Reklama

Tropami dziecinnych lat - zapiski z podróży po Ukrainie 2001

Na zielonej Ukrainie...(7)

Józefa Renata Dąmbska Gedroyć
Edycja podlaska 41/2003

Późnym, ciemnym wieczorem dotarliśmy do centrum miasta. Pogoda uległa zasadniczej zmianie. Niebo zasnuły gęste chmury. Zaczął padać deszcz, który wraz z lekkim spadkiem temperatur sprawił, iż zaczęło odczuwać się przenikliwe zimno. Kiepskie oświetlenie krętych uliczek oraz wzrastające natężenie opadów mocno utrudniały zarówno orientację, jak też poruszanie, ale ks. Zbigniew zdołał znaleźć miejsce, w którym przyjęto nas na noc. Był to nowoczesny hotel „Lwów”. Na pierwszy rzut oka przedstawiał się on nienajgorzej. W zasadzie mógł nawet pretendować do lokalu wielogwiazdkowego, choć w pobliżu dumnie prezentujący swą fasadę „Georgie” przygaszał go swoją nienaganną, nieomalże doskonale utrzymaną powierzchownością, a wieczorem ukazujący się tym pyszniej, iż wspaniale oświetlony. Śmiało można stwierdzić, iż swoją wyszukaną iluminacją ożywiał i nadawał bardzo swoisty charakter całej okolicy. Dzięki ostrym reflektorom można było spokojnie podziwiać jego szlachetną, klasyczną sylwetkę, odcinającą od pogrążonego w mroku otoczenia, na stosunkowo daleki dystans. Wprawdzie „Lwów” charakteryzował się prostotą, ale też rozmachem nowoczesnych linii i materiałów budowlanych, bo do wykończenia użyto dobrego gatunku granitu, to zdawał się skromny przy swoim sąsiedzie. Najpewniej istniała różnica w cenie, która zdecydowała o „zmęczonym” wyglądzie wnętrza. Pokoje wprawdzie stosunkowo dobrze utrzymane, czyste, ale jakby wstępnym ostrzeżeniem była konieczność własnoręcznego wykończenia łóżka, nakładania poszwy na kołdry. Materac, choć może jeszcze nie całkowicie uległ rozpadowi, to jednak tak trzeszczał podczas nierozsądnej i nieumiejętnej zmiany pozycji zaspanego, iż miało się wrażenie, że sąsiedzi z okolicznych pokojów mogą interweniować, nawet oskarżyć o zakłócanie spokoju. Co prawda każdy, nieprzewidziany hałas przypuszczalnie był skutecznie zagłuszany przez nieustannie bulgocącą, całą noc cieknącą wodę ze zbiornika w łazience, a lekkomyślne niedopatrzenie usytuowania pokoju, mianowicie od strony ruchliwej ulicy, pełnej samochodowych dźwięków, jak też głośnej, choć nieźle wykonywanej muzyki lokalnej restauracji, dopełniało całości obrazu, przyczyniającego się do ogólnej frustracji.
W czwartek, 11 października 2001 r., po porannej wizycie w barku, wygodnie umiejscowionym, bo na tym samym, trzecim piętrze, na którym przenocowaliśmy, wyszliśmy na spacer celem otarcia się, chociaż minimalnego uchwycenia atmosfery pospolitego, codziennego dnia. Na ulicach panował już duży ruch, spokojnie można stwierdzić, iż niemal kipiało. Tłumy ludzi przewalały się. Byli to mieszkańcy o twarzach należących raczej do średniego okresu życia, ale też wiele młodzieńczych. Znacznie rzadziej spotykało się siwych, pochylonych, o zmęczonych wyrazach. Na ogół ubrani zaskakująco dobrze, zwłaszcza gustownie, atrakcyjnie a nawet z wyzywającym wdziękiem młode niewiasty, podkreślające swe uroki, bez większej prowincjonalnej, zaściankowej żenady. Ten intrygujący świat ulicy, zaskakujący swymi większymi lub mniejszymi niespodziankami, często wyrazem tragicznego smutku, ludzkiej nędzy stawał się nieodłączną częścią naszych odkryć, ale też odczuć, doznań osobistych, głębokich wrażeń związanych z poznawaniem otoczenia stanowiącego mały ułamek wielkiego globu. Nowoczesne środki lokomocji, tj. samochody, autobusy, tramwaje okazywały się zupełnie niepotrzebne, wręcz nieprzydatne. Wędrowaliśmy łagodnie pnącym się deptakiem, po zboczach wzgórza. Uliczka mimo dużego ruchu, była stosunkowo czysta. Niemal na każdym kroku porozstawiane niewielkie, niepozorne stragany. Często wpadaliśmy na drobnych, odręcznych handlarzy, bez wyznaczonych stanowisk, zachęcających przede wszystkim do kupna produktów rolnych: orzechów, nasion słoneczników i dyni, fasoli i grochu sprzedawanych na miarki wielkości kieliszka. Wstąpiliśmy na niewielki, ale uporządkowany, niemal pokazowo zorganizowany bazar w nadziei, iż uzupełnimy na nim zakupy zrobione jeszcze w Tarnopolu, tj. znajdziemy więcej obrusów, serwet, może też ręczników, stanowiących wygodną formę upominków dla krewnych, czy znajomych, ale bez efektu.
Pięliśmy się ku szczytowi, zdawałoby się niewielkiego wzniesienia, ale upodobniło się ono, nie tylko wysokością, ale też unikalną urodą do słynnej w świecie wieży Eiffela. Z wolna, krok po kroku, zagmatwanymi labiryntami zbliżaliśmy się do szczytu. Droga na wierzchołek okazała się bardziej interesująca, niż można było się spodziewać, bowiem na szerokim wzgórzu usadowiły się nie jedna, ale cały szereg wież i wieżyczek kościelnych, misternie zdobionych, utrzymanych głównie w stylu barokowym. Można było spokojnie podziwiać świątynie w pełni przywrócone do godności. Większość z nich przejęte zostały przez Kościół prawosławny i greckokatolicki, a w jednym, w dalszym ciągu mieściło się muzeum „religii”. Społeczności katolickiej służyła centralnie położona katedra. Niezależnie od tego, iż dzień był powszedni, zresztą podobnie do innych kościołów i cerkwi, zwracał w nim uwagę stosunkowo duży ruch. Wiele osób pogrążonych w modlitwie, ale też zwiedzających turystów. Na nich to, na każdym kroku, szczególnie w pobliżu hoteli i świątyń we Lwowie czekały całe masy biednych, proszących o wsparcie i to zarówno zwracających się w języku ukraińskim, jak też polskim. Zdarzali się nawet natarczywi, nieomal agresywni, rozpaczliwie starający się zwrócić na siebie uwagę, otrzymać wsparcie. W kościołach ofiarowywano zazwyczaj w różnej formie pamiątki, kartki oraz pomoc, bądź to zorganizowania noclegów lub oprowadzania po mieście. Zwracał uwagę wiek tych ludzi, mianowicie najczęściej średni lub młodzieżowy, od czasu do czasu dzieci chodzące do szkoły, choć były one zaskakująco dobrze, nawet porządnie ubrane. Zastanawiający był brak ludzi starszych. To oni, w całym niemal świecie, reprezentują najczęściej spotykaną grupę chodzących po prośbie, często chorzy lub zagubieni. O domach miłosierdzia w tej komunistycznej po-cywilizacji nie słyszeliśmy. Uporczywie nasuwało się więc podejrzliwe, prawdopodobnie mało dyplomatyczne, a nawet, być może makabryczne pytanie - co z nimi zrobiono? Przeszliśmy jeden, potem drugi plac. Nic dziwnego, iż specjaliści, budowniczy używają niemal z zasady w stosunku do otaczających nas zdobnych secesyjnych, rzadziej renesansowych kamieniczek takich terminów, jak perełki sztuki architektonicznej, dzieła sztuki. Każdy szczegół taki, jak portale, bramy, balkony, attyki, fasady wykończone płaskorzeźbami, a kręte zaułki, górujące nad otoczeniem kościoły, przyciągają wzrok bogactwem swoich wzorów i nie do odparcia czarem. Co więcej - każdy drobny detal, świadczy nie tylko o polskości, ale o dawnej świetności fascynującego miasta. Prawie cały rejon starego miasta, który zdołaliśmy zwiedzić w czasie naszego krótkiego pobytu, utrzymany był w jasnokremowym, jednolitym odcieniu, choć na ogół zdawał się on cokolwiek przyszarzały. Domy w większości reprezentowały jedno - i dwupiętrowe budownictwo. Nigdzie na horyzoncie, tj. tam gdzie zdążyliśmy dotrzeć, nowoczesnych kolosów, drapaczy chmur z lśniącego, kolorowego szkła, nawet pospolitych kilku, czy kilkunastopiętrowych przedstawicieli powojennego stylu, tj. bloków mieszkalnych, jak też biurowców, do wykonania których z reguły służyły odpychające prefabrykaty betonowe. Fakt ten stwarzał osobliwie przesympatyczną atmosferę miejsca tchnącego, emanującego lekkością i osobliwym ciepłem. W związku z powyższym pomimo, iż Lwów posiada w przybliżeniu 700 tys. mieszkańców, całkowicie nie sprawia on przygniatającego wrażenia, które na ogół wynosi się przebywając wśród miejskich, monstrualnych kolosów. Czas dla niego zatrzymał się, chyba od początków swego istnienia brak w nim większych zmian, postępu, choć tu i ówdzie, przeprowadzane były naprawy.
Całość centrum, rozpościerająca się na stokach wzniesienia, poprzecinana zarówno wzdłuż, jak też w poprzek alejkami drzew liściastych, ustawionych równymi szeregami przy większych i mniejszych ulicach. Otulały one nieomal całą dzielnicę, stwarzając równocześnie nastrój idyllicznego spokoju, jakiejś beztroski i ciszy. Stanowczo przewyższały swą krasą najsłynniejsze miasta zachodnioeuropejskie. Pomimo wielu zastrzeżeń, byliśmy zauroczeni. Na samym szczycie spłaszczonego wzniesienia czekała nas niespodzianka: tuż przy małym parku, na placu z jednej strony otoczonym wyjątkowo wysokimi, bo około 5- 6-piętrowymi, atrakcyjnymi kamienicami, panoszył się sążnisty posąg Tarasa Szewczenki. U jego stóp ciasno upchani, na niewielkiej przestrzeni, sprzedawcy starych książek. Były one porozkładane na ziemi w pudełkach, ale większość po prostu na rozciągniętych arkuszach dobrze zużytego papieru pakunkowego lub gazetach. Dla koneserów mogło to być niezłe źródło staroci, białych kruków. Niestety, nie mieliśmy zbyt dużo czasu. Zdołaliśmy znaleźć jedynie zdekompletowane, pojedyncze tomy klasyków literatury polskiej, wydane w latach dwudziestych w Krakowie. Dwa z nich znalazły miejsce w mojej torebce - plecaku. Wstępowaliśmy do wielu dobrze zorganizowanych, wręcz interesujących już sklepów, ustępujących zachodnim jedynie swoimi rozmiarami. Były to pawilony zarówno żywnościowe, księgarnia, domy mody, jak też przedstawicielstwa znanych firm europejskich, o światowej renomie. W nieźle zachowanej baszcie, częściowo otoczonej resztkami starego muru, ulokowano pokazowy sklep ze sprzętem liturgicznym oraz rękodzielnictwem reprezentującym sztukę sakralną, przeznaczoną przede wszystkim do użytku cerkiewnego, ale też i kościelnego. Powierzchowna ocena mniejszych i większych zaułków, ulic mogła być jednak bardzo myląca. Z drobnymi wyjątkami, takimi jak wyżej wspomniany hotel „Georgie”, teatr oraz pomnik Mickiewicza, których stan mógł świadczyć o troskliwości władz miejskich, nawet biorąc pod uwagę dobrze widoczne uchybienia, to w całości nie odnosiło się złego wrażenia. Wszelako miasto, o uroku znacznie przewyższającym znaną z wielu atrakcji stolicę Francji, Paryż, chociażby ze względu na walory mocno falistej rzeźby terenu, nie mówiąc o wartościach architektonicznych grodu, można dopiero w pełni ocenić to, w jak katastrofalnym, przerażającym stanie znajduje się, gdy kierując się zwykłą ciekawością, zainteresowaniem, zaglądnie się, lub nie daj Boże wejdzie, do uchylonej zachęcająco wyglądającej, bo zabytkowej bramy. Portale, chociaż niewielkie, drewniane lub metalowe, z całą pewnością reprezentują muzealne eksponaty, i to nie z powodu powierzchowności, tj. powyszczerbianych, wykoślawionych, wypaczonych wrót, ale ze względu na to, iż są to cenne starocie, cechujące się wyszukanym wzornictwem, które musiało tworzyć się w wyniku wieloletniej pracy fachowców, rzeźbiarzy w drzewie oraz w dziedzinie metaloplastyki. Wprawdzie główne wejścia są niewielkie, i ich styl nie da wytłumaczyć się socjalistyczną oszczędnością, czy komunistyczną gospodarką, to jednak utrzymana w nich atmosfera w pełni odzwierciedla ten okres: poza opisanym stanem bram wejściowych - tj. zarówno drzwi, jak i framug, odpychające swym wyglądem, w rezultacie pospolitych niedopatrzeń jakimi są poobijania, zadrapania, stłuczenia, wykoślawienia we wszystkich możliwych kierunkach, to brak oświetlenia, wręcz czarne, klejące się od brudu ściany, świadczą o krańcowym, szokującym braku porządku, wręcz niechlujstwie. Gorzej, iż od wewnątrz, bo wprawdzie poprzez przelotnie obejrzane podwórko, budynki ukazują smutną rzeczywistość, mówiąc po prostu - są zapuszczone. Całość uwieńczona zadziwiającym, intensywnym charakterem woni, które mogło odzwierciedlać jedyne istniejące w świecie „imperium”: moskiewskie! Każdy zainteresowany turysta, wszelki ciekawski odruchowo, wręcz zbulwersowany zmuszony jest do strategicznego wycofania się z pasażu, na świeże powietrze, na otwartą ulicę mniemając, iż przypadkowo wpadł w bardzo prymitywnie utrzymane, żołdackie „OO”. Każdy kąt prosi się wprost rozpaczliwie o pomoc, o przeprowadzenie głębokich remontów, które zresztą powinny być zakrojone na ogromną skalę. Podobnie, jak wszystko, czego ta „lewicowa” nacja dotknie, co gorsze dla zmylenia otoczenia z zasady głosząca, iż wszystko dla ludzi, biednych, tak i to miasto zostało jakoś głęboko, od wewnątrz zdezelowane, zdewastowane. Bezcenny zabytek wręcz wzywa na ratunek. Odnowienie i doprowadzenie do stanu przyzwoitości, tj. zwykłej użyteczności wymagałoby zapewne wielomiliardowych nakładów oraz asysty specjalistów w dziedzinie konserwatorskiej, międzynarodowej społeczności. Niedyskretne, ciekawskie zerknięcie w bramę, pasażu miejskiej kamienicy, uzmysłowiło nam rzeczywistą, opłakaną sytuację pięknego grodu.
W drodze powrotnej do hotelu w jednym z zaułków natknęliśmy się na niewiastę w średnim wieku. Nie widzieliśmy jej twarzy, ale sylwetka skrajnie wychudzonej przypominała widmo ubrane w szary, podszyty wiatrem nie pierwszej świeżości płaszcz, luźno zwisający na właścicielce. Po wejściu do nory, pozbawionej okna, tuż przy otwartych drzwiach, z troskliwością godną wyższej sprawy, układała kartonowe pudełka, niemal wygładzając je. Właśnie zza chmur wyjrzało słońce. Ukośnie padające, wczesnopopołudniowe promienie cokolwiek rozświetliły pomieszczenie, które mogło być niegdyś miejscem niedużego kiosku lub częścią wydzielonego przejścia. Obecnie służyło jej najpewniej za mieszkanie. Tuż za „widmem” przy jej nogach, maszerowały dwa psie cienie. Ślepo, krok w krok podążały za swoją panią, nie zwracając uwagi na przechodniów. Dwa małe szkielety, chodzące psie skóry i kości, których rasy nie potrafię podać, ale widzieliśmy takowe jedynie na Ukrainie: wielkości małych pudli; zwracające uwagę zarówno kolorem, jak też niesfornym zachowaniem sierści: długości zapałek, o odcieniu jasnym beż, stojącej na sztorc, jak u jeża, choć przekornie rozwichrzona we wszystkich możliwych kierunkach; do złudzenia przypominała, zbuntowaną ciągłą pracą, szczotkę ryżową. Widocznie niewiasta - „widmo” była ich jedyną podporą, do niej też upodobniły się. Ślepo podążały za swą panią, nie spodziewając się od nikogo kęsa strawy, którą dzieliła z nimi tylko ona, choć sama wiecznie złakniona, w niedostatku.
Po szybkim obiedzie w przestrzennej, choć pustawej hotelowej restauracji, najwidoczniej czekającej na wieczorne atrakcje i gości, wyruszyliśmy wczesnym popołudniem, w czwartek 11 października, 2001 r. w kierunku Rawy Ruskiej, a tym samym - Warszawy.

(cdn.)

Data ukrzyżowania Jezusa Chrystusa

2014-04-16 15:58

Prof. dr hab. Wenancjusz Domagała
Edycja szczecińsko-kamieńska 16/2014, str. 6-7

To się wydaje nieprawdopodobne, że dokładna data (dzień, miesiąc, rok) ukrzyżowania Pana Jezusa pozostawała nieustalona przez prawie dwa tysiące lat. Różni badacze (astronomowie, historycy, bibliści) studiowali ten problem (np. Izaak Newton uważał, że Chrystus umarł 23 kwietnia 34 r.). Ewangeliści nie uważali za potrzebne, żeby nas o tych szczegółach poinformować, a w wiekach późniejszych „uczeni w Piśmie” nie mogli się w tej sprawie porozumieć. Data ta została dopiero ustalona 30 lat temu, ale nie, jak można by się spodziewać, przez biblistów, tylko przez badaczy z Zakładu Metalurgii Uniwersytetu w Oxfordzie1.

Niewątpliwe fakty

Wszyscy czterej Ewangeliści zgodnie stwierdzają, że: (1) Pan Jezus skonał kilka godzin przed początkiem szabatu, czyli w piątek, (2) było to w okresie święta Paschy. Dnia 14. żydowskiego miesiąca nisan (u nas marzec – kwiecień) dokonywano rytualnego zabijania baranka paschalnego między godziną trzecią a piątą po południu. Następnie wraz z wzejściem księżyca (w pełni) rozpoczynano wieczerzę paschalną. Był to już dzień 15. nisan, ponieważ dzień żydowski zaczynał się i kończył wieczorem. Nie ulega też wątpliwości, że Jezus został ukrzyżowany pomiędzy rokiem 26 a 36, ponieważ Poncjusz Piłat w tym okresie był prokuratorem Judei.

Wątpliwości

W Ewangelii wg św. Jana czytamy: „Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać i móc spożyć Paschę” (J 18,28). A w innym miejscu: „Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem…” (J 19,31). Z tego tekstu jasno wynika, że ukrzyżowanie nastąpiło w dniu poprzedzającym Paschę, czyli dnia 14. nisan. A to z kolei prowadzi do wniosku, że Pan Jezus, który bardzo chciał spożyć ze swymi Apostołami prawdziwą wieczerzę paschalną („Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał”, Łk 22,15), wiedząc, że nie będzie to możliwe w przepisanym terminie, tzn. w piątek wieczorem po zachodzie słońca, zgromadził uczniów w wieczór poprzedzający oficjalną żydowską Paschę na Ostatnią Wieczerzę podobną do Paschy. Czy spożywano w jej trakcie baranka, czy nie, tego się prawdopodobnie nigdy nie dowiemy, ponieważ w dokładnych opisach Ostatniej Wieczerzy podanych przez Mateusza, Marka i Łukasza nie ma, co wydaje się dziwne, żadnej wzmianki o spożywaniu mięsa baranka paschalnego.

Ale dosłowne odczytanie pozostałych trzech Ewangelii zdaje się sugerować jakoby Ostatnia Wieczerza była wieczerzą paschalną spożytą w czasie Paschy, tzn. wieczorem, na początku 15. nisan. A wtedy ukrzyżowanie musiałoby nastąpić później dnia 15. nisan. Albowiem czytamy u św. Mateusza: „W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: „Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali spożywanie Paschy?”. On odrzekł: „Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie urządzam Paschę z moimi uczniami”. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę” (Mt 26,17-19). A św. Łukasz pisze: „Tak nadszedł dzień Przaśników, w którym należało ofiarować Paschę. Jezus posłał Piotra i Jana z poleceniem: „Idźcie i przygotujcie nam Paschę, byśmy mogli ją spożyć”. (...) Oni poszli, znaleźli tak, jak im powiedział, i przygotowali Paschę” (Łk 22,7-8). Podobnie czytamy w Ewangelii wg św. Marka (Mk 14,12-16). Ta rzekoma sprzeczność była przez wieki przedmiotem kontrowersji wśród biblistów, aż do czasów nam współczesnych. Część „uczonych w Piśmie” przyjmuje 14. nisan jako datę ukrzyżowania, inni sądzą, że nastąpiło ono w dniu 15. nisan. Jakikolwiek inny dzień nie wchodzi w rachubę na podstawie dostępnych dotychczas źródeł.

Możliwe daty ukrzyżowania

Wiadomo było więc na pewno, że ukrzyżowanie miało miejsce w piątek 14. lub 15. dnia miesiąca nisan między 26 a 36 rokiem. Wykorzystując współczesne, wyrafinowane, dawniej niedostępne metody badań, wspomniani na wstępie badacze (C. J. Humphreys i W. G. Waddington) dokonali precyzyjnej rekonstrukcji kalendarza żydowskiego i stwierdzili, że w latach 26-36 14. nisan wypadł w piątek: 11 kwietnia 27 r., 7 kwietnia 30 r., i 3 kwietnia 33 r. Natomiast 15. nisan – w piątek 23 kwietnia 34 r. lub w wyjątkowych okolicznościach 11 kwietnia 27 r. (wówczas nie wypadłby on dnia 14. nisan).

Kwiecień roku 27 musimy odrzucić jak datę zbyt wczesną z dwóch powodów: (1) Jan Chrzciciel rozpoczął swoją działalność jesienią 28-29 r. lub wiosną 29-30 r., ponieważ czytamy: „Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara…” (Łk 3,1-2). Janowy chrzest Jezusa nie mógł więc mieć miejsca przed rokiem 28, (2) z niektórych zapisów Ewangelii wg św. Łukasza wynika, że Piłat był już prokuratorem Judei przez jakiś czas przed ukrzyżowaniem („W tym samym czasie przyszli jacyś ludzie i donieśli mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar” (Łk 13,1). Ten epizod ma miejsce w czasie pierwszej z trzech podróży Jezusa do Jerozolimy).

Rok 34 jest datą zbyt późną. Rok ten uważa się dość powszechnie za datę nawrócenia św. Pawła, na co wskazują również dane z Jego listu do Galatów (Ga 1,18; 2,1). Ponad to, dzień 15. nisan wypadłby w piątek roku 34 tylko wtedy, gdyby do kalendarza tego roku został wprowadzony dodatkowy miesiąc przestępny – na co nie ma żadnych dowodów.

A zatem dochodzimy do wniosku, że Ukrzyżowanie mogło mieć miejsce tylko 7 kwietnia 30 r. lub 3 kwietnia 33 r. Jednocześnie jest oczywistym, że był to dzień 14. nisan (gdyż 15. nisan był możliwy tylko w roku 27 lub 34, które zostały właśnie wyeliminowane). Kwiecień roku 30 jest datą zbyt wczesną, ponieważ, jak wspomniałem powyżej, Jan Chrzciciel rozpoczął swoją działalność nad Jordanem najwcześniej jesienią 28 r., a jednocześnie z Ewangelii wg św. Jana wiemy, że w okresie działalności nauczycielskiej Jezusa miały miejsce trzy Paschy.

Rzeczywista data ukrzyżowania

Na podstawie wyników omawianych tu dokładnych i rzetelnych badań naukowych opublikowanych w „Nature” – jednym z najlepszych czasopism naukowych współczesnego świata – piątek 3 kwietnia 33 r. jest jedyną możliwą do przyjęcia datą ukrzyżowania Jezusa Chrystusa. Konkluzji tej nie da się obalić, chociaż można wysuwać różnorakie wątpliwości.

Proroctwo Joela

Ale powyższy wywód to jeszcze nie wszystko. Istnieje bowiem dodatkowy, ważny dowód wspierający tę właśnie datę ukrzyżowania. W Dziejach Apostolskich czytamy, że w dzień Zesłania Ducha Świętego św. Piotr zwrócił uwagę Żydom, którzy ”...zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku” (Dz 2,6), że teraz na ich oczach spełnia się przepowiednia proroka Joela, która m.in. mówi, że: „Słońce zamieni się w ciemności, a księżyc w krew, zanim nadejdzie dzień Pański, wielki i wspaniały” (Dz 2,14-20). Odnosi się to do 3 godzin ciemności, które zaległy Jerozolimę zaledwie kilka tygodni przedtem w czasie ukrzyżowania, oraz zaćmienia księżyca, które wtedy wystąpiło. Jedno i drugie „zanim nadejdzie dzień Pański, wielki i wspaniały”, czyli przed zmartwychwstaniem. Wiadomo, że zaćmiony księżyc przybiera kolor czerwony. Można to było obserwować w sprzyjających okolicznościach, w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat również w Polsce. Ale czy w Jerozolimie były jakieś zaćmienia księżyca w latach 26-36? Tak, było tylko jedno. 3 kwietnia 33 roku! Tego właśnie piątku zaczęło się ono ok. godz. 18.20 (gdy księżyc był tuż nad horyzontem) i trwało ok. 30 minut. Zaćmieniu uległ górny lewy kwadrant księżyca (ok. 20%) właśnie wtedy, gdy większość Żydów, aby zacząć spożywać Paschę, wyglądała zachodu słońca i pojawienia się pełni księżyca. A wtedy zamiast srebrzystej zobaczyli żółto-pomarańczową tarczę księżyca z brakującym fragmentem koloru krwi. Apostoł więc nieprzypadkowo odnosi się do proroctwa Joela, ponieważ to nadzwyczajne wydarzenie, jakim właśnie wtedy było zaćmienie księżyca, którego byli świadkami zaledwie przed kilkoma tygodniami, musiało zostać zapamiętane przez słuchaczy św. Piotra, którzy w lot pojęli znaczenie tej przepowiedni. Trzeba tutaj wspomnieć, że niektórzy uważają, że w/wym. wystąpienie św. Piotra odnosi się do powtórnego przyjścia Jezusa i Sądu Ostatecznego. Redaktorzy przypisów w Biblii Tysiąclecia piszą: „«ostatnie dni” dotyczą czasów mesjańskich – od narodzenia Chrystusa do Jego przyjścia na Sąd Ostateczny. Wiersze 17 i 18 odnoszą się do początku tego okresu, a pozostałe [czyli m.in. te o księżycu, który zamieni się w krew, przyp. WD] do jego końca”. Ale skąd oni to wiedzą, skoro w wierszu 16 czytamy, że „spełnia się właśnie to, co przepowiedział prorok Joel” (Dz 2,16) [podkreślenie WD]. Hipoteza, że św. Piotr przypomniał słuchaczom zaćmienie księżyca w dniu ukrzyżowania, wydaje się obecnie – w świetle wyników omawianych tu badań Hamphreya i Waddingtona – bardziej prawdopodobna. Zresztą Piotr na początku swego wystąpienia nie miał żadnej potrzeby, aby mówić, co będzie przy końcu świata. On przemawiając publicznie po raz pierwszy i broniąc Apostołów przed zarzutami, że już o godz. 9 rano „upili się młodym winem” (Dz 2,13), chce przekonać słuchaczy do swoich argumentów tu i teraz, cytując proroka Joela jako tego, który przepowiedział to co się właśnie teraz spełnia i co słuchacze mogą potwierdzić swoim doświadczeniem. Ponadto, tzw. Raport Piłata napisany prawdopodobnie przez niego dla Tyberiusza również wyraźnie wspomina, że gdy Jezus umierał na krzyżu, księżyc zamienił się w krew. Istnieją jednak wątpliwości, co do historycznej wiarygodności „Raportu”.

Fides et ratio

Nie sposób nie zauważyć, że analiza naukowa ustalająca datę ukrzyżowania na dzień 14. nisan przesądza jednoznacznie odwieczny spór biblistów co do tego, w jakim czasie odbyła się Ostatnia Wieczerza. Jednocześnie wydaje się bardzo prawdopodobne, że nie była to dosłownie wieczerza paschalna. Miała raczej zamierzony przez Jezusa charakter wieczerzy paschopodobnej. Co więcej, dopiero teraz, kiedy na pewno znamy tę datę, możemy lepiej zrozumieć znaczenie słów św. Pawła z 1 Listu do Koryntian: „Chrystus bowiem został złożony w ofierze jako nasza Pascha”. Albowiem, gdy Chrystus umierał na Golgocie, dokładnie w tym samym czasie w Jerozolimie dokonywano rzezi baranków paschalnych.

Tak oto, niemalże na naszych oczach, spotkał się nieuprzedzony rozum uzbrojony w najnowocześniejsze współczesne narzędzia badawcze z prostą, dziecięcą wiarą wyposażoną w prawdę Ewangelii. I wynikiem tego spotkania jest dotarcie do prawdy o dokładnej dacie ukrzyżowania. Bo jak napisał Jan Paweł II: „Wiara i rozum (fides et ratio) są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”. Na omówionym przykładzie widzimy, jak poznanie ludzkiego rozumu i poznanie właściwe wierze nawzajem się uzupełniają. „Nie ma więc powodu do jakiejkolwiek rywalizacji między rozumem a wiarą: rzeczywistoście te wzajemnie się przenikają, każda zaś ma własną przestrzeń, w której się realizuje. (…) Kościół bowiem zachowuje niewzruszone przekonanie, że wiara i rozum „mogą okazywać sobie wzajemną pomoc», odgrywając wobec siebie rolę zarówno czynnika krytycznego i oczyszczającego, jak i bodźca skłaniającego do dalszych poszukiwań i głębszej refleksji”2.

Nie jest też zapewne przypadkiem, że wyniki badań naukowych, które doprowadziły do jednoznacznego ustalenia dnia, miesiąca i roku tego historycznego wydarzenia, jakim było ukrzyżowanie Jezusa Chrystusa, opublikowane zostały w Jubileuszowym Roku Odkupienia (1983), z czego zapewne autorzy artykułu ani redaktor naczelny „Nature” nie zdawali sobie sprawy.

* * *

1 C. J. Humphreys, W. G. Waddington: Dating the Crucifixion. Nature 1983; 306: 743.

2 Encyklika „Fides et ratio” Ojca Świętego Jana Pawła II, Libreria Editrice Vaticana, 1998.

Wszystkie cytaty z Pisma Świętego wg Biblii Tysiąclecia, Pallottinum, 2000.

Według objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich (upowszechnionych właśnie przez tygodniki „Niedziela” i „wSieci”), uczta, którą nazywamy Ostatnią Wieczerzą, składała się jakby z dwóch części. Najpierw w przeddzień ukrzyżowania wieczorem odbyła się w Wieczerniku uczta paschalna, w czasie której Pan Jezus spożył ze swoimi Apostołami baranka paschalnego, a po jej zakończeniu, na tym samym spotkaniu, nastąpiło ustanowienie przez Pana Jezusa Najświętszego Sakramentu. Emmerich wspomina nawet, że fakt spożycia Paschy wbrew przepisom o jeden dzień wcześniej był jednym z zarzutów stawianych Panu Jezusowi w czasie przesłuchania u Kajfasza; „Pasja” według objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich, Kraków 2014, s. 159).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wielka Sobota

2019-04-20 07:18

OP / Warszawa (KAI)

Wielka Sobota jest dniem ciszy i oczekiwania. Dla uczniów Jezusa był to dzień największej próby. Według Tradycji apostołowie rozpierzchli się po śmierci Jezusa, a jedyną osobą, która wytrwała w wierze, była Bogurodzica. Dlatego też każda sobota jest w Kościele dniem maryjnym.

Bożena Sztajner/Niedziela

Po śmierci krzyżowej i złożeniu do grobu wspomina się zstąpienie Jezusa do otchłani. Wiele starożytnych tekstów opisuje Chrystusa, który "budzi" ze snu śmierci do nowego życia Adama i Ewę, którzy wraz z całym rodzajem ludzkim przebywali w Szeolu.

Tradycją Wielkiej Soboty jest poświęcenie pokarmów wielkanocnych: chleba - na pamiątkę tego, którym Jezus nakarmił tłumy na pustyni; mięsa - na pamiątkę baranka paschalnego, którego spożywał Jezus podczas uczty paschalnej z uczniami w Wieczerniku oraz jajek, które symbolizują nowe życie. W zwyczaju jest też masowe odwiedzanie różnych kościołów i porównywanie wystroju Grobów.

Wielki Piątek i Wielka Sobota to jedyny czas w ciągu roku, kiedy Kościół nie sprawuje Mszy św.

Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca. Rozpoczyna ją liturgia światła. Na zewnątrz kościoła kapłan święci ogień, od którego następnie zapala się Paschał - wielką woskową świecę, która symbolizuje zmartwychwstałego Chrystusa.

Na paschale kapłan żłobi znak krzyża, wypowiadając słowa: "Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen". Umieszcza się tam również pięć ozdobnych czerwonych gwoździ, symbolizujących rany Chrystusa oraz aktualną datę. Następnie Paschał ten wnosi się do okrytej mrokiem świątyni, a wierni zapalają od niego swoje świece, przekazując sobie wzajemnie światło. Niezwykle wymowny jest widok rozszerzającej się jasności, która w końcu wypełnia cały kościół. Zwieńczeniem obrzędu światła jest uroczysta pieśń (Pochwała Paschału) - Exultet, która zaczyna się od słów: "Weselcie się już zastępy Aniołów w niebie! Weselcie się słudzy Boga! Niech zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo!".

Dalsza część liturgii paschalnej to czytania przeplatane psalmami. Przypominają one całą historię zbawienia, poczynając od stworzenia świata, przez wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej, proroctwa zapowiadające Mesjasza aż do Ewangelii o Zmartwychwstaniu Jezusa. Tej nocy powraca po blisko pięćdziesięciu dniach uroczysty śpiew "Alleluja". Celebrans dokonuje poświęcenia wody, która przez cały rok będzie służyła przede wszystkim do chrztu. Czasami, na wzór pierwotnych wspólnot chrześcijańskich, w noc paschalną chrzci się katechumenów, udzielając im zarazem bierzmowania i pierwszej Komunii św. Wszyscy wierni odnawiają swoje przyrzeczenia chrzcielne wyrzekając się grzechu, szatana i wszystkiego, co prowadzi do zła oraz wyznając wiarę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Wigilia Paschalna kończy się Eucharystią i procesją rezurekcyjną, by oznajmić, że Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył śmierć. Zgodnie z dawną tradycją w wielu miejscach w Polsce procesja rezurekcyjna nie odbywa się w Noc Zmartwychwstania, ale o świcie w niedzielny poranek.

Noc Paschalna oraz Niedziela Wielkanocna to największe święto chrześcijańskie, pierwszy dzień tygodnia, uroczyście obchodzony w każdą niedzielę przez cały rok. Apostołowie świętowali tylko Wielkanoc i każdą niedzielę, która jest właśnie pamiątką Nocy Paschalnej. Dopiero z upływem wieków zaczęły pojawiać się inne święta i okresy przygotowania aż ukształtował się obecny rok liturgiczny, który jednak przechodzi różne zmiany.

Oktawa Wielkiej Nocy

Ponieważ cud Zmartwychwstania jakby nie mieści się w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy - przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał. Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela, nazywana obecnie także Niedzielą Miłosierdzia Bożego. W ten dzień w Rzymie ochrzczeni podczas Wigilii Paschalnej neofici, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy św. Jan Paweł II ustanowił ten dzień świętem Miłosierdzia Bożego, którego wielką orędowniczką była św. Faustyna Kowalska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem