Reklama

Biały Kruk 2

Rewolucja Trzech Króli

2016-01-05 19:17

Artur Stelmasiak

Artur Stelmasiak
Na I Orszaku Trzech Króli w 2009 roku nie było wielkiego tłumu ludzi

Orszak Trzech Króli jest polskim fenomenem ostatnich lat. Udało się bowiem wykreować i spopularyzować coś, co sukcesywnie było wypychane z przestrzeni publicznej - przekaz tradycyjnej kultury wyrosłej z Ewangelii.

Organizacji orszaków przyglądam się od samego początku w 2009 roku. Pamiętam jak pierwszy raz pisałem o inicjatywie warszawskich szkół Stowarzyszenia "Sternik", gdy nikt jeszcze nie wiedział, czy przyjdą ludzie i czy inicjatywa spodoba się mieszkańcom Warszawy. Mimo mroźnej pogody pomysł wypalił. Trzej Królowie opanowali najpierw warszawską Starówkę, a kilka lat później wyszli na szerokie ulice i na największy plac w centrum stolicy.

W międzyczasie pod naciskiem opinii publicznej udało się wywalczyć, aby 6 stycznia był dniem wolnym od pracy. Gdy to się stało, jasełka uliczne okazały się świetnym i gotowym pomysłem na rodzinne świętowanie. Jeszcze kilka lat temu nikt by nie przypuszczał, że miliony osób wyjdą na ulice setek polskich miast, aby śpiewać kolędy i cieszyć się z widowiska, które oparte jest na przekazie Ewangelii.

W Kościele od wielu lat toczy się debata o tym, jak ewangelizować kulturę, która bezustannie skręca w lewą stronę. Kultura bowiem jest tą częścią życia, która doskonale może służyć do przekazu religijnego. Natomiast dziś żyjemy w czasach, gdy to popkultura ma największe pole oddziaływania na masową wyobraźnię. I właśnie na tę masową niwę udało się wejść twórcom Orszaku Trzech Króli. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę nie dlatego, że udało się ściągnąć celebrytów z pierwszych stron gazet, ale dlatego, że ich pominięto. Za twórczość wzięli się zwykli ludzie ze zwykłymi dziećmi i pokazali w całej Polsce, że święta Bożego Narodzenia są chrześcijańskie i nie pozwolą, aby je z tego ewangelicznego przesłania odzierać. Pospolitym ruszeniem udało się stworzyć coś alternatywnego, co idzie pod prąd "kultury" głównego nurtu tego świata.

Reklama

Pisząc co roku o Orszaku Trzech Króli patrzyłem na statystyki. Z roku na rok ilość orszaków w całej Polsce podwajała się. Myślę, że ten rodzinny eksodus w mroźną pogodę w końcu się skończy. Nie dlatego, że ludzie nie będą chcieli Orszaków, ale dlatego, że ilość miast w Polsce jest ograniczona. Gdyby przyjąć roczny wskaźnik 100 proc. wzrostu, to w przyszłym roku Orszaki musiałyby wyjść na ulicę wszystkich 900 miast polskich. W tym roku jest bowiem organizowanych 450 ulicznych jasełek.

Mam nieodparte wrażenie, że rok 2009 był przełomowy w polskiej historii. Nie dlatego, że ktoś kogoś spektakularnie pokonał, ale udało się rozpocząć pełzającą rewolucję chrześcijańskiej kultury. Piszę o przełomie celowo, bo zdaję sobie sprawę z tego, że za kilkanaście lat mogłoby być już na taką rewolucję za późno. Już teraz jest wiele miast na Zachodzie Europy, które w ramach poprawności politycznej rezygnują z choinki i usuwają krzyże... Na taki chrześcijański Orszak także by nie zgodzono. Za kilkanaście lat do takiej sytuacji mogłaby dojść także w Polsce... Jednak nie dojdzie, bo mamy setki Orszaków Trzech Króli oraz miliony małych wojowników, którzy wychowani na ulicznych jasełkach i nigdy na to nie pozwolą.

Tagi:
komentarz Orszak Trzech Króli

ProEugeniczny dokument genetyków i ginekologów

2018-05-13 17:05

Artur Stelmasiak

Lektura dokumentu genetyków i ginekologów jest przerażająca. Profesorowie medycyny mają w ręku "zabawki" do selekcji człowieka i protestują, bo ich "zabawa" może być zakazana.

Bożena Sztajner

"Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie" - to cytat z Przysięgi Hipokratesa, ojca medycyny i filozofa. Nie był on wcale związany z polską polityką, Kościołem katolickim, czy z Kają Godek. Hipokrates jest totalnie spoza naszego politycznego, religijnego i antyreligijnego układu. A jednak zakaz eutanazji i aborcji farmakologicznej postawił na pierwszym miejscu, tuż przed przykazaniem zachowania tajemnicy lekarskiej.

Okazuje się, że żyjący 2400 lat temu człowiek, przewidział jakie zagrożenia nieść może medycyna w XXI wieku. Hipokrates na pewno nie podpisałby się pod "stanowiskiem" sygnowanym przez Polskie Towarzystwo Genetyki Człowieka oraz Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników (dla ścisłości podpisanych genetyków jest 14, a ginekologów tylko 2). Ich stanowisko zostało rozesłane do wielu instytucji w Polsce, aby w ten zaatakować obywatelski projekt "Zatrzymaj Aborcję". Nic więc dziwnego, że z proaborcyjnej postawy medyków zachwyceni są m. in. dziennikarze radia TokFM i Gazety Wyborczej.

Z dokumentu dowiadujemy się, że współczesne standardy opieki ginekologicznej powinny zapewnić "optymalne warunki pozwalające na urodzenie zdrowego dziecka". Co do wykładni pełna zgoda, bo przecież od tego są lekarze, by dbali o zdrowie nawet najmniejszego pacjenta. Ale co zrobią profesorowie, gdy maleńki pacjent zachoruje, albo - nie daj Boże - będzie prawdopodobieństwo, że jest niepełnosprawny? "Postęp technologiczny, w tym m. in. w zakresie badań ultrasonograficznych, a także wykorzystywania w diagnostyce szeregu markerów biochemicznych i genetycznych, przyczynia się do wykrywania wielu nieprawidłowości rozwojowych u płodu jeszcze na wczesnym etapie rozwoju ciąży" - czytamy w dokumencie sygnowanym głownie przez genetyków. Ale "losowy charakter występowania" "różnego typu nieprawidłowości", to "dramat zarówno dla kobiety, jak i dla opiekującego się nią lekarza".

W tym miejscu zmienia się już narracja profesorów medycyny. Lekarz zajmuje się tylko kobietą, a drugi pacjent (dziecko) nazywane jest już "prawem wyboru". Według sygnatariuszy dokumentu najważniejszym obowiązkiem lekarza jest poinformowanie kobiety o stanie zdrowia tego "prawa wyboru". Innymi słowy chodzi o wystraszenie kobiety o podejrzeniu "wadliwego płodu" i "skutków" jego urodzenia. W tym samym czasie "etyczny" lekarz musi zabiegać o "autonomiczną decyzję kobiety", która ma prawo do zdrowia także "psychicznego". - "Kwestionowanie takiego prawa jest nieludzkie" - czytamy w dokumencie.

Teraz ja zapytam: Czy oznacza to, że zabicie dziecka, u którego zdiagnozowano chorobę, jest bardziej "ludzkie", niż zdrowie psychiczne kobiety i ewentualna bezsenność matki, która pochyla się nad kołyską swojego dziecka? W dokumencie nie ma słowa o traumie, głębokiej chorobie postaborcyjnej dla obojga rodziców, a często również dla całej rodziny. Autorzy dokumentu nie chcą chronić przed zagrożeniem syndromu proaborcyjnego, a jedynie chcą ją "chronić" przed potencjalnymi skutkami urodzenia "wadliwego" dziecka. Co więcej profesorowie sugerują, że przyjście na świat niepełnosprawnego dziecka, często jest "szkodą dla zdrowego rodzeństwa". Innymi słowy "wadliwego" brata lub siostrę lepiej zabić.

Dokument jest tak sprytnie skonstruowany, że ani razu nie pada w nim słowo aborcja. Zabójstwo człowieka jest nazywane "prawem wyboru", albo "autonomią kobiet". Kwestionowanie "prawa kobiet" do zabicia własnego dziecka nazwane jest czymś "nieludzkim" i "stygmatyzującym". I właśnie w kontekście życia i śmierci małego pacjenta przedstawiciele środowiska medycznego wypowiadają swoje filozoficzne credo. "Nie istnieje w tym zakresie żadna prawda uniwersalna" - napisali. Zupełnie tak, jakby chcieli zaprzeczyć, że życie zabitego dziecka nie było prawdziwą prawdą, bo przecież "prawda uniwersalna" nie istnieje. I dlatego można to (nieprawdziwe) życie przerywać.

W następnym akapicie polscy uczeni przekonują, że "około 95 proc. badań prenatalnych kończy się wydaniem wyniku prawidłowego". O co chodzi? Prawidłowy wynik dla profesorów, jest równoznaczny z prawem do życia, bo według obowiązującego przepisów nie da się "skłonić ciężarną do innej decyzji".

Te właśnie fragmenty dokumentu oraz specyficzny dobór słów najlepiej pokazują, kim oni są, co robią na co dzień w pracy i jakie mają cele. Środowisko medyczne podważą prawdę o życiu, by rozszerzać praktykę eugeniczną i bawić się w panów życia i śmierci.

W jednym punkcie muszę się zgodzić z przedstawicielami dwóch medycznych towarzystw. Wyrażają oni swoją zdecydowaną dezaprobatę dla tworzenia "katalogu wad, chorób lub zaburzeń", którego celem mogłoby być administracyjne rozstrzygnięcie o prawie do zabicia dziecka, lub jego ocaleniu. Oczywiście dokument nazywa to ograniczeniem "poszanowania autonomicznej decyzji kobiety". Jednak lekarzom chodzi zupełnie o coś innego, niż obrońcom życia. Oni boją się, że zostaną ograniczeni w interpretacji istniejącego prawa do decydowaniu o zabiciu lub życiu dziecka. To przecież oni wydają odpowiedni dokument ze skierowaniem do "decyzji".

Aby zobaczyć, jak wygląda historia interpretacji obecnego prawa, wystarczy sięgnąć pamięcią kilkanaście lat wstecz. Na początku lat 2000. dzieci z Zespołem Downa normalnie rodziły się w polskich szpitalach. Lekarze, a zwłaszcza genetycy interpretację prawa aborcyjnego tak rozszerzyli, że dziś dzieci z Zespołem Downa prawie się nie rodzą. Pewnie dlatego sygnatariusze dokumentu protestują również przeciwko używaniu w debacie publicznej przykładów chorób rozpoznawalnych prenatalnie. Trudno się dziwić, że genetycy i ginekolodzy nie chcą, by Polacy wiedzieli, że oni masowo zabijają np. dzieci z Zespołem Downa.

Dzięki medycznej reinterpretacji prawa ilość aborcji eugenicznych w ciągu 20 lat zwiększyła się z 39 do 1044 zbitych dzieci. To im zawdzięczamy wzrost aborcji eugenicznych aż o 2,6 tysiąca procent. Dlatego nie można tworzyć katalogów chorób, które będą furtką do kolejnych medycznych interpretacji. Aborcję eugeniczną trzeba zakazać, bo nikt nie powinien decydować o życiu i śmierci człowieka w oparciu o diagnostykę medyczną, która często jest błędna. Znam wiele historii dzieci, których lekarze skazali na decyzję kobiety. Rodzice odmówili aborcji, a dzieci urodziły się całkowicie zdrowe.

Z dokumentu dowiadujemy się, że zarząd dwóch towarzystw o specjalizacjach medycznych wyraża swoje stanowisko niezależnie od różnych opinii pośród członków obu towarzystw. Kolejną ciekawostką jest fakt, że dokument jest firmowany przez środowisko genetyków i ginekologów, ale jak popatrzymy, kto go podpisał, to okazuje się, że tam są praktycznie sami profesorowie genetyki i zaledwie dwóch ginekologów. Wprawdzie jest prezes PT Ginekologów i Położnych prof. Mirosław Wielgoś, ale nie może być mowy, że pod stanowiskiem podpisał się cały zarząd Towarzystwa, bo brakuje przynajmniej trzech nazwisk. Prezes towarzystwa ginekologicznego słynie ze swoich proaborcyjnych poglądów. Mocno atakował prof. Bogdana Chazana za to, że odmówił zabicia dziecka. Chwalił jednocześnie postawę prof. Romualda Dębskiego, który słynie z aborcji dzieci z Zespołem Downa.

Zaskakuje bardzo duża ilość podpisów naukowców, którzy są specjalistami od genetyki. Dokument podpisany jest przez cały zarząd towarzystwa genetyków, a także dołączyli do nich przewodniczący poszczególnych sekcji. W sumie aż 14 osób z tytułami. Niestety wygląda na to, że środowisko genetyków ma największy problem z przysięgą Hipokratesa i jednocześnie są zwolennikami eugeniki. Ginekolodzy, którzy zabijają dzieci z Zespołem Downa wielokrotnie mówili, że namówili ich do tego genetycy i ich opinie. Tak mówił w wywiadach m. in. prof. Wielgoś. Wygląda więc na to, że współczesna nauka medyczna ma niebezpieczne "zabawki" w ręku. Z jednej strony genetyka próbuje poprawić człowieka, a tych ludzi, których zdaniem genetyków nie da się "naprawić" trzeba zabić i wyrzucić, jak zepsutą zabawkę. Znam wielu wybitnych genetyków, którzy w swojej pracy posługują się sumieniem, ale to oni mówili mi również o zepsuciu moralnym i zapędach eugenicznych tego środowiska.

W tle tej dyskusji są również duże pieniądze na badania genetyczne, i etaty dla lekarzy. Medycy chwalą się w dokumencie, że 95 proc. badań genetycznych u podejrzanych dzieci kończy się brakiem wskazania do aborcji. Jeżeli mamy ponad 1000 aborcji rocznie, to oznacza, że rocznie mamy około 20 tysięcy drogich badań eugenicznych w Polsce.

Genetyka jednoznacznie wskazuje, że człowiek, jest człowiekiem od poczęcia. Ale medycy, którzy to doskonale wiedzą, podpisali się pod dokumentem, w którym stwierdzają, że życie i śmierć małego człowieka nie jest prawdą uniwersalną. Jeżeli można nieprawdziwie zabijać, to przecież tym bardziej można kraść i kłamać. I z punktu etycznego ten dokument należy traktować, jako zwykłe kłamstwo ubrane w pseudonaukowe szaty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

„Deszcz” różanych płatków w Panteonie

2018-05-20 21:41

Włodzimierz Rędzioch

Włodzimierz Rędzioch
Deszcz róż w Panteonie

W samym centrum Rzymu wznosi się Panteon - jedna z najbardziej znanych i najlepiej zachowanych starożytnych budowli miasta. To dzieło geniuszu rzymskich inżynierów, słusznie uznawane za jeden z cudów świata, zostało wzniesione przez Rzymian dla ich bóstw. Stąd jego nazwa - „panteon”, która pochodzi od greckich słów: „pan” - wszystko, „theoi” – bogowie. W 609 r. cesarz Fokas podarował Panteon ówczesnemu papieżowi Bonifacemu IV, który przekształcił pogańską świątynię na kościół - poświęcił go chrześcijańskim męczennikom i Matce Bożej. Według tradycji, właśnie tutaj zostały przeniesione z katakumb relikwie pierwszych męczenników, stąd jego nazwa: kościół Najświętszej Marii Panny od Męczenników (po włosku - Santa Maria ad Martyres). Tradycja głosi, że cesarz przekazał papieżowi również pochodzącą z Konstantynopola ikonę Matki Bożej, która czczona jest do dziś w świątyni.

Zobacz zdjęcia: Deszcz płatków róż w Panteonie

Rzymski Panteon to olbrzymia, wykonana z cegły rotunda z kolumnowym portykiem, którą przykrywa wspaniała kopuła. Przez ponad 1000 lat od jej wzniesienia nikomu na świecie nie udało się zbudować większej kopuły. Średnica rotundy i jej wysokość są identyczne - 43,50 m, co oznacza, że harmonijne wnętrze Panteonu mogłaby wypełnić olbrzymia sfera o tej właśnie średnicy. Jedynym „oknem” oświetlającym wnętrze jest olbrzymi otwór w kopule, zwany oculusem, który ma prawie 9 m średnicy. Przez otwór do Panteonu wpada nie tylko światło, lecz także deszcz, dlatego podłoga w środku jest nieco wklęsła, by mogła odprowadzać wodę.

W kościele Najświętszej Marii Panny od Męczenników w XVI i XVII wieku pochowano wielu wybitnych artystów włoskich, a wśród nich Rafaela, Perina del Vaga, Baltazara Peruzziego, Taddeo Zuccari i Flaminio Vacca. Umieszczono tam też grobowce ostatnich władców Włoch: króla Humberta I (1844-1900), królowej Małgorzaty (1868-1900) i króla Wiktora Emanuela II (1820-1878).

Panteon jest wielką atrakcją turystyczną, ale pozostał świątynią, gdzie w każdą niedzielę opiekujący się bazyliką kanonicy odprawiają uroczystą Mszę św. - uczestniczenie w Eucharystii w tym właśnie miejscu jest wielkim i niezapomnianym przeżyciem. Szczególnie uroczysty charakter ma Msza św. w dzień Zesłania Ducha Świętego, podczas której z otworu w dachu wrzucane są do wnętrza kościoła płatki róż. Tą starą tradycję przywrócił w 1995 r. ks. Antonio Tedesco, włoski kapłan, który przez kilkadziesiąt lat zajmował się organizowaniem pielgrzymek do Rzymu wiernych z krajów języka niemieckiego, bo - jak wyjaśnia ks. Antonio - „każdy czerwony płatek róży symbolizuje płomyk Ducha Świętego”.

W tym roku, 20 maja, już od wczesnych godzin porannych ustawiła się przed Panteonem kolejka wiernych pragnących uczestniczyć w Mszy św. Było wśród nich wielu cudzoziemców przybyłych z całego świata. Eucharystia rozpoczęła się o godz. 10,30, przewodniczył jej kard. Franco Ravasi, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury, który wygłosił również homilię; koncelebrowali kanonicy bazyliki, ks. Tedesco i około 50 kapłanów, głównie księża studiujący w Rzymie. Na zakończenie Mszy przez otwór w kopule grupa rzymskich strażaków wrzuciła do wnętrza płatki 5 tys. czerwonych róż, które pokryły kwiatowym dywanem centrum marmurowej podłogi świątyni.

Płatki różane i róże, które ozdobiły Panteon pochodzą z miasteczka Giffoni Valle Piana (prowincja Salerno), rodzinnego misteczka ks. Tedesco. Tradycyjnie na tę uroczystość przybywa do Rzymu delegacja z Giffoni – w tym roku w Mszy św. uczestniczyła wiceburmistrz miasteczka, Angela Maria Mele i radna ds. polityki społecznej, Eliana Malfeo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Prezydent do Polonii w USA: Proszę, abyście zawsze byli razem i wspierali Polskę

2018-05-21 08:37

(KP)/Prezydent.pl

W Millennium Park w Chicago Para Prezydencka spotkała się z przedstawicielami Polonii mieszkającymi w Stanach Zjednoczonych Ameryki. To najważniejsze wydarzenie polonijne na świecie w roku 100-lecia odzyskania niepodległości.

Jakub Szymczuk/KPRP

- Proszę, abyście byli razem, żebyście tworzyli siłę wspierającą Polskę i polskość tutaj w Stanach Zjednoczonych, proszę was oto także po to, żeby wszyscy amerykańscy politycy czuli, że Polacy w Ameryce, że Polonia, to jest wielka siła także polityczna - zaapelował Prezydent Andrzej Duda w sobotę w Millennium Park w Chicago na spotkaniu z Polonią.

Podziękował naszym rodakom mieszkającym za Oceanem za ich "dumę i postawę". - Proszę was, żebyście nadal byli zawsze z nami, wspierali Ojczyznę swoich dziadków, swoich rodziców, żebyście byli z Polską - powiedział Prezydent.

Jakub Szymczuk/KPRP

Podziękował także m.in. polskim nauczycielom. - Jakże trudno byłoby zachować polskość, gdyby nie wasza praca edukacyjna z młodzieżą, dziękuję za uczenie polskiego języka, za uczenie o Polsce, o polskiej historii, budowanie postaw patriotycznych.

Odznaczenia dla zasłużonych dla Polski i Polaków

Wśród uhonorowanych w sobotę przedstawicieli Polonii w USA jest Marcin Gortat. Koszykarz został uhonorowany przez Prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP za wybitne osiągnięcia sportowe, zasługi w rozwijaniu i upowszechnianiu sportu wśród dzieci i młodzieży, promowanie Polski i działalność charytatywną.

Odznaczeni zostali także: Michael Fryzel, Teresa Mirabella, Aniela Bartoszek, Elżbieta Cichoń - Siostra Marta, Ojciec Józef Zuziak i Hubert Pralicz.

Upamiętnienie Tadeusza Kościuszki

Wcześniej, w Asyście Gwardii Narodowej Stanu Illinois oraz harcerzy z Obwodu ZHP Chicago, Andrzej Duda i Agata Kornhauser-Duda złożyli kwiaty przed pomnikiem Tadeusza Kościuszki w Burnham Park.

Parze Prezydenckiej towarzyszą w Chicago Szef Gabinetu Prezydenta Krzysztof Szczerski i Sekretarz Stanu w KPRP Adam Kwiatkowski, a także szef BBN Paweł Soloch.

Dzień Polskiego Dziedzictwa w Illinois

W związku z wizytą polskiej Pary Prezydenckiej Andrzeja Dudy i Agaty Kornhauser-Dudy w Chicago oraz "ze względu na bogate tradycje kulturowe i osiągnięcia polskiej społeczności" Gubernator stanu Bruce Rauner ustanowił 19 maja 2018 r. dniem polskiego dziedzictwa w stanie Illinois.

Jakub Szymczuk/KPRP

Para Prezydencka przyleciała do Stanów Zjednoczonych we wtorek późnym wieczorem; środę i czwartek spędziła w Nowym Jorku, gdzie Andrzej Duda, jako pierwszy polski prezydent, m.in prowadził debatę w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w związku z objęciem w maju przez Polskę miesięcznego przewodnictwa w Radzie. Kolejne dni prezydenckiej wizyty w USA to Chicago; w piątek Andrzej Duda spotkał się tu m.in z burmistrzem miasta i gubernatorem stanu Illinois.

Prezydencki minister Adam Kwiatkowski mówił na początku tygodnia: - Chicago to przede wszystkim miejsce, gdzie pan Prezydent będzie mógł się spotkać z rodakami. Jak dodał, w roku 100-lecia odzyskania niepodległości będzie to najważniejsze polonijne wydarzenia na świecie.

Jakub Szymczuk/KPRP
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem