Reklama

Kambodża - kraj naznaczony historią

2015-08-31 10:20

Grzegorz Sowa

Grzegorz Sowa

Kambodża to jedno z piękniejszych azjatyckich państw. Ma swój niepowtarzalny klimat, który przekonuje do siebie każdego turystę, przekraczającego granice tego kraju. Jedną z głównych atrakcji Kambodży jest Angor Wat, który zachwyca pięknością zabytków i specyficznym klimatem. Był taki czas, że nie było piękniejszego miasta na świecie jak Angkor. Była to baśniowa metropolia, pełna pałaców i świątyń, otoczona rajskimi ogrodami. Dziś to kambodżańskie miasto jest wpisane na listę Unesco a rocznie odwiedzają je miliony turystów. Kambodża to jednak nie tylko piękne zabytkowe miasta, to również bardzo przyjaźnie nastawieni ludzie, piękne krajobrazy i zapierające dech w piersiach widoki, a także przepyszne jedzenie. Kambodżańskie państwo to również nieszczęsne Pola Śmierci przypominające o panowaniu reżimu Czerwonych Khmerów od których to właśnie katolicy doznali największych cierpień mimo, że stanowili tylko 4 proc. ludności kraju (85 proc. to byli buddyści), to jednak cierpieli nieproporcjonalnie, gdyż większość z nich mieszkała w miastach i byli uważani za popleczników kolonialnych imperialistów. Dziś po latach cierpień i ogromie ofiar społeczność katolicka w Kambodży przeżywa swoiste odrodzenie i staje się coraz bardziej aktywna a kościół katolicki można bez problemu znaleźć w każdym większym kambodżańskim mieście.

Ja swą podróż po Kambodży zaczynam od przekroczenia granicy z Tajlandią. Aby dostać się do granicy Tajlandzko- Kambodżańskiej czekają mnie dwie przesiadki autobusowe i jedna motorowa. Wsiadam w mały bus w tajlandzkiej Pattayi około godziny 12stej w południe. Jest koniec stycznia i bardzo ciepło- obowiązkowo mam w torbie dwie wody, które są koniecznością w azjatyckim klimacie. W busie jestem jednym z trzech pasażerów. Dziwnego uczucia doznaję, gdy zostałem sam z dwoma kierowcami na dwie godziny przed dotarciem do celu. Zastanawiające było dla mnie czy finansowo (za bilet zapłaciłem bowiem tylko 5 dolarów) opłaca im się wieźć mnie samego do granicy kambodżańskiej. Okazało się jednak, że bez problemu dotarłem pod granicę kambodżańską, przesiadając się do dużego autobusu a bilet na niego był już wliczony w cenę. Autobus robił wrażenie- był bardzo stary, ale niesłychanie zadbany i dominowały w nim złote kolory. Wszelkie narzuty na fotele były złote a na podłodze rozścielony był dywan koloru złoto-czerwonego. Co ciekawe obowiązkowo wsiadając do takiego autobusu trzeba ściągnąć buty, co było dla mnie zaskakujące. Zapadł już zmrok a ja docierałem dopiero pod granicę kambodżańską. Ku mojemu zaskoczeniu na podróży tym „złotym” autobusem się nie skończyło i aby dotrzeć do przejścia granicznego byłem zdany na wzięcie taxi motorowej. Gdy wsiadałem z moją niesłychanie ciężką torbą na mały motorek nie przypuszczałem, że przejażdżka motorowa będzie pełna emocji.

Motocyklista w ogóle nie mówił po angielsku i wiedziałem tylko, że jego zadaniem jest zawiezienie mnie do przejścia granicznego. Wsiadłem na motorek już trochę zmęczony bez większych emocji, które zaczęły się wraz z każdym następnym kilometrem. Taxi motocyklista z trudem zmieścił moją olbrzymią torbę między siebie a kierownicę a ja z tyłu siadłem za nim. Jakże ogromne było moje zaskoczenie gdy wjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu. Myślałem bowiem, że do granicy mamy tylko kilka małych dróżek a tu prawie autostrada. My na małym chwiejącym się z ciężaru motorku a za nami i przed nami ogromne ciężarówki i autobusy. W głowie zaczęły kołatać mi różne myśli, szczególnie gdy motorem kilkakrotnie zachwiało kiedy wyprzedzały nas autobusy. Na szczęście docieramy bezpiecznie do celu, którym jest przejście graniczne. Tam czekają już na turystów ludzie, którzy trudnią się załatwianiem wszelkich formalności związanych z przejściem granicznym i dalszą podróżą po Kambodży. Podszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku i zaoferował swoją pomoc. Po wypełnieniu sterty dokumentów, dostaniu kilku pieczątek i przede wszystkim wizy na 30 dni, musiałem podjąć decyzję czy jadę dalej do stolicy Phnom Penh, czy zatrzymuję się w przygranicznym hotelu. Zdecydowałem się mimo późnej pory kupić bilet na nocny autobus. Podczas wsiadania moją uwagę przykuły pakunki, które były wsadzane do autobusu. Oprócz toreb były to głównie artykuły spożywcze takie jak ziemniaki, czy ryż. Sam autobus był bardzo stary i widać było ślady zrobienia wielu kilometrów na azjatyckich drogach. Tu także przed wejściem do środka autokaru trzeba było ściągnąć buty. Gdy wsiadałem do autobusu była pierwsza w nocy i byłem jedynym Europejczykiem na pokładzie. Siedzenia były tylko leżące, a autobus był wypełniony do ostatniego miejsca. Ciężko było zasnąć bijąc się z myślami czy nikt nie wyciągnie mi nic z kieszeni- za sąsiada miałem bardzo niespokojnego Azjatę, który ciągle przewracał się z boku na bok. Dodatkowych emocji dodał fakt zatrzymania się autobusu na drodze otoczonej lasem w środku nocy. Poczułem się wtedy trochę jak bohater piosenki Kim Wilde „Cambodia”- piosenkarka na teledysku w leśnej scenerii śpiewa: „He had a job to do, Flying to cambodia” „Miał misję do wykonania, polecieć do Kambodży”. Na szczęście prawdopodobnie była to tylko jakaś drobna usterka, gdyż po pół godzinie ruszyliśmy dalej. Dalszej części podróży nie pamiętam, ponieważ zasnąłem a gdy się obudziłem byłem ostatnim pasażerem w pustym już autobusie w stolicy Kambodży- Phnom-Penh. Podszedł do mnie wtedy młody chłopak mówiąc po angielsku- hey Mister znajdę Ci dobry, tani hotel w stolicy, pozwól ze mną. Wsiadłem na jego tuk- tuka ( tak nazywa się riksza w Kambodży) i znaleźliśmy szybko ładny pokój w hotelu za 10 dolarów za noc. Podziękowałem i ruszyłem zwiedzać stolicę Kambodży.

Reklama

Phnom Penh jest stolicą Kambodży od 1866 roku. W XV i XVI wieku miasto to pełniło rolę stolicy Imperium Khmerów - jednego z największych mocarstw Azji, zajmującego obszary dzisiejszej Kambodży, Tajlandii, Laosu oraz Wietnamu. Phnom Penh leży u ujścia rzeki Tonlé Sap do Mekongu.

Ciasne uliczki miasta tętnią życiem i tworzą swego rodzaju klimatyczny chaos. Ze względu na niewielkie rozmiary stolicy, już po kilku dniach poczujemy się tu jak w domu. W latach 50. i 60. Phnom Penh uważane było za jedno z piękniejszych miast w całych Indochinach. Było to miejsce, w którym spotykali się korespondencji wojenni i dyplomaci działający w tych niezwykle burzliwych rejonach świata.

Po okresie chaosu i dyktatury Czerwonych Khmerów miasto przeżyło swoje odrodzenie. Dziś turyści przyjeżdżają tu zobaczyć jedno z najpiękniejszych nabrzeży rzecznych i wspaniałe zabytki ilustrujące historię kambodżańskich ziem. Moją uwagę przykuły flagi z wszystkich państw świata znajdujące się na nabrzeżu stolicy. Tam właśnie znajdują się największe atrakcje turystyczne. Obiektami, które koniecznie trzeba zobaczyć są: Srebrna Pagoda i Muzeum Narodowe. Srebrna Pagoda robi wrażenie ze względu na bogactwo srebra okraszającego tą świątynię. Za rządów króla Sihanouka Srebrna Pagoda została wyłożona ponad 5 tysiącami srebrnych płytek, stąd też jej nazwa. Muzeum Narodowe w Phnom Penh założone zostało w 1920 r. przez jednego z kambodżańskich władców. W kunsztownym architektonicznie budynku zgromadzono bogatą kolekcje sztuki Khmerów.

Ciekawe w stolicy Kambodży jest to, iż praktycznie na każdym kroku na ulicy możemy znaleźć fałszywe amerykańskie dolary, które są prawie identyczne jak prawdziwe. Musimy bowiem wiedzieć, że poza rielem kambodżańskim w Kambodży, drugim środkiem płatniczym jest amerykański dolar. Na każdym kroku trzeba być więc bardzo czujnym płacąc w dolarach, aby nie naciąć się na fałszywkę.

Szczerze mówiąc dolary są w Kambodży dużo chętniej odbieranym środkiem płatniczym jak miejscowa waluta. Osobiście starałem się płacić wszędzie w amerykańskich dolarach, co było wygodniejsze dla mnie jak i miejscowych. Będąc w stolicy Kambodży koniecznie trzeba się wybrać na słynne Pola śmierci.

Pola śmierci dzieli od stolicy kraju tylko 15 km. Dojedziemy tam biorąc tuk-tuka. Zwykle taki kurs nie powinien kosztować więcej jak 15 dolarów w obie strony. Droga jest jednak dosyć ciężka i będziemy musieli założyć na twarz specjalną maskę, która osłoni nas od wszędobylskiego kurzu panującego na miejscowych drogach. Historia pól śmierci zaczęła się z końcem lat sześćdziesiątych, kiedy to USA poparło proamerykańskiego generała Lon Nola i wyniku przewrotu odsunęli od rządów prokomunistycznego króla Sihanouka. Amerykanie przeprowadzili wówczas masowe naloty na Kambodżę (spadło ich wówczas około 500 tys). Wprawdzie operacja przeciw Sihanoukowi powiodła się jednak zginęło w jej trakcie prawie 150 tys cywilów. Tym samym wywołało to gniew mieszkańców Kambodży i obrócił się to przeciwko nowemu rządowi i doprowadziło do powstania ugrupowania Czerwonych Khmerów, którzy z czasem przejęli władzę w Kambodży. Dla obywateli Kambodży rozpoczął się kolejny okres terroru. Na czele Czerwonych Khmerów stanął Pol Pot- w młodości mnich buddyjski, który studiował na Sorbonie. Jego rządy kosztowały życie około dwóch milionów ludzi. Ofiarami komunistycznego reżimu padła głównie inteligencja. Lekarze, prawnicy, nauczyciele i studenci byli pierwszymi na liście Czerwonych Khmerów. Więźniów wywożono poza miasto, na pola śmierci, gdzie dokonywano masowych egzekucji. Większość ofiar była zabijana na miejscu pałkami, duszona torbami, a często do zabicia ofiary używano także ostrych liści palmy. Porażające wrażenie robi budynek wypełniony czaszkami, kośćmi i ubraniami wydobytymi z tamtejszych grobów. Reżim upadł po koniec lat siedemdziesiątych wraz z wietnamską inwazją i okupacją.

Co ciekawe to właśnie katolicy w Kambodży byli grupą, którą spotkał najgorszy los. Większość katolików była uważana za popleczników kolonialnych imperialistów. Pierwszym budynkiem, który Czerwoni Khmerzy doszczętnie zniszczyli w Phnom Penh, była wybudowana w XIX w. na wzór katedry w Reims katedra Phnom Penh. Okoliczny cmentarz zaorano i zamieniono w plantację bananów.

Większość księży i zakonnic spotkał los podobny do tego, jaki przypadł pierwszemu pochodzącemu z Kambodży bp. Josephowi Chhmar Salasowi. Zdecydował się on w 1975 r. na powrót po studiach w Paryżu do Kambodży, mimo iż zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie go czeka - władzy Pol Pota. Rząd Czerwonych Khmerów nakazał cudzoziemcom wtedy, w tym także księżom i siostrom zakonnym, opuszczenie kraju. Z Kambodży musiał więc wyjechać Francuz, biskup Yves Ramousse, będący głową tamtejszego Kościoła katolickiego. Jego miejsce zajął bp Salas. Jednak też nie na długo. W 1976 r. biskup został aresztowany i zesłany do pracy na polach ryżowych, gdzie narzucano nierealne normy produkcyjne (z jednego hektara kazano uzyskać trzy tony ryżu). Warty podkreślenia jest fakt, iż przed rewolucją Czerwonych Khmerów, kiedy stosowano nowocześniejsze metody produkcji, otrzymywano jedną tonę na hektar. Nie dziwota, że więźniowie pracujący na polach ryżowych zmuszani do nadludzkiej pracy umierali z głodu i potwornego zmęczenia. Biskup Joseph Salas zmarł we wrześniu 1977 r. Ale swoją posługę pełnił do końca, odprawiając potajemnie mszę w baraku łagrowym i opiekując się wszystkimi chorymi.

Dzisiejsza wspólnota katolicka w Kambodży jest jeszcze mała, lecz powoli rośnie. Wśród 13-milionowej ludności w kraju katolicy stanowią zaledwie 0,2 proc. Jedna trzecia to Khmerzy, a reszta to ludność pochodzenia wietnamskiego.

Społeczność buddyjska jest dziś bardzo przyjaźnie nastawiona do katolików, a przyczynił się do tego m.in. papież Jan Paweł II, spotkając się z głową buddystów w Kambodży. To spotykanie pozytywnie zmieniło nastawienie do katolików.

Poza ewangelizacją Kościół bierze aktywny udział w procesie rozwoju wyniszczonej wojnami i korupcją Kambodży, przede wszystkim w sektorach służby zdrowia i edukacji. W 2007 r. rzymski szpital Bambino Gesu, należący do Stolicy Apostolskiej, ufundował w Daneko na południu Kambodży nowoczesny oddział pediatryczny. Poza tym w kraju, w którym zabito niemal 1/3 ludności i gdzie ponad połowa z tych, co zostali, to analfabeci, jednym z najważniejszych zadań jest zapewnienie możliwości kształcenia młodym. W 2010 r. w oddalonym o 90 km od Phnom Penh mieście Takeo powstał Instytut św. Pawła. Jest to pierwsza taka szkoła wyższa zbudowana i sfinansowana przez Kościół katolicki. Jej głównym zadaniem jest kształcenie młodzieży niemającej środków na wyższą edukację, głównie w dziedzinach takich jak informatyka i rolnictwo.

Jak widzimy działalność Kościoła Katolickiego w Kambodży nie jest obcym zjawiskiem. W czasie jednego z październikowych synodu biskupów były papież Benedykt XVI wyraził zadowolenie ze świadectw mówiących o wzroście Kościoła na świecie i jako przykład podał właśnie Kambodżę. „Także dziś widzimy, że Pan jest obecny tam, gdzie tego nie oczekiwano, działa przez naszą pracę i naszą refleksję” - zaznaczył papież.

Pamiętam moje duże zdziwienie, gdy do autobusu jadącego do Siem Reap- miejsca wielkiej świątyni Angor Wat- wsiadł katolicki mnich i modlił się na różańcu. Tamtego zachodu słońca nie zapomnę chyba do końca życia. Zmierzałem wtedy do miejscowości Siem Reap a w drodze towarzyszył nam niesłychanie piękny zachód ogromnego czerwonego słońca. W czasie podróży zatrzymaliśmy się na 15-sto minutową przerwę a tam przykuła moją uwagę niesłychanie dobra i oryginalna potrawa- gorąca bułka na parze z kurczakiem i bananem. Coś pysznego! Ogólnie kambodżańska kuchnia jest niesłychanie bogata w różne kulinarne specjały. Podstawą kambodżańskiej kuchni jest ryż oraz makaron z mięsnymi lub warzywnymi dodatkami. Wśród popularnych, tradycyjnych dań jest amok trey- ryba z mlekiem kokosowym duszona w liściu bananowca, kralan- kotlet z ryżu, fasoli i grochu z wiórkami kokosowymi i lok lak, czyli cieniutko pokrojona wołowina marynowana w sosie sojowo- rybnym. W Kambodży hoduje się ponad 700 gatunków ryżu. Jest on podstawą tamtejszej diety i podstawowym towarem eksportowym kraju. Poza tym na każdym kroku możemy kupić w Kambodży za dolara smakowitego przedziurawionego kokosa z pysznym mleczkiem kokosowym- coś pysznego!

Mój apetyt, który został pobudzony przez pyszne kambodżańskie potrawy przeszedł na drugi plan, gdy dotarłem w końcu do miejscowości Siem Reap zwanej również Angkor Wat. Gdy dotarłem do hotelu w tym ciekawym miejscu moją uwagę przykuła niesłychana gościnność pracowników owego pensjonatu. Z ciekawości zapytałem jednego z recepcjonistów ile dni wolnych przysługuje im w roku- co ciekawe odpowiedział mi, że praktycznie w Kambodży nie ma urlopów, a ich odpoczynkiem są sporadyczne, pojedyncze dni wolne w środku tygodnia. Na rano byłem już umówiony z moim kierowcą, który miał mnie obwieźć po ciekawych zakątkach Angor Watu. Był to mężczyzna w średnim wieku, który miał na utrzymaniu 5cio osobową rodzinę a żył z wożenia turystów. Opowiadał mi o tradycji kambodżańskiej i ogromnym znaczeniu rodziny w Kambodży. Mówił, iż krewni wzajemnie otaczają się wielką pomocą. A sami Khmerowie z ogromnym szacunkiem traktują ludzi starszych. Angor Wat zrobił na mnie duże wrażenie. Jest to najsłynniejsza świątynia w kompleksie Angkor, czyli dawnej stolicy Khmerów i jeden z siedmiu cudów średniowiecznego świata. Została zbudowana w XII wieku. Ma ona kształt masywnej, trzystopniowej piramidy i składa się z pięciu wież, z których najwyższa ma 65 metrów. Ściany świątyni ozdobione są płaskorzeźbami ukazującymi sceny z mitologii hinduskiej i z wojen prowadzonych przez króla Suryavarmana II. Postawienie tej ogromnej budowli trwało 30 lat a budowało ją około 50 tysięcy ludzi. Jej budowę zakończono kilka lat przed wzniesieniem paryskiej katedry Notre Dame i podobno zużyto na nią więcej kamienia niż na Piramidę Cheopsa. Angkor Wat otacza kwadrat fosy i murów ma 2 km kw. Wybudowano ją dokładnie na skrzyżowaniu linii wyznaczających północ, południe, wschód i zachód.

Po całodniowym zwiedzaniu kompleksu świątyni udałem się na podziwianie pięknego zachodu słońca. Mój tuk-tuk zawiózł mnie pod wzgórze Phnom Bakheng. Wejście na wzgórze trwa niecałe pół godziny. Na szycie roztacza się piękny widok, szczególnie warto wybrać się tam właśnie po to, aby zobaczyć zachód słońca. Na górze przed zachodem słońca gromadzą się spore tłumy turystów, więc warto przyjść wcześniej. Po dniu pełnym turystycznych i zmysłowych wrażeń udałem się z powrotem do mojego hotelu skąd rankiem miałem wyruszyć w następną podróż- celem był Laos- następny kraj Indochin, równie piękny i ciekawy jak Kambodża.

Tagi:
turystyka

Papież o świadomej turystyce, która nie jest jedynie konsumpcją

2019-03-22 17:00

vaticannews.va / Watykan (KAI)

Do promowania turystyki, która nie ogranicza się jedynie do konsumpcji i zaliczania kolejnych doświadczeń, ale promuje spotkanie z ludźmi i zamieszkiwanym przez nich terytorium zachęcił papież Franciszek kierownictwo i członków Młodzieżowego Centrum Turystycznego we Włoszech. Obchodzi ono właśnie 70-lecie powstania. Ponad tysiąc osób związanych z centrum Ojciec Święty przyjął na specjalnej audiencji w Auli Pawła VI.

Grzegorz Gałązka

Franciszek przypomniał, że powstanie ośrodka było pomysłem, który zrodził się w czasie podróży pociągiem wśród członków Młodzieżowej Akcji Katolickiej wraz z ich odpowiedzialnym ks. Carlo Caretto. Inicjatywa szybko nabrała konkretnych kształtów promując świadomą turystykę, która nie jest jedynie czystą konsumpcją.

„Gdy zwiedzam jakieś miasto, ważne jest bym nie tylko poznał jego zabytki, ale zdał sobie sprawę z jego historii, odkrył, jak obecnie żyją jego mieszkańcy i jakim wyzwaniom stawiają czoło – mówił Franciszek. – Gdy zdobywam jakiś górski szczyt, muszę nie tylko respektować własne możliwości fizyczne, ale też podziwiać i szanować przyrodę, łącząc w ten sposób element poznania, wdzięczności i docenienia. Taki sposób podróżowania mądrze nazwaliście «powolną turystyką» przeciwstawiając ją turystyce masowej, ponieważ promuje wartość doświadczenia, solidarności i zrównoważonego rozwoju”.

Franciszek nawiązał do maskotki centrum, którą jest żółw. Podkreślił, że powolność, jeśli nie jest owocem lenistwa, generuje zatracone przez świat zwracanie uwagi na miejsce i ludzi, a także wierność i oddanie ziemi. Papież wezwał też członków Młodzieżowego Centrum Turystycznego we Włoszech, by byli przykładem i motywacją dla swych rówieśników często rozczarowanych życiem i pozbawionych jakiejkolwiek motywacji, którzy zamiast realizować pasje wegetują stając się „młodymi emerytami”.

„Bazując na waszej duchowości wykutej w Centrum możecie stać się towarzyszami podróży dla waszych rówieśników: możecie im pomóc rozbudzić na nowo entuzjazm, gdy go już nie doświadczają ponieważ został pogrzebany pod gruzami rozczarowań i nieprzeniknionym pyłem złych wzorców – mówił Franciszek. – Dzielenie czasu wolnego jako czasu wysokiej jakości może stać się doskonałym kluczem do otwarcia serc wielu młodych, tworząc więzy przyjaźni zdolne do przekazywania autentycznych wartości i samej wiary”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Peregrynacja obrazu św. Józefa Kaliskiego w Krośnie Odrzańskim

2019-03-22 01:35

Kamil Krasowski

Obraz św. Józefa Kaliskiego 20-21 marca nawiedził parafię św. Jadwigi Śląskiej w Krośnie Odrzańskim. Z Krosna dotarł do parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Cybince.

facebook/Parafia Rzymskokatolicka pw. św. Jadwigi Śląskiej w Krośnie Odrzańskim
Peregrynacja w kościele św. Jadwigi Śląskiej
Zobacz zdjęcia: Peregrynacja obrazu św. Józefa Kaliskiego w Krośnie Odrzańskim
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Hiszpania: jutro beatyfikacja kolejnego męczennika wojny domowej – Mariana Mullerata

2019-03-22 19:09

kg (KAI) / Tarragona

W sobotę 23 marca w katedrze w Tarragonie prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Angelo Becciu ogłosi błogosławionym świeckiego Katalończyka, lekarza i polityka Mariana Mullerata i Soldevilę. Będzie to druga w tym roku beatyfikacja, tym razem pojedynczej osoby, nawiązująca do prześladowań religijnych w Hiszpanii w latach 1934-39. 9 bm. w Oviedo odbył się podobny obrzęd, podczas którego do chwały ołtarzy wyniesiono 9 miejscowych kleryków zamordowanych w latach 1934-37.

wikipedia.org

Poniżej podajemy krótki życiorys nowego błogosławionego.

Marian (Marià) Mullerat i Soldevila urodził się 24 marca 1897 w miasteczku Santa Coloma de Queralt koło Tarragony (w północno-wschodniej Hiszpanii) w wielodzietnej rodzinie zamożnego właściciela ziemskiego. Gdy miał 3 lata, stracił matkę, ale nie przeszkodziło mu to w ukończeniu z bardzo dobrymi wynikami szkoły katolickiej w sąsiednim Reus. W 1914 został członkiem Straży Honorowej Świętego Serca Jezusowego i pozostał jej wierny do końca życia. Codziennie uczestniczył we Mszy św., często przystępował do sakramentów. W wieku 18 lat związał się z kółkiem młodzieżowym w swym miasteczku rodzinnym o charakterze konserwatywnym. Wtedy też zaczął zamieszczać swe pierwsze artykuły polityczne w miejscowej prasie.

W 1914 rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie w Barcelonie. Dał się wówczas poznać nie tylko jako świetny student, ale także jako gorliwy obrońca wiary katolickiej, np. broniąc publicznie dziewictwa Maryi w dyskusji z profesorem, który to podważał. W 1918 rozpoczął praktykę lekarską, a dyplom ukończenia medycyny i chirurgii z odznaczeniem uzyskał w październiku 1921. Wcześniej założył wraz z kolegą pismo poświęcone anatomii patologicznej.

14 stycznia 1922 w mieście Arbeca na północy Hiszpanii ożenił się z Marią Dolores Sans Bové, którą poznał 4 lata wcześniej w czasie wakacji w stronach rodzinnych. Z tego małżeństwa urodziło się pięć dziewczynek, z których pierwsza wkrótce zmarła. W domu, w którym – poza nim – były same kobiety (dwie babki, prababka i służąca), panowała bardzo religijna atmosfera: wieczorami codziennie odmawiano różaniec, były krótkie chwile refleksji i milczenia. Jednocześnie był to dom otwarty na potrzebujących, których nie brakowało.

Marian był lekarzem rodzinnym, znanym i cenionym, posługującym zarówno w Arbece, jak i w jej okolicach. Pacjentów przyjmował codziennie w swym gabinecie i – częściej – w ich domach. Tym, którzy dziękowali mu za wyleczenie z ciężkich dolegliwości, odpowiadał niezmiennie: „To nie mnie dziękujcie, ale Bogu, bo to On leczy”. Swym pacjentom i biedakom pomagał też materialnie, pozostawiając im dyskretnie pieniądze na niezbędne potrzeby.

Przez całe swe dorosłe życie należał do Stowarzyszenia Rekolekcji Parafialnych, które propagowało wśród wiernych praktykę ćwiczeń duchowych według św. Ignacego Loyoli. W latach 1923-26 redagował założone przez siebie pismo „L’Escut”, w którym w języku katalońskim szerzył katolicką naukę społeczną. Ukazywały się w nim artykuły z dziedziny rolnictwa, religii, dziejów tych stron. Marian był entuzjastą postępu cywilizacyjnego wśród swych mieszkańców i okazywał to w tekstach, w których łączył tematykę społeczną z wiarą.

To jego wielostronne zaangażowanie sprawiło, że 29 marca 1924 został wybrany na burmistrza Arbeki i sprawował ten urząd 6 lat. Angażował się bardzo na rzecz miejscowej społeczności, poprawy warunków jej życia zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. Nie zapominał przy tym o szerzeniu i wspieraniu wiary i kultury chrześcijańskiej, które już wówczas były bardzo zagrożone.

Od 1930 stopniowo wycofywał się z działalności politycznej, widząc, jak po ustanowieniu wtedy drugiej republiki zaostrza się sytuacja wewnętrzna w kraju, a Kościół jest coraz bardziej atakowany i prześladowany. Miał też świadomość narastającego zagrożenia osobistego i za radą przyjaciół zamierzał schronić się wraz z rodziną w Saragossie, ale gdy przybył do pobliskiej Lleídy, postanowił wrócić, nie chciał bowiem pozostawiać swych chorych bez opieki. Pomagał też, na ile mógł, miejscowym siostrom zakonnym, a nawet niektórym milicjantom z oddziałów republikańskich.

W końcu jednak o świcie 13 sierpnia 1936 został schwytany na drodze z Arbeki do Lleídy, załadowano go wraz z 5 innymi osobami na ciężarówkę i po kilku godzinach ich rozstrzelano. Przed śmiercią Mullerat przebaczył swym prześladowcom, zapisał też na kartce imiona swych pacjentów i poprosił innego lekarza, aby o nich pamiętał. Zwłoki straconych oprawcy oblali benzyną i podpalili.

Tożsamość Mariana Mullerata rozpoznano później na podstawie kilku narzędzi lekarskich i kluczy do domu, które przy nim znaleziono.

Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym w Tarragonie toczył się w latach 2003-07 a dekret uznający męczeństwo lekarza i polityka z Arbeki podpisał Franciszek 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem