Reklama

Z pielgrzymiego szlaku

W drodze do Królowej Podlasia

Marta Żyńska
Edycja lubelska 36/2003

Czy pomyślałabym, że zawędruję kiedyś do Kodnia piechotą? Od lat słyszałam o Matce Bożej Kodeńskiej, do której wybierali się moi dalsi i bliżsi znajomi. Brzmiało to zawsze dość tajemniczo. Bo tamtejsze sanktuarium nigdy nie ściągało takich tłumów jak Częstochowa. Wydawało się wręcz zagubione gdzieś na rubieżach Polski. A jednak to właśnie tam dotarłam 1 lipca z niedużą grupą pielgrzymów, z którą każdego dnia przemierzałam ukryte wśród bujnej zieleni łąk i lasów polskie drogi.

Doba komputerów, czas usilnego dostosowania się do europejskich standardów. Na ulicach króluje młodzież w markowych, szytych jakby pod linijkę ciuchach. Szosy przemierzają lśniące samochody. W domach dominują ogromne, wbudowane w ścianę, szafy o szklanych powierzchniach. Nowoczesność - wymóg czasów. A co z rodzinnymi drobiazgami - śladami pamięci przodków, a zarazem świadkami niedawnej historii? Poupychane w zakamarkach mieszkań trwają. Przeszłość jakby uprzątnięta. Nie pasuje do wielkomiejskiego stylu życia. Tak, jak wydają się do niego nie pasować podążający w pieszych pielgrzymkach ludzie.

Zdecydowani

Startujemy z Lublina 27 czerwca. Z ulicy Zielonej, spod bramy kościoła św. Jozefata. Tej samej, przy której codziennie o godz. 13.00 ustawia się rząd głodnych ludzi. Ks. Jan Mazur od lat prowadzi dla nich stołówkę. Ale na te kilka dni w roku znika. Tak jest od czterech lat. Prowadzi wtedy pielgrzymkę do Kodnia. Do Królowej Podlasia, u której chromi, okaleczeni ludzie od 400 lat upraszają łaskę uzdrowienia. A o co będziemy prosić my, nasza 30-osobowa grupa?

Zwyczajni

Może po prostu o silną wiarę. Taką, jaką mieli „Pratulińscy męczennicy”, których namalowany wizerunek niesiemy z przodu kolumny. Oparty na dość ciężkiej metalowej konstrukcji, zwieńczonej krzyżem, przypomina nam o czternastu mężczyznach, którzy pewnego dnia oddali życie za wiarę. „Byli ojcami rodzin, jak my zwykłymi ludźmi” - uzmysławia ks. Jan, opowiadając nam podczas pielgrzymiego marszu historię ich męczeństwa.

Reklama

Różni

Idziemy dość szybkim krokiem. Skromnie ubrani, może nawet bezbarwni. Czyste koszule, zwykłe podręczne plecaki. Są wśród nas właściciele dobrze prosperującego zakładu, są bezrobotni, są ułomni fizycznie. Kto z nas ubogi, kto bogaty - z boku trudno odgadnąć. W obliczu życiowych problemów chyba jesteśmy wszyscy podobnie bezradni. Podobnie potrzebujący opieki Matki Bożej.

Wytrwali

26 km za nami pierwszego dnia. Ani dużo, ani mało. Trasa do Zezulina była małą rozgrzewką. Potem każdego dnia spędzamy 30-40 km dziennie w marszu. Ten dystans pokonują ludzie w różnym wieku. Najmłodsi to dwie 16-letnie licealistki i lubelska studentka, która dba o nasze bezpieczeństwo, sygnalizując kierowcom samochodów biało-czerwoną chorągiewką, że trzeba zwolnić, bo za chwilę miną pielgrzymkę. Jest parę trzydziestoletnich osób. I najbardziej wytrwali pątnicy - ludzie po 50., i tacy którzy za chwilę skończą 60 i 70 lat. „Mam z kolanem kłopoty, z sercem kłopoty” - mówi 58-letnia Grażyna. „Ale idę, bo to moja Matka” - argumentuje. 68-letni, szczupły, zahartowany w wysiłku mężczyzna nic nie mówi. Wskazując rękami, co chwila odkrywa przed nami uroki mijanych wsi - a to bociany w gniazdach, a to piękne, choć stare chałupy. Czasem czymś się zachwyci, albo zaproponuje komuś pomoc. Ale zawsze robi to na migi, bo z jego zoperowanej krtani wydostaje się tylko świszczący dźwięk.

Prawdziwi

Pięciokilometrowe odcinki odmierzane różańcem. Zawsze poprzedzanym Koronką do Miłosierdzia Bożego. Krótkie intencje podawane przez kapłana. Większość z nas bierze udział w modlitwie. Pozostaje wtedy z własnymi myślami, dla których tłem jest urozmaicony podlaski krajobraz. Pokryte zbożem pagórki, wielkie wyrośnięte drzewa, malownicze drewniane chałupy. Z każdym krokiem odchodzimy od szumu cywilizacji. Stajemy się coraz bardziej naturalni. Tacy, jacy jesteśmy.

Nocleg

Takich przyjmują nas w Urszulinie. Gdy podchodzimy pod kościół witają nas rozbrzmiewające dzwony. Gromada ludzi niecierpliwie dopytuje się, kogo będzie mogła zabrać na nocleg. Moja grupka trafia do domu z żywą pamięcią polskiej historii. W gościnnym pokoju króluje ogromny drewniany stół, przy którym zasiadamy do kolacji. Wtedy gospodarz rozpoczyna wspomnienia o AK. Pokazuje stare wojenne dokumenty, przypomina sylwetkę marszałka Rydza-Śmigłego. „Jego imieniny już za kilka dni. Muszę dać na Mszę św. Chciałbym to zrobić jako żołnierz - kombatant. Niestety, my już wymieramy” - opowiada.
Po posiłku kąpiel w skromnych warunkach. Dla każdej z nas mała balia z wodą. Nagle jakby czas się cofnął. „Mogę umyć nawet plecy!” - gospodyni oferuje swoją pomoc, brzmiącą jak wspomnienie dawnych czasów, gdy takie przypadki były czymś potrzebnym i naturalnym.
Godz. 7.00 rano. Gdy wychodzimy, jeszcze jeden serdeczny akcent - propozycja podwiezienia naszych ciężkich bagaży na ramie rowerowej.

Niedziela

Ranna niedzielna Msza św. Robi się coraz goręcej. Wiatr pozwala zapomnieć o uciążliwościach dnia. Ulgę też przynosi długi odcinek przez las. Wieczorem rozdzielamy się na dwie grupy. Moja dostaje się pod dach niezwykle gościnnych ludzi. Skromny, mały dom mieści dużą rodzinę: młode matki i kilkuletnie pociechy. My do dyspozycji mamy stodołę i wielkie podwórko. „Będziemy spać na sianie” - cieszą się dziewczyny z naszej grupy. Waldek, nasz chwilowy kierownik, dostarcza nam wodę do mycia i instruuje, jak z dość ograniczonej ilości ma skorzystać 9 osób. Wreszcie posiłek - jego obfitość to wyraz serdecznego zaangażowania w trudy pielgrzymiego wysiłku. Rosół, kurczaki, surówki, ciasta - chyba każdego z nas do głębi zastanawia nieoczekiwana gościnność. Bo przecież czasy są trudne, ludzie skupieni na sobie. A tu taka otwartość. Po Apelu Jasnogórskim spędzamy wspólny wieczór. Waldek jest muzykiem, więc wsłuchujemy się w dźwięki gitary. Kilkoro z nas wraz z Mariolką, Agatką - dziećmi gospodarzy, tańczy do upadłego przy utworach Arki Noego. Rano chętnie robimy wspólne zdjęcie, a potem pożegnanie i naprawdę serdeczne uśmiechy. Zupełnie dotąd sobie obcy przekroczyliśmy jakieś dzielące nas granice.

Sławatycze

Tu wypada nasz ostatni nocleg przed Kodniem. Gdy podchodzimy pod kościół Matki Bożej Różańcowej, właśnie kończy się nabożeństwo. Leje deszcz i dobiegają nas grzmoty kolejnej już - jakimś cudem - omijającej nas burzy. Ludzie zapraszają nas, ustępują miejsca. Potem skwapliwie, łamiąc mit o ludzkiej obojętności, zabierają nas na noc. Oczywiście ks. Jan wcześniej uzyskał potwierdzenie, że ktoś się nami na pewno zaopiekuje. Ale i tak zawsze pozostaje wolna wola.

Darowana kradzież

Obraz przedstawiający Matkę Bożą Kodeńską jest tak naprawdę wizerunkiem rzeźby zwanej Matką Bożą z Gwadelupy w Hiszpanii. Polski szlachcic i hulaka Mikołaj Sapieha modlił się przed obrazem w Watykanie i został cudownie uzdrowiony. Ale porywcza natura i sobiepaństwo mocno go trzymało: dokonał kradzieży obrazu z Rzymu; przywiózł go do Kodnia. Ścigała go klątwa papieża. Jednak Pani Kodeńska na Podlasiu zaczęła królować i działać. O licznych uzdrowieniach zaczyna być głośno, wreszcie papież klątwę cofnął. Do dziś lud Podlasia zdąża do Niej do świątyni pw. św. Anny i zanosi dziękczynne modły. Od XVII w. przybywający tu pielgrzymi mają zwyczaj obchodzenia ołtarza z obrazem na kolanach. Z prośbą w sercu, z tą z którą przyszli. Tak czynimy również i my.

Zamiast zakończenia

I jeszcze wybieramy się do Pratulina odwiedzić tych, których wizerunek nieśliśmy przez ponad 140 km od Lublina. Następnego dnia obraz, poświęcony podczas uroczystej Mszy św. przez bp. Zbigniewa Kiernikowskiego, zabieramy do lubelskiego kościoła Świętego Ducha. To nasz dar i hołd dla Matki Bożej Kodeńskiej i tego serdecznego podlaskiego ludu.

Burkina Faso: zamordowano hiszpańskiego kapłana

2019-02-16 14:21

vaticannews / Wagadugu (KAI)

W Burkina Faso zamordowano katolickiego duchownego. Jest nim 72-letni hiszpański salezjanin, który od 37 lat pracował na misjach w Afryce.

Senlay/pixabay.com

Ks. Antonio César Fernández wraz ze współbraćmi wracał do swej wspólnoty w stolicy kraju Wagadugu. Kilkadziesiąt kilometrów od południowej granicy kraju ich samochód został zatrzymany przez dżihadystów. Ks. Antonio został oddzielony od pozostałych pasażerów i zamordowany. Sprawcy mordu uciekli. Mówi się także o zabiciu czterech pograniczników.

Morderstwo to wpisuje się w falę przemocy, której doświadczają mieszkańcy Burkina Faso. Od pewnego czasu siły bezpieczeństwa walczą tam z dżihadystami, którzy działają także na terenie Mali i Nigru.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Jerzy Mazur SVD odwiedził polskich misjonarzy w Papui Nowej Gwinei

2019-02-17 09:10

Ks. Kazimierz Szymczycha SVD / Papua Nowa Gwinea (KAI)

W dniach 29 stycznia do 14 lutego 2019 r.. bp Jerzy Mazur SVD, przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Misji odwiedził polskie misjonarki i misjonarzy posługujących w Papui Nowej Gwinei. W podróży po Rajskiej Wyspie towarzyszyli biskupowi o. Kazimierz Szymczycha SVD, sekretarz Komisji Misyjnej oraz ks. prał. Zbigniew Sobolewski, dyrektor Dzieła Pomocy „Ad Gentes”.

Werbiści

Przewodniczący Komisji misyjnej odwiedził większość miejsc, gdzie posługują Polacy. Między innymi, na szlaku odwiedzin znalazły się 2 diecezje, których biskupami są polscy misjonarze: bp Józef Roszyński SVD diecezja Wewak) i bp Dariusz Kałuża MSF (diecezja Goroka) oraz abp. senior Wilhelm Józef Kurtz SVD, posługujący w archidiecezji Madang. Goście z Polski odwiedzili misjonarzy na placówkach misyjnych w Port Moresby, Madang, Megiar, Wewak, Boram, Mont Hagen, Par, Londor, Mendi, Mingende, Kundiawa i Goroka.

Bp Jerzy Mazur spotkał się również z abp. Kurianem Vayalukal, Nuncjuszem Apostolskim w Niezależnym Państwie Papui Nowej Gwinei i na Wyspach Salomona, kard. Johnem Ribat MSC oraz 12 biskupami – ordynariuszami. Wszyscy biskupi zgodnie dziękowali za pracę polskich misjonarek i misjonarzy, podkreślali ich wkład w ewangelizację wyspy oraz prosili, by Kościół w Polsce nadal posyłał misjonarzy.

Polacy wnoszą istotny wkład w rozwój młodego Kościoła papuaskiego oraz życie społeczne, zwłaszcza w dziedzinie ochrony zdrowia, pomocy charytatywnej oraz szkolnictwa. Polscy misjonarze przyczyniają się do utrwalenia języka i kultury rodzimych mieszkańców Wyspy. Dzięki nim funkcjonują uniwersytety, szkoły językowe, powstają słowniki oraz publikacje w językach lokalnych. W Papui Nowej Gwinei posługuje ponad 60 misjonarzy i misjonarek z Polski. W większości są to członkowie Zgromadzenia Słowa Bożego i misjonarze Świętej Rodziny.

– Zobaczyliśmy młody, dynamiczny i bardzo otwarty Kościół – mówi ks. bp Jerzy Mazur SVD. Chrześcijaństwo, choć zakorzeniło się stosunkowo niedawno na papuaskiej ziemi, jest bardzo dynamiczne. Budzi nadzieję i entuzjazm, z jakim przyjmowana jest Ewangelia – dodaje.

– Trzeba modlić się o powołania misyjne, gdyż wciąż brakuje tu robotników Pańskich. Poważnym zagrożeniem są sekty, których na wyspie jest bardzo dużo. Żerują one na strachu przed duchami oraz naturalnym pragnieniu wartości religijnych Papuasów. Tam, gdzie są misjonarze z Polski dzieje się wiele dobra.

Nadzieją Kościoła w Papui Nowej Gwinei są nieliczne lokalne powołania kapłańskie i zakonne oraz zaangażowanie katechistów. Wyzwaniem zaś jest mnogość języków i 800 różnych kultur. Tradycyjne religie istniały niegdyś w konkretnym plemieniu i stanowiły tajemnicę klanu. Chrześcijańscy misjonarze przynieśli wiarę, która charakteryzuje miłosierdzie, uzdrowienie, przebaczenie i zrozumienie. To pociąga najbardziej – wyjaśnia kardynał John Ribat, pierwszy papuaski kardynał.

– Ewangelia połączyła nas wszystkich i dziś jednoczy nas jako naród. Choć istnieją różnice, nie mamy problemu głosić pokoju, miłości braterskiej i przebaczenia, które pochodzą od Boga – dodaje.

– Nie brak poważnych wyzwań duszpasterskich. Jednym z nich są nadal utrzymujące się zabobony i przesądy. Ludzie boją się czarów. Są one zakorzenione tak mocno, że jedni zabijają drugich z ich powodu. Gdy umiera ktoś, mieszkańcy wioski obwiniają za to kogoś, kto rzucił czar. I wymierzają sprawiedliwość. Powoli jednak to się zmienia – mówi kardynał.

Wszyscy nasi polscy misjonarze i misjonarki, posługujący z Papui Nowej Gwinei, ciągle podkreślali, że ich misjonowanie możliwe jest dzięki pomocy Polaków i Polek z Ojczyzny i poza jej granicami. Wielu mówiło, że wszystko co tutaj mogli zrealizować, to dzięki darom serca ich rodaków. Misjonarze z radością chwalili się pojazdami samochodowymi, motocyklami i rowerami otrzymanymi dzięki działalności MIVA Polska. Widzieliśmy również realizację wielu misyjnych projektów powstałych za pomocą Dzieła pomocy „Ad Gentes”. Największą wdzięczność wyrażają polscy misjonarze i misjonarki za każdą pamięć modlitewną i za ofiarowane w ich intencjach cierpienia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem