Reklama

Dom Małych Dzieci

Z s. Joanną Bodzak rozmawiała Anna Cichobłazińska
Edycja częstochowska 46/2003


Dom Małych Dzieci w Częstochowie prowadzą Siostry Służebniczki Starowiejskie

Czteroletniej Kasi działo się w domu źle, ale nikt o tym nie wiedział. Dopiero gdy Kasia poszła do przedszkola i zaczęła odwiedzać koleżanki, jedna z mam zauważyła dziwne zachowanie Kasi w czasie zabaw z jej córką. Matka opowiedziała o swoich spostrzeżeniach babci Kasi.
Babcia w poszukiwaniu pomocy dotarła do Domu Małych Dzieci w Częstochowie przy ul. św. Kazimierza. Poprosiła o opiekę nad wnuczką. Gdy matka Kasi urodziła kolejne dziecko, sama przywiozła maleństwo do Domu prowadzonego przez Siostry Służebniczki Starowiejskie. Później zrzekła się opieki nad dziewczynkami i dzieci trafiły do jednej rodziny adopcyjnej.
Na początku pobytu w nowej rodzinie Kasia wciąż zadawała pytania: Ciociu, czy ty też będziesz mnie tłukła? Dziś już nie zadaje takich pytań.

Z s. Joanną Bodzak - dyrektor Domu Małych Dzieci w Częstochowie przy ul. św. Kazimierza 1, prowadzonego przez Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej Starowiejskie - rozmawia Anna Cichobłazińska

Anna Cichobłazińska: - Dom Małych Dzieci staje się azylem dla dzieci zaniedbanych, bitych, molestowanych czy opuszczonych przez rodziców. Jakie są zadania placówki prowadzonej przez Siostry?

S. Joanna Bodzak: - Specyfiką naszego Domu jest opieka nad dzieckiem w sytuacji kryzysu, jaki przeżywa jego rodzina. Naszym zadaniem jest interwencja, opieka, wychowanie i socjalizacja powierzonych nam dzieci bez względu na czas, który u nas spędzają: kilka dni czy kilka lat. I taka też jest pełna nazwa Domu Małych Dzieci: Socjalizacyjno-Interwencyjna Placówka Opiekuńczo-Wychowawcza. Przebywają u nas dzieci w wieku od urodzenia do 10 lat (w wyjątkowej sytuacji starsze) z terenu Częstochowy i powiatu częstochowskiego. Jeżeli pojawi się taka konieczność, również z terenu woj. śląskiego, kierowane przez Centra Pomocy Rodzinie. W tym roku przyjęłyśmy 51 dzieci. Obecnie w placówce przebywa 66 dzieci.

- Czy trudna sytuacja ekonomiczna w naszym kraju ma swoje przełożenie na dzieci kierowane do placówki prowadzonej przez Siostry?

- Bezsprzecznie. Obserwuję losy naszej placówki na przestrzeni ostatnich lat i zauważam, że trafia do nas coraz więcej dzieci z zaniedbaniami, a nawet patologiami. Dzieci nie znają podstawowych norm i wzorów zachowań społecznych, nie posiadają nawyków zachowania higieny, są niedożywione, zastraszone, często z trudnymi doświadczeniami, z którymi nawet dorosły człowiek nie umiałby sobie poradzić. Naszym pierwszym zadaniem jest postawienie diagnozy zaniedbań i patologii, w czym pomagają nam fachowcy - lekarz, psycholog, pedagog, i opracowanie planu pomocy dziecku. Najczęściej zaczyna się od leczenia, gdyż dzieci przybywają do nas chore, bez podstawowych szczepień, z chorobą sierocą, z lękiem przed przytulaniem. Miesiącami uczą się kontaktów z otoczeniem i samodzielności.

- Muszą szybko dorosnąć...

- To prawda, szczególnie najstarsze z rodzeństwa, często same nie przekraczające10-12 lat. Muszą opiekować się i podejmować decyzję za dwu-, trzyletnich braci i siostry. Takie właśnie dzieci trafiają do naszego Domu, a my staramy się pomóc im nie tylko od strony opieki zdrowotnej, wychowawczej i socjalizacyjnej (ucząc zachowań społecznie pożądanych), ale też zachować je jako rodzinę - tak w czasie pobytu u nas, jak i podejmując decyzję o kierowaniu do rodziny zastępczej czy adopcyjnej.

- Wspomniała Siostra, że Dom Małych Dzieci pełni zadanie placówki interwencyjnej...

- Do naszego Domu kierowane są dzieci, których rodzice mają zawieszone prawa rodzicielskie, w sądzie toczy się sprawa o ograniczenie, zrzeczenie się lub odebranie władzy rodzicielskiej. Przychodzą do nas również rodzice znajdujący się w trudnej sytuacji - choroby, ubóstwa związanego z brakiem pracy czy mieszkania - z prośbą o zaopiekowanie się dzieckiem na pewien okres czasu. Jak już wspomniałam, przebywają u nas dzieci w wieku od urodzenia do 10 roku życia, rzadko starsze i dotyczy to najczęściej rodzeństwa. Jeżeli chodzi o noworodki, to ich czas pobytu w naszym domu jest krótki. Matka ma sześć tygodni na podjęcie decyzji, czy zrzeka się praw rodzicielskich - wówczas dziecko kierowane jest do adopcji, czy też będzie wychowywać swoje maleństwo.
Cieszy nas fakt, że czas pobytu dzieci w naszej placówce znacznie się skraca. I dotyczy to nie tylko najmłodszych, ale i dzieci w wieku przedszkolnym. W tym roku opuściło nasz Dom 53 dzieci. Wśród nich 12 znalazło rodziny adopcyjne, dla 15 maluszków udało się znaleźć rodziny zastępcze, 20 dzieci wróciło do rodzin biologicznych, a 6 wychowanków ze względu na wiek czy stan zdrowia przekazanych zostało do innych placówek opiekuńczo-wychowawczych.

- Od czego uzależniony jest powrót dzieci do rodziny biologicznej?

- Związany jest on najczęściej z poprawą sytuacji rodziny: podjęciem leczenia z nałogu, uczestnictwem w terapii, podjęciem pracy przez rodziców, wyremontowaniem mieszkania... To nas cieszy. Niestety, zdarzają się również takie przypadki, że powrót dzieci do rodzin biologicznych wykorzystywany jest przez rodziców do działań, które nie służą dzieciom. Rodzice zabierają dzieci, by przeznaczać zasiłki, które na nie dostają, na alkohol. Jeżeli sytuacja patologiczna rodziny utrzymuje się i kurator skieruje do sądu sprawę o ograniczenie praw rodzicielskich, to po otrzymaniu takiego postanowienia dzieci kierowane są do rodziny zastępczej.
Dzieciom kierowanym do rodzin zastępczych staramy się wytłumaczyć trudną sytuację rodziców biologicznych: choroby psychicznej, uzależnienia, pobytu w więzieniu. Choć nie jest łatwo wzbudzić w skrzywdzonych dzieciach uczuć miłosierdzia, pragniemy, by dorastały w poczuciu odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo, a później, gdy dorosną i zdobędą zawód i pracę - odpowiedzialności za biologicznych rodziców. Rodziców biologicznych zachęcamy do kontaktu z dziećmi, do uczestnictwa w zebraniach w szkole, w przygotowaniach do Pierwszej Komunii Świętej. Nigdy nie tracimy nadziei, że w przyszłości połączy dzieci silna więź z rodziną pochodzenia. I nie są to nadzieje bezpodstawne. Nie możemy przekreślać rodziny. Możemy jej tylko pomagać, gdy nie potrafi wypełniać (nie zawsze z własnej winy) swoich funkcji.

- Wspomniała Siostra, że dzieci, szczególnie najstarsze z rodzeństwa, muszą szybko dorosnąć...

- I dorastają. Gdy przychodzą do nas, wiedzą o ciemnej stronie życia więcej niż niejeden dorosły. W naszym Domu widzą szansę na zmianę swojego życia. Mają świadomość, że nie mogą być u nas długo, więc starają się nauczyć jak najwięcej. Są posłuszne, uczynne, koleżeńskie, nabywają umiejętności zachowań społecznych wcześniej nieznanych, nadrabiają stracony czas. Pragną znaleźć się w rodzinie, gdzie będą bezpieczne, gdzie dorośli będą się o nie troszczyć i gdzie wreszcie poczują się dziećmi. W Domu Małych Dzieci mogą przebywać tylko do ukończenia 10 roku życia. Przejście do innej placówki, rozstanie z rodzeństwem, byłoby dla nich dramatem.

- Czy wszystkim dzieciom udaje się pomóc?

- Bez rozwiązania sytuacji prawnej dziecka nie zawsze możemy mu pomóc. A sytuacja prawna często jest bardzo skomplikowana: zawieszone prawa rodzicielskie, pobyt rodzica w więzieniu, brak adresu zamieszkania rodziców, patologie rodziny, choroby psychiczne... I chociaż coraz sprawniejsze w działaniach są instytucje powołane do pomocy dzieciom - sądy, policja, gminne ośrodki pomocy, centra pomocy rodzinie - to ciągle blisko nas żyją krzywdzone dzieci.
Trafiają do nas dzieci z interwencji sąsiedzkiej - właśnie do osób mieszkających za ścianą kieruję apel o uwrażliwienie serca na krzywdę małych, bezbronnych dzieci, o losie których decydują znajdujący się w nałogu czy chorobie rodzice. Sąsiedzi mogą uchronić dziecko przed krzywdą fizyczną i psychiczną przez zgłoszenie sytuacji rodziny do instytucji zajmujących się pomocą rodzinie. W trosce o dobro dziecka nie lękajmy się sąsiedzkich waśni, problemów związanych z wyjaśnianiem w urzędach, niezrozumienia. To jest nasza chrześcijańska powinność. Strat, jakich dziecko dozna w dzieciństwie - molestowanie seksualne, głodzenie, bicie - nie da się później wyrównać. A skrzywdzone dziecko, gdy dorośnie, będzie krzywdzić innych, bo samo nie doznało dobra. W ten sposób dziedziczona jest patologia. Wprowadzenie sprawy krzywdzonego dziecka do instytucji nadaje jej urzędowy bieg. Rodzina musi się pilnować, jest sprawdzana jak wypełnia swoje obowiązki wobec dzieci. Opieka kuratora zapewnia dziecku bezpieczeństwo.
W naszym Domu mieszkają dzieci oczekujące na adopcję czy rodzinę zastępczą. Znalezienie się dziecka w takiej rodzinie daje szansę przerwania pasma patologii. I my tę szansę dajemy. To nie sierociniec czy „bidul”, ale nadzieja na inne życie. Sama w ciągu roku piszę do sądu po 15 wniosków, często dwa trzy razy w sprawie tego samego dziecka, o regulację jego prawnego statusu. Dzieci trafiają do nas najczęściej z tymczasowym postanowieniem sądowym - na czas rozwiązania sprawy. Po miesiącu, dwóch sąd wydaje zwykle postanowienie o ograniczeniu władzy rodzicielskiej. Wtedy zauważamy wzmożoną aktywność rodziców. Odwiedzają u nas dziecko, przynoszą słodycze. Niestety, raczej nie trwa to długo. Wówczas nasza placówka występuje do sądu o pozbawienie praw rodzicielskich, co umożliwia, jak już wspomniałam, staranie się o rodziców adopcyjnych. Jeżeli dziecko postanowieniem sądu wraca do rodziny, jego sprawę pilotuje kurator.

- Niełatwo jest podejmować decyzję dotyczącą przyszłości dziecka...

- Dlatego nie podejmujemy jej sami. Raz na kwartał zbierają się w naszej placówce przedstawiciele instytucji odpowiedzialnych za pomoc dziecku: sądu, ośrodków adopcyjnych, MOPS-u, z naszego Domu w takim spotkaniu uczestniczą wychowawcy, lekarz, psycholog. Omawiamy sytuację każdego dziecka: jego sytuację prawną, sposób funkcjonowania w naszym Domu, sytuację w jego rodzinie. Zapadają wówczas decyzje, czy dajemy szansę rodzinie, czy występujemy z wnioskiem o ograniczenie czy pozbawienie praw rodzicielskich. Nasze decyzje mają przede wszystkim służyć dobru naszych podopiecznych. Korzystamy z pomocy ośrodków adopcyjnych położonych na terenie całego kraju. Mamy też doświadczenia w przeprowadzaniu adopcji zagranicznych, co nie jest sprawą błahą w gąszczu przepisów obowiązujących rodziców adopcyjnych mieszkających poza Polską i najczęściej nie znających języka polskiego lub znających go niedostatecznie, by poruszać się po instytucjach.

- Czekając na Siostrę, rozmawiałam z uczennicami Katolickiego Liceum w Częstochowie, które przyszły po listę dzieci potrzebną do przygotowania przez szkołę paczek mikołajkowych. W roku ubiegłym przychodziły tu jako wolontariuszki. Maturzystki z KLO doskonale znają dom i dzieci. Czy często korzysta Siostra z pomocy wolontariuszy?

- Jako wolontariuszy przyjmuję przede wszystkim studentów III i IV roku pedagogiki WSP. Są już przygotowani do pracy z dziećmi. Młodzieży z gimnazjum czy liceum proponuję pomoc w spacerach z dziećmi czy jako dodatkową opiekę nad dziećmi. To piękny widok, gdy młodzi wyjeżdżają z naszego domu z dziesięcioma-piętnastoma wózeczkami do podjasnogórskiego parku. Odwiedzają nas nie tylko wolontariusze. Szkoły organizują naszym dzieciom jasełka, przygotowują inscenizacje baśni, organizują zbiórki odzieży i maskotek.
Chciałybyśmy, by nasze dzieci tak jak inne mogły wyjeżdżać na wycieczki, wakacje czy zimowiska, ale na to nie wystarcza nam już funduszy. Jeżeli mam wybrać między kupieniem środków czystości a organizacją wycieczki - to... właściwie nie mam wyboru. A przecież nasze dzieci nie różnią się od innych, mają prawo poznawać świat szerszy niż nasz ogród.
I tak codzienność naszego Domu wspierają dobrodzieje. W tym miejscu pragnę podziekować wszystkim ofiarodawcom i dobroczyńcom za dotychczasową pomoc. Ostatnim naszym dokonaniem jest remont łazienki, który jest właściwie wspólnym dziełem ofiarodawców i czytelników Niedzieli. Serdecznie im wszystkim dziękujemy.

- Jakie jeszcze potrzeby ma Dom? Czytelnicy „Niedzieli” nie są obojętni na los dzieci. Może i tym razem apel Siostry dotrze pod właściwy adres?

- Każdy, kto pracuje z grupą dzieci, wie, że w małych rączkach rzeczy zużywają się szybciej niż w dużych. I nasz dom potrzebuje doposażenia pomieszczeń dziecięcych w meble, a plac zabaw w ogrodzie w urządzenia do bezpiecznego spędzania przez dzieci wolnego czasu. Dotychczasowe sprzęty zużyły się. Pragniemy stworzyć dzieciom i dom, i przedszkole, w którym mogłyby się uczyć i bawić. Większość z nich znajduje się przecież w wieku przedszkolnym. Dzieciom w wieku szkolnym chciałybyśmy umożliwić poznawanie pracy na komputerze. Nasze dzieci odbiegają w tej dziedzinie od swoich rówieśników, a przecież są mądre i chłonne wiedzy. Jeżeli teraz pomożemy im w spokojnym, mądrym dorastaniu, otoczymy opieką i miłością, zaproponujemy równe szanse, w przyszłości staną się odpowiedzialnymi dorosłymi ludźmi, którym tylko zdjęcia (skrzętnie zbierane i przekazywane dzieciom, gdy opuszczają nasz Dom) będą przypominać, że spędziły trudny czas swojego dzieciństwa w naszej placówce. Staramy się, by te wspomnienia były jak najpogodniejsze.

- Dziękuję za rozmowę.

Ania, Monika i Madzia

Na Policję zgłosiły się trzy dziewczynki - siostry: 14-letnia Ania, 10-letnia Monika i 2-letnia Madzia. Poszukiwały matki, której od kilku dni nie było w domu (matka w alkoholowym ciągu nie pierwszy raz zostawiała dzieci bez opieki). Policja przywiozła dziewczynki do Domu Małych Dzieci. Przebywały tu przez kilka dni, ale uciekły, by znów poszukiwać matki. Dziewczynki znalazł kurator. Zgodziły się pozostać poza domem rodzinnym pod warunkiem, że razem zostaną umieszczone w Domu Małych Dzieci, skąd uciekły w poszukiwaniu matki, ale zapamiętały ciepło i dobroć, którymi je tam otoczono. Siostra Dyrektor obawiała się kłopotów, które miała w czasie pierwszego pobytu dziewczynek, ale zaufała im, a przede wszystkim Opatrzności Bożej. Dziś dziewczynki przebywają w Domu Małych Dzieci tymczasowo, do czasu rozstrzygnięcia ich dalszego losu przez sąd. Odwiedzają je babcia, mama, najstarsza siostra. Jest nadzieja, że rodzina będzie razem.

Reklama

Marysia, Asia i Paulinka

Marysia ma 10 lat. Przebywa w Domu Małych Dzieci już po raz drugi. Pierwszy raz trafiła tu dwa lata temu. Rodzice zabrali ją obiecując, że więcej nie będą pić. Przychodziła tu z mamą po chleb i ubrania. Rodzice sprzedawali ubrania i pili, zapominając o dzieciach. Dziś jest tu wraz ze swoim młodszym rodzeństwem: 5-letnią Asią i 3-letnią Paulinką. Marysia doświadczyła w Domu świata, którego nie znała - ciepła, opieki, kontaktu z koleżankami i rodzinami starającymi się o adopcję lub status rodziny zastępczej. Dziś Marysia przeżywa dramat, zadaje sobie pytanie, dlaczego inne dzieci mogą mieć normalne rodziny, a ona nie. Prosi siostry, by poszukały dla niej i jej rodzeństwa rodziny zastępczej. Wie, że niełatwo będzie znaleźć taką rodzinę.

Dom Małych Dzieci
im. bł. Edmunda Bojanowskiego
w Częstochowie, ul. św. Kazimierza 1
tel. 324-67-51
e-mail:
dom_malych_dzieci_czestochowa@poczta.onet.pl

Dom Małych Dzieci jest placówką niepubliczną prowadzoną przez Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej Starowiejskie. Siostry Służebniczki opiekują się dziećmi na terenie Częstochowy od 1937 r., tworząc dla porzuconych i niechcianych maluszków dom pełen ciepła, bezpieczeństwa i miłości.

KONTO
dla ofiarodawców z Polski
BGŻ SA O/Częstochowa
29 2030 1185 0000 2990 0101 0003

Sri Lanka: arcybiskup Kolombo apeluje do chrześcijan o rozwagę

2019-04-23 13:49

ts (KAI) / Kolombo/Watykan

Po serii terrorystycznych ataków na kościoły i hotele arcybiskup Kolombo, kardynał Albert Malcolm Ranjith, zaapelował do chrześcijan o roztropność. W rozmowie z portalem Vatican News powiedział w Poniedziałek Wielkanocny, że akty terrorystyczne zaskoczyły go, gdyż w ostatnich latach rzadko dochodziło w Sri Lance do napięć między muzułmanami, buddystami i chrześcijanami.

wikipedia.org

Kard. Ranjith jeszcze w niedzielny poranek odwiedził kościół w Kolombo, w którym na skutek wybuchu bomby zginęło ok. 50 osób. Po tym zaapelował do wiernych o zachowanie rozwagi „aby nie doszło do samosądu i żeby pogrzeby mogły się odbyć w spokoju”. "Zaapelowałem do katolików, aby wzięli za wzór Jezusa Chrystusa, który na krzyżu przebaczył tym wszystkim, którzy go ukrzyżowali" - powiedział lankijski kardynał.

Najnowsze dane donoszą, że w dziewięciu niedzielnych zamachach na Sri Lance zginęło 310 osób, a ponad 500 zostało rannych. Według przewodniczącego Konferencji Biskupów Sri Lanki, tych aktów terrorystycznych nie można było przewidzieć. „Nie, byliśmy zaskoczeni, gdyż od 10 lat nigdy nie dochodziło do takich dramatów”, stwierdził purpurat i dodał: „Sytuacja była ogólnie raczej pokojowa, turyści znowu zaczęli przyjeżdżać do kraju, którego gospodarka odzyskiwała siły i wszyscy mieliśmy nadzieje”.

Zdaniem przewodniczącego episkopatu Sri Lanki zamach był „osobliwy”. „Istniały wprawdzie napięcia między wspólnotą islamską i buddyjską większością, ale nigdy bym nie przypuszczał, że sytuacja stanie się tak dramatyczna i że dojdzie do takiego zamachu” - powiedział.

Teraz rząd musi szczegółowo i „poprawnie” zbadać przyczyny tych tragicznych zamachów, stwierdził kard. Ranjith. Jak powiedział, za serią aktów terrorystycznych mogą stać powiązania międzynarodowe, ale jednocześnie jest przekonany, że sprawcami były grupy lokalne. „Nie można wskazywać na określoną grupę”, uważa arcybiskup Kolombo. Jego zdaniem, „jeśli rząd skorzysta ze swego autorytetu i dokładnie zbada całą sprawę, może znaleźć tę komórkę, to niewielka grupa. A jeśli ją znajdzie i zneutralizuje, sytuacja powróci do normalności”.

Tymczasem rząd Sri Lanki odpowiedzialnością za niedzielne zamachy samobójcze obciąża lokalną grupę radykalnych islamistów National Thowheeth Jama'ath. Ponadto rzecznik rządu oświadczył, że zamachowcy mieli wsparcie międzynarodowej sieci.

Kard. Ranjith przyznał, że liczy na współpracę wyznawców różnych religii. „Między wspólnotami islamskimi i innymi w kraju istnieje umiarkowany pokój i zgoda. Tę sytuację możemy pogłębiać”, stwierdził arcybiskup Kolombo. Dodał, że „wspólnota międzynarodowa powinna wspierać rząd i lokalnych zwierzchników religijnych w poszukiwaniu rozwiązań, ale bez mieszania się w wewnętrzne sprawy kraju”.

W poniedziałek Wielkanocny kard. Ranjith odwiedził szpitale, w których leczeni są ranni w zamachach. „Niestety, wielu z nich straciło w tym samym zamachu rodziny: ojców, matki, dzieci. To niezwykle smutne, nie wiadomo, co można powiedzieć tym ludziom, którzy przecież wszyscy uczestniczyli w modlitwie do Pana. Teraz wśród chrześcijan panuje strach i poczucie niebezpieczeństwa”, ubolewał arcybiskup Kolombo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Oświadczenie Świdnickiej Kurii Biskupiej dotyczącego listu otwartego nauczycieli

2019-04-23 20:05

xdm / Świdnica (KAI)

Świdnicka Kuria Biskupia oświadcza, iż zarzuty wobec Biskupa Świdnickiego są bezpodstawne ze względu na szerszy kontekst wypowiedzi - czytamy w przesłanym KAI komunikacie kurii diecezji świdnickiej. Dokument odnosi się do zarzutów środowiska nauczycielskiego wobec słów bp. Ignacego Deca, wypowiedzianych podczas wielkoczwartkowej homilii, w których odniósł się do trwającego strajku nauczycieli.

Oświadczenie Świdnickiej Kurii Biskupiej dotyczącego listu otwartego nauczycieli ze Szkoły Podstawowej nr 4 w Świdnicy.

W liście z dnia 19 kwietnia 2019 r. przekazanym przez grono pedagogiczne Szkoły Podstawowej nr 4 w Świdnicy, zawarte zostały nieprawdziwe stwierdzenia:

1. „Sugerowanie parafianom jakoby nauczyciele nie wywiązują się ze swojej misji i nie trwają przy swoich uczniach do końca jest wysoce niesprawiedliwe i krzywdzące tę grupę zawodową, która – jak żadna inna – poświęca się ich edukacji i wspiera w wychowaniu”.

2. „skłócanie społeczeństwa ze sobą poprzez przywoływanie na mszy bolesnych, nawiązujących do tragicznych przykładów z naszej historii, a tym samym nieadekwatnych do obecnej sytuacji społecznej”.

Świdnicka Kuria Biskupia oświadcza, iż powyższe zarzuty wobec Biskupa Świdnickiego są bezpodstawne ze względu na szerszy kontekst wypowiedzi. Dla właściwej interpretacji wypowiedzianych słów, które stanowiły impuls dla Autorów listu otwartego, należy zauważyć, że Ksiądz Biskup Ignacy Dec podczas homilii wygłoszonej w Wielki Czwartek w trakcie liturgii Wieczerzy Pańskiej, odwołując się do przesłania i treści tego dnia, zwrócił uwagę na wynikającą z wydarzeń Wieczernika wieloraką postawę służby bliźniemu.

Poniżej fragment homilii:

„Drodzy bracia i siostry, Podczas Ostatniej Wieczerzy bardzo wymownym gestem był obrzęd umycia nóg (…). To wieczernikowe umycie nóg, które jest symbolem służby drugim, stało się szczególnym zobowiązaniem uczniów Chrystusa. Jest ono istotą miłości, osnową nowego przykazania, które zostało ogłoszone właśnie w Wielki Czwartek. Dlatego dziś, tego wieczoru, śpiewamy pieśni wzywające nas do przestrzegania tego najważniejszego przykazania: "Miłujcie się wzajemnie, jak Ja was umiłowałem"; "Gdzie miłość wzajemna i dobroć, tam znajdziesz Boga żywego". Oto nasze zadanie rodzące się z Eucharystii. Przez celebrację Mszy św. nie tylko wchodzimy w jedność z Bogiem, ale jesteśmy z niej posyłani, by służyć drugim i tworzyć z nimi jedną rodzinę dzieci Bożych.

W ubiegłym tygodniu w ramach wizytacji kanonicznej odwiedziłem z ks. proboszczem dwoje chorych osób. Byli to małżonkowie, już w bardzo podeszłym wieku; on - lat 92, ona - 88. Zimą 1940 roku wraz ze swoimi rodzicami zostali zesłani na Sybir, w krainę głodu i mrozu. Byli tam dwa lata a potem 4 lata w Kazachstanie. Cudem wrócili do Polski. Pobrali się. Urodzili i wychowali czworo dzieci. Złożyli świadectwo, że przetrwali dzięki modlitwie i niesieniu sobie wzajemnej pomocy. Lata małżeńskie przeżyli w miłości i zgodzie. Dziś ksiądz z parafii przynosi im Komunię Świętą. Otrzymują w Niej moc - jak mówią - do wzajemnej służby.

Dlaczego dzisiaj kuleje miłość w rodzinach? Może dlatego, że brak jest modlitwy, ze nie docenia się mocy Eucharystii. Zobaczcie, ile ludzi chodzi do kościoła. W naszej diecezji niecałe 30%. W Wałbrzychu gdzieś koło 10%. A we wschodnich diecezjach około 60 – 70%. A reszta? I potem mamy mieć dobrze wychowanych ludzi, dobrych nauczycieli? Korczak poszedł na śmierć z dziećmi do komory gazowej, nie zostawił ich, a dzisiaj różnie bywa. Dajemy dzieci komuś i czasem oni pilnują swoich spraw, a nie tych, którym powinni służyć.

Przepraszam, że to mówię, ale to jest też coś, co nas boli. My się modlimy. Nie chcemy tu być stroną jednych czy drugich. Modlimy się, żeby to się rozwiązało po Bożemu, bo nauczyciele też muszą być wynagradzani, bo to jest wielka służba, trudna służba i bolejemy, jak ona kuleje”.

Mamy głęboką nadzieję, że powyższe informacje ostudzą trwającą w mediach dyskusję, a przy tym pomogą zdezorientowanym odbiorcom przekazów medialnych na temat nauczania Księdza Biskupa Ignacego Deca uzyskać pełny i rzetelny obraz głoszonego słowa.

Ks. dr Daniel Marcinkiewicz

Rzecznik Świdnickiej Kurii Biskupiej

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem