Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

Do Watykanu z plackiem

2015-04-20 14:36

Leon Knabit OSB, Spotkania z Wujkiem Karolem

Marcin Konik-Korn

Miałem nadzieję, że kiedyś będę mógł się spotkać z Wujkiem Karolem także w Rzymie. Nadzieja ta speł­niła się w styczniu 1980 roku. Ojciec opat wydelegował mnie, bym w Wiecznym Mieście załatwił pewne sprawy klasztorne. Wyjazd za granicę nie był wtedy tak prosty jak obecnie. Wiele czasu trwały starania o uzyskanie pasz­portu i wizy. Otrzymałem wreszcie potrzebne dokumen­ty. Miałem ze sobą wiele listów dla Ojca Świętego od dzieci i osób starszych. Siostry z domu arcybiskupa kra­kowskiego, które jeszcze tak niedawno służyły pomocą obecnemu Papieżowi, dały mi jakiś specjalny słodki pla­cek, który miał przypomnieć Watykanowi polskie sma­ki. O błogosławieństwo na drogę poprosiłem telefonicz­nie swą Mamusię, która mi powiedziała:

- Jeśli się spotkasz z Ojcem Świętym, to uklęknij na oba kolana i pocałuj w obie ręce, w jedną i drugą. (Przy­pomniało mi się wtedy, jak pouczała mnie jako małego chłopca, jak się trzeba zachować, gdy się idzie do babci z życzeniami). I powiedz Ojcu Świętemu, że Mamusia życzy, by Pan Bóg tak był z Niego zadowolony, jak my, ludzie, jesteśmy zadowoleni.

I tak w mroźny dzień 19 stycznia 1980 roku wyruszy­łem radzieckim samolotem „Tupolew" należącym do Pol­skich Linii Lotniczych LOT w swą pierwszą podróż do Rzymu. Lot trwał około dwóch godzin. Wylądowałem jak­by w innym świecie. W Rzymie było bardzo wiele ziele­ni i prawie dziesięć stopni ciepła. Podziwiałem palmy, pi­nie i znane dotąd tylko z fotografii budowle, które dało się zauważyć podczas przejazdu autobusem z lotniska Fiu-micino do centrum miasta. Wreszcie stanąłem na placu św. Piotra i wierzyć mi się nie chciało, że jestem przed najsłynniejszą w świecie bazyliką, nad którą wznosi się ma­jestatycznie szaroniebieska kopuła. Stamtąd już tylko parę kroków do Centrum Polskiego przy placu Piusa XII. Życz­liwe przyjęcie i dzwonimy do Watykanu, aby się dowie­dzieć, w jaki sposób można przekazać listy i placek, który przecież nie może czekać zbyt długo, bo się zeschnie.

Reklama

Telefon odbiera siostra zakonna z Domu Papieskiego i poleca, by się zgłosić na dziedziniec św. Sykstusa, ale z gó­ry zastrzega, że Ojciec Święty jest dzisiaj bardzo zajęty i nie będzie mógł mnie przyjąć. Oczywiście, nawet o tym nie marzę, żeby tak od razu. Chcę tylko jak najprędzej prze­kazać to, co dla Ojca Świętego ze sobą przywiozłem. Opie­kun polskich pielgrzymów, ojciec Kazimierz Przydatek, jezuita, wiezie mnie samochodem przez watykańskie dzie­dzińce. Z zainteresowaniem oglądam mijane budynki i po­dziwiam miłych, przystojnych gwardzistów, którzy salu­tują przejeżdżającym księżom. Po paru minutach jeste­śmy na miejscu. Mały dziedziniec, a budynki dokoła bardzo wysokie, kilkupiętrowe. Ojciec Przydatek tłuma­czy młodemu policjantowi, o co chodzi. Rozmowa się przeciąga i nie wygląda na to, byśmy zaraz mieli wracać. Za chwilę otwierają się drzwi -jak się okazuje - do win­dy, i staje w nich miły pan w średnim wieku, którego wi­działem w czerwcu w Polsce w najbliższym otoczeniu Pa­pieża. Najwyraźniej zaprasza do środka i mówi - tyle po włosku usłyszałem i zapamiętałem: „II Santo Padre aspetta - Ojciec Święty oczekuje".

Osłupiałem. Jedziemy windą do góry, a pan Angelo uśmiecha się serdecznie i wskazuje drogę do korytarza, na którym czekają już ksiądz Dziwisz i ksiądz prałat Ju­liusz Paetz, późniejszy metropolita poznański. Radosne przywitanie, ksiądz Dziwisz poleca się szybko przygoto­wać, doprowadzić do porządku (bo i fotograf tam będzie) i niczego nie załatwiać, a tylko się przywitać. Oddaję prze­syłkę razem z plackiem, otrzepuję habit, z wrażenia na­wet włosy poprawiam, ile ich tam mam. Za chwilę zza uchylonych lekko drzwi dobiega po włosku: „Niech bę­dzie pochwalony Jezus Chrystus" - i już wchodzę do po­koju. Jest mniej więcej godzina pierwsza po południu. Odnoszę wrażenie, że pokój jest cały w tonacji pomarań-czowozłotej, a i postać Ojca Świętego jest jakby prześwie­tlona żółtozłotopomarańczowymi promieniami. Chyba podbiegłem wprost do Niego, wyraźnie zmęczonego (po­tem przeczytałem, ile osób przyjął oficjalnie tego dnia), ale pogodnego i uśmiechniętego. Według zaleceń Mamusi ukląkłem na dwa kolana, ucałowałem ręce i coś tam po­wiedziałem, ale nie wiem, czy z wrażenia nie pokręciłem przekazanego słowa. To, że podczas pierwszego spotkania z Papieżem-Polakiem na Watykanie pozdrowiłem Go naj­pierw słowami Mamusi, było dla mnie wyrazem wdzięczności za jej trud i cierpienia. Wstaję i raptem czuję się tak zwyczajnie, jak wtedy, gdy rozmawialiśmy w klasztorze tynieckim czy w domu biskupim w Krakowie.

- Czekaliśmy na Leona - mówi Ojciec Święty - kiedy ten Leon przyjedzie. A długo tu Ojciec będzie?

Mówię, że około dziesięciu dni, do końca miesiąca.
- O, to dobrze, to jeszcze kiedyś tu jeść mu coś damy.
Otrzymuję różaniec. Zauważam, że fotograf robi zdję­cia.

Przekazuję Papieżowi pozdrowienia od opata tyniec­kiego, od księdza kardynała Macharskiego, wielu star-szych i dzieci, które mnie o to prosiły. Ojciec Święty kiwa głową, czasem o coś zapyta, spokojnie, bez pośpiechu, jak zwykle. Widzę, że stojący z dala ksiądz Dziwisz skła­nia się lekko, i rozumiem, że czas kończyć. Zegnam się więc i wychodzę, wprost nie wierząc, że pierwsze ważne spotkanie - i to zaraz po przylocie do Rzymu - miałem właśnie z Ojcem Świętym. Właściwie mógłbym już za­raz wracać do Krakowa, ale jeszcze zostały do załatwie­nia sprawy klasztorne i - „może kiedyś jeść mu damy". Więc to chyba nie ostatnie spotkanie z Papieżem?

I rzeczywiście. Wkrótce po moim przyjeździe do Rzy­mu przybył tam też Akademicki Chór „Organum" z Kra­kowa, bardzo ceniony przez Papieża w czasach, gdy jesz­cze był arcybiskupem krakowskim. Członkowie chóru zamieszkali w Domu Polskim przy Via Pfeiffer, niedale­ko placu św. Piotra, gdzie i ja miałem swój punkt opar­cia. 28 stycznia wieczorem otrzymujemy wiadomość, że nazajutrz rano mamy być na Mszy świętej w prywatnej kaplicy papieskiej. Radość nadzwyczajna! Niektórzy z wielkiego przejęcia nie mogli spać przez całą noc. Od wczesnego ranka trwało szykowanie się, przygotowywa­nie galowych strojów i - wreszcie...

Wielki zegar bije trzy kwadranse na siódmą, kiedy wy­chodzimy na plac św. Piotra. Jest to jedna z najważniej­szych godzin naszego życia. Nie czujemy styczniowego chłodu. Po raz pierwszy przestępujemy progi Spiżowej Bramy (nie mogłem się przy okazji powstrzymać od uwagi, że do tej pory przestępowaliśmy raczej przykaza­nia...). Szerokimi schodami idziemy do windy. Liczą tam nas wszystkich, czy nikogo nie brak lub czy przypadkiem nie jest nas za dużo. Już na górze towarzyszący nam księża wyjaśniają, jak należy się zachować w czasie spotkania z Ojcem Świętym. Wchodzimy do niewielkiej kaplicy, w której chór - panie wystrojone na biało i czerwono, panowie na czarno - mieści się z trudem. Ojciec Święty modli się na klęczniku przed ołtarzem, skupiony, jakby nikogo oprócz Niego tu nie było. My, księża, idziemy do zakrystii, gdzie ubieramy się do Mszy świętej. Kon­celebrować mają dwaj papiescy sekretarze, ks. Ksawery Sokołowski z diecezji częstochowskiej, który w Rzymie opiekował się pielgrzymami, i piszący te słowa. Wycho­dzimy do kaplicy, by pomóc Ojcu Świętemu ubrać się do Mszy świętej. W tym czasie chór pięknie śpiewa ko­lędy, których Papież słucha z widocznym wzruszeniem. Potem Ojciec Święty wstaje, powoli obraca się do chóru i mówi: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Czy można się dziwić, że odpowiedź miesza się ze łzami wzruszenia, i to zarówno kobiet, jak i mężczyzn?

Ojciec Święty przywdziewa szaty liturgiczne i rozpo­czyna się Msza święta. Na Watykanie, na duchowym szczycie świata, spotykamy się z Chrystusem w Eucharystii, któ­rą sprawuje Jego Zastępca na ziemi. Słowa Starego Testa­mentu czyta jeden z członków chóru. Mnie zlecono od­czytanie Ewangelii. Przypomnienie Jezusa, że Jego brać­mi i siostrami są wszyscy, którzy wypełniają Jego wolę, przeżywamy bardzo głęboko, także podczas dłuższej chwili ciszy po Ewangelii - zamiast homilii. Gdy już stoimy przy ołtarzu, spoglądam wzwyż: niewielki obraz, głowa Matki Boskiej Częstochowskiej pod prostym krzyżem. Patrzę dyskretnie w lewo: biała piuska Wujka Karola, z którym tyle razy odprawialiśmy Mszę świętą w Polsce. A teraz Watykan - jawa to czy sen? Prędko nadchodzi czas ser­decznego znaku pokoju i Komunii świętej, którą uczest­nicy przyjmują z rąk Papieża, znów ze łzami w oczach. Po błogosławieństwie -jeszcze kolędy. Ktoś z otoczenia pa­pieskiego powiedział potem, że tak dobrego chóru dawno nie było w papieskiej kaplicy. Papież zdejmuje szaty mszal­ne i pozostaje jeszcze przez chwilę na modlitwie. My uda­jemy się do dużej sali obok kaplicy. Za parę chwil Ojciec Święty jest pomiędzy nami, serdecznie witany. Pogodny i radosny, podaje rękę każdemu z osobna, rozpoznaje bliż­szych znajomych, przyjmuje drobne i większe upominki, obdarza wszystkich różańcami. Fotograf urzędowy i nie­którzy chórzyści robią zdjęcia. Jeszcze kilka kolęd i innych pieśni. Kierownik chóru, pan Bogusław Grzybek, dzięku­je Ojcu Świętemu i zapewnia, że dziedzictwo wiary, tak tutaj umocnionej, chór zawiezie do Polski. Papież udziela po łacinie błogosławieństwa i mówi:

- Pozdrówcie Kraków, bo już trudno, żebyście upro­wadzili papieża.

Na koniec wzywa do zrobienia kręgu pożegnalnego, jak w Krakowie. Wszyscy bierzemy się za ręce i śpiewamy: „Bu­dujemy Kościół Boży w każdym sercu, domu, kraju, bu­dujemy Kościół Boży na całym świecie". I zaraz to samo po włosku. Przecież papież jest biskupem Rzymu!

- Bóg zapłać - kończy Ojciec Święty. -Więc razem to robimy... Pozdrówcie cały Kraków, całą Polskę i znów przyjedźcie. Pochwalony Jezus Chrystus!

Ksiądz Dziwisz tymczasem polecił mi iść za Ojcem Świętym. Idziemy więc jakimś korytarzem. Z przejęcia, wprost bezwiednie, biorę Papieża delikatnie pod ramię (dzisiaj myślę, czy to była śmiałość czy bezczelność?!). Rozmawiamy o szopce, która stoi w papieskiej kaplicy. Wchodzimy do obszernej jadalni. Aż tu naraz huk! Co się stało? Okazało się, że nie miałem wyczucia, jak po­winno się zamknąć drzwi, i trzasnąłem nimi, aż mnie potem ciarki przeszły. Puść człowieka z prowincji do Watykanu! Ojciec Święty, nie zważając na to, przegląda wycinki z polskich i zagranicznych gazet, które przywio­złem ze sobą, przyjmuje i odwzajemnia pozdrowienia. Proszę o przekazanie paru słów do magnetofonu dla klasztoru i parafii tynieckiej. Oto one:

- Z całego serca! Nieraz chodziłem do Tyńca, jeździłem do Tyńca, więc mam do tego tysiąc powodów, żeby cały Tyniec pozdrowić. Poczynając od góry aż do granicy, do wszystkich granic. A zwłaszcza, żeby dzieci pozdrowić i podziękować za to, że o mnie pamiętają i modlą się za mnie. Z całego serca! I opactwo tynieckie, i parafię tyniecką, i wszystkich mieszkańców Tyńca pozdrawiam i błogosławię.

- Serdecznie dziękuję.
-Masz już wszystko, co chcesz.

Słowa Papieża zostały odtworzone z taśmy w najbliż­szą niedzielę w kościele tynieckim.

Wchodzą dwaj księża-sekretarze papiescy, zasiadamy do stołu. „Co za dzień - mówi Papież - i chór «Orga-num», i ojciec Leon". Zajmuję miejsce naprzeciw Ojca Świętego. Papież wszystkim się żywo interesuje, wyraża zaniepokojenie sytuacją w Afganistanie, do którego wkro­czyły właśnie wojska radzieckie. Zupełnie nie jest ważne, co się je. Na stole szynka, masło, bułki z wielkimi dziura­mi, kawa, owoce. Ojciec Święty się nie spieszy, panuje at­mosfera spokoju i rodzinności, a jednocześnie ma się świa­domość czegoś niecodziennego - śniadanie z Papieżem! Na zakończenie Ojciec Święty mówi: „Gdybyśmy się już nie zobaczyli, to pozdrów wszystkich". Serdeczny uścisk, pobłogosławienie różańców i krzyżyków, które ze sobą przyniosłem, i już Papieża nie ma. Potem się dowiedzia­łem, że udał się na kolejne posiedzenie synodu biskupów holenderskich odbywającego się w tym czasie w Watyka­nie. Zjeżdżam windą na dół i po paru minutach spoty­kam się w pobliskiej kawiarni św. Piotra z członkami chó­ru, gdzie wzruszeni dzielimy się wrażeniami z przeżytego przed paroma chwilami spotkania.

Przed odlotem do Polski udało mi się jeszcze uści­snąć rękę Papieża podczas środowej audiencji generalnej w auli Pawła VI. Wziął w niej także udział chór „Orga­num", który stanął na zaszczytnym miejscu na podium obok Papieża. Wracałem do kraju pełen zadumy. Budu­jemy Kościół Boży. „Bóg zapłać. Więc razem to robimy..."

Tagi:
Watykan świadectwo

Wkrótce duże zmiany w Kurii Rzymskiej

2018-02-23 15:00

kg (KAI/Télam) / Watykan

W poniedziałek 26 lutego Franciszek „zamierza dać jasny znak” zmian w Kurii Rzymskiej i 19 marca – w piątą rocznicę rozpoczęcia swego pontyfikatu – mianuje nuncjuszami trzech dotychczasowych wyższych urzędników Kurii Rzymskiej. Taki pogląd wyraziła 23 lutego argentyńska agencja „Télam”. Zaznaczyła, że w ten sposób papież rozpocznie nowy etap głębokich reform strukturalnych w Watykanie. Jednocześnie obradować tam będzie Rada Kardynałów, która wspiera Ojca Świętego w tych działaniach.

uroburos/pixabay.com

Według źródeł argentyńskich papież ogłosi w poniedziałek dekrety powołujące trzech nowych nuncjuszy apostolskich: dotychczasowego podsekretarza ds. stosunków z państwami w Sekretariacie Stanu prał. Antoine’a Camilleriego, szefa protokołu w tymże Sekretariacie prał. José Avelino Bettencourta oraz byłego osobistego współpracownika zarówno Benedykta XVI, jak i obecnego papieża, a dziś sekretarza generalnego Sekretariatu Spraw Gospodarczych prał. Alfreda Xuereba. Pierwszy i trzeci pochodzą z Malty, drugi jest Portugalczykiem. Z chwilą ich mianowania papież wyniesie ich jednocześnie do godności arcybiskupów tytularnych.

Nowi dyplomaci papiescy mają objąć następujące placówki: prał. A. Camilleri (ur. 20 VIII 1965) zostanie nuncjuszem w Singapurze i delegatem apostolskim w Malezji, prał. A. Xuereb (14 X 1958) – w Korei Południowej i Mongolii oraz prał. J. Bettencourt (22 V 1962) – w Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie.

Dotychczas nieobsadzonych było 10 nuncjatur, przy czym szefowie niektórych z nich są akredytowani jednocześnie w kilku krajach, np. nuncjusz w Tbilisi „obsługuje” Gruzję, Armenię i Azerbejdżan (do 25 kwietnia 2017 stanowisko to pełnił abp Marek Solczyński, obecnie w Tanzanii), a dyplomata papieski w stolicy Trynidadu i Tobago – Port od Spain jest akredytowany łącznie w 13 krajach rejonu Karaibów i Antyli.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Papież ogłosił dzień modlitwy i postu w intencji pokoju

2018-02-04 14:43

st, pb (KAI) / Watykan

Papież ogłosił dzień modlitwy i postu w intencji pokoju. Odbędzie się on 23 lutego, w piątek pierwszego tygodnia Wielkiego Postu. - Ofiarujemy go szczególnie za mieszkańców Demokratycznej Republiki Konga i Sudanu Południowego - zapowiedział Franciszek. Zaprosił również „niekatolików i niechrześcijan do przyłączenia się do tej inicjatywy w sposób, jaki uznają za najbardziej stosowny”.

Grzegorz Gałązka

Publikujemy słowa papieża w tłumaczeniu na język polski:

A teraz ogłoszenie. W obliczu tragicznego przedłużania się sytuacji konfliktów w różnych częściach świata, zachęcam wszystkich wiernych do udziału w specjalnym dniu modlitwy i postu w intencji pokoju - 23 lutego, w piątek pierwszego tygodnia Wielkiego Postu. Ofiarujemy go szczególnie za mieszkańców Demokratycznej Republiki Konga i Sudanu Południowego. Podobnie jak przy innych okazjach, zapraszam także braci i siostry niekatolików i niechrześcijan do przyłączenia się do tej inicjatywy w sposób, jaki uznają za najbardziej stosowny.

Nasz Niebiański Ojciec zawsze wysłuchuje swoich dzieci, które wołają do Niego w udręce i cierpieniu: „podtrzymuj złamanych na duchu i opatrz ich bolesne rany” (Ps 147,3). Zwracam się z serdecznym apelem, abyśmy również my usłyszeli to wołanie i każdy w swoim sumieniu, przed Bogiem, zadali sobie pytanie: „Co mogę uczynić dla pokoju?”. Z pewnością możemy się modlić; ale nie tylko: każdy może konkretnie powiedzieć „nie” przemocy, na ile zależy to od niego czy też od niej. Ponieważ zwycięstwa zyskane przy użyciu przemocy są fałszywymi zwycięstwami; natomiast praca na rzecz pokoju służy wszystkim!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Lechowicz: Kościół nie byłby wiarygodny, gdyby był obojętny na los potrzebujących

2018-02-24 10:15

mag / Warszawa (KAI)

Kościół nie byłby wiarygodny, ani autentyczny, gdyby był obojętny na los potrzebującego człowieka, bez względu, jaką wyznaje on religię, czy jaką prezentuje kulturę - powiedział bp Wiesław Lechowicz. Przewodniczący Komisji KEP ds. Polonii i Polaków za Granicą przewodniczył Mszy św. w sanktuarium św. Ojca Pio, które było kolejnym kościołem stacyjnym w Warszawie. Odpowiada ona bazylice Dwunastu Apostołów w Rzymie.

episkopat.pl

W homilii bp Lechowicz podkreślił, że Boża logika jest zupełnie inna niż ludzkie myślenie i wartościowanie. - Boża sprawiedliwość nie oznacza ani równości, ani równego traktowania wszystkich ludzi, ani tym bardziej natychmiastowej i w naszym rozumieniu wykonania kary za popełnione zło. Człowiek sprawiedliwy to osoba żyjąca zgodnie z Bożym Prawem - powiedział duchowny.

Jako przykład wskazał postać św. Józefa. - On dokładnie i wiernie wypełniał wolę Pana. Niestety przez wielu ludzi Boże przykazania postrzegane są jako ograniczenie wolności, coś co im szkodzi. Tymczasem Pan nas miłuje a zatem Jego Prawo - Jego wola są wyrazem Jego miłości do nas - przekonywał bp Lechowicz.

Przypomniał, że fundamentem Bożego Prawa jest przykazanie miłości. - W nim mieszczą się wszystkie inne przepisy - zauważył. Podkreślił jednocześnie, że miłość winna stanowić również fundament relacji człowieka ze Bogiem. - Jezus nie jest jakimś odległym sędziom, nauczycielem czy prawodawcą, żebyśmy musieli się go obawiać - przekonywał biskup.

Zwrócił również uwagę, że relacja miłości rządzi się swoimi prawami. - Kiedy kogoś kochamy to nawet najcięższy obowiązek, najbardziej wymagający nie jest dla nas ciężarem ale czymś oczywistym - mówił. Jako przykład przywołał matkę wstającą do płaczącego w nocy dziecka. - W miłości jest tak, że jeśli człowiek nie realizuje swoich powinności ma wyrzuty sumienia . Natomiast największym jego szczęściem jest wypełnienie woli osoby ukochanej - zauważył duchowny.

Wspomniał, że bazylika Dwunastu Apostołów w Rzymie będąc jednym z kościołów stacyjnych w Rzymie jest miejscem 60 rodzin imigrantów znalazło schronienie. - Jako Kościół nie bylibyśmy wiarygodni ani autentyczni gdybyśmy byli obojętni na los ludzi którzy są obok nas, bez względu jaką religię wyznają, czy jaką prezentują kulturę - powiedział bp Lechowicz.

Zwrócił uwagę, że dając przykazanie miłości Jezus nie robił wyjątków. - Poleca nam kochać wszystkich, nawet naszych nieprzyjaciół. Podkreślił, że tu nie chodzi o kwestie polityczne, czy państwowe. - To nas nie interesuje. Tu chodzi o drugiego, konkretnego człowieka. Nie tylko tego, który jest sympatyczny i miły, ale również tego, który budzi w nas przeciwne emocje. Jeśli nasza sprawiedliwość, a więc miłość, nie będzie większa niż innych, którzy nas otaczają, nie wejdziemy do Królestwa Niebieskiego - ostrzegł duchowny.

Podkreślił, że najbardziej czytelną lekcję miłości do której jesteśmy przez Boga zaproszeni jest Krzyż Jezusa Chrystusa. - On nie potępiał tych którzy go prześladowali, ale modlił się za nich do Ojca mówiąc: "Przebacz im bo nie wiedzą co czynią" - przypomniał duchowny zachęcając do kontemplacji Męki Pańskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem