Reklama

Wytwarzanie bożej żywności

2019-01-08 11:58

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Jan Krzysztof Ardanowski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jakie będzie polskie rolnictwo w niedalekiej przyszłości, Panie Ministrze? Czy zgodnie z globalnymi trendami będzie nastawione na wielkoformatową produkcję taniej żywności, czy może zachowa swą obecną specyfikę, bardziej sprzyjającą ekologii i klimatowi?

JAN KRZYSZTOF ARDANOWSKI: – Na świecie rzeczywiście widzimy dziś silną tendencję do powiększania gospodarstw, do wykorzystania tzw. efektu skali. Mamy do czynienia już nie tylko z mechanizacją, ale nawet z robotyzacją rolnictwa, rolnictwem precyzyjnym, wykorzystaniem satelity czy drona. Ale tak krawiec kraje, jak materii staje. Polskie rolnictwo jest inne, co bynajmniej nie powinno być dla nas obciążeniem.

– A może być atutem?

– Jak najbardziej tak! Zupełnie nie zgadzam się z oceną, że rozdrobnione polskie rolnictwo jest barierą nowoczesności, że jest zawalidrogą, kulą u nogi. Mamy dziś taką strukturę rolnictwa, jaką otrzymaliśmy w spadku po zaborach; w niektórych rejonach Polski są gospodarstwa duże, w innych mniejsze, a nawet bardzo małe. Nie stanowi to jednak trudności w rozwijaniu rolnictwa. Są w Europie kraje i regiony o wysoko postawionym rolnictwie, gdzie dominują gospodarstwa wcale nie większe od polskich – np. Bawaria, Austria, niektóre regiony Włoch, Francji – a nikt nie śmiałby powiedzieć, że te drobne gospodarstwa są tam jakąkolwiek przeszkodą. Nie należy więc w Polsce wykonywać jakichś „rugów pruskich”, nie można na siłę wymuszać poprawy – tak niektórzy to nazywają – struktury agrarnej, bo przy okazji można wyrządzić wiele krzywdy rodzinom rolniczym i samemu rolnictwu.

– I tylko tak po prostu rozsądniej i pełniej wykorzystać to, co mamy?

– Dokładnie tak. W tym, co proponuję, każde gospodarstwo ma dla siebie miejsce. Duże gospodarstwa mają się zajmować prostymi uprawami rolniczymi, mają dostarczać tańszej żywności, bo w społeczeństwie zawsze jest na nią zapotrzebowanie. Natomiast gospodarstwa mniejsze powinny się zajmować bardziej specyficzną produkcją, rolnictwem ekologicznym, które pozwala uzyskiwać przyzwoite dochody. Wspieramy tego rodzaju gospodarstwa, by wytwarzały jak najwięcej tej Bożej żywności, której ludzie coraz częściej potrzebują. Zaczyna się też liczyć rozpoznawalna już na polskim rynku żywność regionalna, a w związku z jej wytwarzaniem ożywają dawne dobre polskie tradycje, obyczaje. Tego typu rolnictwo staje się elementem polskiej kultury. Dobrze by było, aby takie podejście do rolnictwa stało się naszą polską specjalnością.

– Tego rodzaju rolnictwo to jednak ciężki kawałek chleba, bo wyklucza drogę na skróty, zastosowanie ułatwień, mechanizacji, chemii. Nie każdy z tzw. drobnych rolników się na to decyduje. „Za dużo roboty, nie opłaca się” – mówią.

– No właśnie, trzeba ich do tego wszelkimi sposobami zachęcać. Jedną z ważniejszych spraw, którą udało mi się przeprowadzić w ciągu tych kilku miesięcy, od kiedy jestem ministrem, jest umożliwienie i maksymalne ułatwienie tzw. bezpośredniej sprzedaży produktów rolnych. Do tej pory rolnik był karany za to, że próbuje coś sprzedać, były mandaty, nakładanie kar, wypędzanie sprzedających z miejskich chodników. Nasz rząd stworzył prawo, chyba najbardziej liberalne w całej Europie, aby polski rolnik mógł całą swoją produkcję, zarówno nieprzetworzoną, jak i przetworzoną, sprzedać na małych targowiskach – apeluję do samorządów, żeby im to umożliwiały i nie pobierały drakońskich opłat – ale też do restauracji, gospodarstw agroturystycznych, stołówek, lokalnych sklepów, jak to od dawna ma miejsce w wielu innych krajach.

– Jak Pan Minister sądzi, czy polscy rolnicy są naprawdę chętni do tego rodzaju aktywności? Czy może trzeba będzie ich w jakiś sposób pobudzić, zachęcić?

– To trudne pytania. Bo rzeczywiście w ciągu ostatnich kilkunastu lat coś niedobrego się tu wydarzyło, szczególnie po wejściu do Unii Europejskiej... Polscy rolnicy byli zawsze bardzo zaradni, twardzi, nie dawali sobie w kaszę dmuchać i zawsze ciężko pracowali. Wiedzieli, że jeśli nie zasieją, to nie zbiorą. Były lata lepsze i gorsze, musieli wytrwać, gdy nikt im nie pomagał. W tej chwili natomiast wielu rolników oczekuje pomocy zewnętrznej – unijnej, krajowej – i tylko wyciąga ręce: daj, daj, daj...

– Bo wystarczy żyć z dotacji?

– Obawiam się, że tak bywa... Oczywiście, często bierze się to z trudnej sytuacji gospodarstwa, ale czy rolnicy sami naprawdę chcą, czy robią wszystko, by mieć produkty dobrej jakości, by je sprzedawać nie na końcu świata, lecz jak najbliżej siebie, bez pośredników?

– Często wystarczy powiedzieć, że to się nie opłaca...

– Mam nadzieję, że się przekonają, iż jednak warto coś robić, bo zapotrzebowanie na produkty prosto od rolnika jest przecież ogromne. W Polsce zaczynamy już bardzo doceniać dobrą, zdrową żywność, dobre warzywa, owoce, mięso, wędliny niepochodzące z wielkich „fabryk żywności”.

– Zachęcenie polskich rolników do drobnego przetwórstwa będzie chyba bardzo trudne, Panie Ministrze...

– Sądzę, że wkrótce i do tego zaczną się przekonywać. Bardzo tu liczę na wiedzę kobiet, które na użytek domowy potrafią robić znakomite wędliny, sery, soki, powidła. Ta wiedza przecież nie zginęła. Ponadto mamy cały system szkoleń, ośrodki doradztwa rolniczego.

– I Koła Gospodyń Wiejskich!

– Bardzo na nie liczę. Dostały teraz osobowość prawną, której nigdy przedtem nie miały, zyskały więc zdolność do prowadzenia działalności gospodarczej, z maksymalnie uproszczoną rachunkowością. Mogą rozwijać naprawdę bardzo szeroką, nieopodatkowaną działalność – od sfery gospodarczej po kulturalną. Wierzę, że to KGW przywrócą Polsce naszą wyjątkowo bogatą i różnorodną kulturę kulinarną, że to właśnie one ożywią tę drobną wiejską sprzedaż bezpośrednią, a ludzie z miasta zaczną przyjeżdżać do konkretnych miejscowości po konkretne produkty.

– A tymczasem to ludność wiejska jeździ do supermarketów miejskich po tzw. wysoko przetworzone produkty zagranicznych gigantów przetwórstwa, które zawładnęły polskim rynkiem. Czy jest jakakolwiek szansa na ukrócenie tej dominacji?

– Niektórych zjawisk nie da się już odwrócić. Polska jest w Unii Europejskiej i o jakimkolwiek rugowaniu kogokolwiek z rynku nie może być mowy. Państwo może jednak w jakiś sposób pomagać tym drobnym wytwórcom, którzy nie są w stanie sprostać potężnej konkurencji. Może nie pozwolić na to, aby te rekiny, które kiedyś niezbyt rozważnie wpuszczono do Polski, często na bardzo preferencyjnych warunkach, trzymały polskich rolników za gardło.

– W jaki konkretnie sposób?

– Gdy w minionym roku mieliśmy wielki urodzaj owoców miękkich i jabłek, niemieckie firmy kontrolujące w Polsce ten rynek wymuszały na rolnikach bardzo niskie ceny. Wprowadziliśmy więc dodatkowe możliwości kontrolowania odbiorców żywności przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, żeby sprawdzić, czy nie wykorzystują swej przewagi w obrocie kontraktowym, za co grożą teraz ogromne kary. Wszyscy dostawcy towarów do supermarketów, do wielkich zakładów przetwórczych powinni korzystać z możliwości anonimowego zgłaszania do UOKiK wszelkich przejawów praktyk monopolistycznych.

– A tymczasem, Panie Ministrze, Polacy wciąż są skazani na byle jaką żywność zagraniczną – np. chińskie kurczaki i wieprzowinę – zamiast delektować się dobrą polską żywnością.

– Aby ograniczyć napływ marnej jakościowo żywności zagranicznej, wprowadziliśmy obowiązek znakowania żywności. Na każdym etapie obrotu żywnością wymagane są dokumenty, z których jasno wynika, z jakiego kraju ta żywność pochodzi, co w dużym stopniu zapobiega jej przepakowywaniu. Konsumenci muszą mieć wybór, czy kupią tzw. tanią chińszczyznę, czy droższy, ale dobry polski produkt.

– Czy wobec licznych zaszłości możliwe jest jeszcze, Panie Ministrze, odzyskanie polskiego rynku dla produktów pochodzących z polskiego rolnictwa?

– Podejmujemy próbę odzyskania tego, co zostało głupio zniszczone w latach 90. ubiegłego wieku. Mam nadzieję, że znów zaczną się pojawiać małe masarnie, piekarnie itp. Na tych „dużych” natomiast zawsze będziemy mieli odpowiedni bat. Z tego, co zostało, z tych marnych resztek, których nasi poprzednicy nie zdążyli sprzedać – winię za to szczególnie PSL, partię chłopską, która zamiast dbać o interes wsi, dbała o interes wielkiego przetwórstwa i może swoich działaczy... – tworzymy Krajową Grupę Spożywczą złożoną z państwowych i wspieranych przez państwo prywatnych zakładów przetwórstwa. Zakładamy, że w ten sposób uda się ukrócić dotychczasowe monopolistyczne praktyki zagranicznych potentatów.

– Na jakie wsparcie ze strony państwa mogą zatem liczyć polscy przetwórcy płodów rolnych?

– Wprowadziliśmy absolutne ułatwienia w zakresie zakładania tzw. MOL-i (Małe, Ograniczone, Lokalne), czyli średniego przetwórstwa, jeszcze nie przemysłowego, ale już nie bezpośrednio w gospodarstwie. Do tej pory tego rodzaju działalność była hamowana wieloma barierami, teraz znieśliśmy konieczność uzyskiwania jakiegokolwiek zezwolenia; rolnik może inwestować i budować, a kontroli będzie podlegała tylko wytwarzana przez niego żywność, przede wszystkim pod kątem czystości.

– Podczas IV Kongresu Rolników, który odbywał się w grudniu 2018 r., z pewną goryczą zadał Pan pytanie: „Co zrobić, żeby świat rolniczy starał się nie tylko mówić tym mitycznym jednym głosem, ale też zrozumieć złożoność spraw stojących przed polską wsią, polskim rolnictwem?”. Czy to było pytanie retoryczne?

– To wyrażające moją szczerą troskę rozgoryczenie bierze się stąd, że moim naturalnym środowiskiem są organizacje rolnicze. Byłem jednym z założycieli Izb Rolniczych, jestem również członkiem Solidarności Rolników. Chciałbym, żeby wszystkie organizacje rolnicze były teraz moimi partnerami, z którymi uzgadniałbym wszystkie ważne dla polskiego rolnictwa sprawy.

– Nie da się dojść do porozumienia?

– Nie da się, bo każdy sobie rzepkę skrobie. Drobiarze mówią, że nie obchodzi ich to, co uprawia ich sąsiad, bo chcą mieć soję amerykańską, gdyż ich kurczak jest najważniejszy... Itd., itp. Bardzo ubolewam nad tym, że nie ma wspólnego zrozumienia interesu rolnictwa, a przecież rolnictwo jest systemem naczyń połączonych: bez produkcji roślinnej nie będzie zwierzęcej, nie można być wielkim producentem drobiu i świń wyłącznie w oparciu o paszę importowaną z innych kontynentów! Dlatego chciałbym, aby organizacje rolnicze były partnerem, z którymi mógłbym uzgodnić kierunki rozwoju polskiego rolnictwa, abym mógł przedstawiać racje polskich rolników przed polskim parlamentem i w Brukseli, abym mógł ich bronić. Ale do tego droga jeszcze daleka, bo zbyt częste jest podejście wyłącznie roszczeniowe.

– Można się więc spodziewać kolejnych protestów, blokad dróg?

– Rzeczywiście, pojawiają się tacy, którzy krzyczą, że nie obchodzą ich żadne ustalenia, żadna polityka europejska, bo „jak nie dostaniemy tego, co się nam, rolnikom, należy, to zablokujemy wszystko”... W demokratycznym państwie, o które kiedyś sam walczyłem, jest miejsce na protesty, ale przede wszystkim powinno być miejsce dla wzajemnego zrozumienia i ustalenia możliwości. Postawa wyłącznie roszczeniowa do niczego dobrego nie doprowadzi.

Tagi:
Polska Polska

Reklama

Patrzeć prosto w oczy

2019-03-20 09:25

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 38-39

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W ostatnim czasie wiele się w Polsce mówi o tzw. polityce historycznej, jednak w sprawie edukacji historycznej robi się niewiele. To smutne, że dopiero przy okazji uroczystego pogrzebu śp. Jana Olszewskiego wielu Polaków otrzymało za pośrednictwem TVP tę porcję wiedzy z najnowszej historii, która pozwoliła im inaczej spojrzeć na zachodzące w Polsce procesy polityczne. Wielu zweryfikowało swą ocenę tych rządów i tych polityków, których kiedyś nazwano nieodpowiedzialnymi „oszołomami”. Dlaczego ta pejoratywna ocena tak bardzo przylgnęła do wielu zacnych ludzi, którym szczerze zależało na niepodległości i suwerenności Ojczyzny?

DR ANDRZEJ ANUSZ: – Właśnie dlatego, że im zależało na Polsce, a Polacy tak mało o nich wiedzieli. Nie wiedzieli, że rząd Jana Olszewskiego prowadził politykę niepodległościową. Dążył do trwałego zakotwiczenia Polski w strukturach Zachodu, a w polityce wewnętrznej starał się przede wszystkim wyhamować spowodowane planem Balcerowicza pustoszenie polskiej gospodarki; zakładał, że to państwo polskie – a nie prywatny, często obcy kapitał – powinno mieć pieczę nad strategicznymi dziedzinami gospodarki. Oczywiste było, że aby tak rozumiana polityka niepodległościowa mogła osiągnąć swój cel, nieodzowne były dekomunizacja i lustracja osób wpływowych.

– I to właśnie przez tę zapowiedź dekomunizacji upadł rząd Jana Olszewskiego?

– Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Początkowo ten rząd miał poparcie niemal całego elektoratu Lecha Wałęsy z kampanii prezydenckiej 1990 r. Warto to dziś przypomnieć, że jeszcze wtedy Wałęsa występował z hasłami dekomunizacji i lustracji, deklarował prozachodnią politykę zagraniczną. Jednak wkrótce doprowadził do tzw. drugiej wojny na górze (pierwsza toczyła się wcześniej między Lechem Wałęsą a Tadeuszem Mazowieckim); zaczął tzw. wzmacnianie lewej nogi, czyli wspieranie postkomunistów. Prezydent Wałęsa odszedł więc od swojego programu wyborczego i właśnie tylko rząd Jana Olszewskiego kontynuował później ten program. Inne partie – nawet liberalny KLD Donalda Tuska – wspomagały Wałęsę we wzmacnianiu lewej nogi... Wojna na górze przynosiła fatalne skutki.

– Jednak dopiero pojawienie się tzw. listy Macierewicza i realne widmo lustracji wywołały prawdziwe trzęsienie ziemi...

– To była tylko bezpośrednia przyczyna odwołania rządu Jana Olszewskiego. Lustracja i dekomunizacja jakoby miały zachwiać posadami państwa – tak wtedy straszono Polaków. A w istocie szło o to, by zahamować proces naturalnych przemian społecznych i politycznych – zasygnalizowany przez wyborców 4 czerwca 1989 r. – który już nabierał rozpędu i już wymykał się spod kontroli okrągłostołowych decydentów. Musieli to zahamować, we własnym – często bardzo dosłownie – interesie.

– Do tego wyhamowania przemian przez odwołanie rządu Jana Olszewskiego przyczynili się jednak także niepodległościowcy...

– To prawda. KPN np. wycofała swoje poparcie z powodu przewidywanej lustracji i obecności jej przywódcy Leszka Moczulskiego na liście tajnych współpracowników SB. Podobnie zachowała się część ZChN, gdyż na liście tajnych współpracowników znalazło się nazwisko Wiesława Chrzanowskiego. Tak więc znaczna część niepodległościowych sojuszników przeszła do opozycji i mniejszościowy rząd nie mógł już wiele zdziałać.

– I miał przeciwko sobie prezydenta. Dlaczego Lech Wałęsa wycofał się z poparcia rządu? Dlaczego zgłaszał coraz bardziej szokujące pomysły polityczne?

– Wtedy nie wszyscy rozumieli, o co chodzi prezydentowi, większość społeczeństwa była zdezorientowana. Można przypuszczać, że ta desperacja Wałęsy brała się z jego niejasnej przeszłości, która właśnie mogła wyjść na światło dzienne... Niestety, zdecydował się na otwartą walkę z rządem; rzucał naprawdę groźnymi dla Polski pomysłami. Proponował np. zawarcie umowy polsko-rosyjskiej, na mocy której na terenie baz po wojskach radzieckich miały powstawać polsko-rosyjskie spółki, które byłyby niczym innym, jak bazą rosyjskiej agentury. Jan Olszewski kategorycznie się temu przeciwstawił.

– I to dosłownie w ostatniej chwili!

– Tak, bo Lech Wałęsa był już w Moskwie, już prawie siadał do stołu z Jelcynem! Na szczęście szyfrogram rządu do polskiej ambasady dotarł w porę i zapis o spółkach z polsko-rosyjskiej umowy został wycofany. Oczywiście, prezydent Wałęsa przyjął to jako swoją prestiżową porażkę i – w moim przekonaniu – to właśnie w tym momencie podjął decyzję o tym, że należy za wszelką cenę dążyć do odwołania rządu Jana Olszewskiego.

– Podobnie jak wtedy także dziś w społeczeństwie panuje przekonanie, że to jednak przede wszystkim „lista Macierewicza” zaważyła na ówczesnym zwrocie politycznym.

– To były naprawdę tylko wisienka na torcie i pretekst do ostatecznej rozgrywki z niezłomnymi „olszewikami”. 28 maja 1992 r. Sejm przyjął tzw. uchwałę lustracyjną, mimo że tzw. opozycja demokratyczna i część ugrupowań popierających Wałęsę nie wzięła udziału w głosowaniu, chcąc doprowadzić do zerwania quorum. Pamiętam, że na sali sejmowej było tylko 233 posłów, nieznaczna większość opowiedziała się za tą uchwałą. Na tzw. liście Macierewicza znalazło się ponad 60 nazwisk wysokich urzędników państwowych i posłów, ale o obrocie spraw zadecydowały trzy: Lech Wałęsa, Wiesław Chrzanowski i Leszek Moczulski. Jan Olszewski i my wszyscy z nim współpracujący już wiedzieliśmy, że rząd na pewno zostanie obalony.

– Jak Pan Doktor zapamiętał tamtą atmosferę, tamte zdarzenia?

– 4 czerwca rano zgodnie z uchwałą min. Macierewicz przekazał tę listę parlamentarzystom; zapanowały wielkie napięcie i konsternacja. W PAP pojawiło się słynne oświadczenie Lecha Wałęsy, w którym przyznał się, że w przeszłości podpisał kilka ubeckich dokumentów. W moim przekonaniu, gdyby wtedy szybko nie wycofał tego oświadczenia i przyznał się do „błędów młodości”, wszystko by mu wybaczono i historia Polski miałaby szansę pójść w innym kierunku.

– W tamtym czasie wielu Polakom wydawało się, że patrzą na jakiś sensacyjny film i nie nadążają za jego poplątaną akcją...

– A fakty są takie, że gdy tamtej nocy, 4 czerwca, policzono głosy – liczył je Donald Tusk – Wałęsa nabrał pewności, iż prościej będzie obalić rząd Jana Olszewskiego. Szybko wniósł więc wniosek poparty przez posła Jana Rokitę z UD o odwołanie rządu. Głosowanie zgodnie z porządkiem obrad miało się odbyć następnego dnia, jednak w Sejmie zapanowała jakaś dziwna gorączka, zarządzono natychmiastowe nocne głosowanie. Nie przejmowano się w ogóle nieobecnością głównego zainteresowanego...

– I wtedy to właśnie Pan Doktor zawiadomił premiera o tym, co się dzieje w Sejmie?

– Tak się złożyło. Z sekretarzem zespołu doradców premiera pojechaliśmy szybko do ówczesnego Urzędu Rady Ministrów. Był późny wieczór, premier odbywał naradę z prof. Zdzisławem Najderem – szefem zespołu doradców i z Wojciechem Włodarczykiem – szefem Urzędu Rady Ministrów. Zdziwił się: no jak to, przecież były ustalenia z marszałkiem Chrzanowskim, że głosowanie będzie jutro. Dał się jednak przekonać, że trzeba pilnie jechać do Sejmu. Pojechaliśmy, a równolegle z nami jechała z Belwederu kolumna samochodów z Lechem Wałęsą.

– Kto wygrał ten wyścig?

– Pierwszy do Sejmu wbiegł Lech Wałęsa. A premier za chwilę wygłosił swoje najważniejsze przemówienie w życiu.

– Niczego już nie dało się uratować, obronić?

– Miałem takie poczucie, że niektórzy oczekiwali, iż premier rozpocznie w Sejmie pewną polityczną „grę teczkami”, że dojdzie do jakichś negocjacji. Całe szczęście, że premier Olszewski tej gry nie podjął, bo i tak zostałoby to wykorzystane przeciwko niemu. Premier, ku zaskoczeniu swoich oponentów, zachował się bardzo prostolinijnie, do bólu uczciwie, w żaden sposób nie starał się odsuwać tego, co miało nastąpić. Nie mamił przeciwników obietnicami, że wszystko jeszcze trzeba spokojnie rozważyć. Nie targował się o przetrwanie rządu, czego się spodziewano. Gdyby postąpił zgodnie z tymi oczekiwaniami, byłoby to tragiczne nie tylko dla samej idei lustracji, ale przede wszystkim byłoby to zaprzeczeniem tego, jak rozumiał politykę i sprawowanie władzy.

– Czy tamto pamiętne przemówienie premiera Olszewskiego zrobiło wrażenie na obecnych w Sejmie?

– Obawiam się, że nie na wszystkich. Wielu zwyczajnie się cieszyło, że odchodzi, niektórzy zachowywali się jak kibice na meczu... Ja do końca życia zapamiętam, jak premier Oleszewski powiedział, że gdy wyjdzie na ulice swego miasta, to będzie mógł patrzeć ludziom prosto w oczy. To, moim zdaniem, było jego credo polityczne i najważniejszy przekaz dla wszystkich polityków.

– Dlaczego polityk takiego formatu nie mógł później znaleźć sobie godnego miejsca także wśród politycznych przyjaciół, w środowiskach niepodległościowych?

– Rzeczywiście, powinien mieć takie miejsce... I nawet próbował je znaleźć. Po tym, co się stało, było oczywiste, że nasze środowisko nie weźmie udziału w tworzeniu nowego rządu. Tylko Jarosław Kaczyński jako lider Porozumienia Centrum podjął pewne rozmowy na temat powołania rządu Hanny Suchockiej. Z tego powodu doszło do podziału w PC; do bólu konsekwentny Jan Olszewski ze związaną z nim na dobre i złe grupą posłów utworzył Ruch dla Rzeczypospolitej – ten nasz klub sejmowy liczył wtedy kilkunastu posłów i senatorów. Do końca tamtej kadencji miałem zaszczyt siedzieć na ławie sejmowej obok Jana Olszewskiego... Dużo się wtedy od niego dowiedziałem i nauczyłem. Czułem się wyróżniony tym, że podczas gdy inni targowali się o udział w nowym rządzie, to my pozostawaliśmy przy swoim – byliśmy wciąż twardą antykomunistyczną opozycją. Byliśmy niezłomni i dumni.

– A jednak mówiono, że na własne życzenie zamknęliście się w rezerwacie...

– Najsmutniejsze było to, że nikt wtedy tego naszego zamknięcia się nie rozumiał. Było dużo emocji. Po kilku tygodniach okazało się, że jednak Jarosław Kaczyński nie wszedł do koalicji popierającej nowy rząd i starał się ponownie zbliżyć do Jana Olszewskiego; przeszedł do twardej opozycji.

– Czy można powiedzieć, że Jan Olszewski pozostawał już w cieniu Jarosława Kaczyńskiego?

– Relacje między obu tymi politykami były bardzo ciekawe i zawsze pełne wzajemnego szacunku. W 1997 r. to Jan Olszewski podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu, który był wtedy bardzo krytyczny wobec powstającej właśnie Akcji Wyborczej Solidarność i nie chciał kandydować z jej list, chociaż cała jego partia PC kandydowała i w ramach AWS uzyskała mandaty dla kilkunastu posłów. Jarosław Kaczyński natomiast został posłem z listy Ruchu Odbudowy Polski Jana Olszewskiego. Taka bywa przewrotność historii.

– Jan Olszewski nadal krył się na drugim planie sceny politycznej. Dlaczego?

– W dużym stopniu z własnego wyboru. Zawsze służył swoją wiedzą i kompetencjami. Był doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego, współpracował z Antonim Macierewiczem jako szef Komisji Weryfikacyjnej ds. Likwidacji WSI. Choć był w cieniu, to zawsze ciężko pracował dla dobra Polski i był wielkim autorytetem, nie tylko dla przyjaciół politycznych.

Dr Andrzej Anusz
Działacz opozycji antykomunistycznej, były poseł na Sejm RP, autor kilkunastu książek z dziedziny politologii i historii najnowszej, wydawca reprintu „Pism zbiorowych Józefa Piłsudskiego”. Wiceprezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Warszawie

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek w "oazie milczenia i pobożności"

2019-03-25 11:40

st, tom (KAI) / Loreto

- Poprzez sanktuarium w Loreto Bóg przez Maryję powierza misję w naszych czasach: by zanieść Ewangelię pokoju i życia naszym współczesnym, często nieuważnym w obliczu znaków Boga, pochłoniętym interesami doczesnymi lub zanurzonym w klimacie obojętności duchowej - powiedział Franciszek podczas wizyty w Loreto w uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Papież przypomniał, że sanktuarium jest przede wszystkim "domem rodziny, chorych i ludzi młodych" i dlatego zdecydował się właśnie w tym miejscu podpisać adhortację apostolską, będącą podsumowaniem Synodu Biskupów poświęconego ludziom młodym, która nosi tytuł „Christus vivit - Chrystus żyje”.

Vatican Media
Papież na modlitwie w Świętym Domku Maryi

Nawiązując do dzisiejszej uroczystości Zwiastowania Pańskiego i obecnej w Loreto relikwii Domku Matki Bożej Franciszek przypomniał, że do tej "oazy milczenia i pobożności" przybywa wiele osób z Włoch i całego świata, by zaczerpnąć siły i nadziei, szczególnie ludzie młodzi, rodziny i chorzy.

Papież podkreślił, że Święty Domek jest "domem młodzieży", ponieważ tutaj Dziewica Maryja, młoda dziewczyna pełna łaski, nadal przemawia do nowych pokoleń, towarzysząc każdemu w poszukiwaniu swego powołania i dlatego właśnie w tym miejscu postanowił podpisać adhortację apostolską, będącą podsumowaniem ubiegłorocznego Synodu Biskupów poświęconego ludziom młodym. Nosi ona tytuł „Christus vivit - Chrystus żyje”.

Ojciec Święty zwrócił uwagę na trzy elementy wydarzenia jakim było Zwiastowanie, a które naznaczały Synod: pierwszy - "słuchanie Słowa - planu Boga", drugi - "rozeznanie" i trzeci - "decyzja".

Mówiąc o "słuchaniu Słowa- planu Boga" papież zwrócił uwagę, że Bóg zawsze podejmuje inicjatywę powołania, by Go naśladować. "Trzeba być gotowym i chętnym do słuchania i przyjmowania głosu Boga, którego nie da się rozpoznać w hałasie i wzburzeniu. Jego planu dotyczącego naszego życia osobistego i społecznego nie dostrzega się pozostając na powierzchni, ale schodzący na głębszy poziom, gdzie działają siły moralne i duchowe" - mówił Franciszek i dodał: "Maryja zachęca młodych, aby tam zstąpili i dostosowali się do działania Boga".

Odnosząc się do "rozeznania" Ojciec Święty stwierdził, że jest to postawa właściwa uczniowi, czyli, że każda ludzka współpraca z bezinteresowną inicjatywą Boga musi opierać się na pogłębianiu swoich zdolności i postaw, wraz ze świadomością, że Bóg zawsze daje, działa. "Podobnie ubóstwo i małość tych, których Pan wzywa do pójścia za Nim drogą Ewangelii, przemienia się w bogactwo ukazania się Pana i w moc Wszechmogącego" - powiedział papież.

Mówiąc o trzecim etapie "decyzji" charakteryzującym każde powołanie chrześcijańskie Franciszek zwrócił uwagę, że polega on na oddaniu Bogu całego swego życia. "Jest to `tak` pełne ufności i całkowitej dyspozycyjności względem woli Boga. Maryja jest wzorem wszelkiego powołania i inspiratorką każdego duszpasterstwa powołaniowego: ludzie młodzi, którzy poszukują lub zastanawiają się nad swoją przyszłością, mogą znaleźć w Maryi Tę, która pomaga im rozeznać plan Boga dotyczący ich życia i siłę, aby się nań zgodzić" - mówił papież.

Franciszek wskazał na Loreto jako uprzywilejowane miejsce, gdzie ludzie młodzi mogli by przyjść, poszukując swojego powołania w szkole Maryi, jako centrum duchowe w służbie duszpasterstwa powołaniowego.

Zaapelował, aby na nowo zaktywizowano Centrum Jana Pawła II w służbie Kościołowi we Włoszech i w wymiarze międzynarodowym, aby stało się na nowo miejscem, w którym ludzie młodzi i ich wychowawcy mogli by czuć się ugoszczeni, wspierani oraz otrzymać pomoc w rozeznaniu.

Papież zachęcił opiekujących się sanktuarium braci kapucynów, by wydłużyli godziny otwarcia bazyliki i Świętego Domku późnym wieczorem i na początku nocy, kiedy są grupy ludzi młodych, przybywających, żeby się modlić i rozeznawać swoje powołanie.

Zachęcał dalej, aby Sanktuarium Świętego Domku w Loreto stało się dla Kościoła we Włoszech miejscem proponowania kontynuacji światowych spotkań młodzieży i rodziny. "Trzeba bowiem, aby entuzjazmowi przygotowania i celebracji tych wydarzeń towarzyszyło echo realizacji duszpasterskiej, która nadawałaby konkretny wyraz bogactwu treści poprzez propozycje pogłębienia, modlitwy i dzielenia się" - powiedział Franciszek.

Zaznaczył, że "Dom Maryi jest także `domem rodziny`" i stwierdził, że w niełatwej sytuacji dzisiejszego świata rodzina oparta na małżeństwie mężczyzny i kobiety nabiera fundamentalnego znaczenia i podstawowej misji. "Trzeba odkryć na nowo plan Boga dla rodziny, będącej podstawową komórką społeczeństwa, aby podkreślić jej wspaniałość i niezastępowalną rolę w służbie życia" - wezwał papież.

Zaznaczył, że "doświadczenie domowe" Najświętszej Dziewicy wskazuje, że rodzina i młodzi nie mogą być dwoma równoległymi sektorami duszpasterstwa naszych wspólnot, ale muszą podążać ściśle ze sobą złączone, ponieważ bardzo często ludzie młodzi są tym, co rodzina im dała w okresie dorastania.

Następnie Franciszek zwrócił uwagę, że Dom Maryi jest domem chorych i przypomniał, że choroba uderza w rodzinę, a chorych należy przyjmować w rodzinie i zaapelował do wszystkich chorych świata: "Jesteście w centrum zbawczego dzieła Chrystusa, ponieważ dzielicie i w sposób konkretny niesiecie krzyż każdego dnia idąc za Nim. Wasze cierpienie może stać się decydującą współpracą na rzecz nadejścia królestwa Bożego".

Zwrócił uwagę, że poprzez sanktuarium w Loreto Bóg przez Maryję powierza misję w naszych czasach: by zanieść Ewangelię pokoju i życia naszym współczesnym, często nieuważnym w obliczu znaków Boga, pochłoniętym interesami doczesnymi lub zanurzonym w klimacie obojętności duchowej. "Trzeba osób prostych, ale mądrych, pokornych, ale odważnych, ubogich, ale hojnych, ludzi, którzy w szkole Maryi przyjmują bez zastrzeżeń Ewangelię w swoim życiu" - powiedział Ojciec Święty.

Na zakończenie wezwał: "Niech Najświętsza Dziewica pomoże wszystkim, a szczególnie młodym, podążać drogą prawdziwego pokoju, braterstwa opartego na gościnności i przebaczeniu, szacunku dla innych i miłości, która jest darem z siebie. Niech nasza Matka, jaśniejąca gwiazda radości i pokoju ducha, obdarzy rodziny, będące sanktuariami miłości, błogosławieństwem i radością życia. Maryjo, źródło wszelkiej pociechy, przynieś pomoc i pocieszenie tym, którzy przeżywają trudne doświadczenia".



Oto tekst papieskiego przemówienia w tłumaczeniu na język polski:/p>

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

I dziękuję za serdeczne przyjęcie!

Słowa anioła Gabriela do Maryi: „Raduj się, łaski pełna” (Łk 1, 28), rozbrzmiewają w sposób szczególny w tym sanktuarium, uprzywilejowanym miejscu rozważania tajemnicy Wcielenia Syna Bożego. Tutaj bowiem są przechowywane mury, które zgodnie z tradycją pochodzą z Nazaretu, gdzie Najświętsza Dziewica wypowiedziała swoje „tak”, stając się matką Jezusa. Od chwili, kiedy tak zwany domek Maryi jest czczony i umiłowany na tym wzgórzu Matka Boża nieustannie wyjednuje dobra duchowe dla tych, którzy z wiarą i pobożnością tutaj przybywają, aby zatrzymać się na modlitwie. Pośród nich staję dzisiaj również ja i dziękuję Bogu, który pozwolił mi być tutaj właśnie w uroczystość Zwiastowania Pańskiego.

Pozdrawiam przedstawicieli władz, z wdzięcznością za przyjęcie i współpracę. Pozdrawiam arcybiskupa Fabio Dal Cina, który wyraził uczucia was wszystkich. Wraz z nim pozdrawiam innych biskupów, kapłanów, osoby konsekrowane, a szczególnie braci kapucynów, którym powierzono opiekę nad tym znanym sanktuarium, tak drogim narodowi włoskiemu. Ci kapucyni są dzielni. Obecni są zawsze w konfesjonale, tak, że kiedy wejdziesz do sanktuarium zawsze przynajmniej jeden spowiada, albo dwóch trzech lub czterech, ale zawsze są do dyspozycji, czy to podczas dnia, czy też pod koniec dnia. A jest to rudna praca. Są dzielni i dziękuję im za to, szczególnie za tę cenną posługę konfesjonału, trwającą przez cały dzień. Kieruję serdeczne pozdrawiania do was wszystkich, mieszkańców Loreto i zgromadzonych tu pielgrzymów.

Do tej oazy milczenia i pobożności przybywa wiele osób z Włoch i całego świata, by zaczerpnąć siły i nadziei. Myślę w szczególności o ludziach młodych, rodzinach i chorych.

Święty Domek jest domem młodzieży, ponieważ tutaj Dziewica Maryja, młoda dziewczyna pełna łaski, nadal przemawia do nowych pokoleń, towarzysząc każdemu w poszukiwaniu swego powołania. Dlatego chciałem podpisać adhortację apostolską, będącą owocem synodu poświęconego ludziom młodym. Nosi ona tytuł „Christus vivit - Chrystus żyje”. W wydarzeniu Zwiastowania pojawia się dynamika powołania, wyrażona w trzech momentach, które naznaczały Synod: 1) słuchanie Słowa - planu Boga; 2) rozeznanie; 3) decyzja.

Pierwsza wydarzenie - słuchanie, przejawia się w następujących słowach anioła: „Nie bój się, Maryjo, [...] Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus” (w. 30-31). To Bóg zawsze podejmuje inicjatywę powołania, by pójść za Nim. To Bóg podejmuje inicjatywę. On nas zawsze uprzedza, kieruje naszą drogą w życiu. Powołanie do wiary i do konsekwentnej drogi życia chrześcijańskiego lub specjalnej konsekracji jest dyskretną, ale silną ingerencją Boga w życie człowieka młodego, aby ofiarować jemu w darze swoją miłość. Trzeba być gotowym i chętnym do słuchania i przyjmowania głosu Boga, którego nie da się rozpoznać w hałasie i wzburzeniu. Jego planu dotyczącego naszego życia osobistego i społecznego nie dostrzega się pozostając na powierzchni, ale schodzący na głębszy poziom, gdzie działają siły moralne i duchowe. Maryja zachęca młodych, aby tam zstąpili i dostosowali się do działania Boga.

Drugim wydarzeniem każdego powołania jest rozeznanie, wyrażone słowami Maryi: „Jakże się to stanie?” (w. 34). Maryja nie ma wątpliwości; jej pytanie nie jest brakiem wiary, a wręcz wyraża pragnienie odkrycia „niespodzianek” Boga. Jest w niej gorliwość, by pojąć wszystkie wymagania Bożego planu dotyczącego jej życia, by go poznać w jego różnych aspektach, aby uczynić swoją współpracę pełniejszą i bardziej odpowiedzialną. Jest to postawa właściwa uczniowi: każda ludzka współpraca z bezinteresowną inicjatywą Boga musi opierać się na pogłębianiu swoich zdolności i postaw, wraz ze świadomością, że Bóg zawsze daje, działa. Podobnie ubóstwo i małość tych, których Pan wzywa do pójścia za Nim drogą Ewangelii, przemienia się w bogactwo ukazania się Pana i w moc Wszechmogącego.

Decyzja jest trzecim etapem charakteryzującym każde powołanie chrześcijańskie i wyraziła się w odpowiedzi Maryi na słowa anioła: „Niech mi się stanie według twego słowa” (w. 38). Jej zgoda na Boży plan zbawienia, dokonujący się przez Wcielenie, jest oddaniem Bogu całego swego życia. Jest to „tak” pełne ufności i całkowitej dyspozycyjności względem woli Boga. Maryja jest wzorem wszelkiego powołania i inspiratorką każdego duszpasterstwa powołaniowego: ludzie młodzi, którzy poszukują lub zastanawiają się nad swoją przyszłością, mogą znaleźć w Maryi Tę, która pomaga im rozeznać plan Boga dotyczący ich życia i siłę, aby się nań zgodzić.

Myślę o Loreto jako uprzywilejowanym miejscu, gdzie ludzie młodzi mogli by przyjść, poszukując swojego powołania w szkole Maryi! Jako o centrum duchowym w służbie duszpasterstwa powołaniowego. Pragnę zatem, aby na nowo zaktywizowano Centrum Jana Pawła II w służbie Kościołowi we Włoszech i na poziomie międzynarodowym, rozwijając wskazania wypływające z Synodu. Miejscu, w którym ludzie młodzi i ich wychowawcy mogli by czuć się ugoszczeni, wspierani oraz otrzymać pomoc w rozeznaniu. Dlatego gorąco zachęcam Braci Kapucynów by wydłużyli godziny otwarcia bazyliki i Świętego Domku późnym wieczorem i na początku nocy, kiedy są grupy ludzi młodych, przybywających, żeby się modlić i rozeznawać swoje powołanie. Sanktuarium Świętego Domku w Loreto, także ze względu na swe położenie geograficzne w centrum Półwyspu Apenińskiego, nadaje się, by stało się dla Kościoła we Włoszech miejscem proponowania kontynuacji światowych spotkań młodzieży i rodziny. Trzeba bowiem, aby entuzjazmowi przygotowania i celebracji tych wydarzeń towarzyszyła realizacja duszpasterska, która nadawałaby konkretny wyraz bogactwu treści poprzez propozycje pogłębienia, modlitwy i dzielenia się.

Dom Maryi jest także domem rodziny. W niełatwej sytuacji dzisiejszego świata rodzina oparta na małżeństwie mężczyzny i kobiety nabiera istotnego znaczenia i misji. Trzeba odkryć na nowo plan Boga dla rodziny, będącej podstawową komórką społeczeństwa, aby podkreślić jej wspaniałość i niezastępowalną rolę w służbie życia. W nazareńskim domu Maryja przeżywała wiele relacji rodzinnych jako córka, narzeczona, oblubienica i matka. Z tego względu każda rodzina w jej różnych elementach znajduje tutaj gościnę, inspirację aby przeżywać swoją tożsamość. Doświadczenie domowe Najświętszej Dziewicy wskazuje, że rodzina i młodzi nie mogą być dwoma równoległymi sektorami duszpasterstwa naszych wspólnot, ale muszą podążać ściśle ze sobą złączone, ponieważ bardzo często ludzie młodzi są tym, co rodzina im dała w okresie dorastania. Taka perspektywa przekształca w jedność duszpasterstwo powołaniowe, które stara się wyrazić oblicze Jezusa w jego wielu aspektach, jako kapłana, oblubieńca, jako pasterza.

Dom Maryi jest domem chorych. Tutaj znajdują gościnę osoby cierpiące na ciele i na duchu. A Matka Boża przynosi wszystkim miłosierdzie Pana z pokolenia na pokolenie. Choroba uderza w rodzinę, a chorych należy przyjmować w rodzinie. I proszę was nie popadajmy w tę kulturę odrzucenia, jaką proponują nam różnorodne kolonizacje ideologiczne, które nas dzisiaj atakują. Dom i rodzina są pierwszym terapią chorego, otaczając go miłością, wspierając, dodając otuchy i troszcząc się o niego. Dlatego sanktuarium Świętego Domku jest symbolem każdego domu gościnnego i sanktuarium chorych. Zatrzymując się w tym świętym miejscu, każdy może rozważać w wierze znaki Bożego miłosierdzia, doświadczyć osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem i uczyć się od Maryi milczenia, skupienia i modlitwy uwielbienia. Z tego Domu Maryi pragnę skierować serdeczną myśl do wszystkich chorych świata i powiedzieć im: jesteście w centrum zbawczego dzieła Chrystusa, ponieważ dzielicie i w sposób konkretny niesiecie krzyż każdego dnia idąc za Nim. Wasze cierpienie może stać się decydującą współpracą na rzecz nadejścia królestwa Bożego.

Drodzy bracia i siostry! Wam i osobom związanym z tym sanktuarium, Bóg przez Maryję powierza misję w naszych czasach: by zanieść Ewangelię pokoju i życia naszym współczesnym, często rozproszonym, pochłoniętym interesami doczesnymi lub zanurzonym w klimacie obojętności duchowej. Trzeba osób prostych, ale mądrych, pokornych, ale odważnych, ubogich, ale hojnych. Krótko mówiąc, ludzi, którzy w szkole Maryi przyjmują bez zastrzeżeń Ewangelię w swoim życiu. W ten sposób, poprzez świętość ludu Bożego, nadal z tego miejsca szerzyć się będą w całych Włoszech, Europie i na świecie świadectwa świętości w każdym stanie życia, aby odnowić Kościół i ożywić społeczeństwo zaczynem królestwa Bożego.

Niech Najświętsza Dziewica pomoże wszystkim, a szczególnie młodym, podążać drogą prawdziwego pokoju, braterstwa opartego na gościnności i przebaczeniu, szacunku dla innych i miłości, która jest darem z siebie. Niech nasza Matka, jaśniejąca gwiazda radości i pokoju ducha, obdarzy rodziny, będące sanktuariami miłości, błogosławieństwem i radością życia. Maryjo, źródło wszelkiej pociechy, przynieś pomoc i pocieszenie tym, którzy przeżywają trudne doświadczenia. Z tymi intencjami złączymy się teraz razem w modlitwie Anioł Pański.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Obraz św. Józefa Kaliskiego w Kostrzynie n. Odrą

2019-03-25 22:53

Kamil Krasowski

Obraz św. Józefa Kaliskiego peregrynuje na pograniczu polsko-niemieckim. Już dziś dotarł do parafii Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła w Kostrzynie nad Odrą.

Grzegorz Zawada
Obraz św. Józefa dotarł do parafii NMP Matki Kościoła w Kostrzynie n. Odrą
Zobacz zdjęcia: św. Józef w Kostrzynie nad Odrą.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem