Reklama

Biały Kruk 1

Towarzyszy podróżnym, błogosławi kolejarzom

2015-11-25 20:43

Wojciech Mścichowski

Wojciech Mścichowski

Święta Katarzyna Aleksandryjska, uznawana dziś jako patronka kolejarzy i podróżujących, od wieków wpisała się do grona najpopularniejszych Świętych Kościoła katolickiego. Jej nieugięta postawa i męczeńska śmierć w obronie wiary, przyczyniła się do nawrócenia wielu pogan, stając się symbolem wiary i niezłomności.

Zobacz zdjęcia: Towarzyszy podróżnym, błogosławi kolejarzom

Wspomnienie jej śmierci, 25 listopada, każdego roku staje się okazją do refleksji nad odpowiedzialną kolejarską służbą i do modlitwy za wszystkich podróżujących. Tegoroczny odpust św. Katarzyny w kaplicy na dworcu PKP w Częstochowie, oprócz podróżnych, drużyn konduktorskich i pracowników kolei zgromadził także przedstawicieli rodzin kolejarskich, członków dyrekcji Polskich Linii Kolejowych w Częstochowie z dyrektorem Helmutem Klabis, przedstawicieli Katolickiego Stowarzyszenia Kolejarzy z prezesem Maciejem Siorak. Splendoru dodał poczet sztandarowy kolejarzy. Nie zabrakło prezesów firm budowlanych i dobroczyńców w osobach Damian Świącika i Stanisława Gruszki, dzięki którym kaplica wraz z budynkiem i infrastrukturą dworca nabiera blasku. Mszy św. przewodniczył dyrektor Radia Fiat ks. Piotr Zaborski w asyście gospodarza miejsca, ks. Wojciecha Gaura. W słowie do zebranych, ks. Zaborski zwrócił uwagę, że w tym szczególnym miejscu, położonym ponad torami i peronami dworca, Bóg czeka na człowieka będącego w nieustannej podróży. Jakże często pędząc za doczesnymi sprawami zapominamy o nadrzędnym celu, jakim jest niebo. Od 1998 r. tu na częstochowskim dworcu pomyślano, aby wydzielić chociaż niewielki zakątek dla Chrystusa, aby zwrócić uwagę podróżnym, że jest ktoś, kto na nich czeka, nieustannie o nich myśli i otacza opieką. Kaznodzieja życzył, aby tą kaplicę o każdej porze wypełniali kolejarze i pasażerowie, prosząc o pomyślne podróże, dziękując za radosne powroty. Zastanawiał się, czy w dzisiejszym rozbieganym świecie potrafimy dziękować Bogu za doznawane łaski, jednocześnie towarzysząc Chrystusowi w niesieniu Krzyża. Czy potrafimy sobie wyobrazić, że jednocząc się w modlitwie ze Stwórcą, możemy otrzymać niezmierzone łaski. Gdzie lepiej, jak nie tutaj podczas codziennych Eucharystii, Koronki do Miłosierdzia Bożego i cichej modlitwy można nawiązać duchowy kontakt z Bogiem. Podczas Eucharystii dziękowano Bogu, że pomimo okresu niepewności i zawirowań politycznych, dzięki dobrej woli stron, życzliwości i wzajemnemu zrozumieniu, częstochowska kaplica dworcowa, pośród nielicznych w Polsce pozostała, wita podróżnych, przygarnia szukających opieki i duchowego wsparcia. Odpustowe błogosławieństwo kapłana, spoczęło na zebranych, szybując także ku tym, którzy na wszystkich odcinkach pełnią odpowiedzialną kolejarską służbę, dbając o nasze bezpieczeństwo i wygodne podróże wszędzie tam, gdzie docierają polskie tory.

Tagi:
kolej święta

Mała kolejka z wielką historią

2018-01-03 12:37

Artur Stelmasiak
Edycja warszawska 1/2018, str. VI

Obchodząca 90. urodziny popularna Wukadka była bardzo nowoczesnym komunikacyjnym rozwiązaniem II Rzeczpospolitej. Już przed wojną mówiono, że kolejka z Grodziska do Warszawy chodzi jak szwajcarski zegarek

Artur Stelmasiak
W ostatnich latach w WKD wymieniono cały tabor na nowoczesne pociągi Pesa i Newag, a w 2016 r. zmieniono napięcie zasilające pociągi z tramwajowego 600 Volt na kolejowe 3000 V.

Elektryczna Kolej Dojazdowa w 1927 r. była o wiele bardziej nowoczesnym rozwiązaniem komunikacyjnym, niż współczesne Pendolino, czy obecnie metro. Była szczytem nowoczesności podmiejskich rozwiązań komunikacyjnych i pierwszą w Polsce koleją przeznaczoną do komunikacji zbiorowej o napędzie elektrycznym. „Zgodnie z zapowiedzią uruchomiono nową kolej elektryczną Warszawa-Grodzisk. Pierwszy pociąg złożony z trzech wagonów, z których jeden z motorem, niezwłocznie po przybyciu z remizy w Grodzisku, wyruszył w drogę powrotną, wypełniony szczelnie żądnymi przejażdżki” – donosiła Gazeta Warszawska z dnia 12 grudnia 1927 r. Co ciekawe obsługa miała własne oryginalne umundurowanie oraz szwajcarskie zegarki marki Tissot, dzięki którym kontrolowano zgodność czasu przejazdów z rozkładem jazdy.

Przeludniona Warszawa

Budowa Elektrycznej Kolei Dojazdowej była odpowiedzią na bolączki stolicy z początku XX wieku. Warszawa po 1918 r. miała bardzo trudną sytuację demograficzną. Stolica Polski była najbardziej przeludniony miastem Europy, a chętnych w niej zamieszkać ludzi cały czas przybywało. Warszawa była bowiem zakładnikiem XIX-wiecznej carskiej koncepcji obronnej z licznymi fortyfikacjami. Miasto otoczone było systemem fortów wykluczających powstawanie w sąsiedztwie osiedli mieszkalnych. Tymczasem Warszawa zaludniała się w niezwykle szybkim tempie i u progu wojny gęstość osób przypadająca na kilometr kwadratowy znacznie przekraczała europejskie normy, wynosząc aż 25 tys. osób na kilometr. Warszawa wyprzedzała pod tym względem takie ośrodki jak: Berlin 10 tys., Petersburg 15 tys., Londyn 14 tys., czy Paryż 8 tys. na kilometr kwadratowy.

Narastający kryzys mieszkalnictwa zaczął nabierać cech katastrofalnych. Gdy forty otaczające Warszawę, hamujące dotychczas jej rozwój przestrzenny, zaczęły powoli tracić na znaczeniu, tuż za ich linią w szybkim tempie powstały nowe osiedla mieszkalne. Aby ten rozwój metropolii warszawskiej stymulować i skoordynować potrzebny był nowoczesny system transportu, by mieszkańcy nowych osiedli mogli komfortowo i szybko dotrzeć do pracy. Elektryczna Kolei Dojazdowa łącząca stolicę z Grodziskiem Mazowieckim jest więc pierwszym przedwojennym projektem urbanistyczno-komunikacyjnym, który w owych czasach został zrealizowany według najnowocześniejszych światowych standardów. Pod koniec 1927 r. na ulicach Warszawy można było zobaczyć ciche, ogrzewane i bardzo nowoczesne pojazdy szynowe, które zostały sprowadzone z Anglii. A linia z Grodziska do Warszawy była jedynie częścią wielkiego projektu, którego celem było skomunikowanie całego wianuszka miejscowości szybko rozwijających się na przedmieściach stolicy.

Siła patriotyzmu

Projekt został wykonany w szybkim tempie zaledwie w 2 lata. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie stał za nim solidny inwestor o nastawieniu patriotycznym. EKD było bowiem pierwszym projektem transportu publicznego przedwojennego giganta spółki „Siła i Światło”. Spółka zaczęła powstawać w 1914 r., jako wynik współpracy Macieja księcia Radziwiłła, Antoniego Słamirowskiego i Dawida Tempela. Oficjalnie spółka akcyjna „Siła i Światło” zarejestrowana została w Warszawie 5 grudnia 1918 r. pod nazwą „Zgrupowanie Elektryfikacyjne Siła i Światło”, jako pierwsza spółka akcyjna w niepodległej Polsce.

Założyciele postawili sobie cele mocno propaństwowe, by inwestować na rynku polskim oraz przejmować działające oddziały zachodnich przedsiębiorstw. Powodem była kolonialna polityka ówczesnych koncernów, które dążyły do wyprowadzania zysków do krajów macierzystych poprzez finansowanie swoich spółek z krajów pokroju Polski. W efekcie takiej działalności zachodnie spółki działające w Polsce nie przynosiły oficjalnie zysków i nie płaciły podatków. Wobec takiego ukształtowania się stosunków gospodarczych w kraju, grupa przedsiębiorców zdecydowała się założyć przedsiębiorstwo, które swoimi działaniami miało angażować się w życie gospodarcze Polski z korzyścią także dla ogółu społeczeństwa. Głównym celem spółki „Siła i Światło” była elektryfikacja młodego państwa polskiego oraz rozwój przemysłu energetycznego. Polscy biznesmeni przejęli i dokapitalizowali nowoczesne elektrownie m. in. w Pruszkowie, Zagłębiu Dąbrowskim i Zagłębiu Krakowskim. Natomiast z inwestycją w podwarszawskie koleje wiąże się powstanie miasta-ogrodu Podkowy Leśnej, której udziałowcem również było „Siła i Światło”. Spółka zadbała o elektryfikację miasta i doprowadzenie bocznej linii EKD. Efektem wzorcowego założenia urbanistycznego jest plan oparty na koncentrycznych ulicach-alejach wokół dworca kolejki.

Konspiracja na EKD

Warszawiacy szybko polubili podróże EKD. Na ulicach stolicy mówiono, że jest to kolejka, albo większy tramwaj, bo pociągi wszystkim się wówczas kojarzyły z masywną lokomotywą parową. „Podróż w tych estetycznych, ogrzewanych wagonikach jest tak przyjemna, że spotyka się w nich wycieczkowiczów, którzy dla przyjemności odbywają wycieczki w okolicę Warszawy. Ładne, pół-czerwone, pół-kremowe, lśniące, jak zabawka wagoniki przyciągają gromadki ciekawskich u zbiegu ulic Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej przed odejściem kolejki”, pisał Tygodnik Ilustrowany.

Pod koniec lat 30. XX wieku EKD przewoziło już ponad 4 miliony pasażerów rocznie, a tuż przed wybuchem wojny planowano rozbudowę o kolejne odcinki linii: do Błonia, Mszczonowa i z Komorowa do Nadarzyna.

Działania wojenne we wrześniu 1939 r. spowodowały spore zniszczenia infrastruktury na terenie Warszawy. Składy kolejowe były użyte do budowy barykad u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej. Ogromny zapał i ofiarność pracowników EKD umożliwiła przywrócenie kursowania pociągów na całej trasie do centrum Warszawy już w początkach listopada 1939 r. Podczas okupacji w obawie przed bombardowaniami i łapankami dużo mieszkańców Warszawy przeniosło się na tereny podmiejskie, co spowodowało wzrost przewożonych pasażerów do ponad 7 mln osób rocznie.

Choć wyznaczony został zarządca z kolei niemieckich, to jednak kierownictwo wykonawcze pozostało w rękach polskich, co pozwoliło m.in. na zatrudnianie ukrywających się osób. Personel EKD liczył wówczas trzy razy więcej osób niż wynikało to z zapotrzebowania, a umundurowanie kolejarskie chroniło przed zatrzymaniami i wywozem. Niemal od początku okupacji na EKD zaczęły powstawać komórki organizacyjne ośrodków ruchu oporu, spośród których największe znaczenie odgrywał oddział Armii Krajowej. Najważniejszymi operacjami, jakie prowadzono były: przerzut broni, wywiad i kontrwywiad. Natomiast po upadku Powstania Warszawskiego spod obozu przejściowego na terenie Warsztatów Kolejowych w Pruszkowie udało się ocalić sporą grupę osób, podstawiając na przystanku w Tworkach składy „manewrowe”.

Najpunktualniejsza kolejka w Polsce

Po wojnie ze względu na brak energii elektrycznej EKD ciągnięte były przez parowozy. Dzięki nim wznowiono ruch już 14 lutego 1945 r., a w maju przywrócono regularny ruch pociągów EKD na całej trasie z wykorzystaniem już trakcji elektrycznej. Był to pierwszy po wojnie środek transportu publicznego w Warszawie.

Dwa lata później EKD zostało upaństwowione i zmieniło nazwę na Warszawska Kolej Dojazdowa. W 1948 r. linia przewoziła aż 13 mln osób rocznie. Choć kolejkę WKD jeszcze w latach 70. XX wieku można było zobaczyć na zwykłych ulicach Warszawy od ul. Szczęśliwieckiej do Nowogrodzkiej, to stopniowo przenoszono jej ruch do torowisk wydzielonych wzdłuż linii średnicowej PKP.

Odzyskanie niepodległości po 1989 r. nie oznaczało dla WKD podobnego impulsu rozwojowego, jak w czach II RP. W pociągach zrezygnowano z konduktorów, co sprawiło, że większość pasażerów jeździła na „gapę”, a cała kolejka wpadła w kłopoty finansowe. Sytuacja zaczęła się poprawić w ostatnich 10 latach, gdy zwiększono nakłady na transport publiczny. Wymieniono cały tabor na nowoczesne pociągi Pesa i Newag, a w 2016 r. zmieniono napięcie zasilające pociągi z tramwajowego 600 Volt do 3000 V, czyli takiego jakie stosują pociągi dalekobieżne, co przyczyniło się do oszczędności energii.

Obecnie WKD modernizuje przystanki i dworce oraz zabezpiecza przejazdy, co poprawi bezpieczeństwo wszystkich uczestników ruchu oraz skróci czas przejazdów. W planach jest budowa drugiego torowiska pomiędzy Podkową Leśną, a Grodziskiem Mazowieckim oraz dalsza rozbudowa parkingów samochodowych koło stacji. Po okresie odpływu pasażerów na przełomie wieków, teraz proces ten został zahamowany, a w ostatnich latach liczba podróżujących nawet rośnie i przekroczyła 8 mln osób rocznie. Należy się spodziewać, że w drugiej połowie roku 2017 i w 2018 r. ruch pasażerski będzie jeszcze większy, bo remontowana jest równoległa linia PKP, z której korzystają koleje podmiejskie.

Od 1927 r. największym atutem EKD/WKD był komfort, niezawodność i punktualność. Już przed wojną mówiono, że według przejazdu można ustawiać zegarki. Tą cechą linia chwaliła się także w latach 70. ubiegłego wieku. A jak jest dziś? Według statystyk sprzed dwóch lat, ponad 99,5 proc. pociągów kursowało zgodnie z rozkładem jazdy. Bez wątpienia WKD jest więc najpunktualniejszą kolejką w Polsce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Festiwalowe déjà vu

2018-05-21 20:48

Piotr Iwicki

Wielkimi krokami zbliża się tegoroczny Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. To jego 55 edycja, niestety organizatorzy nie wyciągnęli wniosków z tego co wydarzyło się roku temu. A nieumiejętność pobierania nauki z historii, bywa w skutkach bolesna. Do tegorocznego festiwalu zakwalifikowano piosenkę, której towarzyszy jawnie antyklerykalny teledysk.

rsunshine/pixabay.com

Przed rokiem do konkursu premiera zakwalifikowano piosenkę zespołu Dr Misio „Pismo”, jawnie antyklerykalną. Kiedy organizatorzy wykluczyli ją z programu festiwalu, ruszyła lawina, którą określono jednym słowem: bojkot.

Festiwal ostatecznie nie odbył się w planowanym terminie, zaistniałą wręcz moda na negowanie jego linii programowej, artyści jeden po drugim, odmawiali stawienia się na opolskiej scenie. Ostateczni festiwal przeniesiono na wrzesień. Wydawał się, że w tym roku wszyscy będą podwójnie czujni, aby do podobnej wpadki nie doszło. I co? Nic z tego. Jest jeszcze gorzej. Zakwalifikowana do konkursu debiutów piosenka „Siła kobiet” zespołu Girls on Fire, to hymn czarnych protestów, piosenka wpisana w strajk kobiet i działania o charakterze proaborcyjnym (oczywiście pod hasłami równouprawnienia i prawa o decydowaniu o własnym życiu) . Kto oglądał teledysk do tej piosenki, musi pukać się w głowę, zadając pytanie, czy kwalifikujący ją do festiwalowego konkursu w ogóle zmierzyli się z tą materią? Czy zadali sobie trud obejrzenia kadrów pełnych wulgarnych gestów, a w warstwie antyklerykalnej tak ostrych, że wspomniany Dr Misio to przysłowiowe małe Miki na tle propozycji Girls on Fire. Obok prowokujących haseł, gestów środkowego palca w rozmaitych kadrach pojawia się na ekranie przebrana za biskupa kobieta z krzyżem na sutannie z prezentująca szkic żeńskiego układu rozrodczego, w którym jeden z elementów jajowodu ułożony jest w ludzką dłoń z charakterystycznym środkowym placem pokazującym. Ale nie to jest szczytem cynizmu, bezczelności, antyklerykalnej prowokacji. Trwający około pół sekundy kadr pokazuje tego samego „biskupa” z drucianym wieszakiem w dłoni. Tu kod myślowy jest prosty. Druciany wieszak to symbol podziemia aborcyjnego, do którego kobiety w opinii lewackich środowisk, wpychane są poprzez drakońską ustawę o ochronie życia poczętego. Przesłanie tego ujęcia jest jednoznaczne. Inna sprawa, że wspomniany wieszak w rozmaitych obok środkowego palca to ulubiony element tego teledysku.

I tak tylnymi drzwiami czarny protesty, manifestacje KOD-u wchodzą sobie na medialny rynek w dodatku dzięki festiwalowi organizowanemu przez nadawcę publicznego – Telewizję Polską. Co więcej, fragmenty tego videoclipu już pojawiły się na ekranach telewizorów w TVP. I wówczas świetnie zdawano sobie sprawę, z siły rażenie kadrów antyklerykalnych, bowiem – jak choćby w Teleexspressie, ucięto go dokładnie na kilka chwil przed pojawieniem wspomnianych kadrów z „biskupem”. Co zatem stało się teraz, że nagle piosenka trafia mimo to do festiwalowego programu w aurze nieformalnego hymnu marszów KOD-u, „parasolek” i polskiej edycji strajku kobiet?

Tu do głosu dochodzą medialne spekulacje. Jedne mówią, że ktoś gra przeciwko prezesowi TVP i chce powtórzyć ubiegłoroczny scenariusz: wycofanie piosenki, protesty artystów, skandal. Inni, że tym razem Jacek Kurski nie ugnie się i pozostawi piosenkę w festiwalowym programie, tłumacząc, że na tym polega pluralizm. To oczywiście musi w sposób naturalny wzbudzić gniew milionów katolików, dla których towarzyszące piosence antyklerykalne kadry godzą w ich uczucia. Na to nie może pozostać głucha „centrala”, bowiem środowiska konserwatywne to filar elektoratu PiS. I wreszcie sam prezes w zaciszu gabinetu na ul. Woronicza będzie musiał zmierzyć się z pytaniem: przypadek czy prowokacja? W pierwszy trudno uwierzyć, choćby z racji na ubiegłoroczne wydarzenia. To uprawdopodabnia scenariusz, że ktoś zagiął na Kurskiego parol. A ta teoria ma wielu admiratorów. Wszak kochamy spiskowe teorie dziejów. Selekcji artystów dokonywała Rada Artystyczna powołana przez Telewizję Polską i Miasto Opole. Jedno jest pewne, szefa publicznej telewizji ktoś wystawił na strzał ku zdumieniu nawet antyrządowych mediów. Przed nim trudna decyzja, być może więcej decyzji. A festiwal za 3 tygodnie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kto ocalił Solidarność?

2018-05-22 14:58

O postawę Ronalda Reagana wobec stanu wojennego stoczona została w Białym Domu batalia, której cichym bohaterem był nasz dzisiejszy rozmówca, o ktorym w Waszyngtonie mówią, że, ktory uratował „Solidarność”. Większość gabinetu z sekretarzem stanu Alexandrem Haigiem na czele, nie zgadzała się na zdecydowane działania przeciwko polskiemu reżimowi. Sprzeciwiali się europejscy partnerzy USA. Przeciwniczką była nawet... Nancy Reagan.

Archiwum Białego Domu
Prezydent Ronald Reagan i jego doradca Richard Pipes

Z prof. dr. Richardem Pipesem z Harvard University, b. dyrektorem d/s Europy Środkowowschodniej i ZSRR w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA rozmawia Waldemar Piasecki

- Panie Profesorze, mija właśnie kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Upływ czasu sprzyja rozmowie o kulisach decyzji podejmowanych w Białym Domu, w których Pan bezpośrednio uczestniczył. Stany Zjednoczone starały się adekwatnie zareagować na bieg wypadków w Polsce, ale wypracowanie decyzji nie było oczywiste. Był Pan wtedy bardzo blisko prezydenta Reagana i miał duży wpływ na kształtowanie jego opinii. Jak do doszło?

- Moja obecność w bliskim otoczeniu prezydenta wynikała z pełnionej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego funkcji. Wcześniej zaś z udziału w tzw. transition team, ekipie przejmującej Departament Stanu od ekipy Cartera po wyborczym zwycięstwie Reagan. Jeszcze wcześniej, z mego udziału w jego sztabie wyborczym. Merytorycznie, naturalnie wiązało się to także z moją specjalizacją naukową, jaką były od początku mojej kariery akademickiej, sprawy rosyjskie, sowieckie czy ogólniej - związane z całym blokiem komunistycznym. W jakimś stopniu do tego zbliżenia dopomógł fakt, że urlopowany był mój bezpośredni przełożony doradca d/s bezpieczeństwa narodowego Dick Allen, który praktycznie rozstał się z Białym Domem od Dnia Dziękczynienia, czyli od końca listopada 1981 roku. Droga do moich kontaktów z prezydentem, wraz odejściem Allena,uległa radykalnemu skróceniu, a zatem także bliższemu poznaniu.

- Czy miał też znaczenie fakt, że pochodzi Pan z Polski, czyli miejsca akcji ówczesnych dramatycznych wydarzen?

-Tak! To był to niewątpliwie poważny atut. Prezydent uważał mnie za człowieka kompetentnego.

- Podobno wprowadzenie stanu wojennego było dla was zaskoczeniem, mimo że w USA już przebywał pułkownik Ryszard Kukliński?

- Tak było! Sprawę Kuklińskiego CIA chowała. Nawet sekretarz stanu Haig podobno nie wiedział, że ktoś taki istnieje. To jest dla mnie niesamowite! Najprawdopodobniej oni tam, w CIA, doszli do wniosku, że jest niemożliwe, aby Jaruzelski otrzymał od Rosjan wolną rękę w rozwiązywaniu sytuacji w Polsce, czyli m.in. we wprowadzaniu stanu wojennego. Uznając, że informacje Kuklińskiego nie mają znaczenia, nie informowali Rady Bezpieczeństwa Narodowego. To jest niewiarygodnie, ale tak było!

- Co się w takim razie działo w Białym Domu 13 grudnia?

- Już dwunastego, proszę pamiętać o różnicy czasu. Wieczorem zadzwonił telefon i dostałem polecenie jak najszybszego zgłoszenia się w Białym Domu. Poniewaz sprawę określono, jako pilną, pojechałem własnym samochodem nie czekając aż po mnie przyjadą. Od razu udałem się do "situation room". Był tam już m.in. wiceprezydent George Bush, i sztab Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydenta Ronalda Reagana nie było, bo wyjechał na weekend do Camp David. Bush, przy nas, telefonicznie poinformował go o sytuacji w Polsce.

- Co mu powiedział?

- Informacje z natury rzeczy nie mogły być pełne. Przypuszczaliśmy wtedy, że jest to jakaś akcja lokalna, która szybko się zakończy. Dlatego prezydent pozostał w swojej rezydencji do końca weekendu. Sytuacja nie uzasadniała, jego powrotu do Białego Domu.

- Następne dni pokazały jednak, coś innego. Operacja prowadzona była w skali całej Polski...

- Kiedy okazało się, że jest to akcja na dużo większą skalę, prezydent był oburzony i wściekły. Dostałem od niego polecenie napisania mowy, którą następnie wygłosił 17 grudnia 1981 roku. Mieliśmy nadzieję, że po tym stanowczym sygnale z Waszyngtonu, Jaruzelski się wycofa. Po następnych czterech dniach, 21 grudnia odbyło się posiedzenie gabinetu. Reagan wystąpił z bardzo emocjonalnym przemówieniem w którym porównał akcję w Polsce, do akcji Hitlera w Czechosłowacji w 1938 roku. Mówił, że coś trzeba natychmiast zrobić. Okazało się jednak, że prezydent wcale nie ma jednoznacznego poparcia i jest wielu oponentów.

- Oponentów? Dobrze słyszę?

- Tak. Większość gabinetu nie zgadzała się na jakieś zdecydowane działania przeciwko reżimowi polskiemu, w obawie o skutki globalne. Groźne i trudne do przewidzenia.

- O kim mowa?

- Przede wszystkim był to sekretarz stanu Alexander Haig, który wyrażał poglądy naszych europejskich aliantów. Poglądy zaś były takie, że oczywiście szkoda Polski, szkoda "Solidarności", ale nie można przecież ryzykować trzeciej wojny światowej. Coś jakby nawiązanie do "nie będziemy ginąć za Gdańsk" w 1939 roku. Podobne poglądy prezentowała większość gabinetu. Również Nancy Reagan grała w tym swoją rolę.

- Małżonka prezydenta?

- Tak, ona. Bardzo chciała, żeby prezydent był bardziej liberalny, bardziej kompromisowy. Bardzo się starała, żeby takich ludzi jak ja, odsuwać od prezydenta, bo podobno namawiają go do wzniecania konfliktu z Rosją, co doprowadzi w końcu do wojny. Jej opcją był "pragmatyzm", a ci, którzy go prezentowali byli jej sojusznikami.

- W jaki sposób mogła wywierać aż tak duży wpływ prezydenta?

- W taki sposób w jaki to robią żony królów, prezydentów, mężów stanu. To nie były naturalnie jakieś działania w materii polityki bezpośrednio, a w sferze psychologicznej. Nancy Reagan, po prostu, mówiła kto jej się podoba, a kto nie. Kogo uważa za ludzi przyjaznych, a na kogo należy uważać. Urabiała prezydenta. Ona też decydowała kogo się zaprasza na prywatne spotkania w Białym Domu, gdzie naturalnie były poruszane także sprawy polityczne. Ja i moja żona nie byliśmy zapraszani. Pani Reagan uważała, że mam zły wpływ na jej męża.

- Kto, poza Panem, znajdował się w grupie, która opowiadała się za ostrym kursem wobec ekipy Jaruzelskiego?

- Ludzie związani z Ronaldem Reaganem jeszcze w jego kampanii wyborczej. Jane Kirkpatrick, która została jego doradcą do spraw zagranicznych a potem ambasadorem w ONZ, sekretarz obrony Caspar Weinberger, dyrektor CIA Bill Casey i jego ówczesny zastępca d/s wywiadu Robert Gates, dzisiejszy, niedawno nominowany sekretarz obrony.

- Z tej grupy ponad połowa już nie żyje...

- Nawet wiecej niz polowa... Tylko ja i Robert Gates...Bill Casey zmarł w 1987 roku, Ronald Reagan w 2004 roku, a w marcu br. Caspar Weinberger.Jeane Kirkpatrick tak aktywana akademicko i publicystycznie oraz bardzo zaangażowana w walkę przeciw globalnem terrorowi islamskiemu odeszła od nas na zawsze....tydzień temuj. Przed Robertem Gatesem stają wlasnie nowe wyzwania związane z kierownictwem obrony narodowej i misją w Iraku.

- Czy mógłby Pan wymienić co was łączyło wtedy w sensie koncepcyjnym i politycznym?

- Przede wszystkim wspólny stosunek do sowieckiego hegemonizmu oparty na jego dogłębnej znajomości, pozwalającej m.in. na ocenę jak Moskwa może reagowac na naszedecyzje. Prócz mnie, akademicki ‘background’ związany ze studiami sowieckimi miał Casey, Gates wręcz zrobił z tego w 1974 roku doktorat w School of Foreign Service na Georegotowan University, gdzie wykładowcą była Jane Kirkpatrick (notabene także prof. Jan Karski).

- Dlatego udało wam się przekonać prezydenta?

- Przede wszystkim, to nie my musieliśmy przekonywać prezydenta do zmiany zdania, a "pragmatyści". Reagan był sytuacją w Polsce oburzony z moralnego punktu widzenia i nie dawał się nabrać na argumenty "polityczne". Ponadto dysponował wiedzą, że stan wojenny nie przebiega zupełnie niezależnie od Moskwy, a pod jej dyktando. To dodatkowo wzmacniało jego determinację.

- Decydujace okazały się podobno trzy dni przed Wigilią 1981 roku?

- Przełomowe dla wykrystalizowania się stanowiska USA były, w rzeczy samej dni, 21, 22 i 23 grudnia. Prezydent odsunął wtedy praktycznie sekretarza stanu Alexandra Haiga od kierowania polityką zagraniczną i wziął ją w swoje ręce. Wtedy decydowała się sprawa pomocy dla "Solidarności" oraz sankcji wobec Polski i ZSRR.

- Peter Schweizer w książce "Victory" pisał o Pana wystąpieniu na forum Rady Bezpieczeństwa Narodowego, które miało praktycznie przesądzić o losach "Solidarności" i Polski. Podobno gorąco i z pasją namawiał Pan do uratowania "Solidarności" i wprowadzenia sankcji wobec Polski i ZSRR...

- Jest w tym sporo przesady, jakkolwiek pracę Schweizera uważam za wartościową i opartą na źródłach których wiarygodności nie da się podważyć. Może jednak najpierw wyjaśnienie. W Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, bezpośredni udział biorą tylko jej członkowie czyli m.in. prezydent, wiceprezydent, sekretarz stanu, sekretarz obrony i inni ministrowie. Najczęściej przewodniczy doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego (National Security Advisor). Tylko oni siedzą przy stole i debatują. Ponadto zapraszani są na posiedzenia specjaliści i eksperci, w zależności od tematyki i potrzeby posiedzenia. Siedzą oni z tyłu za plecami członków Rady, ale bezpośrednio nie uczestniczą w posiedzeniu. Kierowane są do nich pytania lecz nie jest możliwe aby sami z siebie zabierali głos czy przerywali. Taki był właśnie mój udział. Odpowiadałem, proszono mnie o wyjasnienia czy oceny.

- Jaki był Pański bezposredni kontakt z prezydentem?

- Przygotowywałem dla Reagana po kilka memorandum dziennie. Dotyczyły one prognozy sytuacji w Polsce. W nich właśnie formułowałem pogląd, że "Solidarność" nie przestanie istnieć wraz z jej rozwiązaniem, czego najbardziej chciałaby Moskwa, która bała się rozpowszechnienia idei wolnych związków zawodowych na inne kraje bloku i samą Rosję. Wskazywałem, że skoro Polacy potrafili przetrwać 123-letni okres zaborów nie wynarodowiając się i zachowując swoją tożsamość narodową i świadomość historyczną, to podobnie będzie i teraz. Dążenie niepodległościowe, którego wyrazam stała się „Solidarnosć” nie jest możliwe do wyeliminowania. Trzeba zatem, na ile tylko możliwe, dopomóc Polakom w zachowaniu "Solidarności" i jej idei. Generalnie starałem się przekonać, że leży to w interesie Stanów Zjednoczonych. Te moje memoranda, jak się okazuje, wywarły istotny wpływ na prezydenta i Radę. Zapewne podobny wpływ miały moje osobiste rozmowy z prezydentem, dla którego było istotne moje polskie pochodzenie i znajomość ZSRR oraz generalnie Wschodniej Europy.

- Jaką argumentację przeciwstawiali Pańskiemu tokowi rozumowania „pragmatycy”?

- Departament Stanu twierdził, że Polska jest skończona, nie ma o czym mówić i wszelka pomoc dla "Solidarności", to będą wyrzucone pieniądze, a dodatkowo spowoduje to zlość i gniew Rosjan. Departament namawiał więc prezydenta do porzucenia Polski tak jak Czechosłowacji w 1968 roku.

- Jakie były reakcje Europy Zachodniej na polityczny kurs Waszyngtonu wobec stan wojennego? Rozumiem, że śledzone to było uwaznie i na bieżąco...

- Musieliśmy toczyć z naszymi europejskimi sojusznikami walkę, ale w końcu zaakceptowali nasz kierunek. W większości oni byli zadowoleni z tego, co się stało w Polsce. Bali się, że w Polsce wybuchnie jakiś konflikt zbrojny i Rosjanie będą zmuszeni wkroczyć, a wtedy nie wiadomo, co się stanie. Im nie było zatem bardzo nieprzyjemnie, że w Polsce jest stan wojenny. Mieliśmy więc z nimi problemy. Niestety Departament Stanu ich wspierał i wręcz reprezentował. Na szczęście był w Białym Domu Ronald Reagan i to on podejmował ostateczne decyzje.

- Jak był więc Reagana przez waszych sojuszników europejskich?

- Generalnie oceniali oni Reagana jako człowieka mało realistycznego i "cold wariera". Uważali, że nie jest zdolny do prowadzenia Zachodu i NATO. To nastawienie uległo radykalnej zmianie po dojściu do władzy Gorbaczowa i po spotkaniu z nim Reagana w Genewie. W jego wyniku wobec Rosji nastąpiła zmiana polityki. Zmiana nie nastąpiła jednak, bo to Reagan zmienił kurs, ale dlatego, że to w Rosji wyłonił się ktoś, z kim można było poważnie prowadzić politykę odprężenia.

- Po ostatecznym postawieniu w Waszyngtonie na ocalenie "Solidarności" i jej idei, do Polski popłynęła pomoc finansowa, szkoleniowa, w sprzęcie i informacjach niezbędnych do funkcjonowania opozycji. Konkretne dane o tym podane przez Petera Schweizera napotkały w Polsce protesty samych... odbiorców tej pomocy. Czy na podstawie Pana wiedzy, książkę "Victory" można zdyskwalifikować, uznac za niewiarygodną?

- Książkę "Victory" uważam za poważną i wiarygodną. Moim zdaniem, nie ma co zaprzeczać pomocy, która była oczywista. Mam nadzieję, że dziś tego już nie robi, a być może robił, kiedy władzę miał miniony rezim. Sam uczestniczyłem w spotkaniach na temat tej pomocy, jej wielkości i formy. Padały tam naprawdę bardzo konkretne kwoty.

- Plan pomocy Waszyngtonu dla "Solidarności" był częścią zakrojonego na znacznie większą skalę strategicznego programu złamania ZSRR powstającego przy niemałym Pana udziale. Na czym generalnie polegał ten plan?

- Były cztery elementy tego programu. Po pierwsze, unimożliwienie wygrania przez ZSRR wojny w Afganistanie, z wszelkimi tego konsekwencjami: politycznymi, prestiżowymi, ekonomicznymi. Po drugie, deregulacja rynku paliw, poprzez obniżenie cen ropy w wyniku zwiększonego wydobycia przez Arabię Saudyjską, i wywołanie tym strat ZSRR na eksporcie ich ropy oraz maksymalne utrudnienie budowy gazociągu z Syberii do Europy i planowanych stąd zysków. Po trzecie, embargo na sprzedawanie Rosji nowoczesnych technologii. Po czwarte, zapewnienie przetrwania masowego ruchu antykomunistycznego w Polsce. Szczęśliwie każdy z punktów udało się zrealizować. Miały one istotnie duży wpływ na przełomowe zmiany w ZSRR, które doprowadziły do rozpadu tego imperium.

- Czy czuje się Pan "cichym bohaterem" obalenia komunizmu?

- Nie. Prawdziwymi bohaterami tego procesu byli tacy ludzie, jak Sacharow w Rosji, Havel w Czechosłowacji czy Michnik i Kuroń w Polsce. Ich odwaga miała zupełnie inny charakter, niż moje sprzeciwienie się niemądrej i niemoralnej polityce ugodowności wobec Moskwy. Różnica jest taka, że oni mogli stracić życie, a ja tylko posadę.

- Znalazł się Pan w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu?

- Można tak powiedzieć...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem