Reklama

Ślad jednego życia

Krzysztof Fil
Edycja przemyska 41/2003

Z perspektywy czterech minionych lat wyłoniły się kontury. Daleko im jeszcze do ostatecznego kształtu, bo skala przedsięwzięcia jest procesem długotrwałym i trudnym. Tym trudniejszym, że na początku nie było nic prócz porośniętego chwastami placu i idei.
Jej orędownikiem był metropolita przemyski abp Józef Michalik. Obejmując duszpasterstwo archidiecezji uznał, że w tej części miasta, którą umownie określić można okolicami ul. Kopernika, powinna powstać parafia. Zadanie okazało się skomplikowane z kilku przyczyn. Brakowało świątyni, proboszcza oraz tradycji wspólnoty parafialnej zintegrowanej miejscem zamieszkania i jednym miejscem kultu. Część wiernych należała do parafii Franciszkanów, inni do parafii Błonie, a wielu ze względu na odległość korzystało z kościoła ojców Reformatów. Tak więc zasadniczym problemem stało się pozyskanie ludzi, a tego nie można było dokonać automatycznie. Należało do nich trafić, poruszyć serca, zaszczepić nawyk jedności. Tak ważnej misji mógł sprostać tylko odpowiedni kandydat. Póki co trwały dyskusje, które miały rozstrzygnąć nie tylko kwestie personalne, lecz także strategię działania. Powstał dylemat od czego zacząć. Czy od powołania parafii czy też od budowy świątyni, która stanowiłaby istotę wspólnoty.
W 1999 r. zapadły ostateczne decyzje, w wyniku których ks. Piotr Walasz został mianowany proboszczem i delegowany do utworzenia nowej wspólnoty. Z rąk metropolity przemyskiego kapłan otrzymał błogosławieństwo, a także ornat i kielich. Dzisiaj ze wzruszeniem wspomina tamten moment.
- Czułem się wówczas jak misjonarz, którego czeka żmudna wędrówka trudną i nieznaną drogą. Nie miałem nic, więc dar Księdza Arcybiskupa nabrał dla mnie symbolicznej wartości. Już moje ręce nie były puste, już mogłem coś wspólnocie ofiarować, a przecież na tej drodze nie postąpiłem nawet kroku.
Wydaje się, że w życiu ks. Piotra był to zasadniczy moment, więc zapytałem go czy nie obawiał się ciężaru odpowiedzialności.
- Decyzję przełożonych przyjąłem z pokorą, świadomy ogromu zadań jakim będę musiał sprostać, a te musiały budzić respekt. Jednocześnie była we mnie ufność i nadzieja, bo na to wyzwanie patrzyłem przez pryzmat wiary. Wiedziałem, że jest to zamysł Boży, a ja narzędziem do wykonania Jego woli. Skoro tak, miałem świadomość Kto za mną stoi i będzie kierował moimi krokami, dlatego nie tylko wyzbyłem się lęku, lecz czułem się wyróżniony łaską wybraństwa. Poza tym mnie trudności mobilizują, gdyż uważam, że z trudu, a nawet cierpienia, powstają wielkie dzieła.
Zanim oficjalny dokument usankcjonował powstanie wspólnoty na parafialnym placu siostry Serafitki urządziły ołtarz, by przyjąć wędrujące z Kalnikowa do Przemyśla relikwie św. Jana z Dukli.
Ks. Piotr fakt ten odczytuje jako jeden ze znaków, które mu towarzyszą.
- Św. Jan z Dukli wziął w posiadanie tę ziemie i ludzi, którzy tu żyją. Został naszym patronem i wiem, że wspiera nas w trudnych chwilach.
Dekret erygowania parafii został wydany 20 listopada 1999 r. W paragrafie 1 określono jej granice. W ramach zaleceń zawartych w dokumencie warto zacytować paragraf 4 i 5: „(...) w szczególności wspólnota parafialna zatroszczy się o wybudowanie świątyni na działce przy ul. Wł. Reymonta, przekazanej na ten cel przez archidiecezję w ramach przygotowania do budowy świątyni parafia urządzi dla swoich potrzeb tymczasową kaplicę na w/w posesji”. Dekret podpisali Metropolita Przemyski oraz Kanclerz Kurii.
Zadania materialne określone w tym fragmencie dokumentu charakteryzowała realna ocena sytuacji. Bez udziału wspólnoty parafialnej, której wówczas jeszcze nie było, trudno zbudować cokolwiek, szczególnie kościół, dlatego pierwszym krokiem miało być wzniesienie kaplicy. Podczas jednego ze spotkań z Księdzem Arcybiskupem i Księdzem Kanclerzem nowo mianowany Proboszcz usłyszał:
-Zacznij Piotrze od kaplicy, to będzie pierwszy krok. Budowa kościoła i wspólnoty wymaga ofiary jednego życia.
Dekret o erygowaniu parafii tworzył wykładnię działania, był drogowskazem, ale nie rozwiązywał problemów. Skupiona w określonych granicach, w obrębie 27 ulic, parafia liczy około 4 tys. ludzi. Należało do nich dotrzeć, przekonać, zachęcić do współpracy. Nie było to zadanie proste. Trzeba było zapukać do każdych drzwi. Reakcje okazały się różne. Większość się ucieszyła, że w zasięgu ręki będą mieli swoją parafię, zadeklarowało udział i wsparcie. Byli i tacy, którzy przez lata korzystając z parafii Franciszkanów i Błonie nie widzieli potrzeby zmiany i tworzenia nowej. Wreszcie pojawiły się głosy sprzeciwu szermujące argumentem, że skoro w Przemyślu jest tyle kościołów, to po co budować kolejny i czy nie lepiej te pieniądze przeznaczyć na sierociniec, dom starców, czy inny obiekt. Podobne opinie słyszy się w Przemyślu nie po raz pierwszy. Kolportują je programowi malkontenci i naprawiacze, dla których solą w oku jest każda działalność Kościoła. Zdarzyło mi się z takimi poglądami polemizować aż do momenty, gdy przekonałem się, że są umysły głucho zamknięte na inne racje, te oczywiste również. Pozostają więc fakty, a z nimi podobno się nie dyskutuje. Przez rok trwały prace przygotowawcze, które koncentrowały się na skompletowaniu dokumentacji, powołaniu rady duszpasterskiej i rady budowy świątyni, nawiązywaniu szeregu kontaktów, celem tworzenia sprzyjającego klimatu. Ksiądz był ciągle wśród ludzi nie tylko jako proboszcz, katecheta szkolny, czy kapelan rzemieślników, lecz przede wszystkim przyjaciel. Częste spotkania służyły wzajemnemu zbliżeniu i poznaniu. Wizyty duszpasterskie z okazji kolędy kończyły się przeważnie po 22.00. I tak krok po kroku powstawały zręby wspólnoty. Dość szybko Ksiądz Proboszcz zorientował się jaka ona jest. Okazało się, że to najuboższa parafia w mieście. Tworzą ją emeryci i renciści, mieszkańcy starych, czynszowych kamienic i parterowych domków oraz młode małżeństwa z bloków spółdzielczych w znacznym procencie zadłużone kredytami i bezrobotne. Oprócz biedy materialnej nie brakuje tam biedy duchowej. Od dawna ta dzielnica Przemyśla cieszy się ponura sławą miejsca, gdzie uprawiany jest nielegalny proceder handlu alkoholem, a jego nadużywanie prowadzi do degradacji rodzin i nieszczęść. Zdarzały się wśród nich wypadki śmiertelne. Ks. Piotr nie potępia. Ubolewa nad ludzką słabością i stara się pomóc.
- Chciałbym wspólnocie pokazać serce. Boże serce. W Nim jest miłość, której często szukają i nadzieja dla tych, co dawno zwątpili. To nie przypadek, że właśnie tu, na tym nieco zapomnianym skrawku ziemi, wśród szarych domów i trudnej codzienności rozpala się Boże światło. Trzeba je dostrzec, gdyż jest znakiem, którą pójść drogą, aby nie błądzić i lepiej żyć.
Pierwsza Msza św. w parafii odbyła się w Boże Ciało 2000 r. Skromna liturgia przy polowym ołtarzu zgromadziła niewiele osób, nie mniej w historii parafii było to wydarzenie ważne. Dokonała się publiczna identyfikacja miejsca modlitwy i Kościoła. Dwa miesiące później przy tym samym ołtarzu, przykrytym prowizorycznym dachem z folii, miała miejsce dużo bardziej okazała uroczystość, podczas której abp Józef Michalik dokonał poświęcenia placu. W październiku 2000 r. firma budowlana Stanisława Dorociaka rozpoczęła budowę domu parafialnego. W pierwszej fazie prac zaplanowano zaadoptowanie sutereny na miejsce modlitwy zdolne pomieścić około 500 osób. Zanim zaczęły rosnąć mury robotnicy postawili drewnianą wiatę dla potrzeb wiernych. Trzeba pamiętać, że nastały jesienne słoty i zbliżała się zima, należało więc ludziom zapewnić jakieś schronienie. Ściany obito sklejką, a na klepisku ułożono płyty chodnikowe, które parafianie przykryli dywanami. W tej scenerii 29 października już pod dachem odbyła się pierwsza Msza św. Kilka dni później Proboszcz otrzymał list. Był to odręcznie napisany Psalm 84 „Tęsknota za domem Bożym”. Tekst kończyły słowa. „Z okazji pierwszej Mszy św. w naszej świątyni serdeczne Bóg Zapłać. A. H”. Dla kapłana określenie drewnianego baraku słowami „nasza świątynia” stanowiło dowód, że jego mozolna służba przynosi efekty. Bo oto rodzi się świadomość wspólnej sprawy, a wśród lokalnej społeczności przybywa Bożych sojuszników. Wyjątkowym przeżyciem dla parafian stała się Pasterka roku 2000. Celebrował ją metropolita przemyski abp Józef Michalik. Obecność zwierzchnika archidiecezji w ubogiej szopie, a nie pięknej katedrze była dla ludzi wzruszającym dowodem wsparcia i troski o losy nowej wspólnoty.
Kolejne lata charakteryzował ciągły rozkwit materialny i duchowy. Stale była to, a właściwie jest, droga uciążliwa. Wielu problemów nastręczają finanse. Do tej pory dom parafialny pochłonął w materiałach i robociźnie kwotę 400 tys. zł. Do zakończenia prac potrzeba jeszcze 150 tys.
- Nieraz czuję się przyparty do muru - mówi ks. Piotr. - Przychodzą rachunki z terminami płatności, a ja nie mam ani grosza. Zdarzało się, że odcinali mi prąd i telefon. Ufam, że Pan Bóg nas nie opuści. I nie opuszcza. Wspiera mnie poprzez ludzi ofiarnych i zaangażowanych. Jak potrzeba pożyczają mi pieniądze, kredytują prace, nie odmawiają żadnych form wsparcia. Szkoda, że w kosztach partycypuje tylko połowa. Oddaję na budowę wszystkie oszczędności i datki z tacy. Jest tego rocznie około 70 tys., więc w stosunku do potrzeb niewiele. Obliczyłem, że na same fundamenty pod planowany w przyszłości kościół musiałbym zbierać pięć lat.
Mimo wszystko Proboszcz jest optymistą. Gdy słuchałem jego opowieści i spoglądałem na pełną entuzjazmu twarz, pomyślałem, że byłby dobrym terapeutą dla tych, którzy wątpią, boją się problemów, rezygnują. Ks. Piotr żyje Bożą wizją, a ta dodaje mu skrzydeł. Poza tym minęło zaledwie dwa lata, a efekty są znaczne. Jeszcze nie na miarę ambicji i oczekiwań, ale to przecież dopiero początek. Nie tak dawno dysponował jedynie ornatem i kielichem otrzymanym w darze, dzisiaj ma pełne wyposażenie. Cieszy dorobek materialny, bo i dom parafialny z kaplicą na ukończeniu, a ofiarowany przez Witolda Sobola dzwon wzywa wiernych na Anioł Pański. Największą jednak radością proboszcza jest żywy Kościół, który ciągle wzrasta. Zaczęło się od 30 osób, a dzisiaj w Mszach św. regularnie uczestniczy 800 parafian. Przy parafii funkcjonuje 11 róż żywego różańca, schola oraz grupa 38 ministrantów. Dojrzewa świadomość wspólnoty, więc zwiększać się będzie zakres działania i zapewne liczba wiernych. Ludzie coraz bardziej utożsamiają się z miejscem, bo tu jest ich parafia, tu się modlą, tu będzie kiedyś ich kościół, a ich proboszcz mieszka na Zacisznej. Starszy schorowany mężczyzna ma łzy w oczach.
- Miesiącami nie chodziłem do kościoła - zwierza się. - Do Franciszkanów nie dojdę bo za daleko, ale teraz do naszej kaplicy jakoś się dowlokę. I jak tu nie dziękować Bogu.
Ks. Piotr pieczołowicie odnotowuje fakty, które wpisują się w historię młodej parafii i pięknie świadczą o ludziach.
- Będę im wdzięczny do końca życia za wsparcie, za wzruszenia wspólnie doznane, za ich codzienną obecność.
Przeżyli razem misje parafialne, rekolekcje, pierwszą Komunię św. śluby, nawiedzenie parafii przez Jasnogórski Wizerunek Matki Bożej. Przy tej okazji parafia pw. św. Jana z Dukli pokazała się jak żadna inna. Kobiety ułożyły 350 m chodnik z żywych kwiatów i był to chyba wyjątkowy wyczyn skoro odnotowały go media. Na pewno wyróżnia parafię fakt posiadania figury Matki Bożej Fatimskiej, ofiarowanej wspólnocie przez siostry Serafitki, a poświęconej w Kaplicy Objawień przez bp. Paulo Marię Hnilicę. Zaczyna się tworzyć parafialna tradycja pielgrzymowania. W tym roku przedstawiciele parafii dotarli do Watykanu, gdzie Ojcu Świętemu ofiarowali obraz. Wspólnota żyje. Ksiądz Proboszcz potwierdza przypadki nawróceń oraz dwa powołania. Na tym pogodnym tle kładą się również cienie, które smucą i bolą.
- Wyobrażam sobie naszą wspólnotę jako rodzinę dzieci Bożych, wrażliwą na drugiego człowieka i pełną miłości. Tymczasem w środku osiedla wyrasta parkan, który zamiast jednoczyć, dzieli. Dlaczego, przecież uczymy się od Niego, a On się od człowieka nie odgradza.
Zapewne źródłem zmartwień jest także bierność i wyczekiwanie sporej grupy parafian. Stoją z boku anonimowi i obojętni. Tymczasem tuż obok pnie się w niebo dzieło największe. Nie wielkością monumentu, lecz deklaracją i świadectwem wiary. Jeżeli swoim życiem nie zaznaczymy tam śladu, to cóż warte jest to życie. Wystarczy przetrzeć oczy i spojrzeć na świat dzisiejszy.

Reklama

Ocalała kopia Ikony Jasnogórskiej znajdująca się w Kaplicy Polskiej w Katedrze Notre Dame

2019-04-16 10:54

it / Częstochowa (KAI)

W katedrze Notre-Dame w Paryżu, w której w poniedziałek wybuchł ogromny pożar, znajduje się Kaplica Polska z kopią ikony Matki Bożej z Jasnej Góry i relikwiami św. Jana Pawła II. Została ona uroczyście zainaugurowana w grudniu ubiegłego roku. Z nieoficjalnych informacji przekazanych nam przez służby ratownicze wynika, że ikona nie uległa zniszczeniu.

polskifr.fr

W czasie Apelu Jasnogórskiego paulini i pielgrzymi z bólem modlili się za ratujących katedrę Notre-Dame i z wdzięcznością wspominali umieszczenie w niej kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej z 1 grudnia ubiegłego roku. Według nieoficjalnych wiadomości, które od służb będących po pożarze w katedrze, uzyskał polski portal informacyjno-społecznościowy we Francji, ikona Matki Bożej z Jasnej Góry, znajdująca się w Kaplicy Polskiej w Notre Dame - ocalała.

Na zakończenie wieczornej modlitwy abp Wacław Depo, metropolita częstochowski powiedział: „Doświadczamy kolejnego bolesnego dramatu religii chrześcijańskiej w Europie, katedra Notre Dame spłonęła, tak jak już przynajmniej kilka kościołów w Europie w ostatnim czasie”. - Europa patrzy czy ta cywilizacja przetrwa czy potrzebna będzie interwencja z Nieba – dodał metropolita częstochowski i zachęcił: „prośmy Matkę Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, aby ogień miłości panował wśród ludzi, a oddalał nienawiść i wszelką przemoc”.

Polską kaplicę w katedrze Notre Dame w Paryżu pw. Najświętszej Matki Bożej Częstochowskiej i św. Germana, z kopią obrazu Matki Bożej Częstochowskiej z Jasnej Góry oraz relikwiami św. Jana Pawła II, odsłonięto 1 grudnia 2018 r. W uroczystości wzięły udział setki Polaków z kraju i mieszkających we Francji.

Mszę św. celebrował abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Uczestniczył w niej też marszałek Senatu, Stanisław Karczewski. To pierwsza narodowa kaplica w paryskiej katedrze. - To wielki dla nas honor, że możemy w takim miejscu mieć znak, który będzie inspirował nie tylko Polaków – mówił wówczas abp Gądecki.

W odczytanym podczas uroczystości liście prezydent Andrzej Duda podkreślił, że „losy naszego narodu i dzieje zmagań o niepodległość po wielekroć i na trwałe splotły się z historią Francji”. „Współtworząc rodzinę wolnych narodów, zjednoczonych w imię najwyższych wartości republikańskich i obywatelskich, których źródłem jest chrześcijańska miłość bliźniego, chcemy nadal pielęgnować łączące nas więzi i razem budować bezpieczną, pomyślną przyszłość obu naszych narodów. Niech więc to szczególne miejsce będzie odtąd symbolem wspólnego polsko-francuskiego dziedzictwa duchowego, które ma moc inspirować nas do pracy dla dobra całej ludzkości” – napisał prezydent RP.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Baranek i wspólnota

2019-04-18 21:25

Magda Nowak

– Kiedy w ten Wielki Czwartek próbujemy po raz kolejny pokłonić się wobec tajemnicy Mszy św., to dziś wydobądźmy z niej te dwie prawdy: Baranek i wspólnota, dwie nieodłączne tajemnice każdej Mszy św. – powiedział bp pomocniczy archidiecezji częstochowskiej Andrzej Przybylski. Słowa te wybrzmiały podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej sprawowanej w archikatedrze częstochowskiej na pamiątkę ustanowienia sakramentów kapłaństwa i Eucharystii.

– Nie mamy wątpliwości, że baranek ofiarny to dla nas Chrystus, bo zawsze kiedy przyjmujemy Jego ciało przed komunią św. słyszymy te słowa: oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Ale czy przyjmujemy Go tylko dla siebie? Tylko dla własnej pobożności, świętości, bliskości z Bogiem? – pytał biskup. – Pan wyraźnie nam mówi, dlaczego Baranek nazywa się podczas Mszy św. komunią, bo Bogu chodzi o wspólnotę, bo tych wszystkich najważniejszych tajemnic, które w tych dniach będziemy przeżywać, Bóg nie czyni dla siebie. Bóg nie ponosi cierpienia dla samego siebie, żeby pokazać swoje bohaterstwo, Bóg nie umiera na krzyżu dla samego siebie i wreszcie nie zmartwychwstaje dla samego siebie, ale dla nas, dla każdego z nas.

Bp Andrzej Przybylski podkreślił, że Eucharystia kształtuje w nas zdolność do jedności. – Jesteśmy wiarygodnymi uczniami Chrystusa tylko we wspólnocie. Kiedy będziemy głosić Ewangelię i nie będziemy żyć we wspólnocie, i nie będziemy zdolni do jedności, to nasza ewangelizacja nie będzie skuteczna, bo nam nikt nie uwierzy, że jesteśmy reprezentantami Boga, a nie umiemy jak Bóg się miłować, przebaczać, być jednym – stwierdził. Wskazał również, że Kościół to nie organizacja społeczna, stowarzyszenie czy instytucja, Kościół to relacja z Bogiem i nasze wzajemne relacje.

Tradycyjnie Liturgia Wielkiego Czwartku połączona była z obrzędem umycia nóg. Biskup Przybylski obmył stopy dwunastu mężczyznom na znak, jaki uczynił Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy obmywając stopy dwunastu apostołom, dając im tym przykład miłości i pokory. Eucharystia zakończyła się procesyjnym przeniesieniem Najświętszego Sakramentu do ołtarza wystawienia tzw. Ciemnicy symbolizującej uwięzienie Chrystusa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem