Reklama

Pielgrzymka do Ojca Pio

Kościół wezwany do tablicy

2016-02-29 12:16

Ks. Marek Łuczak

Artur Stelmasiak

Ostatni weekend lutego upływał pod znakiem wieców poparcia dla Lecha Wałęsy. Od momentu, gdy wdowa po generale Kiszczaku powiadomiła opinię publiczną o rewelacjach związanych z szafą swego zmarłego męża, Polska utonęła w niekończących się dyskusjach. Najgłośniejsi są przeciwnicy byłego prezydenta oraz jego zwolennicy. Obydwie spolaryzowane grupy zabierają głos równie często, co chętnie.

W niedzielę do protestujących dołączyła pani Danuta Wałęsowa. W dość emocjonalnym przemówieniu wyraziła ubolewanie, że w tych dniach nie można liczyć na Kościół. W domyśle chodzi o milczenie Kościoła w związku z ostatnimi rewelacjami oraz - powiedzmy jednoznacznie - chodzi o to, że Kościół nie broni Lecha Wałęsę, a nawet w osobie swych przedstawicieli wypowiada się od czasu do czasu o obowiązku ascezy i pojednania - zarówno z Bogiem, jak i z bliźnimi. To ostatnie zaś nie może oczywiście dokonać się bez stanięcia w prawdzie.

Przypomnijmy zatem. Rewelacje wynikające z dokumentów Kiszczaka dotyczą początków lat 70. minionego wieku. O ile więc w latach osiemdziesiątych mieliśmy do czynienia z obecnością niektórych duchownych podczas rozmów opozycji z komunistyczną władzą, o tyle trudno wśród ludzi w sutannie szukać świadków „rozmów” Wałęsy z przedstawicielami bezpieki. Takie rozmowy były przecież dyskretne, żeby nie powiedzieć tajemne.

Pani Wałęsowa postawiła tezę, że należałoby oczekiwać wdzięczności ze strony Kościoła, który stał się beneficjantem wolności wywalczonej przez jej męża. Czy rzeczywiście pan Wałęsa nie ma powodów do wdzięczności pod adresem Kościoła? Czy przez długie lata duchowni nie wspierali przemian demokratycznych, a w działalności tej otaczali opieką takie rodziny, jak rodzinę Wałęsów? Czy wreszcie zapomnimy dziś o ofierze życia zamordowanych przez komunistyczny reżim księży?

Reklama

Kościół ma długą tradycję związaną z tematem zdrady. Już w starożytności władze duchowne postawiły pytanie o tak zwanych lapsi (z gr. upadli), którzy na skutek prześladowań sprzeniewierzyli się wierze. Wszyscy mogli wrócić na łono Kościoła, o ile pokutowali i stanęli w prawdzie.

Dzisiaj trudno rozstrzygnąć o winie czy niewinności Wałęsy. Na pewno pomocą będzie mrówcza praca archiwistów i historyków. Prawdy tej nie ustali się też na pewno na wiecach.

Tagi:
komentarz

ProEugeniczny dokument genetyków i ginekologów

2018-05-13 17:05

Artur Stelmasiak

Lektura dokumentu genetyków i ginekologów jest przerażająca. Profesorowie medycyny mają w ręku "zabawki" do selekcji człowieka i protestują, bo ich "zabawa" może być zakazana.

Bożena Sztajner

"Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie" - to cytat z Przysięgi Hipokratesa, ojca medycyny i filozofa. Nie był on wcale związany z polską polityką, Kościołem katolickim, czy z Kają Godek. Hipokrates jest totalnie spoza naszego politycznego, religijnego i antyreligijnego układu. A jednak zakaz eutanazji i aborcji farmakologicznej postawił na pierwszym miejscu, tuż przed przykazaniem zachowania tajemnicy lekarskiej.

Okazuje się, że żyjący 2400 lat temu człowiek, przewidział jakie zagrożenia nieść może medycyna w XXI wieku. Hipokrates na pewno nie podpisałby się pod "stanowiskiem" sygnowanym przez Polskie Towarzystwo Genetyki Człowieka oraz Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników (dla ścisłości podpisanych genetyków jest 14, a ginekologów tylko 2). Ich stanowisko zostało rozesłane do wielu instytucji w Polsce, aby w ten zaatakować obywatelski projekt "Zatrzymaj Aborcję". Nic więc dziwnego, że z proaborcyjnej postawy medyków zachwyceni są m. in. dziennikarze radia TokFM i Gazety Wyborczej.

Z dokumentu dowiadujemy się, że współczesne standardy opieki ginekologicznej powinny zapewnić "optymalne warunki pozwalające na urodzenie zdrowego dziecka". Co do wykładni pełna zgoda, bo przecież od tego są lekarze, by dbali o zdrowie nawet najmniejszego pacjenta. Ale co zrobią profesorowie, gdy maleńki pacjent zachoruje, albo - nie daj Boże - będzie prawdopodobieństwo, że jest niepełnosprawny? "Postęp technologiczny, w tym m. in. w zakresie badań ultrasonograficznych, a także wykorzystywania w diagnostyce szeregu markerów biochemicznych i genetycznych, przyczynia się do wykrywania wielu nieprawidłowości rozwojowych u płodu jeszcze na wczesnym etapie rozwoju ciąży" - czytamy w dokumencie sygnowanym głownie przez genetyków. Ale "losowy charakter występowania" "różnego typu nieprawidłowości", to "dramat zarówno dla kobiety, jak i dla opiekującego się nią lekarza".

W tym miejscu zmienia się już narracja profesorów medycyny. Lekarz zajmuje się tylko kobietą, a drugi pacjent (dziecko) nazywane jest już "prawem wyboru". Według sygnatariuszy dokumentu najważniejszym obowiązkiem lekarza jest poinformowanie kobiety o stanie zdrowia tego "prawa wyboru". Innymi słowy chodzi o wystraszenie kobiety o podejrzeniu "wadliwego płodu" i "skutków" jego urodzenia. W tym samym czasie "etyczny" lekarz musi zabiegać o "autonomiczną decyzję kobiety", która ma prawo do zdrowia także "psychicznego". - "Kwestionowanie takiego prawa jest nieludzkie" - czytamy w dokumencie.

Teraz ja zapytam: Czy oznacza to, że zabicie dziecka, u którego zdiagnozowano chorobę, jest bardziej "ludzkie", niż zdrowie psychiczne kobiety i ewentualna bezsenność matki, która pochyla się nad kołyską swojego dziecka? W dokumencie nie ma słowa o traumie, głębokiej chorobie postaborcyjnej dla obojga rodziców, a często również dla całej rodziny. Autorzy dokumentu nie chcą chronić przed zagrożeniem syndromu proaborcyjnego, a jedynie chcą ją "chronić" przed potencjalnymi skutkami urodzenia "wadliwego" dziecka. Co więcej profesorowie sugerują, że przyjście na świat niepełnosprawnego dziecka, często jest "szkodą dla zdrowego rodzeństwa". Innymi słowy "wadliwego" brata lub siostrę lepiej zabić.

Dokument jest tak sprytnie skonstruowany, że ani razu nie pada w nim słowo aborcja. Zabójstwo człowieka jest nazywane "prawem wyboru", albo "autonomią kobiet". Kwestionowanie "prawa kobiet" do zabicia własnego dziecka nazwane jest czymś "nieludzkim" i "stygmatyzującym". I właśnie w kontekście życia i śmierci małego pacjenta przedstawiciele środowiska medycznego wypowiadają swoje filozoficzne credo. "Nie istnieje w tym zakresie żadna prawda uniwersalna" - napisali. Zupełnie tak, jakby chcieli zaprzeczyć, że życie zabitego dziecka nie było prawdziwą prawdą, bo przecież "prawda uniwersalna" nie istnieje. I dlatego można to (nieprawdziwe) życie przerywać.

W następnym akapicie polscy uczeni przekonują, że "około 95 proc. badań prenatalnych kończy się wydaniem wyniku prawidłowego". O co chodzi? Prawidłowy wynik dla profesorów, jest równoznaczny z prawem do życia, bo według obowiązującego przepisów nie da się "skłonić ciężarną do innej decyzji".

Te właśnie fragmenty dokumentu oraz specyficzny dobór słów najlepiej pokazują, kim oni są, co robią na co dzień w pracy i jakie mają cele. Środowisko medyczne podważą prawdę o życiu, by rozszerzać praktykę eugeniczną i bawić się w panów życia i śmierci.

W jednym punkcie muszę się zgodzić z przedstawicielami dwóch medycznych towarzystw. Wyrażają oni swoją zdecydowaną dezaprobatę dla tworzenia "katalogu wad, chorób lub zaburzeń", którego celem mogłoby być administracyjne rozstrzygnięcie o prawie do zabicia dziecka, lub jego ocaleniu. Oczywiście dokument nazywa to ograniczeniem "poszanowania autonomicznej decyzji kobiety". Jednak lekarzom chodzi zupełnie o coś innego, niż obrońcom życia. Oni boją się, że zostaną ograniczeni w interpretacji istniejącego prawa do decydowaniu o zabiciu lub życiu dziecka. To przecież oni wydają odpowiedni dokument ze skierowaniem do "decyzji".

Aby zobaczyć, jak wygląda historia interpretacji obecnego prawa, wystarczy sięgnąć pamięcią kilkanaście lat wstecz. Na początku lat 2000. dzieci z Zespołem Downa normalnie rodziły się w polskich szpitalach. Lekarze, a zwłaszcza genetycy interpretację prawa aborcyjnego tak rozszerzyli, że dziś dzieci z Zespołem Downa prawie się nie rodzą. Pewnie dlatego sygnatariusze dokumentu protestują również przeciwko używaniu w debacie publicznej przykładów chorób rozpoznawalnych prenatalnie. Trudno się dziwić, że genetycy i ginekolodzy nie chcą, by Polacy wiedzieli, że oni masowo zabijają np. dzieci z Zespołem Downa.

Dzięki medycznej reinterpretacji prawa ilość aborcji eugenicznych w ciągu 20 lat zwiększyła się z 39 do 1044 zbitych dzieci. To im zawdzięczamy wzrost aborcji eugenicznych aż o 2,6 tysiąca procent. Dlatego nie można tworzyć katalogów chorób, które będą furtką do kolejnych medycznych interpretacji. Aborcję eugeniczną trzeba zakazać, bo nikt nie powinien decydować o życiu i śmierci człowieka w oparciu o diagnostykę medyczną, która często jest błędna. Znam wiele historii dzieci, których lekarze skazali na decyzję kobiety. Rodzice odmówili aborcji, a dzieci urodziły się całkowicie zdrowe.

Z dokumentu dowiadujemy się, że zarząd dwóch towarzystw o specjalizacjach medycznych wyraża swoje stanowisko niezależnie od różnych opinii pośród członków obu towarzystw. Kolejną ciekawostką jest fakt, że dokument jest firmowany przez środowisko genetyków i ginekologów, ale jak popatrzymy, kto go podpisał, to okazuje się, że tam są praktycznie sami profesorowie genetyki i zaledwie dwóch ginekologów. Wprawdzie jest prezes PT Ginekologów i Położnych prof. Mirosław Wielgoś, ale nie może być mowy, że pod stanowiskiem podpisał się cały zarząd Towarzystwa, bo brakuje przynajmniej trzech nazwisk. Prezes towarzystwa ginekologicznego słynie ze swoich proaborcyjnych poglądów. Mocno atakował prof. Bogdana Chazana za to, że odmówił zabicia dziecka. Chwalił jednocześnie postawę prof. Romualda Dębskiego, który słynie z aborcji dzieci z Zespołem Downa.

Zaskakuje bardzo duża ilość podpisów naukowców, którzy są specjalistami od genetyki. Dokument podpisany jest przez cały zarząd towarzystwa genetyków, a także dołączyli do nich przewodniczący poszczególnych sekcji. W sumie aż 14 osób z tytułami. Niestety wygląda na to, że środowisko genetyków ma największy problem z przysięgą Hipokratesa i jednocześnie są zwolennikami eugeniki. Ginekolodzy, którzy zabijają dzieci z Zespołem Downa wielokrotnie mówili, że namówili ich do tego genetycy i ich opinie. Tak mówił w wywiadach m. in. prof. Wielgoś. Wygląda więc na to, że współczesna nauka medyczna ma niebezpieczne "zabawki" w ręku. Z jednej strony genetyka próbuje poprawić człowieka, a tych ludzi, których zdaniem genetyków nie da się "naprawić" trzeba zabić i wyrzucić, jak zepsutą zabawkę. Znam wielu wybitnych genetyków, którzy w swojej pracy posługują się sumieniem, ale to oni mówili mi również o zepsuciu moralnym i zapędach eugenicznych tego środowiska.

W tle tej dyskusji są również duże pieniądze na badania genetyczne, i etaty dla lekarzy. Medycy chwalą się w dokumencie, że 95 proc. badań genetycznych u podejrzanych dzieci kończy się brakiem wskazania do aborcji. Jeżeli mamy ponad 1000 aborcji rocznie, to oznacza, że rocznie mamy około 20 tysięcy drogich badań eugenicznych w Polsce.

Genetyka jednoznacznie wskazuje, że człowiek, jest człowiekiem od poczęcia. Ale medycy, którzy to doskonale wiedzą, podpisali się pod dokumentem, w którym stwierdzają, że życie i śmierć małego człowieka nie jest prawdą uniwersalną. Jeżeli można nieprawdziwie zabijać, to przecież tym bardziej można kraść i kłamać. I z punktu etycznego ten dokument należy traktować, jako zwykłe kłamstwo ubrane w pseudonaukowe szaty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Kto ocalił Solidarność?

2018-05-22 14:58

O postawę Ronalda Reagana wobec stanu wojennego stoczona została w Białym Domu batalia, której cichym bohaterem był nasz dzisiejszy rozmówca, o ktorym w Waszyngtonie mówią, że, ktory uratował „Solidarność”. Większość gabinetu z sekretarzem stanu Alexandrem Haigiem na czele, nie zgadzała się na zdecydowane działania przeciwko polskiemu reżimowi. Sprzeciwiali się europejscy partnerzy USA. Przeciwniczką była nawet... Nancy Reagan.

Archiwum Białego Domu
Prezydent Ronald Reagan i jego doradca Richard Pipes

Z prof. dr. Richardem Pipesem z Harvard University, b. dyrektorem d/s Europy Środkowowschodniej i ZSRR w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA rozmawia Waldemar Piasecki

- Panie Profesorze, mija właśnie kolejna rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Upływ czasu sprzyja rozmowie o kulisach decyzji podejmowanych w Białym Domu, w których Pan bezpośrednio uczestniczył. Stany Zjednoczone starały się adekwatnie zareagować na bieg wypadków w Polsce, ale wypracowanie decyzji nie było oczywiste. Był Pan wtedy bardzo blisko prezydenta Reagana i miał duży wpływ na kształtowanie jego opinii. Jak do doszło?

- Moja obecność w bliskim otoczeniu prezydenta wynikała z pełnionej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego funkcji. Wcześniej zaś z udziału w tzw. transition team, ekipie przejmującej Departament Stanu od ekipy Cartera po wyborczym zwycięstwie Reagan. Jeszcze wcześniej, z mego udziału w jego sztabie wyborczym. Merytorycznie, naturalnie wiązało się to także z moją specjalizacją naukową, jaką były od początku mojej kariery akademickiej, sprawy rosyjskie, sowieckie czy ogólniej - związane z całym blokiem komunistycznym. W jakimś stopniu do tego zbliżenia dopomógł fakt, że urlopowany był mój bezpośredni przełożony doradca d/s bezpieczeństwa narodowego Dick Allen, który praktycznie rozstał się z Białym Domem od Dnia Dziękczynienia, czyli od końca listopada 1981 roku. Droga do moich kontaktów z prezydentem, wraz odejściem Allena,uległa radykalnemu skróceniu, a zatem także bliższemu poznaniu.

Archiwum
Richard Pipes z okresu pracy w Białym Domu

- Czy miał też znaczenie fakt, że pochodzi Pan z Polski, czyli miejsca akcji ówczesnych dramatycznych wydarzen?

-Tak! To był to niewątpliwie poważny atut. Prezydent uważał mnie za człowieka kompetentnego.

- Podobno wprowadzenie stanu wojennego było dla was zaskoczeniem, mimo że w USA już przebywał pułkownik Ryszard Kukliński?

- Tak było! Sprawę Kuklińskiego CIA chowała. Nawet sekretarz stanu Haig podobno nie wiedział, że ktoś taki istnieje. To jest dla mnie niesamowite! Najprawdopodobniej oni tam, w CIA, doszli do wniosku, że jest niemożliwe, aby Jaruzelski otrzymał od Rosjan wolną rękę w rozwiązywaniu sytuacji w Polsce, czyli m.in. we wprowadzaniu stanu wojennego. Uznając, że informacje Kuklińskiego nie mają znaczenia, nie informowali Rady Bezpieczeństwa Narodowego. To jest niewiarygodnie, ale tak było!

- Co się w takim razie działo w Białym Domu 13 grudnia?

- Już dwunastego, proszę pamiętać o różnicy czasu. Wieczorem zadzwonił telefon i dostałem polecenie jak najszybszego zgłoszenia się w Białym Domu. Poniewaz sprawę określono, jako pilną, pojechałem własnym samochodem nie czekając aż po mnie przyjadą. Od razu udałem się do "situation room". Był tam już m.in. wiceprezydent George Bush, i sztab Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydenta Ronalda Reagana nie było, bo wyjechał na weekend do Camp David. Bush, przy nas, telefonicznie poinformował go o sytuacji w Polsce.

- Co mu powiedział?

- Informacje z natury rzeczy nie mogły być pełne. Przypuszczaliśmy wtedy, że jest to jakaś akcja lokalna, która szybko się zakończy. Dlatego prezydent pozostał w swojej rezydencji do końca weekendu. Sytuacja nie uzasadniała, jego powrotu do Białego Domu.

- Następne dni pokazały jednak, coś innego. Operacja prowadzona była w skali całej Polski...

- Kiedy okazało się, że jest to akcja na dużo większą skalę, prezydent był oburzony i wściekły. Dostałem od niego polecenie napisania mowy, którą następnie wygłosił 17 grudnia 1981 roku. Mieliśmy nadzieję, że po tym stanowczym sygnale z Waszyngtonu, Jaruzelski się wycofa. Po następnych czterech dniach, 21 grudnia odbyło się posiedzenie gabinetu. Reagan wystąpił z bardzo emocjonalnym przemówieniem w którym porównał akcję w Polsce, do akcji Hitlera w Czechosłowacji w 1938 roku. Mówił, że coś trzeba natychmiast zrobić. Okazało się jednak, że prezydent wcale nie ma jednoznacznego poparcia i jest wielu oponentów.

- Oponentów? Dobrze słyszę?

- Tak. Większość gabinetu nie zgadzała się na jakieś zdecydowane działania przeciwko reżimowi polskiemu, w obawie o skutki globalne. Groźne i trudne do przewidzenia.

- O kim mowa?

- Przede wszystkim był to sekretarz stanu Alexander Haig, który wyrażał poglądy naszych europejskich aliantów. Poglądy zaś były takie, że oczywiście szkoda Polski, szkoda "Solidarności", ale nie można przecież ryzykować trzeciej wojny światowej. Coś jakby nawiązanie do "nie będziemy ginąć za Gdańsk" w 1939 roku. Podobne poglądy prezentowała większość gabinetu. Również Nancy Reagan grała w tym swoją rolę.

- Małżonka prezydenta?

- Tak, ona. Bardzo chciała, żeby prezydent był bardziej liberalny, bardziej kompromisowy. Bardzo się starała, żeby takich ludzi jak ja, odsuwać od prezydenta, bo podobno namawiają go do wzniecania konfliktu z Rosją, co doprowadzi w końcu do wojny. Jej opcją był "pragmatyzm", a ci, którzy go prezentowali byli jej sojusznikami.

- W jaki sposób mogła wywierać aż tak duży wpływ prezydenta?

- W taki sposób w jaki to robią żony królów, prezydentów, mężów stanu. To nie były naturalnie jakieś działania w materii polityki bezpośrednio, a w sferze psychologicznej. Nancy Reagan, po prostu, mówiła kto jej się podoba, a kto nie. Kogo uważa za ludzi przyjaznych, a na kogo należy uważać. Urabiała prezydenta. Ona też decydowała kogo się zaprasza na prywatne spotkania w Białym Domu, gdzie naturalnie były poruszane także sprawy polityczne. Ja i moja żona nie byliśmy zapraszani. Pani Reagan uważała, że mam zły wpływ na jej męża.

- Kto, poza Panem, znajdował się w grupie, która opowiadała się za ostrym kursem wobec ekipy Jaruzelskiego?

- Ludzie związani z Ronaldem Reaganem jeszcze w jego kampanii wyborczej. Jane Kirkpatrick, która została jego doradcą do spraw zagranicznych a potem ambasadorem w ONZ, sekretarz obrony Caspar Weinberger, dyrektor CIA Bill Casey i jego ówczesny zastępca d/s wywiadu Robert Gates, dzisiejszy, niedawno nominowany sekretarz obrony.

- Z tej grupy ponad połowa już nie żyje...

- Nawet wiecej niz polowa... Tylko ja i Robert Gates...Bill Casey zmarł w 1987 roku, Ronald Reagan w 2004 roku, a w marcu br. Caspar Weinberger.Jeane Kirkpatrick tak aktywana akademicko i publicystycznie oraz bardzo zaangażowana w walkę przeciw globalnem terrorowi islamskiemu odeszła od nas na zawsze....tydzień temuj. Przed Robertem Gatesem stają wlasnie nowe wyzwania związane z kierownictwem obrony narodowej i misją w Iraku.

- Czy mógłby Pan wymienić co was łączyło wtedy w sensie koncepcyjnym i politycznym?

- Przede wszystkim wspólny stosunek do sowieckiego hegemonizmu oparty na jego dogłębnej znajomości, pozwalającej m.in. na ocenę jak Moskwa może reagowac na naszedecyzje. Prócz mnie, akademicki ‘background’ związany ze studiami sowieckimi miał Casey, Gates wręcz zrobił z tego w 1974 roku doktorat w School of Foreign Service na Georegotowan University, gdzie wykładowcą była Jane Kirkpatrick (notabene także prof. Jan Karski).

- Dlatego udało wam się przekonać prezydenta?

- Przede wszystkim, to nie my musieliśmy przekonywać prezydenta do zmiany zdania, a "pragmatyści". Reagan był sytuacją w Polsce oburzony z moralnego punktu widzenia i nie dawał się nabrać na argumenty "polityczne". Ponadto dysponował wiedzą, że stan wojenny nie przebiega zupełnie niezależnie od Moskwy, a pod jej dyktando. To dodatkowo wzmacniało jego determinację.

- Decydujace okazały się podobno trzy dni przed Wigilią 1981 roku?

- Przełomowe dla wykrystalizowania się stanowiska USA były, w rzeczy samej dni, 21, 22 i 23 grudnia. Prezydent odsunął wtedy praktycznie sekretarza stanu Alexandra Haiga od kierowania polityką zagraniczną i wziął ją w swoje ręce. Wtedy decydowała się sprawa pomocy dla "Solidarności" oraz sankcji wobec Polski i ZSRR.

- Peter Schweizer w książce "Victory" pisał o Pana wystąpieniu na forum Rady Bezpieczeństwa Narodowego, które miało praktycznie przesądzić o losach "Solidarności" i Polski. Podobno gorąco i z pasją namawiał Pan do uratowania "Solidarności" i wprowadzenia sankcji wobec Polski i ZSRR...

- Jest w tym sporo przesady, jakkolwiek pracę Schweizera uważam za wartościową i opartą na źródłach których wiarygodności nie da się podważyć. Może jednak najpierw wyjaśnienie. W Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, bezpośredni udział biorą tylko jej członkowie czyli m.in. prezydent, wiceprezydent, sekretarz stanu, sekretarz obrony i inni ministrowie. Najczęściej przewodniczy doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego (National Security Advisor). Tylko oni siedzą przy stole i debatują. Ponadto zapraszani są na posiedzenia specjaliści i eksperci, w zależności od tematyki i potrzeby posiedzenia. Siedzą oni z tyłu za plecami członków Rady, ale bezpośrednio nie uczestniczą w posiedzeniu. Kierowane są do nich pytania lecz nie jest możliwe aby sami z siebie zabierali głos czy przerywali. Taki był właśnie mój udział. Odpowiadałem, proszono mnie o wyjasnienia czy oceny.

- Jaki był Pański bezposredni kontakt z prezydentem?

- Przygotowywałem dla Reagana po kilka memorandum dziennie. Dotyczyły one prognozy sytuacji w Polsce. W nich właśnie formułowałem pogląd, że "Solidarność" nie przestanie istnieć wraz z jej rozwiązaniem, czego najbardziej chciałaby Moskwa, która bała się rozpowszechnienia idei wolnych związków zawodowych na inne kraje bloku i samą Rosję. Wskazywałem, że skoro Polacy potrafili przetrwać 123-letni okres zaborów nie wynarodowiając się i zachowując swoją tożsamość narodową i świadomość historyczną, to podobnie będzie i teraz. Dążenie niepodległościowe, którego wyrazam stała się „Solidarnosć” nie jest możliwe do wyeliminowania. Trzeba zatem, na ile tylko możliwe, dopomóc Polakom w zachowaniu "Solidarności" i jej idei. Generalnie starałem się przekonać, że leży to w interesie Stanów Zjednoczonych. Te moje memoranda, jak się okazuje, wywarły istotny wpływ na prezydenta i Radę. Zapewne podobny wpływ miały moje osobiste rozmowy z prezydentem, dla którego było istotne moje polskie pochodzenie i znajomość ZSRR oraz generalnie Wschodniej Europy.

- Jaką argumentację przeciwstawiali Pańskiemu tokowi rozumowania „pragmatycy”?

- Departament Stanu twierdził, że Polska jest skończona, nie ma o czym mówić i wszelka pomoc dla "Solidarności", to będą wyrzucone pieniądze, a dodatkowo spowoduje to zlość i gniew Rosjan. Departament namawiał więc prezydenta do porzucenia Polski tak jak Czechosłowacji w 1968 roku.

- Jakie były reakcje Europy Zachodniej na polityczny kurs Waszyngtonu wobec stan wojennego? Rozumiem, że śledzone to było uwaznie i na bieżąco...

- Musieliśmy toczyć z naszymi europejskimi sojusznikami walkę, ale w końcu zaakceptowali nasz kierunek. W większości oni byli zadowoleni z tego, co się stało w Polsce. Bali się, że w Polsce wybuchnie jakiś konflikt zbrojny i Rosjanie będą zmuszeni wkroczyć, a wtedy nie wiadomo, co się stanie. Im nie było zatem bardzo nieprzyjemnie, że w Polsce jest stan wojenny. Mieliśmy więc z nimi problemy. Niestety Departament Stanu ich wspierał i wręcz reprezentował. Na szczęście był w Białym Domu Ronald Reagan i to on podejmował ostateczne decyzje.

- Jak był więc Reagana przez waszych sojuszników europejskich?

- Generalnie oceniali oni Reagana jako człowieka mało realistycznego i "cold wariera". Uważali, że nie jest zdolny do prowadzenia Zachodu i NATO. To nastawienie uległo radykalnej zmianie po dojściu do władzy Gorbaczowa i po spotkaniu z nim Reagana w Genewie. W jego wyniku wobec Rosji nastąpiła zmiana polityki. Zmiana nie nastąpiła jednak, bo to Reagan zmienił kurs, ale dlatego, że to w Rosji wyłonił się ktoś, z kim można było poważnie prowadzić politykę odprężenia.

Archiwum Richarda Pipesa
Richard Pipes z Andriejem Sacharowem

- Po ostatecznym postawieniu w Waszyngtonie na ocalenie "Solidarności" i jej idei, do Polski popłynęła pomoc finansowa, szkoleniowa, w sprzęcie i informacjach niezbędnych do funkcjonowania opozycji. Konkretne dane o tym podane przez Petera Schweizera napotkały w Polsce protesty samych... odbiorców tej pomocy. Czy na podstawie Pana wiedzy, książkę "Victory" można zdyskwalifikować, uznac za niewiarygodną?

- Książkę "Victory" uważam za poważną i wiarygodną. Moim zdaniem, nie ma co zaprzeczać pomocy, która była oczywista. Mam nadzieję, że dziś tego już nie robi, a być może robił, kiedy władzę miał miniony rezim. Sam uczestniczyłem w spotkaniach na temat tej pomocy, jej wielkości i formy. Padały tam naprawdę bardzo konkretne kwoty.

- Plan pomocy Waszyngtonu dla "Solidarności" był częścią zakrojonego na znacznie większą skalę strategicznego programu złamania ZSRR powstającego przy niemałym Pana udziale. Na czym generalnie polegał ten plan?

- Były cztery elementy tego programu. Po pierwsze, unimożliwienie wygrania przez ZSRR wojny w Afganistanie, z wszelkimi tego konsekwencjami: politycznymi, prestiżowymi, ekonomicznymi. Po drugie, deregulacja rynku paliw, poprzez obniżenie cen ropy w wyniku zwiększonego wydobycia przez Arabię Saudyjską, i wywołanie tym strat ZSRR na eksporcie ich ropy oraz maksymalne utrudnienie budowy gazociągu z Syberii do Europy i planowanych stąd zysków. Po trzecie, embargo na sprzedawanie Rosji nowoczesnych technologii. Po czwarte, zapewnienie przetrwania masowego ruchu antykomunistycznego w Polsce. Szczęśliwie każdy z punktów udało się zrealizować. Miały one istotnie duży wpływ na przełomowe zmiany w ZSRR, które doprowadziły do rozpadu tego imperium.

- Czy czuje się Pan "cichym bohaterem" obalenia komunizmu?

- Nie. Prawdziwymi bohaterami tego procesu byli tacy ludzie, jak Sacharow w Rosji, Havel w Czechosłowacji czy Michnik i Kuroń w Polsce. Ich odwaga miała zupełnie inny charakter, niż moje sprzeciwienie się niemądrej i niemoralnej polityce ugodowności wobec Moskwy. Różnica jest taka, że oni mogli stracić życie, a ja tylko posadę.

- Znalazł się Pan w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu?

- Można tak powiedzieć...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: chrześcijańskie świadectwo to czynienie tego, czego chce Duch Święty

2018-05-23 10:58

tłum. st (KAI) / Watykan

„Świadectwo chrześcijańskie polega na czynieniu wyłącznie tego i tego wszystkiego, czego wymaga od nas Duch Chrystusa, udzielając nam sił, aby to wypełnić” – powiedział Ojciec Święty podczas dzisiejszej audiencji ogólnej. Papież podjął nowy cykl katechez poświęconych omówieniu sakramentu bierzmowania. Jego słów na placu św. Piotra wysłuchało dziś około 15 tys. wiernych.

Grzegorz Gałązka

Oto tekst papieskiej katechezy w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Po katechezach na temat chrztu, dni następujące po uroczystości Pięćdziesiątnicy zachęcają nas do refleksji nad świadectwem, jakie Duch Święty wzbudza w ochrzczonych, wprawiając ich życie w ruch, otwierając je na dobro innych. Jezus powierzył swoim uczniom wspaniałą misję: „Wy jesteście solą dla ziemi, wy jesteście światłem świata” (por. Mt 5,13-16). Są to obrazy, które każą pomyśleć o naszym zachowaniu, ponieważ zarówno niedobór jak i nadmiar soli sprawiają, że jedzenie jest niesmaczne, podobnie jak zarówno brak, czy też nadmiar światła uniemożliwiają widzenie. Tylko Duch Chrystusa może nas naprawdę uczynić solą, która nadaje smak i zachowuje od zepsucia oraz światłem rozjaśniającym świat! I to jest dar, który otrzymujemy w Sakramencie Bierzmowania, na którym razem z wami pragnę się zatrzymać i zastanowić. Nazywa się on „bierzmowaniem” (confirmatio), ponieważ utwierdza chrzest i umacnia jego łaskę (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, 1289); oraz „chryzmacją”, ponieważ otrzymujemy Ducha poprzez namaszczenie „krzyżmem” - olejem zmieszanym z balsamem konsekrowanym przez biskupa. Termin ten odwołuje do „Chrystusa”, namaszczonego Duchem Świętym.

Odrodzenie się do życia Bożego w chrzcie św. jest pierwszym krokiem. Następnie trzeba zachowywać się jak dzieci Boże, to znaczy upodobnić się do Chrystusa działającego w Kościele świętym, angażuje się w jego misję w świecie. Zapewnia to namaszczenie Ducha Świętego: „Bez Twojego tchnienia nie ma nic w człowieku” (por. sekwencja uroczystości Zesłania Ducha Świętego). Tak jak całe życie Jezusa było ożywione przez Ducha, podobnie też życie Kościoła i każdego z jego członków toczy się pod przewodnictwem tego samego Ducha.

Jezus poczęty przez Dziewicę za sprawą Ducha Świętego rozpoczął swoją misję po tym, jak wyszedłszy z wód Jordanu został namaszczony przez Ducha, który zstąpił i spoczął na Nim (por. Mk 1,10; J 1, 32). Wyraźnie to stwierdza w synagodze w Nazarecie, jakże pięknie Jezus ukazuje siebie – to jakby dokument tożsamości w synagodze w Nazarecie: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę” (Łk 4,18). Jezus przestawia siebie w synagodze swojego miasteczka jako ten, który został namaszczony Duchem Świętym.

Jezus jest pełen Ducha Świętego i jest źródłem Ducha obiecanego przez Ojca (J 15,26; Łk 24,49; Dz 1,8; 2,33). Istotnie, wieczorem dnia Paschy Zmartwychwstały tchnął na uczniów i powiedział im: „Przyjmijcie Ducha Świętego” (J 20, 22); a w dniu Pięćdziesiątnicy moc Ducha zstąpiła na Apostołów w formie nadzwyczajnej (por. Dz 2, 1-4), tak jak to znamy.

„Tchnienie” Chrystusa zmartwychwstałego napełnia życiem płuca Kościoła; i rzeczywiście usta uczniów „napełnione Duchem Świętym” otwierają się, by głosić wszystkim wielkie dzieła Boga (por. Dz 2,1-11).

Pięćdziesiątnica jest dla Kościoła tym, czym dla Chrystusa było namaszczenie Duchem otrzymane w Jordanie, mianowicie bodźcem misyjnym, aby ofiarować swe życie dla uświęcenia ludzi, na chwałę Boga. O ile w każdym sakramencie działa Duch Święty, to dzieje się tak zwłaszcza w bierzmowaniu, że „wierni otrzymują Dar samego Ducha Świętego” (PAWEŁ VI, Konst. ap. Divinae consortium naturae o sakramencie bierzmowania).

W chwili namaszczenia biskup mówi: „Przyjmij znamię daru Ducha Świętego”. To wielki dar który znajduje się w głębi naszej duszy, prowadzi nas, abyśmy stali się dobrą solą i właściwym światłem.

Jeśli w chrzcie Duch Święty zanurza nas w Chrystusa, to w bierzmowaniu Chrystus napełnia nas swoim Duchem, konsekrując nas na swoich świadków, uczestników tego samego źródła życia i misji, zgodnie z planem Ojca Niebieskiego. Świadectwo złożone przez bierzmowanych ukazuje przyjęcie Ducha Świętego i uległość wobec Jego twórczego natchnienia. Jak można zobaczyć, że otrzymaliśmy Dar Ducha? Jeśli wypełniamy dzieła Ducha, jeśli wypowiadamy słowa jakich nauczył nas Duch Święty (por. 1 Kor 2,13). Świadectwo chrześcijańskie polega na czynieniu wyłącznie tego i tego wszystkiego, czego wymaga od nas Duch Chrystusa, udzielając nam sił, aby to wypełnić.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem