Reklama

Śmierć bramą życia

2019-03-06 10:19

Kamil Krasowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska 10/2019, str. IV-V

Karolina Krasowska
Na płytach pojawia się motyw serca i anioła wybijającego piszczelem na zegarze ostatnią godzinę życia człowieka

Wschowa to miasto, które skrywa bardzo wiele tajemnic. Odkrywam je z każdą kolejną wizytą. Ostatnio dzięki uprzejmości Marty Małkus, dyrektor Muzeum Ziemi Wschowskiej, odwiedziłem tamtejsze Lapidarium Rzeźby Nagrobnej. P. Marta, opowiadając o tym miejscu, przypomniała prawdy wiary tak ważne w życiu każdego katolika, chrześcijanina. Myślę, że warto to miejsce odwiedzić wiosną, w Wielkim Poście i przeżyć niezwykłe indywidualne „rekolekcje”.

Lapidarium Rzeźby Nagrobnej to zespół dawnych cmentarzy wschowskich. Najstarszy z nich został założony z inicjatywy pastora Valeriusa Herbergera w 1609 r. Staromiejski Cmentarz Ewangelicki we Wschowie należy do najpiękniejszych, historycznych cmentarzy w Polsce, jest wyjątkowym pomnikiem kultury funeralnej. Wschowski cmentarz należy do najstarszych nowożytnych nekropolii. Został założony według zasady zrywającej z średniowieczną tradycją lokowania cmentarzy przy kościołach. W tym roku mija 410 lat od pierwszego pochówku w tym miejscu, które wiosną pośród budzącej się do życia przyrody nabiera szczególnego uroku i kieruje nasze myśli ku przyszłemu życiu.

Zerwanie z tradycją

Dział Lapidarium Rzeźby Nagrobnej jest w użytkowaniu i pod nadzorem Muzeum Ziemi Wschowskiej. Obejmuje obszar trzech historycznych cmentarzy: staromiejskiego cmentarza ewangelickiego założonego w 1609 r., cmentarza ewangelickiego dla ubogich z 1630 r. i cmentarza katolickiego z ok. 1810 r. Cały kompleks jest wpisany do Krajowego Rejestru Zabytków. Staromiejski cmentarz ewangelicki we Wschowie, co również zasługuje na uwagę, jest jednym z najwcześniejszych w Europie przykładów zerwania ze średniowieczną tradycją grzebania zmarłych w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła. To przykład nowego typu cmentarza wykształconego w obrębie kultury protestanckiej w XVI wieku. To przykład koncepcji, która wzorcowo została zrealizowana w Halle nad Soławą w Saksonii. – Zabytkowy cmentarz od samego początku miał być oddalony od centrum miasta. Został założony na tyłach folwarku miejskiego, na przedmieściu polskim, bardzo mocno wysunięty na północ. Dzisiaj jest już oczywiście otoczony miastem, niedaleko znajduje się bardzo rozbudowane osiedle oraz enklawa domków jednorodzinnych. Jednak w 1609 r. miał on być zdecydowanie w oddaleniu od miejsc zamieszkania – wyjaśnia Marta Małkus. Cmentarz w swoim kształcie przestrzennym nawiązywał do średniowiecznego cmentarza przy katedrze w Pizie, nazywanego Campo Santo (Pole Święte) i charakteryzował się prostokątnym porośniętym zielenią terenem, ujętym architektonicznym obramieniem w formie otwartych do wnętrza arkad, w ścianach których umieszczano kamienne tablice epitafijne.

Reklama

Kronika miasta

Nazwa lapidarium pochodzi od łacińskiego słowa „lapidarius”, co oznacza kamienny. Jest to miejsce przechowywania i prezentowania okazów kamieni naturalnych, kamiennych fragmentów elementów architektonicznych, inskrypcji epigraficznych, rzeźb, nagrobków, pomników. – Nazwa Lapidarium Rzeźby Nagrobnej pojawiła się jako sposób na ochronę staromiejskiego cmentarza ewangelickiego przed polityką likwidacji zabytkowych cmentarzy, określanych mianem poniemieckich, dlatego że większość pomników i płyt nagrobnych zawiera inskrypcje w języku niemieckim. Taka fala przeszła przez całą Polskę zachodnią od południa po północ i dotknęła Dolny Śląsk, dzisiejsze województwo lubuskie, jak i pomorskie. Ten sam los miał również spotkać cmentarz we Wschowie, a także cmentarz w Kożuchowie. Ten proces, zainicjowany przez ówczesne władze komunistyczne, rozpoczął się po wojnie i trwał nieprzerwanie do lat 70. ub. wieku. W ministerstwie złożone zostały przez ówczesne władze miasta dokumenty z prośbą o zgodę na likwidację tego miejsca. Prawdopodobnie mielibyśmy dzisiaj tutaj park miejski i parking w części najbardziej zabytkowej. Na pewno nie pozostałyby tu te cenne kamienie, które stanowią swoistą kronikę miasta zapisaną na płytach nagrobnych i nagrobkach – opowiada pani dyrektor. Pomysł powstania Lapidarium Rzeźby Nagrobnej jako sposobu na ocalenie dawnych cmentarzy zaproponował Andrzej Mariusz Wieczorkowski. Zgodnie z jego ideą to miejsce miało skupiać również inne cenne płyty i nagrobki przywiezione z okolicznych zlikwidowanych cmentarzy ewangelickich, dlatego w przestrzeni Lapidarium znajdują się pomniki nie tylko ze Wschowy, ale również z Osowej Sieni, Szlichtyngowej, czy Wygnańczyc i sporadycznie trafiają nowe.

W latach 1978-81 pod nadzorem Andrzeja Mariusza Wieczorkowskiego prowadzono prace porządkowe i wstępne prace konserwatorsko-adaptacyjne, których celem było utworzenie otwartego muzeum rzeźby i architektury nagrobnej. – Dzięki zaangażowaniu ludzi, którzy tu zostali i chcieli chronić to miejsce, m.in. Mariusza Wieczorkowskiego, obiekt przetrwał pod nazwą Lapidarium Rzeźby Nagrobnej i ocalił tę tkankę najbardziej dla nas wartościową, czyli XVII-, XVIII- i XIX-wieczne płyty, pozostawiając je w ich pierwotnym miejscu. Wiadomo jednak, że duża liczba płyt inskrypcyjnych i nagrobków wyjechała w kierunku muzeum upamiętniającego obóz w Gross-Rosen, gdzie najprawdopodobniej posłużyła jako materiał budowlany – dodaje Małkus.

Wędrowiec, serce i perła

W ogrodzeniu cmentarza umieszczonych jest ok. 200 płyt epitafijnych, będących przykładem protestanckiej sztuki nagrobnej z XVII, XVIII i XIX wieku, wykonanych z piaskowca. Wiemy, że pierwotnie były one pokryte polichromią i zostały prawdopodobnie wykonane na miejscu, we Wschowie. Większość inskrypcji nagrobnych została odczytana przez zespół epigraficzny z Uniwersytetu Zielonogórskiego pod przewodnictwem prof. Joachima Zdrenki i dr. Adama Górskiego. Do najcenniejszych zabytków Lapidarium należą epitafium założyciela cmentarza Valeriusa Herbergera oraz kaplica pastorów, w której sąsiedztwie spoczęły jego doczesne szczątki. Tu znajdują się kamienne płyty upamiętniające Samuela Fryderyka Lauterbacha, seniora generalnego Kościoła augsburskiego w Wielkopolsce, autora pierwszej niemieckojęzycznej historii Polski, oraz duchownych Johannesa Hayna, Samuela Jancoviusa, Tobiasa Böckelmanna, Antona Herolda i Johannesa Friedricha Spechta. Na płytach znajdują się inskrypcje, często wzbogacone motywami i symbolami o treści religijnej. Niektóre z nich są bardzo znamienne, zwłaszcza w kontekście okresu Wielkiego Postu, który jest swego rodzaju drogą i przygotowaniem na radosne spotkanie ze zmartwychwstałym Panem. Niektóre z tablic zawierają motyw palmy obciążonej kamieniem, symbolizujący wzrost duchowy człowieka przez napotykane doświadczenia i trudności życiowe. Bogatą symboliką duchową przesycona jest również kaplica pastorów i umieszczona na niej płyta pastora, kronikarza i historyka Samuela Fryderyka Lauterbacha. – Pojawia się na niej symbolika wędrowca, dla którego przewodnikiem jest księga, którą trzyma w ręku. Na pewno jest to Biblia, która jest podstawą wiary wyznania luterańskiego, ale też każdego Kościoła chrześcijańskiego. Wędrowiec, doświadczając smutku i cierpienia z wędrówki przez pustynię, wychodzi już z pewną mądrością, która zawiera się w słowach: „Ty prowadzisz, nie lękam się”. Jego bagaż już jest ograniczony.

Jest to tylko wątły woreczek przerzucony na plecach. Wędrowiec podąża i dociera do niebieskiego Jeruzalem, miejsca, gdzie dociera człowiek po śmierci. Mamy tu więc motyw życia ludzkiego, doświadczenia wielu cierpień, trudności i dojście przez nie do bliskości z Bogiem i wejścia do miasta zbawionych – tłumaczy Marta Małkus.

Bardzo częstym symbolem, który pojawia się na płytach nagrobnych na terenie Lapidarium, jest również motyw serca. – Na jednej z płyt widzimy serce przyciągane przez Boga, ale też uskrzydlone, ulatujące, pragnące połączyć się z Bogiem. Jest również postać anioła, który piszczelem wybija na zegarze ostatnią godzinę człowieka, uświadamiając, że ona nadejdzie, o czym przypominają też bardzo często eksponowane motywy zegarów z przesypującym się piaskiem. Myślę, że nasi poprzednicy, pomimo swoich słabości, mieli świadomość czasu wyznaczonego tutaj, na ziemi i mieli głębszą wiarę w to, że po śmierci nie ma pustki, tylko czeka Bóg ze swoją miłością, z obfitością owoców, nagrodą – opowiada pani dyrektor.

Ciekawy jest też motyw perły przedstawiony na jednej z płyt umiejscowionych na kaplicy pastorów. – U góry jesteśmy świadkami momentu narodzin perły w muszli. Widzimy słońce jako symbol łaski Bożej. Perła jest symbolem duszy ludzkiej, a muszla symbolem ciała, więc obserwujemy narodziny duszy w obliczu Boga, czyli promieni słonecznych. Motyw morza, fal i szczelnie zamkniętej muszli to życie doczesne. Muszla chroni to, co najcenniejsze, czyli duszę ludzką tak, żeby żadna kropla słonej wody jej nie zniszczyła. Życie ziemskie jest tutaj dostrzegane jako element grzechu, który może tę piękną perłę-duszę naruszyć, zniszczyć. Dopiero wyrzucenie na brzeg, czyli motyw śmierci, powoduje, że muszla się otwiera, pokazując perłę po to, żeby znalazła się ona w rękach u Boga. Na dole widać putto trzymające naszyjnik, na który nanizane są perły. To są właśnie dusze zbawionych – opowiada dyrektor Muzeum Ziemi Wschowskiej.

Na koniec warto dodać, że do najcenniejszych zabytków Lapidarium należą również sarkofag Doroty Kaldenbach z 1673 r., ozdobiony postaciami cnót wiary, nadziei i miłości, epitafium upamiętniające Mateusza Vechnera – nadwornego medyka króla Zygmunta III, barokowa kaplica Teschnerów, obejścia z nagrobkami Chwałkowskich, Eichlerów, Lamprechtów i Teupitzów oraz Dom przedpogrzebowy z 1819 r. w części dawnego katolickiego cmentarza.

***

Marta Małkus, dyrektor MZW: – Jak co roku pięknie zakwitły kwiaty, symbolizując to, że po martwym okresie zimy odradza się życie. Podobnie cały wymiar symboliczny cmentarza jest nie tylko pożegnaniem bliskich i pamiątkami po nich, ale swoistą zapowiedzią tego, co czeka człowieka wierzącego, chrześcijanina, czyli życie po śmierci. Nad wejściem na teren wrocławskiego cmentarza przy kościele św. Elżbiety widnieje do dnia dzisiejszego inskrypcja: „Mors ianua vitae” (Śmierć bramą życia). Ona w pełni zawiera to, co jest podstawą wyznania wiary. Czyli wiara w zbawczą śmierć Chrystusa otwiera możliwość życia wiecznego wśród zbawionych. I o tym przypomina symbolika, która jest wyryta misternie, na płytach Lapidarium Rzeźby Nagrobnej.

Tagi:
Wschowa lapidarium

Fotografia Zmartwychwstałego

2019-04-21 22:17

Agnieszka Bugała

Manoppello, 2014 r. Stoję przed kryształową szybą osłaniającą chustę z wizerunkiem męskiej Twarzy. Srebrny relikwiarz obudowuje tkaninę o wymiarach 17 na 24 cm. Mężczyzna ma brodę, wąski nos ze śladem złamania, spuchnięte policzki, wąskie usta i otwarte oczy. Na szybę pada światło z okna, które mam za plecami a Oblicze przepuszcza światło na wylot. Patrzę na nie i widzę drzwi na końcu kościoła i ludzi w ławkach. Jest widoczny i przeźroczysty jednocześnie, widoczny i znikający, jest i nie jest… Patrzę.

Krzysztof Dudek

„Kiedy się dokładniej przyjrzeć, widać, że skóra wokół ust na policzkach i czole ma intensywnie różowy odcień świeżo zadanych ran. Z szeroko otwartych oczu emanuje niewytłumaczalny spokój. W czarnych punkcikach źrenic włókna wydają się osmolone, jakby wysoka temperatura przypaliła nici” – czytałam u autora „Boskiego Oblicza”. W 1963 r. św. o. Pio powiedział, że „Volto Santo w Manoppello to największy cud, jaki posiadamy”. Wg niemieckich badaczy, s. Blandiny Schlömer oraz o. Heinricha Pfeiffera, Wizerunek z Manoppello i Całun Turyński zapisują oblicze tego samego Człowieka, tyle, że w całunowe płótno owinięto całe ciało Zmarłego, a chusta z Manoppello miała leżeć na głowie Pana, gdy złożono Go w grobie.

A więc stojąc przed szybą mam przed oczami fotografię twarzy Zmartwychwstałego… Nie ma śladu farb, pędzla czy ołówka. Materiał, na której jest odbita Twarz to najdroższa tkanina starożytnego świata, bisior, zwany „złotem morza”. Jego delikatne włókna pochodzą z wnętrza małży, pozwala się farbować, ale nie da się na nim niczego namalować. Jeśli wierzyć badaczom powstał w chwili…powstawania z martwych! Obraz zatrzymał chwilę otwartych już oczu. Kogo widzą?

Wtedy, w Manoppello nie miałam odwagi wyjąć aparatu fotograficznego. Stałam przed Nim zalana łzami. Prześwietlił mnie na wylot i zostawił ślad niepojętej czułości… Od tamtej pory nie rozstaję się Jego Wizerunkiem. Staję przed Nim każdego poranka i każdego wieczoru, przytulam, gdy wali mi się świat, albo nie mam siły na niesienie codziennych krzyży. Jestem pewna, że te Oczy spojrzą na mnie w ostatniej chwili życia po tej stronie. I że rozpoznam Oblicze Wielkanocnego Pana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dłonie, które uczą miłości

2019-04-22 18:04

Anna Skopińska

Blask i ciepło

Maria Niedziela
o. Anastazy Pankiewicz

I pokazuje mi siebie w ludziach i znakach, które – tak myślę – są znakami od niego. Więc najpierw siostry antonianki i klasztor przy ul. Janosika. Choć pierwszym i pamiętającym o. Anastazego Pankiewicza był ten przy Mariańskiej 3 – niedaleko miejsca, w którym wzniósł szkołę, klasztor i kościół. S. Agnieszka, z którą rozmawiam, pamięta jeszcze tamto miejsce i dom, bo tam właśnie zaczynała swoją zakonną drogę. W zakonie, który utworzył. Po to, by charyzmatem wspierały życie, dzieci poczęte, te już narodzone, by służyły tym najsłabszym. Ale spotykam też s. Zytę – ona wstąpiła do zgromadzenia dokładnie 60 lat temu – w roku, gdy zostało ono oficjalnie zatwierdzone. Starsza zakonnica, kobieta, ma niezwykły uśmiech i ciepło bijące z oczu. I jest tak po ludzku niezwykle piękna. Pytam, czy nie żałuje. „Nie” - odpowiada. I robi to z takim przekonaniem, że aż coś ściska za gardło. Bo już wiem, co daje jej ten blask.

W kaplicy sióstr jest płaskorzeźba o. Pankiewicza. A przy nim cierniowa korona, czyli Dachau. W klasztorze jest też jego portret. Od sióstr słyszę, że to jedno z wierniejszych odwzorowań. Siostry prowadzą w Łodzi Dom Samotnej Matki. I pewnie o to chodziło przyszłemu błogosławionemu. O tę służbę najmniejszym i najsłabszym. I choć to daleko od dawnej Mariańskiej – obecnie to skrawek zieleni pomiędzy ul. Wojska Polskiego a Akademią Sztuk Pięknych – to w klasztorze sióstr po raz pierwszy spotkałam o. Pankiewicza. Właśnie w tych kobietach, których powołaniem to, o co zabiegał.

Zawsze zostaje ślad

Na cmentarzu na Dołach było już trudniej. Ale to tam został ten mały ślad. Gdy 2 lutego 1940 r. o. Anastazy Pankiewicz został wyrzucony z budynku klasztoru, mógł wyjechać z Łodzi. Nie zrobił tego. Nie zabiegał o swoje życie. Zamieszkał w małym pokoju w domku Bronisława Gralińskiego – kierownika pobliskiego cmentarza. Naprzeciw była kaplica. W niej raz w tygodniu odprawiał Mszę św. - w niedzielę. Codzienne eucharystie sprawował w swoim pokoju. Dziś budynek kierownika cmentarza jeszcze stoi. Ale już nie jest ten sam. - wszystko wyremontowane, obłożone styropianem, otynkowane, w środku nie ma nawet skrawka starej ściany – słyszę od przebierających się tu grabarzy – gdyby przyszła pani kilka lat temu... – mówią. Ale nie przyszłam... Z roboczego podwórka dostrzegam jednak, że nie każdy ślad jest zatarty. Do malutkiego domku dobudowano niższą oficynę a gzyms pomiędzy starym i nowym dachem po prostu zamalowano białą farbą. Jako jedyny fragment nie został zaklejony, wyrównany. Pewnie trudno było tam dotrzeć. A może to uśmiech o. Anastazego? Do tego domku siostry przynosiły mu jedzenie. W 2007 roku w łódzkim klasztorze antonianek zmarła s. Bonawentura, która wędrowała z ul. Mariańskiej właśnie tu, by ich założyciel miał co jeść...

W kaplicy, choć wybudowanej w 1934 roku, nie ma za to nic z tamtego czasu. Na froncie są jednak tablice pamiątkowe. Z nadzieją podchodzę – jedna poświęcona harcerzom, którzy w latach 1942 - 1943 prowadzili tu tajną drukarnię, jest upamiętnienie angielskiego lotnika, niezłomnych.... A on? Od 2 lutego do 6 października odprawiał tu Msze św. Z tego cmentarza został zabrany do więzienia śledczego przy Sterlinga, stąd poszedł do Dachau... Nikt tego nie wie. Te tysiące ludzi przemierzających ścieżki, cmentarne alejki, przechodzących na drugą stronę ul. Smutnej, nie zdają sobie sprawy, że to była droga którą nie raz pokonał o. Pankiewicz. I że nie ukrywał się tutaj. Adres podawał jako oficjalny, miał pozwolenie na odprawianie niedzielnej Mszy św. Nie uciekał, nie drżał o swoje życie. Zaufał. - to taki człowiek? Nie wiedziałyśmy, że był tak blisko... - mówią trochę speszone panie z kwiaciarni.

Na górce

Najważniejsze jego dzieło. Klasztor, kościół św. Elżbiety Węgierskiej i szkoła. „Na górce”. Gimnazjum, które pracę zaczęło w 1937 roku dziś także tętni życiem. Przed placówką, która w części jest też klasztorem łódzkich bernardynów, stoi pomnik o. Pankiewicza. Błogosławionego. Musi mijać go każdy, kto tędy przechodzi. Idąc do szkoły, kościoła, czy skracając sobie drogę do szpitala. Tu tu objawił się cały talent, i całe powołanie bernardyna. Temu miejscu oddał całe serce. Doglądał tu każdej kładzionej cegły, każdego detalu. Był z ludźmi. Jego historię znają bardzo dobrze uczniowie szkoły., Jest przecież ich patronem. I pewnie to taki Boży palec, że naprzeciw kompleksu bernardynów powstał szpital dziecięcy, z onkologią i trudnymi oddziałami. Że nieopodal siostry salezjanki prowadzą ochronkę bałucką. On rzucił tu światło, zapalił iskrę. I ta po dziś dzień promieniuje.

Mam co jeść

Kolejne miejsce to kościół św. Piotra i Pawła. W tej świątyni poświęcił stacje drogi krzyżowej. Do starej, pamiętającej jeszcze czasy o. Anastazego, części wchodzą ludzie. Zwykły dzień. A ich jest coraz więcej. Jedna kobieta przystaje. - dzięki nim nie muszę martwić się o wiele rzeczy – mówi. Przyszła tu po paczkę. Robi to raz w miesiącu. - to dla mnie wielka ulga, bo niektórych produktów spożywczych czy chemii nie muszę już kupić – dodaje. Nie pytałam jej o nic. To ona wychodząc z parafialnego punktu caritas chciała podzielić się swoją małą radością. - bo wie pani, jest ciężko, ale muszę dać radę – stwierdza. Nie wiem ile ma lat. Może jest w wieku mojej mamy? A może młodsza? Wiem tylko, że to kolejna osoba „podstawiona” tu przez przyszłego świętego.

Męczeństwo...

Jest też wiezienie na Szterlinga w Łodzi, gdzie Niemcy przesłuchiwali przez 17 dni o. Anastazego. To miejsce straceń i męczeństwa tysięcy Polaków. W której sali był przetrzymywany? W którym miejscu? Obecnie znajdują się tam przychodnie lekarskie. Ale gdzieś tam w wyobraźni widzę przywiezionego tu zakonnika, w habicie, bo go nie zdjął. Prowadzonego i przetrzymywanego. To preludium do Konstantynowa Łódzkiego i do Dachau. Dostał numer 28176 i pasiak. „Niech się dzieje wola Boża. Jestem gotowy na śmierć.” - powiedział, gdy został wytypowany do transportu inwalidów i poprowadzony do ciężarówki jadącej do gazu. Zginął 20 maja 1942 roku. Czy go znamy? Czy pamiętamy? Tyle go w Łodzi a jakby nie był widoczny... Choć jego dłonie uczą miłości. Takiej do końca. 13 czerwca 1999 r. św. Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi 108 męczenników. Wśród nich naszego o. Anastazego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem