misje i nigdy już nie wróciło. Kandydaci masowo się do nas zgłaszali, przechodzili 6-letnią formację, po czym wyjeżdżali na misje, żeby umrzeć po tygodniu czy miesiącu. Niektórzy w ogóle na misje nie docierali. Mamy dużo nekrologów o treści: umarł na morzu.

– Co było inspiracją dla tych Bożych szaleńców?

– Wtedy w chrześcijańskiej Europie wierzono głęboko, że ludzie bez chrztu św. idą do piekła. Młodzi misjonarze mieli świadomość, że z jednej strony, dzięki swojej pracy ewangelizacyjnej ocalą dusze Afrykańczyków, a z drugiej – dzięki heroicznemu aktowi, jakim jest wyjazd na misje, sami będą mogli dostąpić zbawienia. To jest klucz do zrozumienia fenomenu, że tylu młodych chłopców, porwanych opowieściami o ludziach żyjących w prymitywnych warunkach, na egzotycznym kontynencie, masowo wyjeżdżało do Afryki.

– Ten motyw – odpowiedzialności za zbawienie drugiego człowieka – był motorem działalności Waszego założyciela.

– Bp Melchior de Marion-Brésillac pochodził z rodziny arystokratycznej, której wszelkie dobra zostały zabrane po rewolucji. Po zdobyciu formacji w Paryskich Misjach Zagranicznych trafił do Indii, gdzie pracował przez 12 lat. Tam zastała go nominacja biskupia. Silny system kastowy sprawił, że misja młodego biskupa nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Ten system wdarł się nawet do Kościoła, bo świątynie budowano tak, że przez ich środek przebiegał mur odgradzający kasty wyższe od niższych. To było nie do przyjęcia w chrześcijaństwie, które mówi o równości wszystkich ludzi. Bp de Marion-Brésillac złożył dymisję i wrócił do Francji. Zaczęła w nim dojrzewać myśl o wyjeździe do Afryki. Planował wyjechać do Dahomeju, dzisiejszego Beninu, jednak watykańska Kongregacja Rozkrzewiania Wiary skierowała go do Sierra Leone. Wcześniej Rzym poprosił go o założenie zgromadzenia o charyzmacie misyjnym. Biskup jeździł po Francji, zbierał fundusze i kupił teren w Lyonie, na którym powstał pierwszy dom Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Po czym zostawił tam o. Augustyna Planque, którego uważamy za współzałożyciela Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, i wyruszył do Sierra Leone. Wkrótce po przybyciu umarł tam w wieku 46 lat. Uważam, że nasz założyciel swoim myśleniem, swoimi metodami pracy, chęcią budowania duchowieństwa opartego na rdzennych mieszkańcach wyprzedził o jakiś czas swoją epokę. Nie zraził się niepowodzeniem w Indiach, swój zapał misyjny skierował ku ewangelizacji Afryki.

– Wiek XIX to w Kościele eksplozja zgromadzeń misyjnych. Jak na ich tle prezentuje się Stowarzyszenie Misji Afrykańskich?

– Owszem, powstały po naszym SMA inne zgromadzenia misyjne: ojcowie biali, kombonianie, werbiści i inne wspólnoty, które mają ten sam cel: ewangelizację Afryki, choć realizują inny charyzmat i model życia wspólnotowego. Nasza siła tkwi w prostocie i skromności środków. Od samego początku borykaliśmy się z finansowymi trudnościami. Mimo to liczba powołań do Stowarzyszenia Misji Afrykańskich rosła lawinowo. Młodych nie przerażały krótkość życia misjonarzy ani misyjne trudy w Afryce. Ten ciekawy fenomen tamtych czasów wart jest dogłębnego przestudiowania. Afryka nam odpłaciła, bo tam mamy obecnie najwięcej powołań do SMA. Prowadzimy 3 seminaria: na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w Nigerii i Kenii.

– Jedną z pionierskich misji SMA, zanurzoną głęboko w charyzmat stowarzyszenia, jest ewangelizacja Pigmejów. Ksiądz także wśród nich pracował. Ten lud jest w Polsce dość popularny, ale mało znany.

– W Republice Środkowoafrykańskiej prowadzimy 3 placówki misyjne wśród Pigmejów. Wszystkie w południowo-zachodniej części tego kraju. Na jednej z nich pracują Polacy. Misjonarze zmieniają się co kilka lat. Jestem zafascynowany Pigmejami. To ludzie bardzo prości, przyjaźnie nastawieni do innych, a przy tym bardzo radośni. Lubią żartować z samych siebie. To lud znajdujący się na dziejowym zakręcie. Wydziera się im środowisko, w którym dotychczas żyli w harmonii z naturą. Lasy są im regularnie zabierane i wycinane, powstają liczne tartaki oraz parki narodowe, do których nie mają już wstępu. Na szczęście w tym trudnym dla Pigmejów okresie, kiedy zmieniają się środowisko i tryb ich życia na bardziej osiadły, towarzyszy im Kościół.

– Czy misjonarze pomagają im w walce o ziemię, z której są wypierani?

– Misjonarz to wielki sprzymierzeniec Pigmeja. Jest jego ambasadorem, często negocjatorem, kiedy pojawiają się konflikty między Pigmejami a innymi ludami zamieszkującymi tamte tereny, które za wszelką cenę starają się ich wyprzeć z miejsc zamieszkania. Dlaczego? Bo to są wioski bardzo atrakcyjne do zamieszkania, z dostępem do wody, służby zdrowia i edukacji. Ludy napływowe, nazywane popularnie bantu, wypierają Pigmejów z wiosek, dokąd przyszli z lasów. Misjonarze pilnują, aby Pigmeje nie byli wypychani na peryferie wiosek z miejsc w pobliżu szkoły czy szpitala. Metoda usuwania ich jest prosta: pożycza się im pieniądze, a kiedy nie mogą zwrócić długu, zabiera im się ich skromne domki z patyków i liści wraz z działkami, na których stoją, i wyrzuca.

– Czy Wasze zgromadzenie jako pierwsze rozpoczęło pracę ewangelizacyjną wśród Pigmejów?

– Przed nami byli księża z diecezji francuskich. Pierwszy z nich, ks. Michel Lambert, bardzo się przejął faktem, że ewangelizacją Pigmejów nikt się nie zajmował. W 1972 r. dotarł do ich obozowisk. 3 lata później pracę wśród nich podjął wspaniały i bardzo skromnie żyjący kapłan René Ripoche, który na misje wyjechał w wieku 59 lat. Pionierską pracę wśród Pigmejów prowadził 19 lat, żył tak jak oni. To on założył wraz z ks. Lambertem pierwsze wolne wioski dla Pigmejów Bayaka. Były one przeznaczone jedynie dla nich i nikt poza nimi nie mógł w nich mieszkać.

– Wolne w jakim sensie?

– Gdy prześledzi się historię tego ludu, można odkryć, że Pigmeje weszli w bardzo mocne zależności z ludami bantu, do tego stopnia, że tak naprawdę całe pigmejskie rodziny należały do ludzi z wioski. Te zależności były bardzo mocne, sięgające ludzkiej niewoli. Właściciel rodziny pigmejskiej, zwany popularnie kumu, mógł przyjść do jej domu i powiedzieć: ty dzisiaj u mnie będziesz pracował. Każdy Pigmej miał swojego kumu. W wielu zakątkach RŚA ten proceder trwa do dziś.

– Czyli Pigmeje są traktowani jako ludzie podrzędnego gatunku?

– Tak. Ze względu na środowisko, w którym żyją, czyli las, oraz ogromną biedę panującą w ich domostwach są uważani za dzikusów, wręcz za zwierzęta. I stąd do dziś mają poczucie niższości. Edukacja sprawia, że od pewnego czasu zaczynają odnajdywać swoją wartość i godność.

– Czy są otwarci na chrześcijaństwo?

– Nie było rzeczą trudną zaszczepić chrześcijaństwo u Pigmejów. Tak naprawdę Duch Święty wykonał za nas niesamowitą pracę. Myśmy weszli na pole, które już było uprawione. Jedyne, czego brakowało ich tradycyjnym wierzeniom, ich naturalnej religijności, to wymiar chrystologiczny, mesjański. Wszystko inne mieli, zanim misjonarze do nich dotarli. Kiedy się słucha ich opowiadań o stworzeniu świata, o tym, jak Pan Bóg stworzył człowieka, że jest Bogiem dobrym, który zapragnął z nimi zamieszkać w jednej wiosce, to tak, jakby się czytało Księgę Rodzaju strona po stronie. Poza tym praktykują monogamię i wyznają monoteizm. Nie muszę tłumaczyć Pigmejowi, że Pan Bóg jest jeden. On to wie. Jemu to wszystko zostało przekazane i jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. Są to ludzie bardzo życzliwi, ciepli, okazujący wdzięczność. W wielu wymiarach praca z nimi jest bardzo przyjemna.

– W jakim stopniu Pigmeje ulegają parciu cywilizacyjnemu?

– W Europie przechodziliśmy z etapu na kolejny etap cywilizacyjny bardzo powoli. U nich dzieje się to bardzo szybko ze względu na to, że żyli w sposób bardzo prosty, blisko natury, a kiedy pojawił się biały człowiek, który przywiózł ze sobą wszystkie zdobycze cywilizacji, nie musieli się trudzić, żeby przechodzić z etapu na etap. To wszystko zostało im dane. Młode pokolenie traci tę umiejętność, ten szósty zmysł pigmejski, zmysł lasu i przyrody, który mieli jeszcze ich ojcowie – oni, żyjąc w lesie, wykorzystywali wszystko, co dawała im przyroda: pożywienie, liście, liany, korzenie, znali tradycyjne metody leczenia chorób. Dziś to wszystko zapewnia wioska, w której zdobycze cywilizacji krzyżują się z tradycyjnymi metodami życia, stare szybko jest wypierane przez nowe.

– Czy dzieci Pigmejów chodzą do szkół?

– Wszystkie dzieci w RŚA mają obowiązek chodzić do szkół państwowych, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że edukacja państwowa w tym drugim w rankingu najbiedniejszych krajów świata stoi na bardzo niskim poziomie. Gdyby nie pomoc misjonarzy i istnienie bardzo wielu prywatnych szkół katolickich, poziom edukacji byłby strasznie niski. Trudno się dziwić, że nauczyciele, którzy nie mają za co wyżyć i bardzo często sami mają bardzo słabe wykształcenie, zaniedbują obowiązki szkolne. Pigmejskie dzieci wraz z innymi dziećmi z wioski uczą się razem, ale ponieważ są gorzej ubrane i traktowane, tamte się z nich naśmiewają. Wtedy pigmejskie dzieci przestają chodzić do szkoły. Walka o godność Pigmeja na cywilizacyjnym zakręcie wciąż trwa.

– W jaki sposób Stowarzyszenie Misji Afrykańskich znalazło się w Polsce?

– Niedługo po tym, jak Polska odzyskała niepodległość, zgromadzenie generalne SMA podjęło decyzję o przeszczepieniu stowarzyszenia do naszego kraju. Jest rok 1931. Kościół w Polsce okrzepł, ma wielki potencjał misyjny. W Nininie k. Poznania zakładamy niższe seminarium. Znalazło się sporo chętnych do wyjazdu na misje. Niestety, przyszła II wojna światowa i zniweczyła to dzieło. Niektórzy klerycy przeszli do prowincji strasburskiej i kilku z nich doszło do święceń kapłańskich. Po wojnie władze komunistyczne zabrały nam ziemię i dworek, w którym mieściło się niższe seminarium. Reaktywacja naszej działalności w Polsce nastąpiła w latach 80. ubiegłego wieku. Pierwszy ośrodek powstał w Borzęcinie Dużym pod Warszawą.

– Niemal na samym początku po wznowieniu działalności stowarzyszenie składa ofiarę.

– Robert Gucwa z diecezji tarnowskiej został pierwszym seminarzystą w powojennej historii SMA. Razem z nimi podjęli studia Wojciech Lula i Wacław Krzempek. Nie było im dane przyjąć w komplecie święceń kapłańskich. Robert Gucwa – wspaniały, bardzo zdolny chłopak – zginął w 1994 r. w RŚA w wieku 25 lat, wskutek napadu bandyckiego na nasz dom. Umarł jak bohater, bo przed napastnikami, aby ochronić przełożonego, podał się za niego. Robert Gucwa jest patronem naszego domu w Piwnicznej-Zdroju.

– Jaki jest obecny stan stowarzyszenia w Polsce?

– Mamy dom rekolekcyjno-misyjny w Piwnicznej-Zdroju. W 2018 r. oddaliśmy do użytku Centrum Misji Afrykańskich w Borzęcinie Dużym, z nowoczesnymi, 44 klimatyzowanymi pokojami, wyposażonymi we własne łazienki, z kaplicą w stylu afrykańskim oraz pięcioma salami multimedialnymi. To świetne miejsce na organizowanie rekolekcji i konferencji, położone w pobliżu Puszczy Kampinoskiej. Jest nas dzisiaj w polskiej prowincji SMA 24 księży oraz 3 kleryków. 8 z nas pracuje w Polsce, 2/3 – w Afryce. Staramy się docierać do parafii i szkół, aby opowiadać o naszej pracy misyjnej i „zarazić” młodzież zainteresowaniem Afryką – tym barwnym, ciekawym, fascynującym kontynentem.Wspomaga nas grupa kilkunastu misjonarzy świeckich.

– A ilu macie członków w skali światowej?

– Aktualnie ok. 800, w tym coraz więcej chłopaków z Afryki.

– A z matecznika francuskiego?

– Już od bardzo dawna nie ma tam żadnych powołań. Jest to gałąź na wymarciu.

– Jak Ksiądz trafił do stowarzyszenia?

– Dzięki Matce Bożej. Śmieję się często, że nasi księża w 3/4 pochodzą z parafii pod wezwaniem Matki Bożej. Pewnie dlatego, że Jej zostały zawierzone przyszłość i rozwój SMA. Dlatego też 8 grudnia 2018 r. zawierzyliśmy nowo powstałe Centrum Misji Afrykańskich Niepokalanemu Sercu Maryi, żeby to Ona dalej nas prowadziła. Historia mojego powołania wiedzie przez Niepokalanów. Trafiłem tam na rekolekcje w 1999 r., w dobie, gdy Internet był jeszcze nierozwinięty, a do wiosek docierał jedynie „Rycerz Niepokalanej”. Tam znalazłem informację o rekolekcjach powołaniowych w Niepokalanowie. Już wówczas nosiłem w sobie pragnienie bycia misjonarzem. W Niepokalanowie znalazłem ulotki stowarzyszeń misyjnych, w tym SMA. Napisałem do stowarzyszenia. Zauroczyły mnie sposób, w jaki formuje się tam misjonarzy, staże, nauka języków i podróże. Tak trafiłem do Borzęcina Dużego.

– Czy chciałby Ksiądz znowu wyjechać na misje?

– Bardzo chciałbym jak najszybciej wrócić do Afryki.

– Do swoich ukochanych Pigmejów...

– Jeśli tylko będzie taka możliwość i jeżeli przełożeni nie będą mieli wobec mnie innych planów. Moim wielkim pragnieniem jest wrócić do RŚA, do Pigmejów.

– Tego Księdzu życzę.

Tagi:
misje

Reklama

Niedziela "ad gentes" - dzień modlitwy i solidarności z misjonarzami

2019-03-16 12:52

adgentes.misje.pl, mip, lk / Warszawa (KAI)

W II niedzielę Wielkiego Postu od lat Kościół w Polsce przeżywa Dzień Modlitwy, Postu i Solidarności z Misjonarzami pod hasłem: „Misjonarze mocą Ducha”. Został on ustanowiony przez Konferencję Episkopatu Polski jako wyraz pamięci i troski o polskie misjonarki i misjonarzy. W niedzielę 17 marca we wszystkich wspólnotach parafialnych prowadzona będzie zbiórka do puszek na cele misyjne.

Archiwum s. Moniki Nowickiej

"Modlitwą, cierpieniem w intencji misji oraz ofiarami wyrażamy braterską solidarność z 2004 naszymi misjonarkami i misjonarzami, którzy głoszą Ewangelię i dają świadectwo miłości Boga i bliźniego w 99 krajach misyjnych” – wskazuje przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Misji bp Jerzy Mazur.

Hierarcha podkreśla, że owocność misji „ad gentes” zależy od otwarcia się na Boże działanie tak misjonarzy, którzy nie szczędząc siebie, stają się posłusznymi narzędziami Ducha Świętego, jak i tych, którym głoszą słowo Boże. „Duch Święty działa także w naszych sercach, ożywiając świadomość odpowiedzialności za misje i pobudzając nas do ofiarności i zaangażowania misyjnego” – czytamy w komunikacie na niedzielę "ad gentes".

Ofiary z niedzielnej zbiórki zasilą fundusz solidarności z misjonarzami, którym dysponuje Dzieło Pomocy „Ad Gentes”. Każdego roku wspiera ono finansowo ponad 160 projektów ewangelizacyjnych, medycznych, edukacyjnych i charytatywnych, realizowanych na placówkach misyjnych przez polskich misjonarzy.

Dzieło pomaga im w utrzymaniu i prowadzeniu przedszkoli i szkół, domów dziecka i ochronek oraz świetlic dla dzieci ulicy. Misjonarze otrzymują wsparcie finansowe na walkę z głodem i niedożywieniem oraz chorobami. Dużą część środków jest przeznaczana za budowę i remonty kościołów, kaplic oraz szkolenia katechistów, rekolekcje dla dzieci i młodzieży.

Dzieło Pomocy „Ad Gentes” przeznacza fundusze na projekty medyczne na misjach. Są nimi: zakup lekarstw przeciwmalarycznych, antybiotyków, witamin oraz wyposażenie ośrodków zdrowia i porodówek w meble, środków opatrunkowe, drobny sprzęt laboratoryjnego i odczynnik.

Ważna dziedziną pomocy dla najuboższej ludności na placówkach misyjnych jest ich działalność charytatywna. Polskie misjonarki i misjonarze angażują się w pomoc doraźną i długofalową. Przekazują żywność, obuwie i odzież najbardziej potrzebującym. Opiekują się bezdomnymi i skazanymi na wykluczenie społeczne.

W ubiegłym roku w całej Polsce do puszek zebrano 1 965 390,86 zł.

Można pomóc misjonarzom także poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpień i niedogodności życiowych w ich intencji oraz pomoc materialną. Jednym ze skutecznych środków pomagania jest wysłanie sms-a o treści „Misje” na numer 720-32 (koszt 2,46 zł z VAT). Wszyscy operatorzy komórkowi udostępniają go Dziełu nieodpłatnie, dzięki czemu cała suma trafia do rąk misjonarzy.

Polscy misjonarze oraz Dzieło Pomocy „Ad Gentes” Komisji Episkopatu Polski ds. Misji serdecznie dziękują za troskę o misje i solidarność z polskimi misjonarzami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

75. rocznica śmierci sług Bożych Rodziny Ulmów

2019-03-24 09:24

pab / Markowa (KAI)

W niedzielę 24 marca przypada 75. rocznica śmierci Sług Bożych Rodziny Ulmów, zamordowanych za ukrywanie żydów w czasie II wojny światowej. Główne uroczystości odbędą się dzisiaj w Markowej na Podkarpaciu, gdzie mieszkali i zginęli Ulmowie.

Muzeum w Markowej
Wiktoria i Józef Ulmowie oraz ich dzieci zostali zamordowani 24 marca 1944 r. za pomoc Żydom

Wydarzenie rozpocznie się o 10.30 modlitwą nad grobem Rodziny Ulmów na cmentarzu parafialnym w Markowej. O 11.00 w miejscowym kościele rozpocznie się Msza św., której przewodniczyć będzie metropolita częstochowski abp Wacław Depo. Obecny będzie także metropolita przemyski abp Adam Szal.

Po Mszy dalsza część uroczystości odbywać się będzie na terenie Muzeum Polaków Ratujących Żydów. Najpierw w Sadzie Pamięci nastąpi złożenie hołdu Polakom ratującym żydów, a następnie wręczenie odznaczeń państwowych nadanych przez Prezydenta RP. Zaplanowano także odsłonięcie tabliczek Polaków Ratujących Żydów na Podkarpaciu.

Dopełnieniem obchodów będzie spektakl „Sprawiedliwi. Historia Rodziny Ulmów” w wykonaniu aktorów Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Rozpoczęcie o 17.00 w budynku OSP.

Józef Ulma urodził się 2 marca 1900 r. w Markowej. Ukończył miejscową szkołę powszechną, a następnie kurs rolniczy w Pilźnie. Zajmował się ogrodnictwem, pszczelarstwem, hodowlą jedwabników oraz introligatorstwem. Jego największą pasją była jednak fotografia. Wykonał tysiące zdjęć ilustrujących życie mieszkańców Markowej, w tym wesela, chrzciny, przedstawienia teatralne.

Wiktoria Ulma z domu Niemczak urodziła się 10 grudnia 1912 r. w Markowej. Po ukończeniu miejscowej szkoły powszechnej uczęszczała na kursy organizowane przez Uniwersytet Ludowy w Gaci. Występowała ponadto w działającym w Markowej amatorskim zespole teatralnym.

Józef i Wiktoria pobrali się w 1935 r. Przez dziewięć lat małżeństwa na świat przyszło sześcioro ich dzieci: Stanisława (ur. 1936), Barbara (ur. 1937), Władysław (ur. 1938), Franciszek (ur. 1940), Antoni (ur. 1941) i Maria (ur. 1942).

Podczas okupacji niemieckiej, zapewne pod koniec 1942 r., mimo biedy i zagrożenia życia Ulmowie dali schronienie ośmiorgu Żydom o nazwiskach: Goldman i Szall.

Rankiem 24 marca 1944 r. przed dom Ulmów przybyło pięciu niemieckich żandarmów oraz kilku granatowych policjantów. Dowodził nimi por. Eilert Dieken. Najpierw zamordowano Żydów, potem Józefa i Wiktorię (będącą w siódmym miesiącu ciąży). Następnie Dieken podjął decyzję o zabiciu dzieci. W kilka minut życie straciło siedemnaście osób - w tym dziecko, które Wiktoria zaczęła rodzić w chwili egzekucji. Ulmowie pochowani zostali na cmentarzu w Markowej, zaś Żydzi, którzy zginęli obok nich, spoczywają na cmentarzu w Jagielle (miejscu pochówku 41 innych ofiar Holokaustu z Markowej).

W 1995 r. Wiktoria i Józef Ulmowie zostali uhonorowani pośmiertnie tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. W 2003 r. w diecezji przemyskiej rozpoczął się ich proces beatyfikacyjny. W 2004 r. odsłonięto w Markowej pomnik poświęcony rodzinie Ulmów. W 2010 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył ich Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

17 marca 2016 r. z udziałem prezydenta RP Andrzeja Dudy oraz przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Stanisława Gądeckiego w Markowej na Podkarpaciu otwarto Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. Rodziny Ulmów. Do tej pory odwiedziło je 110 tys. osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Msza św. zainaugurowała Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką

2019-03-24 13:51

kos / Warszawa (KAI)

Mszą św. w katedrze polowej Wojska Polskiego zainaugurowano obchody Narodowego Dnia Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką. Eucharystii przewodniczył biskup polowy Józef Guzdek. W homilii zachęcał, aby „spotkanie z tymi, którzy zdali egzamin z przykazania miłości – z obarczonej ogromnym ryzykiem miłości bliźniego – otwierało nasze oczy na potrzeby i zagrożenia, które dziś dotykają naszych bliźnich”.

Cezary Piwowarski/ pl.wikipedia.org

Po południu na murze Domu Prowincjonalnego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi przy ul. Hożej 53 w Warszawie zostanie odsłonięta tablica w hołdzie Matce Matyldzie Getter, siostrom Franciszkankom, które ukryły w czasie wojny ponad 500 żydowskich dzieci i 250 dorosłych Żydów.

W homilii bp Guzdek powiedział, że obchodzony dziś Dzień Pamięci Polaków Ratujących Żydów niejako „przynagla do refleksji nad zagadnieniem relacji Polaków i Żydów w czasie długiej nocy niemieckiej okupacji”. – Słowa Jezusa z odczytanej Ewangelii: „co myślicie?”, pośród niezliczonej ilości wypowiedzianych słów i wielu opinii na temat Holokaustu, obligują nas do ponownego przemyślenia postaw naszych rodaków wobec narodu żydowskiego, który przez nazistowskie Niemcy został skazany na całkowitą zagładę – powiedział.

Ordynariusz wojskowy podkreślił, że Polacy wiedzą, że wśród naszych rodaków byli tacy, którzy nie zachowali się „jak trzeba”, którzy zdecydowali się na współpracę z niemieckim okupantem w eksterminacji narodu żydowskiego. – Zachowanie ich jest godne potępienia. Było jednak wielu takich, którzy z powodów moralnych lub religijnych pomagali naszym starszym braciom w wierze – zaznaczył bp Guzdek.

Dodał, że Polska była jedynym okupowanym krajem w Europie, gdzie za pomoc Żydom groziła śmierć całej rodziny a czasem całej wioski. – Pomimo tego Polacy podczas II wojny światowej bezinteresownie pomagali Żydom; ponad 6 tys. z nich zostało uhonorowanych przez Yad Vashem tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” – przypomniał.

Biskup Guzdek podkreślił, że jest „też wielka rzesza bezimiennych bohaterów, którzy z narażeniem życia własnego i swoich najbliższych nieśli pomoc synom i córkom narodu skazanego na całkowitą zagładę”. Dodał, że wielkim grzechem zaniedbania jest niewystarczające utrwalenie świadectw bohaterów, którzy „którzy bezinteresownie, z narażeniem życia nieśli pomoc synom i córkom narodu żydowskiego”.

Biskup polowy zwrócił uwagę, że co jakiś czas ze zmiennym nasileniem pojawiają się oskarżenia, że Polacy niewystarczająco zaangażowali się w ratowanie Żydów. Przypomniał słowa Władysława Bartoszewskiego, który mówił, że według niektórych „wystarczająco było zrobione tylko przez tych, którzy zginęli”. Przytoczył też słowa Israela Gutmana, jednego z wiodących historyków Holokaustu, uczestnika powstania w getcie oraz więźnia Auschwitz: „Nie ma moralnego nakazu, który wymagałby, aby normalny śmiertelnik ryzykował swoje życie i życie swojej rodziny, aby ocalić sąsiada”.

Biskup przywołał też opinię Gutmana, że Polacy powinni być dumni z liczby Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata” a naród żydowski, zdaniem izraelskiego historyka „nie zrobił wystarczająco dużo, aby podziękować tym wyjątkowym ludziom”. Biskup polowy zaapelował o „rzetelne podejście do przeszłości, które niczego nie pokrywa milczeniem, ale staje na gruncie prawdy”. Jego zdaniem odsłaniana dziś tablica na murze Domu Prowincjalnego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi przy ul. Hożej 53 w Warszawie upamiętni „Matkę Matyldę Getter, siostry Franciszkanki Rodziny Maryi oraz wszystkich ludzi dobrej woli, którzy ryzykując własnym życiem ratowali żydowskie dzieci skazane na zagładę przez niemieckich okupantów”.

W południe przed Grobem Nieznanego Żołnierza odbyła się uroczysta zmiana wart oraz ceremonia złożenia kwiatów.

Jeszcze dziś na murze Domu Prowincjonalnego Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi przy ul. Hożej 53 w Warszawie zostanie odsłonięta tablica w hołdzie Matce Matyldzie Getter, Siostrom Franciszkankom Rodziny Maryi oraz wszystkim ludziom dobrej woli, którzy ryzykując własne życie ratowali żydowskie dzieci skazane na zagładę przez niemieckich okupantów.

Podczas wojny siostry ukryły ponad 500 żydowskich dzieci, skazanych przez okupanta niemieckiego na eksterminację. Ocaliły także ok. 250 dorosłych osób pochodzenia żydowskiego. Nastąpi także otwarcie wystawy „Siostry, (…) matkami żydowskich dzieci. Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi wobec zagłady Żydów w czasie II wojny światowej”, poświęconej życiu i działalności matki Matyldy Getter, a przedstawiciele Poczty Polskiej zaprezentują okolicznościowy znaczek „Polacy ratujący Żydów”.

Obchody Narodowego Dnia Pamięci Polaków ratujących Żydów współorganizowane są przez IPN, Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz Polskie Towarzystwo Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Dzień Pamięci został ustanowiony w 2018 r. Jest to święto państwowe przypadające w rocznicę zamordowania w 1944 r. przez niemieckich żandarmów Józefa i Wiktorii Ulmów, ich dzieci oraz ukrywanych przez tę rodzinę Żydów.

Prace nad ustawą o ustanowieniu Dnia Pamięci Polaków Ratujących Żydów zainicjowano jesienią 2017 r. podczas uroczystości z okazji 75-lecia powstania „Żegoty” przy Delegaturze Rządu RP na Kraj, która powstała z Tymczasowego Komitetu Pomocy Żydom, założonego z inicjatywy Zofii Kossak-Szczuckiej oraz Wandy Krahelskiej-Filipowiczowej.

„Żegota” stała się fenomenem Polskiego Państwa Podziemnego w skali całej okupowanej Europy – była organizacją, która w okresie drugiej wojny światowej miała za swoje zadanie wyłącznie ratowanie Żydów. Trudno oszacować liczbę uratowanych przez Polaków Żydów, waha się ona od ok. 30 tys. do 120 tys.

Dokumentujący ofiary Holocaustu Instytut Yad Vashem od 1953 r. do 1 stycznia 2018 r. uhonorował prawie 27 tys. bohaterów, którzy nieśli pomoc Żydom w tym 6863 Polaków, którzy tworzą największą grupę narodowościową wśród 51 krajów świata.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem